rozmowa o macierzyństwie

Tysiąc powodów do płaczu i tysiąc do uśmiechu

Rozmowa o macierzyństwie z Pauliną Waarbroek

Tysiąc powodów do płaczu i tysiąc do uśmiechu

Przyjaciele dzwonią, pytają: „Cześć, co u ciebie?”. Co ja mogę powiedzieć? – zastanawia się Paulina, mama wybudzanej ze śpiączki Mai i bliźniąt, Julka i Niny. W tej rozmowie próbujemy dotknąć tego, co dzieje się z rodziną w sytuacji granicznej, i docieramy do tego, co najważniejsze.

„Poznałyśmy się” w maju tego roku. Rozmowa w ramach cyklu Coodotwórczynie przypadła na czas izolacji. Nasze spotkanie wsadzam w cudzysłów, bo dzieliły nas ekrany komputerów, odległość i lockdown. Brandon, mąż Pauliny, został z ich córką Mają w Budziku, klinice wyspecjalizowanej w budzeniu osób w śpiączce. Paulina była przy wówczas ośmiomiesięcznych bliźniętach. W tej rozmowie o rodzeństwie opowiedziała nam, jak przymusowa kwarantanna pozwala jej nacieszyć się dziećmi i pobyć w jednym miejscu. Przez wcześniejsze miesiące ona i jej mąż nieustannie kursowali – między kliniką a domem, by wymieniać się przy dzieciach.

Maja trafiła do Budzika rok temu. Najpierw zwykła infekcja doprowadziła do duszności. Już w szpitalu doszło do niedotlenienia. I tak zaczęła się walka o jej życie, a teraz – o jej sprawność. W tym samym czasie urodziło się młodsze rodzeństwo Mai, bliźnięta Nina i Julek.

Od czasu tamtej rozmowy chciałam móc rzeczywiście spotkać się z Pauliną i posłuchać o jej macierzyństwie. Udało się. Dostałam od Niej dar szczerości, bezbronności i siły zarazem. A także prostą i ważną lekcję wartości.

Żeby poznać historię Mai, warto obejrzeć na Instagramie Pauliny tę relację. Dziś Paulina i Brandon znowu wymieniają się przy Mai i bliźniętach. Udaje mi się wpasować w ich harmonogram kursów w jedną i drugą stronę i naprawdę spotkać.

Budzik to klinika, miejsce ratowania życia. Ale też częściowo wasz dom. Zbudowaliście z innymi rodzicami z Budzika mikrospołeczność?

Tak, zdecydowanie. W Budziku jest na chwilę obecną 13 rodzin. Trzynaścioro budzonych dzieci, a więc i 13 mam, i 13 tatusiów. Mam tam paczkę swoich dwóch dziewczyn – Magdę i Agnieszkę, z którymi spotykamy się codziennie wieczorem, po zajęciach dzieci. To jest chwila, kiedy Maja relaksuje się po całym dniu ćwiczeń.

Maja ćwiczy przez cały dzień?

Ma ćwiczenia fizyczne, sensoryczne, psychologiczne, logopedyczne… Każdy dzień jest zapełniony od godziny 8 do 18. Wreszcie wieczorem mamy 2-3 godziny na odetchnięcie. Na początku głównym tematem innych mam i moim były dzieci. Teraz jesteśmy już w takiej relacji, że możemy rozmawiać o wszystkim. Te dziewczyny rozumieją mnie w 100% i są dla mnie, kiedy ich potrzebuję.

A co z przyjaźniami z życia „przed”?

Wszyscy, nawet osoby, z którymi nie miałam kontaktu przez dłuższy czas, chciały nam pomóc. Wydaje mi się, że to z mojej strony wyszła blokada. To, co się zdarzyło – to było za dużo. Próbuję się skupić na dzieciach, na Mai.

Mam siostrę cioteczną i ona jest tą osobą, do której mogę zadzwonić w środku nocy i popłakać. Nie tylko mnie rozumie, ale jeszcze wytłumaczy mi z medycznego punktu widzenia, co się dzieje z bliźniakami czy z Mają, jeżeli jest źle. Jest pediatrą. Z innymi przyjaciółkami mam kontakt, ale rozbijam się o pewną swoją trudność. Chcę razem z nimi przeżywać ich problemy, ale to się rozjeżdża strasznie. Są tak zupełnie inne niż moje, na innym poziomie doświadczania.

Ty i Brandon od roku, każdego dnia, macie doświadczenie graniczne – walki o życie córeczki.

