edukacja trójgłos

Odeszliśmy z placówki

W cyklu #trójgłos, historie rodziców, których dzieci nie pasowały do żłobka, przedszkola i szkoły.

Odeszliśmy z placówki
Archiwa prywatne

Gdy decydujemy się na oddanie dziecka pod skrzydła placówki edukacyjnej, chcemy, by wszystko szło gładko. Ale życie układa się różnie, i dla wielu rodzin proces adaptacji czy bycia w systemie, kończy się rezygnacją. Posłuchajcie trzech historii rodziców, którzy podjęli decyzję: „odchodzimy”.

Jeśli wasze dziecko jest w placówce nieszczęśliwe lub jeśli wasza rodzina miałaby tkwić w dyskomforcie z powodu chodzenia dziecka do szkoły, przedszkola czy żłobka – przeczytajcie ten artykuł. To trzy historie rodziców, którzy stanęli wobec niełatwej decyzji zakończenia edukacji dziecka w placówce. Dla każdego z nich oznaczało to nowe wyzwania, rezygnację z jakiejś części swojego życia (finansowego komfortu, czasu na pasje lub rozwoju zawodowego). Było pewne ryzyko, a także obawy. Ale podjęli kroki, nie tylko dla dobra dziecka, lecz dla całej rodziny. Dzieci, które nie odnajdują się w placówkach opiekuńczych, to wcale nie rzadkość i nie musi oznaczać, że ktoś ma problem. Tak samo szkoła – rezygnacja z niej na rzecz ED wcale nie jest zarezerwowana dla najmłodszych klas. Mamy nadzieję, że szczere rozmowy z naszymi bohaterami zainspirują was do podjęcia właściwych dla edukacji waszych dzieci decyzji.

Stefan, tata 2-letniej Zosi, Zrezygnował z posyłania córki do żłobka

Stefan – młody tata wykonujący wolny zawód – jest przykładem, że nie wszyscy zabierają dzieci z placówek dlatego, że tak chcą. Czasem przyczyną jest samo dziecko. Gdy w życiu poza rodziną liczy się także pasja i praca, żłobkowicz nieumiejący zaadaptować się w placówce stawia życie rodzinne i zawodowe na głowie. Próby przyzwyczajenia małej Zosi do żłobka trwały bardzo długo i były okupione stresem i poczuciem winy obojga rodziców. Ostatecznie podjęli decyzję o rezygnacji z placówki. Teraz trwa ich adaptacja do przedszkola.

Co sprawiło, że zacząłeś myśleć o zabraniu Zosi ze żłobka i zrezygnowaniu z dalszych prób adaptacji?

Rok płaczu. Rano Zosia otwierała oczy, pytała, czy jest dzisiaj żłobek i jeśli mówiłem, że tak, to zaczynała płakać. Każdego dnia moja pierwsza myśl to było: „o nie, znów będzie to samo” i ściśnięty żołądek. Całe półtoragodzinne szykowanie się – robienie śniadania, ubieranie się, chwile zabawy – było w napięciu, a Zosia na granicy płaczu, bo było wiadomo, że zmierzamy do tego, by zostawić ją w żłobku. Bywały lepsze dni, ale to dlatego, że szliśmy okrężną drogą lub coś odwróciło jej uwagę. Zawsze, gdy docieraliśmy do placówki, zaczynał się płacz. Słyszeliśmy od kadry, że „każde dziecko w końcu się przyzwyczai”. No, jak widać nie każde.

Czyli problem był głównie z odprowadzaniem, nie z samym przebywaniem w żłobku?

Panie nie zgadzały się na adaptację z rodzicami, bo uważały, że z jakiegoś powodu rozdzielenie i szybkie pożegnanie będzie lepsze. O dziwo początkowo to grało: zostawialiśmy Zosię na godzinkę, potem dwie. Odbierając ją, wiedzieliśmy, że była szczęśliwa, wychodziła w dobrym humorze. Psycholog też potwierdzał, że na terenie placówki nie dzieje się z Zosią nic niepokojącego, że bawi się w normie. Natomiast samo odprowadzanie, zostawianie jej tam… zawsze było bardzo trudne.

