trójgłos

Trzy mamy, które przeprowadziły swoje biznesy przez pandemię

Trójgłos, czyli trzy rozmowy na jeden temat

Trzy mamy, które przeprowadziły swoje biznesy przez pandemię

Miejsca, które prowadzą Justyna, Marta i Marianna od dawna cieszą się sympatią i zaufaniem wśród klientów. Wszystkie trzy mocno to odczuły, kiedy musiały włączyć tryb awaryjny.

W piekarnio-kawiarniach, które prowadzi Justyna (pisałyśmy o nich tu), ważny jest duży stół i przegadywane przy nim spotkania. Lockdown nie dawał złudzeń, trzeba było zadziałać inaczej. Do butiku Marianny mam trzy kroki z domu. Przez pierwszy miesiąc pandemii nie widziałam nawet szyldu sklepu – cieszę się, że udało się zatrzymać to urokliwe miejsce na mapie Saskiej Kępy, o którym pisałyśmy tu. Studio ruchu Marty, które już wam rekomendowałyśmy, musiało przenieść trening do sieci. Ćwiczyłyście? Dzięki zbiórkom pieniędzy za treningi Marcie udało się utrzymać zespół, lokal i wesprzeć pielęgniarki. Na dodatek zdecydowała się na mało popularny w tym czasie ruch – zrezygnowała z etatowej posady i stała się samodzielną badaczką społeczną. Posłuchajcie, jak dziewczyny wspominają tamten czas.

*

Marta Majchrzak, mama siedmioletniego Jurka, opowiada o doświadczeniu lockdownu z dwóch perspektyw. Pierwsza to perspektywa badaczki społecznej, pracującej w terenie, spotykającej się z ludźmi podczas wywiadów etnograficznych, grup fokusowych, która podczas pandemii rzuciła pracę na etacie i założyła własną działalność badawczą. Druga to perspektywa współwłaścicielki studia ruchu OH LALA. Widzę sporo zysków, ale też sporo strat związanych z zamknięciem, i chętnie o nich opowiem, z myślą, że takie dzielenie się doświadczeniem to praktykowanie siostrzeństwa – obiecuje Marta.

 

Jaka była twoja pierwsza myśl, jako właścicielki OH LALA i badaczki, kiedy ogłoszono zamknięcie?

W marcową środę odebrałam Jurka z przedszkola razem z Łucją, jego koleżanką, córką przyjaciół. Zażyczyli sobie wspólnej nocowanki. Wtedy widzieliśmy się ostatni raz, kolejny dopiero po 3 miesiącach, kilka dni temu. Następnego dnia po nocowance przedszkole było otwarte, ale odradzano przyprowadzanie dzieci, atmosfera gęstniała. Z moją wspólniczką Kasią z OH LALA wiedziałyśmy, że jest ryzyko przymusowego zamknięcia działalności. Zajmujemy się prowadzeniem zajęć z tańca na rurze, akrobatyki powietrznej, zajęć przy drążku baletowym, dancehallu, gyrokinesis, szeregu medytacji. Było dla nas jasne, że nie ma co czekać na oficjalny lockdown i trzeba czym prędzej zamykać lokal. Postanowiłyśmy odwołać zajęcia i zamknąć się wcześniej, żeby nie ryzykować zdrowiem naszych trenerek i klientek. Kiedy rząd ogłosił zamknięcie, my już nie prowadziłyśmy działalności.

Jako badaczka zatrudniona na etacie w firmie badawczej od dłuższego czasu czułam, że nadchodzi moment, w którym powinnam odejść. Zawsze jednak znajdowałam powód, dla którego warto było jeszcze zostać. Pandemia pokazała mi, że zdecydowanie nie jest to już miejsce dla mnie. Rzuciłam papierem pod wpływem emocji, ale miałam już ugruntowane przekonanie, że to najwyższy czas. Gdyby nie złość, którą czułam, pewnie bym jeszcze zwlekała, a okazało się, że to genialna decyzja. Mam więcej pracy, trafiły do mnie fantastyczne projekty na temat kobiet, pracuję z ludźmi, którzy mnie inspirują, dla marek, które lubię. Fakty są jednak takie, że pierwsza myśl po ogłoszeniu zamknięcia brzmiała: czy sobie poradzę? To dla mnie ciekawa nauka o tym, że na gruncie zawodowym warto się czasem porządnie wkurwić.