Wcześniej, przed chorobą Mai, też mieliśmy te „zwykłe” problemy. Rozmawiałyśmy wczoraj o tym z dziewczynami w Budziku: była taka rodzina, która „przed” miała idealne życie, ale niestety stracili dziecko, dziewczynka umarła już po wyjściu z Budzika. Ktoś mówi, że tamci rodzice też mieli idealne życie. A ja na to, że każdy z nas miał idealne życie w porównaniu do tego, co mamy teraz. Nawet kłopoty finansowe – z mojej dzisiejszej perspektywy to nie jest problem. Coś takiego po prostu nie jest problemem. Nie ma czasu na martwienie się o pieniądze czy karierę. Ja wiem, że to dla kogoś może być ogrom i że to może być koniec świata, ale dla mnie koniec świata miał miejsce rok temu, kiedy Maja odchodziła na naszych oczach.

Trudno jest to zrozumieć. Trudno jest towarzyszyć znajomym, którzy mierzą się z takim doświadczeniem.

Oj, bardzo. Przyjaciele dzwonią, pytają: „Cześć, co u ciebie”. Co ja mogę powiedzieć? „Powoli”, „wszystko OK”, „są postępy”, ale tego, co u mnie, nikt nie zrozumie. Bo tego nie da się opisać. Dużo znajomych osób zachęca mnie, bym poszła na psychoterapię. Owszem, jeśli znajdę w końcu na to czas, ale póki co sama sobie próbuję poukładać to, co czuję. Strach – on na razie ma przewagę nad innymi emocjami.

Ja widzę przed sobą osobę nieustraszoną.

Mam na myśli strach, z którym się już zmierzyłam. Boję się, że mogłabym jeszcze raz się z nim spotkać – z ryzykiem utracenia mojego dziecka – kochanego, jednego, drugiego, trzeciego. Kiedy chodzimy na konsultacje z Mają, szpital wywołuje u mnie okropne emocje. Ten obraz z tamtego momentu… To jest trauma i chciałabym to wymazać, ale chyba się nie da.

Mówisz jak mój znajomy, reporter wojenny. Nie ma słów, by opowiedzieć.

Nie potrafię tego wszystkiego opisać. Próbuję. Jestem w trybie zadaniowym, jak maszyna – wstajesz i robisz coś o określonej godzinie. Zawsze w ciągu dnia, jeśli jestem w domu z bliźniakami, znajduję godzinę lub dwie na odespanie nocy. By żyć jakoś, wypełnić te wszystkie zadania, myśleć troszeczkę o innych.

Walczysz o pomoc dla Mai, dla Budzika, dla wspólnoty rodziców… Czy wcześniej, przed tym doświadczeniem, umiałaś prosić o pomoc?

Nadal nie potrafię. Nadal się tego nie nauczyłam. Kiedy ktokolwiek przychodzi do mnie z pomocą, dziękuję co 3 minuty, choć wiem, że nie muszę. Bliscy pomagają, bo chcą, bo wiedzą, jaka jest sytuacja. Nadal nie umiem prosić o pomoc, tak jak nie potrafię przelewać swoich problemów na moją przyjaciółkę. Wiem, że ona ma swoje problemy, w swojej kategorii, a ja mam swoje, ale nie potrafię zadzwonić do niej i powiedzieć jej, dlaczego płaczę. Nie wiem, co miałabym jej powiedzieć. Jest tysiąc powodów, dla których mogłabym płakać i tysiąc powodów, dla których mogłabym się uśmiechać, ale zebranie tych emocji… Czasami zastanawiam się, co jest w mojej głowie. Czy nie odleciałam umysłowo?

Co się dzieje z małżeństwem, które przechodzi przez takie doświadczenie?

Brandon jest najlepszym ojcem i najlepszym mężem na świecie. Ostatnio trochę zabrakło mu amerykańskiego podejścia do życia, o którym opowiadałam ci latem… Jest jesień, rocznica tamtych wydarzeń. Z Brandonem przeszliśmy przez trzy etapy. Na początku było źle, Maja była na OIOM-ie, potem ja rodziłam. Te wszystkie problemy, i jeszcze depresja poporodowa. Miałam najgorsze myśli. Najgorsze z najgorszych. Brandon próbował być dla nas, dla mnie i dla dzieciaków, i trzymać to wszystko razem w kupie. Później było przeniesienie Mai do Centrum Zdrowia Dziecka, bliźnięta w domu, z nianią, my przy Mai. I wtedy każde z nas chciało zrobić coś po swojemu: Ja robię to lepiej, zrób tak jak ja. Ty robisz źle, to może się jej nie podobać. Dziś wiem, że każdy rodzic wie, co zrobić i powinien robić po swojemu. Nie powinna mama mówić ojcu, że mógłby robić coś inaczej. On wie. Może to dziecko lubi to tak, jak robi to tatuś. Mieliśmy spięcia o to, kto powinien siedzieć z bliźniakami, a kto z Mają. Kto jest lepszy przy Mai, a kto przy bliźniakach. Walczyliśmy ze sobą.