Niestety, po kilku miesiącach właścicielki żłobka zrezygnowały z prowadzenia placówki i sprzedały ją. To oznaczało dla dzieci, że zostaną w tym samym miejscu, z tym samym wyposażeniem, ale zmienią się ich opiekunki. To był z pewnością duży cios dla Zosi, mimo że kadra wymieniła się stopniowo tak, by dzieci miały szansę przyzwyczaić się do nowych pań. Kontynuowaliśmy żłobek i wciąż sytuacja wyglądała tak, że przy odbieraniu było dobrze, ale przy odprowadzaniu – bardzo źle. Nowe opiekunki zaproponowały więc, by rozpocząć adaptację na nowo, na ich zasadach, z udziałem rodzica. Chodziłem więc z Zosią na zajęcia, zostawałem w żłobku na godzinę, dwie… Ze mną bawiła się dobrze, ale za każdym razem, gdy wychodziłem, wpadała w rozpacz.

Rozumiem, że starałeś się jakoś załagodzić tę sytuację przez cały rok? Co dokładnie robiliście z mamą Zosi, by jej ułatwić proces adaptacji?

Po wielu próbach, lekturach, konsultacjach, rozmowach z kadrą żłobka i psychologiem, doszliśmy do wniosku, że Zosia jest takim typem, który gdy „pęka” przy rozstaniu z nami i zaczyna rozpaczać, tak to przeżywa i tak musi to z siebie wyrzucić. Przyszło nam oczywiście do głowy, że może to kwestia tego konkretnego żłobka, ale nawet po zmianie kadry na bardziej bliskościową i kolejnej adaptacji z rodzicami na terenie placówki nie było poprawy, a wręcz pogorszenie.

Od razu przychodzi mi o głowy, że był jakiś ukryty problem. Na pewno specjaliści nic nie zauważyli?

Psycholog ocenił, że nie ma tu żadnych zaburzeń, ot, wrażliwe dziecko, które bardzo uzewnętrznia swoje emocje. Zosia rozwijała się prawidłowo, w wielu kwestiach nawet wyprzedzała swój wiek. Jest komunikatywna, samodzielna, z łatwością się odpieluchowała. Jedyny „problem” to charakter – domaga się, by wszystko robić wspólnie. Chce, by ktoś był nie tylko z nią i przy niej, ale cały czas w interakcji – najlepiej by ciągle patrzył na to, co ona robi. To nie jest tak, że Zosia nie chce ułożyć klocków czy puzzli. Ona chce – tylko żeby zrobić to razem.

Co sprawiło, że uznaliście, że lepiej będzie opuścić żłobek?

Po jednym powrotów do żłobka po nieobecności z Zosią zaczęło być dużo gorzej. Przez cały czas od obudzenia do wejścia do placówki płakała lub była na granicy płaczu. No i do tego doszły opinie pań ze żłobka, że jest problem. Na przykład zaczęły prosić, by ją wcześniej odebrać. Rozmawiałem z nimi, stosowałem ich rady… Aż w końcu otrzymałem informację od kadry, że wyczerpały już wszystkie sposoby na poprawienie Zosi komfortu w placówce i pomoc w adaptacji, że nie widzą perspektywy poprawy, nie wiedzą, co mogą więcej zrobić, by Zosi się lepiej spędzało czas. W pewnym sensie poddały się.

Może „wyrzucono was” ze żłobka, bo Zosi dyskomfort, płacz i potrzeby zaburzały rytm dnia i były trudnością dla pozostałych dzieci?

