rozmowa o macierzyństwie

Rozmowa o macierzyństwie z Natalią Przybysz

Rodziłam dzieci w innym świecie

Rozmowa o macierzyństwie z Natalią Przybysz
archiwum rodzinne

„Kontakt z moim wewnętrznym dzieckiem otwiera mnie na dzieci i prowadzi, zbliża i pokazuje ich perspektywę na świat. Jako matka muszę się też dobrze pobawić. Jak się pobawię, pośpiewam, potańczę, to jestem najfajniejszą mamą” – opowiada Natalia Przybysz, jeden z najbardziej magnetycznych głosów, joginka, matka dwójki.

Spotykamy się na Zoomie w Sylwestra, Natalia w domu z rodziną, która cierpliwie czeka na koniec naszej rozmowy, ja w chatce w górach. Zamiast planować ferie, narty czy wypady do ciepłych krajów, szukamy kawałka domowej przestrzeni, żeby spokojnie porozmawiać o macierzyństwie. Choć zamknięte w domach, rozmawiamy o wolności, także tej pandemicznej. Natalia jest mamą 11-letniej Anieli i 8-letniego Jeremiego. Opowiada mi, że sztuką jest nie tylko wychować dziecko na wolną istotę, ale nauczyć je także sobie z tą wolnością radzić. Po drodze są kryzysy edukacyjne, tysiące pytań i szczególna językowa wrażliwość.

Kiedy rodziłam córkę, myślałam, że głównymi problemami świata są konsumpcjonizm i dyskryminacja. Teraz się okazało, że nasze dzieci to pokolenie, które strajkuje i dorasta w kryzysie: ekologicznym i politycznym. Są dziećmi w trudnych czasach.

Ja wierzę w sens bycia i działania, w rozmowę, w dialog. I że te dziwne choroby społeczeństwa też w końcu przechodzą. To jest niemożliwe, żeby to, co teraz, żyło za długo. To musi się odkrztusić. Ufam, że będzie dobrze. Kiedy byłyśmy z siostrą małe, mama wysłała nas z babcią i dziadkiem – oboje już nie żyją – na wegewakacje organizowane przez gazetę Wegetariański Świat. Moja siostra miała 8 lat i zapisała się na tym wyjeździe na Agnihotrę, czyli palenie ognia o wschodzie słońca, w celu oczyszczania aury danego miejsca. Wstawała o superwczesnej godzinie i brała udział w tych rytuałach, a babcia jako pierwsza w rodzinie chodziła na jogę. Wierzę, że mówienie wierszy i to rozpalanie ognia, rownież w sobie, to jest właśnie taka robota, którą musimy wykonywać, żeby oczyszczać przestrzeń. W Ząbkach, które nie należą do najpiękniejszych podwarszawskich okolic i gdzie mieszkam w domu moich rodziców, też dzieją się dobre rzeczy. Ja to czuję i widzę: między tymi kostkami betonu coś wyrośnie i to będzie sensowne. Już jest mały sklepik „Zielony Ząbek” i to jest wegański minimarket. Są tam świeże falafele, hummus, kasze, owoce – dla mnie pełen odlot. U naszego weterynarza większość obsady jest wegetarianami, w lesie spotykamy fajnych ludzi, entuzjastów psów. Jest coraz więcej dobrej energii.

Przeciwstawiasz mrocznej wizji oddolne światło.

Ostatnio dzięki Zachęcie zorganizowano spontaniczne spotkanie online z Rebeccą Solnit – specjalistką od nadziei. Mówiła, jak na przestrzeni jej życia tyle spraw zmieniło się na korzyść, że te dobre zmiany, patrząc przez pryzmat feminizmu i praw człowieka, dzieją się. Są refluksy i „cofki”, ale jednak idziemy naprzód. Nie przestaje obowiązywać odwieczne pytanie – czy się wyrobimy z tym wszystkim, zanim planeta Ziemia będzie miała nas dosyć? – ale jednak – idziemy naprzód. I nikt za nas nie zajmie się naszymi rodzicami, wujkami czy sąsiadami, z którymi trzeba spędzać czas i im tłumaczyć różne rzeczy, jednocześnie ucząc się ich perspektywy i słuchając ich opowieści.

Co tłumaczysz swoim rodzicom?