Wierzyłaś w powodzenie działania online? 

Jestem jakościowcem, moja praca polegała wcześniej między innymi na ciągłych spotkaniach z respondentami twarzą w twarz, grupowo lub indywidualnie. Jako badaczka całkowicie przeszłam na spotkania, wywiady, rozmowy online. Czułam, że respondentki, z którymi rozmawiam, są złaknione kontaktu, uwagi – bardzo dobrze pracuje mi się w ten sposób. Podczas pandemii poprowadziłam dwa duże warsztaty po angielsku, zrobiłam badania społeczne: o edukacji zdalnej i o poczuciu szczęścia Polek, poprowadziłam też kilka ciekawych badań rynkowych, między innymi o kobietach w mediach. Używam nie tylko klasycznych narzędzi typu Zoom czy Teams, ale również wysublimowanych i zaawansowanych technologicznie platform, które pozwalają na rozmowę z kilkudziesięcioma osobami równocześnie. Jestem zachwycona, bo nie dość że się uczę i rozwijam, to też po prostu wiele zyskuję dzięki nowej sytuacji.

W OH LALA sytuacja była inna. Nigdy nie sądziłam, że będziemy potrafiły prowadzić zajęcia online. Nasze trenerki były otwarte na tę perspektywę, ale my miałyśmy duży opór przed skokiem w nieznane. Gdyby nie Betty Q, nigdy nie zrobiłybyśmy zajęć online. Ona dodała mi wiary, że to ma sens, że dzięki temu zbierzemy pieniądze, które pomogą przetrwać naszym instruktorom i nam. Zajęcia prowadziłyśmy w czasie realnym, nie było nagrań ze względów technicznych. Instruktorki miały możliwość korygowania ćwiczących tak, żeby zminimalizować ryzyko kontuzji. Dziewczyny ćwiczące widziały się nawzajem, o ile chciały mieć włączone kamerki. Wiele chciało i to były bardzo wzruszające chwile, kiedy zamknięte w swoich domach ćwiczyłyśmy, pociłyśmy i chichrałyśmy się razem. Sama ćwiczyłam, kiedy tylko mogłam, i wychodzę z pandemii w lepszej kondycji, co zapisuję po stronie zysków.

Wszystko się udało? 

Jest też jednak mniej pozytywny wątek. Zdecydowałyśmy, że karnety wejścia na zajęcia będą płatne poprzez Zrzutkę. Opis był skonstruowany w taki sposób, że nie musisz płacić od razu, bo uznałyśmy, że wiele osób może czekać na przelew. Wejście było płatne 35 złotych, z czego część przeznaczałyśmy na akcję pomocy pielęgniarkom organizowaną przez Ofeminin. Wyobraź sobie, że tylko mniej więcej połowa kobiet wpłaciła za zajęcia pieniądze. Było nam smutno, że kobiety korzystają z naszej pracy, ale nie czują się w obowiązku zapłacić. Mimo to kontynuowałyśmy, bo tak czy inaczej nie miałyśmy możliwości zarabiania pieniędzy w inny sposób. Jesteśmy dumne, bo zebrałyśmy nieco ponad 1500 zł na akcję Siostry Siostrom, a nasze instruktorki też zarobiły co nieco. Niewiele, znacznie mniej niż przed pandemią, ale zawsze coś.

Myślisz, że to mogłoby być skuteczne rozwiązanie na dłużej?

Prowadzimy teraz zajęcia stacjonarne, a zajęcia online kontynuujemy w ograniczonym zakresie. Liżemy rany po nieefektywnym zbieraniu opłat, tak po ludzku słabo się z tym czujemy. Będziemy chciały wrócić do tematu, ale oczywiście na innych zasadach. Wspólnota, którą bardzo poczułyśmy, to przede wszystkim relacja z naszymi instruktorkami. Mamy wspaniałą kadrę. Mamy też grono zaufanych klientek, dziewczyn, które rozumieją jak ważne jest dla nas wsparcie płynące z ich kieszeni, nie tylko z klepania po plecach. Myślę jednak, że jeśli rozmawiamy o sukcesie rozwiązań online, kluczem jest umiejętność zdobycia szerszej publiczności, zainteresowania osób z innych dzielnic, miast, a nawet mieszkających poza Polską. Tu widzę potencjał wzrostu.