Tak, i z pewnością to jest problem w placówkach. Gdy pojawia się dziecko nieco bardziej wrażliwe czy wymagające, odstające swoimi potrzebami od reszty, kadra ma zdecydowanie trudniej. Zosia nie chciała odstępować nauczycielki na krok, chciała się bawić tylko z nią, najchętniej na kolanach. Pani nie mogła pomóc w tym czasie innym dzieciom, zmienić pieluchy itd. Zosia nie chciała brać udziału w zabawach, wychodzić na dwór wtedy, gdy wszyscy wychodzili… To przecież wyłącznie kłopot dla kadry. Do tego jeśli dochodzi rodzic, który przeżywa, który chce poprawić ten dyskomfort dziecka za wszelką cenę, to sytuacja kończy się właśnie w taki sposób – zabraniem z placówki. Tak naprawdę nie mam do pań ze żłobka pretensji – widzę, że nie umiały sobie poradzić.

Gdy już zabraliście Zosię ze żłobka – jak to wpłynęło na waszą codzienność?

Mamy taki układ, że moja żona pracuje w korporacji, gdzie ma sztywne zasady, nie ma możliwości łączenia pracy z opieką nad dzieckiem w ciągu dnia. Więc automatycznie na mnie – ze względu na mój wolny zawód – spadło w dużej mierze zajmowanie się Zosią. Nie muszę mówić, co to oznacza dla rodziny, gdy jeden z rodziców rezygnuje z pracy lub ją mocno ogranicza, czy przesuwa czas pracy ze względu na dziecko. Zatrudniliśmy też nianię, ale nadal w dużym stopniu musieliśmy oboje z żoną ograniczyć m.in. realizację naszych pasji. Mieliśmy nadzieję, że ta przerwa od placówek pomoże Zosi, zaspokoi jej potrzebę bliskości rodziców itd.

Jaka jest zatem konkluzja z waszego przypadku?

Mam poczucie, że nasza Zosia jest dzieckiem, które ze względu na swoje potrzeby nie bardzo ma szansę odnaleźć się w placówce. Teraz trwa adaptacja do przedszkola, którą odłożyliśmy w czasie na ostatni możliwy termin. Bardzo liczyliśmy, że gdy minie trochę czasu, Zosia urośnie i lepiej przygotujemy ją do adaptacji, to będzie jej łatwiej. Ale nie jest, mimo że chodzi do prywatnego przedszkole, w którym jest jedna pani na szóstkę dzieci. Dalej przy wychodzeniu do przedszkola, drodze do niego i oddawaniu Zosi jest katastrofa. Dostaję zdjęcia od nauczycielek z wycieczek czy wspólnych zabaw, na których widzę Zosię stojącą bez entuzjazmu, z niezbyt wesołą minką, i szczerze mówiąc – nie mogę tego za bardzo znieść. Trwająca adaptacja do przedszkola to kolejne wyzwanie dla naszej rodziny. Zobaczymy, co będzie dalej.

Dziękuję za podzielenie się waszą historią.

Magda, mama Helenki, podjęła decyzję o rezygnacji z przedszkola

Choć Magda – mama z wykształceniem pedagogicznym i wielbicielka edukacji przez sztukę – nie wyklucza, że w przyszłości jej córeczka z powrotem trafi do przedszkolnej grupy, w tej chwili spędzają czas w domu na artystycznych zabawach edukacyjnych, wycieczkach i łonie natury. Ta historia to przypadek rodziny, która od początku rozważała rezygnację z placówki i edukację domową. Los sprawił, że pojawił się pretekst do podjęcia takiej decyzji.

Jak doszło do sytuacji, że zrezygnowaliście z przedszkola?

Być może gdyby nie przeprowadzka w lipcu, pięcioletnia Helenka po wakacyjnej przerwie zwyczajnie wróciłaby do swojego przedszkola. Ale stało się inaczej. Zmieniliśmy mieszkanie i stanęliśmy przed wyborem: dojeżdżać spory kawałek do dotychczasowej placówki lub zmienić przedszkole – co wiązałoby się z adaptacją w nowym miejscu. Mogliśmy także zrezygnować z przedszkola na rzecz edukacji domowej.