Ta wiedza na temat LGBTQ to jest wiedza, której oni nie posiadają, bo wątki z nią związane zawsze były ukrywane. Teraz stopniowo się dowiadują, przechodząc po drodze przez fazy niedowierzania czy wyparcia. Poza tym język ewoluuje i trzeba umieć szybko się ocknąć z dysonansu poznawczego, bo z jednej strony myślimy o sobie, że jesteśmy dobrymi ludźmi, na pewno nie jesteśmy rasistami czy homofobami, ale posługujemy się językiem, który świadczy o czymś przeciwnym. Żebyśmy szybciej przebrnęli przez ten etap, trzeba pomagać ludziom z wcześniejszych pokoleń i słuchać naszych dzieci i młodzieży, która nam w tym pomoże. Trzeba starszym tłumaczyć, że nie wiedzieli, że tak nie wolno mówić i teraz trzeba mówić inaczej, z czułością i świadomością, jak język jest połączony z rozwojem świadomości, ale też otwierać się na nowe w języku – to wszystko pochodzące od młodzieży. To jest proces i dialog. Spędzałam czas na tłumaczeniu mojemu ojcu niektórych niuansów językowych, aby jego czuła i liberalna postawa była obecna w jego sposobie mówienia.

Dzieciom też tłumaczysz te językowe subtelności?

Z jednej strony różnorodność jest dla nich naturalna, z drugiej są bardzo podatne, powtarzają zasłyszane zwroty. Nie przepuszczam nigdy żadnego przejawu nienawiści w języku. Od momentu kiedy zaczęli mówić i mieć łapki, żeby kogoś klepnąć, to staram się tłumaczyć: Wiesz, gdyby dorosły człowiek tak powiedział… albo Gdyby dorosły człowiek tak zrobił, to mógłby być za to nawet w więzieniu. Ty jesteś dzieckiem, ale musisz wiedzieć... Pakuję im taką dawkę odpowiedzialności za słowa, gesty i czyny, i nie odkładam tego na później, nie zwalam tego, że jesteś mały i możesz sobie pozwalać na coś albo potłuc kogoś. Z drugiej strony dzieci są bardzo nastawione na partnerski dialog. Nie robią czegoś po prostu tylko dlatego, że ktoś im każe, kwestionują sensowność różnych czynów i usług. Chętnie pomogą, ale potrzebują autentycznej relacji, np. Chciałabym, żebyś mi pomógł, bo jestem zmęczona, a nie Masz mi natychmiast zrobić to i to. Kompletnie nie kupują rozkazów.

Czy jest to jest element twojej wyprawki dla nich, by mogli pójść w świat?

Chyba największą umiejętnością, którą dajemy z partnerem naszym dzieciom jest to, że potrafią nazwać swoje odczucia i potrzeby. Mamy swoje rodzinne kręgi, gdzie uczymy się ze sobą rozmawiać, zadajemy pytania, gdzie każdy może coś wypowiedzieć. To po to, by nie trzymać w sobie różnych emocji, i to jest dla mnie najważniejsze. Żeby procesy międzyludzkie, przyjaźnie czy współpraca były oparte na autentyczności. Dobrze jest przekazać dzieciom, że mogą robić to, co chcą robić, bo tak czują, i że jeśli się postarają, odnajdą do tego celu narzędzia. A jeśli czegoś jeszcze nie potrafią, to niech wiedzą, że mogą się nauczyć. Niech wierzą w swoje siły.

Jak to robić w praktyce?

Formalnie nasze dzieci są w edukacji domowej, a ich szkoła to miejsce wolnościowe. Dzieci nie siedzą w ławkach. Dużo czasu są na powietrzu i w ruchu, uczą się metodą Montessori. Dorośli tam są, by wyznaczać granicę i dbać o potrzeby dzieci. Dopóki dziecku nie zachce się czegoś uczyć, to się nie uczy. Bardzo dużo się bawią. W szkole systemowej Aniela została nazwana tzw. antytalenciem z matematyki. Ale z badań predyspozycyjnych, które się robi przy przechodzeniu na edukację domową, wynikło, że jest wręcz przeciwnie: ma wyobraźnię przestrzenną, ma umiejętność logicznego myślenia i jest właściwie matematycznie uzdolniona. Teraz my, rodzice, się uczymy, żeby nie robić jej ciśnienia, ale żeby to się jednak zadziało. Jest dla mnie ważne, żeby dzieci czuły, że jeśli czegoś chcą, to mogą sobie próbować, a jeżeli im nie wyjdzie, to luz, że czasem nie wychodzi. Żeby umiały wygrywać, ale i przegrywać, i żeby dobrze się czuły ze swoimi emocjami, żeby potrafiły je nazywać w taki sposób, żeby nikogo nie ranić.