O logistykę dnia codziennego.

Każda rozmowa kończyła się kłótnią. W końcu zadzwoniłam do Brandona do Budzika i powiedziałam, że albo się dogadamy i powiemy sobie, co nam leży na sercu, co jest nie tak i co moglibyśmy naprawić, albo skrzywdzimy się jeszcze bardziej. Skrzywdzimy nasze dzieci. Porozmawialiśmy i… nastała jakaś druga miłość. Nasz związek odżył na odległość. Docenialiśmy każdą minutę spędzoną ze sobą, każdą bliskość, której też wcześniej nie było, bo przecież skupialiśmy się na czymś innym. Taka tęsknota. Jeszcze przed pandemią moja siostra organizowała nam randki. Szła do Budzika, żebyśmy mogli spędzić ze sobą wieczór, żebyśmy nie zapomnieli, jakie to jest ważne. Potrafiliśmy siedzieć na kanapie przytuleni, nie odzywać się do siebie i czuć, że jesteśmy razem. To nam pomagało.

Brandon też się mierzy z wyrzutami sumienia, nie daje sobie prawa do życia poza byciem przy Mai?

Nie, na szczęście nie. Jest aktywny zawodowo i nadal kocha to, co robi. Jak idzie na plan, jest skupiony na ludziach, z którymi pracuje, ma dużo energii i się uśmiecha. Jest naprawdę dobry w tym, czym się zajmuje, i tam może poczuć na chwilę, że żyje normalnie. Pomaga mu też bycie w domu na wsi, tam jest jego miejsce. Może się wyżyć na rąbaniu drewna i posmakować normalnego życia.

Ty tęsknisz za pracą zawodową?

Zastanawiam się nad tym. Chciałabym wrócić do pracy. Jestem na urlopie macierzyńskim. Wyszłabym do ludzi, porozmawiała z nimi. A może kiedy pójdę do pracy, będę tylko myślała o tym, co robi Maja? Od tej całej sytuacji przestałam planować. Planowałam – i nic z tego nie wyszło. Teraz staram się żyć z dnia na dzień. Moja przyjaciółka poprosiła mnie, żebym była jej świadkową na ślubie, za rok. Oczywiście zgodziłam się, ale nie wiem, co będzie za rok. Kiedyś sobie wyobrażałam, jak to będzie pięknie, kiedy bliźniaki się urodzą. No i kiedy poszliśmy z Brandonem na pierwszy spacer z bliźniakami, a Maja leżała OIOM-ie, to cały spacer przepłakaliśmy.

Jak rysuje się przed wami najbliższa przyszłość?

Wstępnie myślimy, że w marcu Maja wyjdzie z Budzika. Chciałabym, żeby stamtąd od razu trafiła, jeśli się uda, na rehabilitację do Centrum Zdrowia Dziecka. Ważne jest, żeby nie wypadać z trybu intensywnych ćwiczeń. Boję się, że jeśli zamieszkamy wszyscy razem, w domu, to będzie nam tak fajnie i sielankowo, że nie będziemy chcieli wracać do rozdzielenia, że ja tam, a Brandon tutaj, czy odwrotnie. Za dobrze będzie nam w domu. Wiem, że tam też będzie miała świetną opiekę.

Jak bardzo jesteś inną mamą dla Mai i dla Niny i Julka?

Całe moje macierzyństwo jest teraz inne. Przy małej Mai panikowałam przy wszystkim, chodziliśmy na paluszkach, kiedy spała. Popełniliśmy chyba wszystkie możliwe błędy. Rozpieściliśmy ją – to na pewno. Karmiłam ją dwa lata, byłam dla niej na 100%. Nie mogłam zrobić nic, nie mogłam jej zostawić, bo jadła tylko ode mnie. Bliźniaki od początku są przyzwyczajone do różnych rąk. Opiekują się nimi moja mama, niania, wszystkie moje siostry cioteczne. Doceniam to i nie mam wyrzutów sumienia, że nie karmiłam bliźniaków. Są mleka modyfikowane i po coś one są. Staram się Ninę i Julka wychować tak, żeby byli niezależni.