Jako badaczka na pewno zostanę z wieloma rozwiązaniami wypracowanymi podczas pandemii. Czuję, że bardzo mi po drodze z nowymi technologiami. To zaskakujące, bo do tej pory byłam całkowicie atechniczna i nie uwierzyłabym w możliwość zmiany. Pandemia zmusiła mnie do zmiany i wiem, że na tym zyskałam.

Jak OH LALA funkcjonuje teraz po otwarciu? Dużo zmian musiałyście wprowadzić?

Otworzyłyśmy OH LALĘ, wiedząc, że przepisy, do których musimy się dostosować, są absurdalne. W lokalu może być o połowę mniej ludzi, wchodzić należy w maskach, choć ćwiczyć można już bez. Kupiłyśmy tonę środków dezynfekujących, czyścimy sprzęt kilkanaście razy dziennie. Musiałyśmy wprowadzić przerwy pomiędzy zajęciami, które pozwolą nam wszystko zdezynfekować, więc zajęć w ciągu dnia jest mniej. Te wszystkie obostrzenia bardzo negatywnie wpływają na nasz biznes. Badania pokazują, że ta branża jest jedną z najbardziej dotkniętych pandemią – ludzie ćwiczą dla zdrowia, a więc wiele osób mając wybór pomiędzy studiem sportowym, gdzie czują się zagrożeni koronawirusem, a ćwiczeniami na świeżym powietrzu albo we własnym domu z darmowymi treningami na YT, rezygnuje z kupna karnetu. Jesteśmy w innej sytuacji niż restauracje, gdzie ludzie pójdą zmęczeni gotowaniem w domu, albo kluby nocne, w których chcemy się po prostu zapomnieć. Zagrożenia w każdym z tym miejsc są identyczne, ale człowiek jak wiadomo nie jest istotą racjonalną. Jesteśmy otwarte dla tych dziewczyn, które po prostu lubią ćwiczyć w grupie i chcą poćwiczyć w bezpiecznych warunkach – zapraszam na taniec na rurze, zajęcia przy drążku baletowym, aerial i mnóstwo innych zajęć opisanych w grafiku.

Jak poradziłaś sobie z godzeniem prac z zamkniętym domem i macierzyństwem?

Godzenie tego wszystkiego było trudne, a czasami niemożliwe. Muszę powiedzieć, że kobiety są moimi heroskami. I ja sama jestem dla siebie heroską. Zupełnie serio, powinnyśmy dostać po medalu. Podczas lockdownu bardzo wyraźnie poczułam mozół żonglowania rolami, które pełnię w życiu. Byłam mamą przedszkolaka planującą mu miłe dni, kucharką na pełen etat – w życiu nie stałam tyle przy garach, pracownicą dużej firmy podejmującą decyzję o rzuceniu pracy, samozatrudnioną badaczką, a także współwłaścicielką OH LALA zmagającą się z zamknięciem działalności, a potem z absurdalnymi przepisami dotyczącymi jej wznowienia. Uff, było tego trochę za dużo, często czułam się przeciążona, mimo że dzieliłam opiekę nad Jurkiem nie tylko z mężem, ale też z przyjaciółmi, z którymi spędziliśmy całe 3 miesiące w ich domu na wsi.

Mam dość absurdalne poczucie ukończenia bardzo udanego warsztatu rozwojowego. Takie warsztaty to pewien rodzaj eksperymentu, który prowadzimy w bezpiecznych warunkach, na sobie samej. Bardzo podobnie jak w pandemii to my wybieramy sposób, w jaki poradzimy sobie z doświadczeniami, które nas spotykają. Cały czas miałam poczucie, że to, w jaki sposób ja i moja rodzina przejdziemy przez to doświadczenie, zależy od mojej decyzji i decyzji mojego męża o tym, jak reagować na sytuację.

Jak to teraz oceniasz?