Czy ta szkoła to dla nich wentyl wolności, kiedy wokół same ograniczenia?

Uczenie się systemowe niewiele teraz wnosi. Z czego skorzystałaś z twojej szkolnej wiedzy? Ważniejsze jest, żeby dzieci potrafiły szukać odpowiedzi na pytania, które je naprawdę nurtują. I żeby potrafiły poradzić sobie z wolnością.

Jak to?

Podam przykład. Z Zuzą, naszym nowym psem, jest tak, że ona dopiero uczy się tego, że spacer jest po to, żeby pies miał fajnie, żeby mógł się wybiegać, że to jest frajda. Na początku bardzo nie lubiła spacerów, bo myślała, że ją wyrzucamy z domu i płakała, kiedy wychodziliśmy przez furtkę. Tak, jakby nie umiała sobie poradzić z wolnością, jak dzieci, które są w systemie tak mocno, że nie potrafią później zrobić ze swojej wiedzy fajnego pożytku. Zrobić czegoś, z czego byłyby zadowolone. Też to nam robi ta pandemia, że mamy więcej czasu, pieniędzy może nie, ale specyficznego czasu: wolnego, zamulonego. Z tym czasem też trzeba umieć sobie radzić. I Aniela, która była w szkole muzycznej przez 2 lata, chciałaby jeszcze czasami, żeby ktoś ją do nauki pozmuszał. To jest etap, w którym już chce się uczyć, a jej wewnętrzna motywacja się jeszcze rozwija i liczy na to, że ktoś ją pogoni.

Podziwiam w tobie zaufanie do wewnętrznej motywacji dzieci.

Aniela osobowościowo jest postacią mocną, twórczą. Nigdy się nie nudzi, kompletnie nigdy. Rysuje, dopóki nie zaśnie, albo czyta, albo pisze książkę. Ale jak długo było się w starym systemie, tyle czasu trzeba, żeby się uwolnić od tej zewnątrz-sterowności. Obserwuję to u Anieli. Jeremi nie był w systemie, jest więc bardziej elastyczny i szybciej wchodzi w nieobowiązkowe zajęcia, trochę wszechstronniej się rozwija.

Czy wasza szkoła to taka bezpieczna bańka?

Tak, to bańka pełna bodźców. Dzieci nie są wiekowo podzielone, mają kontakt z dorosłymi w każdym wieku. Widzę, że potrafią porozmawiać z osobą w każdym wieku czy pobawić się z totalnie małym dzieckiem, czy spędzać czas z nastolatkami. Jest to bańka, ale i hodowanie różnych supermocy.

Myślisz, że na dzieciach ciąży jakaś odpowiedzialność wobec świata, w którym będą żyły w przyszłości? Że po to są te supermoce?

Tej odpowiedzialności to ja się sama dopiero uczę. Odpowiedzialność za miejsce, za ziemię, za bliskich, zwierzęta, środowisko. To jest wszystko bardzo obecne. Moje dzieci znają pojęcie materializmu, mają to dobrze wytłumaczone, wybierają to, co żywe. Rodziłyśmy dzieci w innym świecie. Kiedy moi znajomi zachodzą w ciążę albo rodzą im się dzieci, to się czuję jak ich matka, która wspomina, że za naszych czasów było inaczej. Te osoby, które dziś rodzą dzieci, mają przedziwny czas. W zasadzie chciałoby się, żeby ten czas przeminął, żeby móc na to z jakiejś perspektywy spojrzeć i zrozumieć. Ale mam wrażenie, że to jeszcze się będzie ciągnąć dłuższy czas.

Pytanie intymne: znasz to matczyne poczucie bezradności?