Maja jest o nich zazdrosna?

Bardzo, co z jednej strony mnie cieszy, bo jest naturalne u dzieci, ale z drugiej strony wiem, że nie tak miało być. Ona bardzo czekała na rodzeństwo, chciała pomagać. Teraz na spacerze nie mogę nawet pchać wózka z bliźniakami, bo Maja jest zazdrosna. Muszę pchać jej wózek. Nie mogę Julka wziąć na ręce, kiedy płacze, bo Maja zaczyna się denerwować.

Wiesz, jaki jest świat wewnętrzny Mai?

Maja pamięta wszystko, co się zdarzyło. Kiedy ją pytam, co się stało, płacze. Bolą ją wspomnienia, boli ją, kiedy opowiadam, że byłam z nią w zoo. Przeżywa stratę. Budzi się codziennie z paniką, bo nie może wstać tak, jakby chciała. Tak, jakby to zrobiła kiedyś: Mamo, jestem, wstałam, daj mi płatki. Budzi ją niepokój: mama..., idę do niej i jest uśmiech. Widzi, że jestem. I ja wiem, że ona jest. Nie zawsze tak było. To, co ruchy spastyczne robią z ciałem, potrafi być przerażające. To nie była Maja. Dziś najważniejsze dla nas jest to, że jest z nami i że nie cierpi tak, jak wcześniej. Schodzimy z leków, Maja się uśmiecha, pokazuje emocje adekwatne do sytuacji, wzrusza się na filmach.

Na zdjęciach Mai widać ogrom uczuć.

Maja nie ma możliwości komunikacji innej, niż uśmiech, grymas i płacz. Inaczej nie potrafi powiedzieć, że coś jej się podoba, że coś ją boli. To jest tak, jak z noworodkiem, który płacze i musisz rozwiązać zagadkę: czy jest głodny, czy pielucha jest brudna, czy po prostu chce się przytulić? I tak jest z Mają, która ma 6 lat. A Maja wie, czego chce. Dzisiaj rano jadłyśmy kanapkę z salami. Muszę zadać 10 pytań. Maja, płatki? Jogurt? Pączek? Bułka z szynką? i na tym polega nasza komunikacja. Grymas albo uśmiech.

Minął dopiero rok, postępy są ogromne. Przez rok przeszłaś przez depresję i momenty graniczne. Ale też nie ustajesz w działaniu. Co cię trzyma?

Dzieci. Choć w nocy nieraz przeklinam w środku, bo to są bliźniaki, dwoje na jedną. Co półtorej godziny się budzą, nie przesypiają nocy. Jestem tak zmęczona, że od czwartej nad ranem czekam na nianię, która przyjdzie o ósmej. Myślę: dzisiaj nie wstaję. I wstaję o piątej, widzę ich uśmiech i to, jak oni mnie potrzebują. Każda mama to zrozumie. To zmęczenie. Przychodzi niania i wcale nie mam ochoty kłaść się już spać. Dzieci dają nadzieję. I Brandon.

Nie ulegasz beznadziei.

Już nie. Staram się do tego nie wracać, bo wiem, że siedziałabym i płakała. Stało się. To było i jest straszne. Musimy walczyć i działać. Jeśli cały czas użalalibyśmy się nad sobą, to nie miałoby to sensu. Były momenty, kiedy pytania mnie przytłaczały, wracałam do domu, cześc-cześc, szłam do sypialni i nie miałam na nic siły. Przerobiłam to. Brandon mówi move forward.

Macie wiele zadań: dom, opieka nad bliźniakami i Mają w Budziku, praca zawodowa Brandona i jeszcze zbiórki pieniężne.

Pierwsza zbiórka była założona dla Mai w październiku zeszłego roku, kiedy Maja była jeszcze na OIOM-ie i nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Myśleliśmy, że zostaniemy wypisani do domu i skazani na siebie. Że będziemy musieli załatwić Mai rehabilitację na własną rękę. Rehabilitacja dziecka w śpiączce to koszt ok. 20 tys. zł miesięcznie, ogromne pieniądze. Z pieniędzy zebranych podczas zbiórki na razie nie korzystamy, czekają na moment, kiedy Maja wyjdzie ze szpitala. Następna zbiórka jest na komorę hiperbaryczną. Ta metoda nie jest innowacyjna, korzysta się z niej do wybudzania osób w śpiączce. Kilka miejsc z komorami hiperbarycznymi zaprosiło Maję do siebie, ale zatrzymał nas lockdown Budzika, nikt nie może wyjść, ani wejść. Ta terapia ma największy sens przez pierwszy rok po uszkodzeniu mózgu, później oczywiście też, ale przez pierwszy rok mózg bardziej się regeneruje, ma największą szansę żeby odbudować to, co jest uszkodzone.