Z mężem czujemy, że sprawdziliśmy się jako rodzice, a Jurek będzie wspominał pandemię jako fajne wakacje. Mieliśmy szczęście spędzić ten czas na wsi, w 6 osób – 2 dzieci i 4 dorosłych. Dużo byłam z Jurkiem, dużo rozmawiałam, dużo się bawiłam, dużo przytulałam. Spaliśmy we troje przez całą pandemię, pełne trzy miesiące razem w łóżku, co wynikało przede wszystkim z braku miejsca, ale też czułam, że to nam dużo daje, szczególnie w początkowym okresie, kiedy byliśmy zaniepokojeni sytuacją.

Jako badaczka czuję, że kwitnę. Pandemia przypomniała mi, że jestem stuprocentową introwertyczką i mimo że lubię ludzi, to jednak stałe bycie wśród nich wyczerpuje moje baterie. Zamierzam utrzymać zmiany, które zaszły podczas lockdownu: być więcej sama, chodzić na spacery, biegać, jeździć na rowerze solo, bo wtedy ładuję akumulatory, wpadam na dobre pomysły. Mam czas na kolegowanie się ze sobą, bycie ze sobą na bieżąco. Z badania „Kobiecość i szczęście w czasie zmian” przygotowanego na zlecenie Gedeon Richter wynika, że podczas pandemii 31% kobiet w Polsce znalazło czas i przestrzeń dla siebie – na realizowanie swoich pasji. Czuję, że jestem w tej grupie.

Moja historia z czasu pandemii to opowieść o kilku porażkach i kilku sukcesach, choć summa summarum myślę, że wychodzę z tych trzech miesięcy z dobrym bilansem zysków i strat.

Jakie są twoje prognozy na jesień?

Jeśli sprawdzą się przewidywania o drugiej fali epidemii, a politycy będą wykorzystywać ją do swoich celów, to widzę, że zajęcia stacjonarne w OH LALA będą zagrożone. Dlatego rozważamy różne scenariusze, nie chcemy obudzić się z ręką w nocniku.

Jako badaczka mam sprecyzowane plany na jesień – więcej badań online z kobietami, o kobietach. Wiem, że będę mieć sporo pracy i bardzo się na to cieszę.

Najważniejsza jesienna niewiadoma dotyczy naszego synka. Tak się składa, że Jurek idzie we wrześniu po raz pierwszy do szkoły. No właśnie, czy pójdzie? Martwię się, czy moje dziecko zacznie dobrze przygodę ze szkołą. Ja sama bardzo lubiłam chodzić do szkoły, miałam świetną klasę, z wieloma osobami do tej pory się przyjaźnię. Trudno będzie zakolegować się z obcymi dziećmi na Zoomie. Mam nadzieję, że przynajmniej na początku września szkoły będą działać normalnie.

Dziękuję za rozmowę.

*

Justyna Kosmala, współwłaścicielka sieci piekarnio-kawiarni Charlotte oraz baru Wozownia w Warszawie, mama trójki dzieci, opowiada o nowej koncepcji, która uratowała, stare, dobre założenia.

 

Co pomyślałaś, jako właścicielka lokali, kiedy usłyszałaś o zamknięciu wszystkiego? 

Byłam na to przygotowana, bo śledziliśmy sytuację i braliśmy pod uwagę taki scenariusz. Ale oczywiście zawsze jest to szok. Pomyślałam: A jednak, stało się!

Jak działaliście w tym czasie? Co było najważniejsze z twojej perspektywy? 

Nie zamknęliśmy naszych lokali, tylko staraliśmy się dopasować do nowych warunków. To było jak tworzenie naszych koncepcji na nowo. Istotą lokali takich jak Charlotte i Wozownia jest spotkanie ludzi przy stole. Przyjemność ze wspólnego przebywania razem. A to było niemożliwe. Tak więc przerzucenie działalności na dostawy i wynosy to była praca od podstaw.

Jakie wsparcie przyszło nieoczekiwanie? 

Bardzo duże wsparcie przyszło od klientów. Zamawiali na wynos, dzielili się swoimi zamówieniami w social mediach, promowali nas. To jest niesamowite i piękne, że nasi goście identyfikują się mocno z naszymi miejscami, nie wyobrażają sobie, że miałoby ich nie być, bo są stałym elementem ich życia.

Jak postrzegasz aktualną sytuację? Jak oceniasz obostrzenia i nowe przepisy? Macie szansę utrzymać lokale?