Oczywiście. Miewam takie chwile, że nie wiem, co mam zrobić albo powiedzieć. Raz się zdarzyło, że po prostu zapytałam o to dzieci i mi pomogły. To jest ciekawe, że odpowiedzią na kryzysy jest bliskość. Jak jesteś bezradna, daj tej drugiej osobie coś zrobić. Kiedyś jechałam na wakacje z nimi, sama, strasznie daleko. Stresuje mnie wożenie dzieci autostradą, zwłaszcza przez cały dzień. Jest gorąco, migrena. Dojechaliśmy, a oni dostali euforii z cyklu „jesteśmy na miejscu” i zaczęli skakać po wszystkim. Ja zmęczona, torby, wspinam się po schodach. W pewnym momencie krzyczę: Przestańcie! Błagam was, nie krzyczcie, bo mnie głowa boli. Musimy odpocząć, coś zjeść, ja już nie wiem, co mam teraz zrobić. Aniela na mnie spojrzała i powiedziała: Wiesz, mamo, ja myślę, że powinnaś się popłakać. W pierwszej chwili pomyślałam: Co za bezczelne dziecko, po czym usiadłam, pocisnęłam, popłakałam się i było świetnie. Przyszła Aniela i mówi: No i co, lepiej?, a ja: No… i cała atmosfera się zmieniła, bo ja płakałam, a oni się wyciszyli i zrobili mi herbatę. To była świetna rada.

Cudownie, że umiałaś z niej skorzystać. Zaimponowałaś mi.

Naprawdę? Trzeba spróbować, może faktycznie trzeba dać się czasem poprowadzić dziecku. Dziś relacje pokoleniowe są inne, choć nie wiem, jak moje dzieci to ocenią za parę lat. Inny jest stopień wtajemniczenia i aspektów życia, wątków, które dzieci poruszają z rodzicami. Z moimi dziećmi brnę w przeróżne zakamarki i tak jest dużo lepiej.

Jak było, kiedy ty byłaś dzieckiem?

Moi rodzice mieli mnie w wieku 21 i 20 lat. Jak sobie przypomnę siebie z tego wieku, to mam wrażenie, że byłam za głupia, żeby mieć dzieci, za młoda, za niedojrzała. Ale wierzę też, że wszystko było doskonałe, tak, jak miało być. Cieszę się, że wciąż są młodzi i mamy superkontakt. Dużo czasu spędzałam u babci, rodziców nie było przy mnie, tęskniłam i ich sobie idealizowałam. Nie miałam kiedy z nimi gadać. Najwięcej czasu spędziłam z nimi w tym domu w Ząbkach i stąd mam najwięcej fajnych wspomnień. Z tego teraz czerpię i fajnie, że mogę być tutaj z moimi dziećmi.

Ty miałaś 26 lat, kiedy zostałaś mamą.

To było związane ze śmiercią babci mojego chłopaka, Wojtka. Byłam wtedy w Indiach i miałam takie olśnienie, że jak wrócę, to chcę, żeby doświadczył czegoś odwrotnie zajebistego. Babcia umierała przy nim i nie była pierwszą osobą, którą stracił. Byłam daleko, sama. Poczułam, że trzeba tę energię poprowadzić w drugą stronę.

A skąd energia płynie do ciebie? Nie wypalasz się jako matka?

Dużo siły daje mi joga i codzienna praktyka. To daje mi taki rdzeń i spokój wynikający z mojej starej duszy, ale bardzo ważny jest też dla mnie kontakt z moim wewnętrznym dzieckiem. To otwiera na dzieci i prowadzi, zbliża i pokazuje ich perspektywę na świat. Jako matka muszę się też dobrze pobawić. Jak się pobawię, pośpiewam, potańczę, to jestem najfajniejszą mamą.

To czego wam życzyć na 2021 rok, oprócz zabawy, rzecz jasna?

Zdrowia i jak najwięcej czystej ziemi pod stopami. Wiary w swoje możliwości.

Dziękuję ci serdecznie za rozmowę.

*

Natalia Przybysz – kompozytorka, autorka tekstów i jeden z najciekawszych kobiecych głosów na polskiej scenie muzycznej. Dała się poznać w roku 2001, kiedy to wraz z siostrą Pauliną zadebiutowały jako Sistars. W 2013 roku wydała solową płytę „Kozmic Blues: Tribute to Janis Joplin”. W muzycznym stylu Natalii spotykają się blues, soul, jazz i funk. Jesienią artystka wydała piątą, autorską płytę „Jak malować ogień”, która została uhonorowana Fryderykiem za najlepszą płytę roku w kategorii Album Roku Pop.

Dodaj komentarz