Czas was goni.

Nie udało nam się ze względu na procedury. Wtedy zapytałam, chociaż myślałam, że będę wyśmiana: A co, gdybyśmy zorganizowali zbiórkę i kupili taką komorę dla Budzika? Lekarz odpowiedział: Dlaczego nie? Ta komora to jest jedyna rzecz, której w Budziku brakuje. To jest też najbardziej skuteczna rzecz dla dzieci z uszkodzeniem mózgu i największa szansa, nadzieja.

Poza pomocą, ludźmi, którzy wsparli zbiórkę, pojawiła się od razu fala hejtu.

Nie wiem, po co czytałam te komentarze. Niektóre w rodzaju: czegoś tu nie rozumiem, bo mąż wstawia zdjęcia z nowym samochodem, a wy zbieracie pieniądze. OK, nie każdy musi wiedzieć, że mój mąż jest modelem i podpisuje kontakty reklamowe, podpisał kontrakt z Renault, robił dla nich reklamę, jest to współpraca barterowa.

Nie musicie się z tego tłumaczyć. Możecie potrzebować samochodu.

Nie musimy. Byłam zdziwiona, jakie ludzie mogą zadawać pytania, i nie mogę sobie wyobrazić, jak to jest być dziś osobą publiczną, wystawioną na hejt. Jedna osoba zadała mi bezpośrednio pytania: dlaczego taka kwota, co robiliśmy z kwotą, którą uzbieraliśmy dla Mai, dlaczego Brandon jeździ nowym samochodem i tylko jej odpisałam. Bezpośrednio się do mnie zwróciła, nie w komentarzu. Natomiast na inne komentarze nie odpisuję.

COVID zwiększył wasz poziom niepokoju?

Na początku tak. W marcu Maja była jeszcze w słabszym stanie. Podchodzę do tego tak, że co ma być, to będzie. Jeżeli jest ci dane zarazić się tym wirusem, to się zarazisz. Nie da się uchronić od wszystkiego. Trzeba przestrzegać wszystkich zasad ostrożności, ale staram się nie zwariować.

Bliźniaki mogą spotykać się z Mają?

Na zewnątrz. Chodzimy do lasu, na plac zabaw. Zaczynamy powoli przyzwyczajać Maję i bliźniaki do swojej obecności. Maja widziała, jak oni raczkują, i następnego dnia na zajęciach fizjoterapii udało jej się stanąć do raczkowania w klęku. Fizjoterapeutka była zaskoczona. Nie mogę się doczekać bycia razem. Bardzo wzrusza mnie widok ich wszystkich. To jak Julek patrzy na Maję i jak ona uśmiecha się do nich. Jest też tak, że Maja się trochę przed nimi wstydzi. Widzi, jak się bawią, a sama nie może.

Gdzie widzisz siebie w przyszłości – jakbyś popłynęła tak swobodnie?

Jakbym popłynęła… Jeżeli Maja powie nam, że chce mieć małe rodzeństwo i chce jeszcze raz przeżyć to, co ją ominęło, to chyba… Żebyśmy to kolejne macierzyństwo, ojcostwo przeżyli wszyscy razem. Jako rodzina. A zawodowo? Moja siostra od dziecka wiedziała, że chce być lekarzem. Ja z kolei próbowałam wszystkiego, zaczynając od pracy w McDonalds, w banku, modelingu i kancelarii na końcu. Teraz pomaganie daje mi ogromną siłę. Może chciałabym mieć coś swojego, żeby pomagać, może chciałabym wracać do Budzika jako wolontariuszka?

Czy coś zostało z dawnych marzeń?

Wakacje całą rodziną. My wszyscy na plaży. Albo mniejsze marzenie – bardziej realne: my wszyscy na wsi. Niczego innego nie potrzebuję oprócz Brandona i dzieci.

Dziękuję ci za rozmowę.

 

Tu możecie wspomóc zbiórkę na komorę hiperbaryczną dla Kliniki Budzik.

Dodaj komentarz