Cieszymy się, że możemy już działać i powrócić do naszej pierwotnej działalności. Na szczęście mamy spore ogródki, a to bardzo ważne w tych czasach. Ale ograniczenia liczby stolików są dla nas dużym obciążeniem i obroty nie są te same.

Przygotowujesz plan działanie na drugą falę czy nie wierzysz w powtórne zamykanie nas w domach? 

Trochę w to nie wierzę, ale to pewnie wynika z mojego charakteru. Nie lubię czarno patrzeć w przyszłość. Ale przygotowujemy się na każdą okoliczność.

Jak udało ci się pogodzić macierzyństwo/szkołę zdalną/sprawy domu z biznesem?

To pytanie powinno być na początku! Bo właśnie to było najtrudniejsze (śmiech). Trójka dzieci i praca, której było jeszcze więcej niż zwykle. I to w stresie i pod presją. Jednak z czasem przyzwyczailiśmy się do nowego układu i przyznam, że mi się spodobało. Jak w pewnym momencie dzieci poszły do szkoły, to było mi bardzo smutno i pusto.

Dziękuję za rozmowę. 

*

Marianna Grzywaczewska, mama Mirki, założycielka butiku Cloudmine, zrzeszającego polskich projektantów, skupiła się na wzmożonej działalności w sieci. Ale sklep na Paryskiej, jest już otwarty, cieszę się, że nie zniknął z mojego sąsiedztwa.

 

Jaka była twoja pierwsza myśl, kiedy usłyszałaś, że musisz zamknąć butik?

Decyzję o zamknięciu butiku podjęłam, a w zasadzie podjęłyśmy wspólnie, zanim weszły oficjalne rozporządzenia w tej sprawie. Mówię w liczbie mnogiej, bo czas pandemii utwierdził mnie tylko w przekonaniu o tym, jak wyjątkowy zespół tworzy Cloudmine, i o wszystkich zmianach i etapach prowadzenia sklepu podczas lockdownu decydowałyśmy   wspólnie. Nie było załamania, raczej zaciśnięcie zębów, organizacja pracy i poczucie odpowiedzialności za zdrowie zespołu i klientów. Udało nam się zachować zimną krew, choć oczywiście podskórnie było wiele obaw o to, co dalej. Towarzyszył temu na pewno też smutek, że stracimy kontakt z naszymi stałymi klientkami. Wiele osób odwiedza nas prawie codziennie, tworzymy na Paryskiej miniwspólnotę – zastanawiałyśmy się, czy to kiedyś wróci?

Miałaś plan kryzysowy na te trzy miesiące?

Oczywiście nikt nie był gotowy na tego typu kryzys. Nigdy wcześniej nie zrobiłam w głowie ćwiczenia „co by było, gdyby” na tego typu okoliczność. Plan powstawał więc na bieżąco, wraz ze zmieniającą się bardzo dynamicznie sytuacją.

Naturalne było dla nas, że zamknięcie butiku na Paryskiej oznacza koncentrację całego zespołu na sklepie online. Rozdzieliłyśmy zadania pomiędzy siebie, ułożyłyśmy grafik dyżurów w butiku (pakowanie i nadawanie paczek) i nawiązałyśmy współprace z nowymi markami. Ilustratorki z duetu mazzāl stworzyły dla nas „pandemiczne” grafiki (nasza chmurka „została w domu” i robiła zakupy online z kanapy), co pozwoliło nam symbolicznie oddzielić się od etapu poprzedniego. Włożyłyśmy w to wszystko ogromną ilość pracy organizacyjnej i promocyjnej, i to przyniosło efekty.

Jeszcze przed ponownym otwarciem sklep został okradziony. Miałaś takie momenty, że chciałaś krzyczeć i uciec od tego wszystkiego?

I tak, i nie. Akurat nałożyło się to z pewnymi perturbacjami w życiu rodzinnym i informacja o włamaniu zadziałała na zasadzie „no dobra, co jeszcze może się stać?”. Człowiek ma pewną wyporność na „złe” przygody i poczułam się raczej jak w jakiejś komedii omyłek. Nie było mnie w Warszawie i znów zespół stanął na wysokości zadania, zajmując się wszystkim na miejscu. Wciąż jesteśmy w procesach formalnych z ubezpieczycielem, więc nie wiemy jeszcze, jak duże poniosłyśmy straty. Z pewnością mogłoby być dużo gorzej. Staram się do tego podejść z pokorą, ale też z satysfakcją, że zadziałał system alarmowy i że sklep jest ubezpieczony. Krzepiąca była reakcja sąsiadów z Saskiej Kępy – po tym, jak dowiedzieli się o włamaniu, przychodzili wesprzeć nas dobrym słowem lub drobnymi zakupami, na lokalnej grupie na Facebooku dostałyśmy mnóstwo wsparcia i przydatnych informacji. Kolejna słodko-gorzka lekcja prowadzenia lokalnego biznesu.

Butik jest już otwarty. Klienci wrócili czy wolą zakupy online? Myślisz, że to może się zmienić na dłużej?

Klienci wrócili w zasadzie jeszcze przed otwarciem. Pukali do drzwi i pytali, czy mogą zrobić chociaż malutkie zakupy. To było bardzo urocze i dlatego nie bałyśmy się otworzyć Paryskiej w miarę szybko. Sklep po kilku dniach się zapełnił i musiałyśmy wrócić do pełnych godzin otwarcia, by zachować zasady bezpieczeństwa i swobodną przestrzeń dla odwiedzających. Sytuacja stacjonarnie wróciła do stanu sprzed epidemii, za to sprzedaż online nadal jest wyższa niż na początku roku. Dużo dało wprowadzenie przesyłek do paczkomatów – myślę, że część ludzi będzie teraz ostrożniejsza w kontaktach międzyludzkich i znając nasze produkty, będzie wybierać drogę online.

Dużo się w tym czasie mówiło o wspieraniu polskich marek. Odczułaś faktycznie takie działania?

Odczułam to wsparcie z dwóch stron. Pojawiły się zarówno działania ze strony różnych organizacji, jak WspieramPL, jak i środowiska dziennikarskiego. Dziennikarze, jak Michał Zaczyński, Harel czy zespół Vogue, pisali o polskiej modzie, projektantach, butikach, przeprowadzali wywiady z projektantami i na bieżąco analizowali sytuację. Również Cloudmine było kilkukrotnie wspomniane, co miało dla nas naprawdę duże znaczenie w tamtym czasie.

Druga strona to nasi klienci, którzy zareagowali prawie natychmiastowo. Zaraz po zamknięciu sklepu stacjonarnego wzrosła u nas sprzedaż online. Wiedziałam, że część z tych zamówień w dużym stopniu jest rodzajem cegiełki, wsparcia dla nas, pokazania „jestem z wami, trzymam kciuki, żebyście przetrwali”. Po jakimś czasie klienci zaglądali już na Paryską, gdzie pakowałyśmy paczki, wspierali ciepłym słowem i nie mogli się doczekać otwarcia. To był dla nas bardzo istotny zastrzyk optymizmu i poczucia, że jest się dla kogo starać.

Czym był dla ciebie ten czas kwarantanny? Znalazłaś coś nowego dla biznesu? Dla rodziny?

Konstatacja postpandemiczna jest dość banalna, jeśli chodzi o życie prywatne – trzeba celebrować każdą, najdrobniejszą chwilę i cieszyć się ze zdrowia, spokoju, bycia z bliskimi, zminimalizować swoje oczekiwania od życia.

Jeśli chodzi o Cloudmine, nauczyłyśmy się ogromnie dużo, sprawdziłyśmy się w kilku kryzysowych momentach, zespół bardzo się zżył, a ja utwierdziłam się w tym, że idziemy w dobrą stronę. Choć zamknięcie sklepu stacjonarnego i zablokowanie możliwości organizacji wydarzeń (jestem organizatorką targów Bakalie i Gdańskiego Targu Roślinnego w Gdańsku) wpłynęło poważnie na kondycję finansową firmy, czuję się silniejsza i mądrzejsza o doświadczenie „pogodnej rezygnacji”. Powoli wracamy do działań targowych, wiele decyzji z ostatnich lat okazało się trafnych i staram się patrzeć z nadzieją w przyszłość – chyba może być już tylko lepiej, a przynajmniej bardziej świadomie.

Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia: Piotr Czyż

Jak Wy poradziłyście sobie z waszymi biznesami? Piszcie w komentarzach, po jakie rozwiązania sięgałyście. Wasze historie mogą okazać się wsparciem dla innych.

Dodaj komentarz