Kiedy przyjrzałam się tym rozwiązaniom, a potem naszej rodzinie i jej potrzebom, nie miałam wielu wątpliwości. Dodam też, że ta decyzja nie była wielką rewolucją w naszym życiu. Osiem miesięcy temu Helci urodziła się młodsza siostra i po jej narodzinach Hela i tak rzadko bywała w swoim przedszkolu. „Chcę zostać z siostrzyczką” – słyszałam co rano i czułam, że bycie w domu jest dla niej w tym czasie niezwykle ważne. To wyjątkowy czas dla naszej rodziny, Hela chciała w nim w pełni uczestniczyć. Decyzję ułatwiało to, że w moim przekonaniu przedszkole nie jest warunkiem prawidłowego rozwoju i udanego dzieciństwa, a jedynie pewną możliwością, która ma swoje plusy, ale nie jest też pozbawiona wad.

Jaka była reakcja Heli na tę decyzję?

Ucieszyła, ale bez euforii (śmiech). Mam wrażenie, że dla niej takie rozwiązanie sytuacji jest dosyć naturalne. Mimo wszystko we wrześniu usłyszałam, że tęskni za przedszkolem. Chwilę o tym rozmawiałyśmy, okazało się, że ta tęsknota to chęć spotkania koleżanek z przedszkola, niekoniecznie w samej placówce.

Brałaś pod uwagę, że kiedyś przyjdzie ci się zajmować edukacją córki, czy ta idea się pojawiła teraz?

Od dawna traktuję edukację domową jako jeden z możliwych scenariuszy. Widzę plusy i wyzwania, które się z nią wiążą. Znam rodziny, w których takie rozwiązanie się bardzo sprawdza. Rozmawiam z nimi, „podglądam” ich na żywo czy w mediach społecznościowych i nasiąkam chęcią, by u nas też tak było.

Jesteś bardzo zaangażowaną mamą, obserwuję twoje prace plastyczne i zajęcia Montessori, które organizujesz Helence. To dosyć wysoka poprzeczka i chciałam cię zapytać, czy twoim zdaniem takie wydanie domowego przedszkola jest jedyną opcją? Czy można być mniej zaangażowanym?

Mam wykształcenie pedagogiczne, przez kilka lat prowadziłam warsztaty plastyczne w przedszkolu Montessori. Na studiach zetknęłam się oczywiście z tą metodą, jednak dopiero osobiste doświadczenie i możliwość porównania funkcjonowania takiej placówki z tą tradycyjną były ważnym przełomem w moim sposobie myślenia o uczeniu i nauczaniu.

Zabierając dziecko z placówki, dobrze zdawać sobie sprawę z tego, co właściwie rozumiemy przez hasło „edukacja domowa”. W naszym przypadku nie jest to odtwarzanie środowiska przedszkolnego w domu. Nie jestem nauczycielką Heli w takim tradycyjnym wyobrażeniu – narzucającą tematy, organizującą jej czas. Staram się podążać za jej zainteresowaniami i potrzebami, zgodnie z nimi, w miarę możliwości, zapewniać jej odpowiednie materiały i narzędzia do zdobywania wiedzy i kształcenia kolejnych umiejętności. Dużo wychodzimy na dwór, czytamy książki, często tworzymy proste prace plastyczne, próbuję też wciągać Helkę we wspólne gotowanie. Edukacja dzieje się przy okazji rozstawiania odpowiedniej liczby talerzy na stole, odmierzania ilości mąki, adresowania listu i wchodzenia na drzewo.

Co jest twoim zdaniem nieuniknione, gdy podejmujemy decyzję o wycofaniu dziecka z przedszkola? Rezygnacja z pracy zawodowej?

Myślę, że niezbędna jest chęć do spędzania czasu z własnym dzieckiem (śmiech). To po prostu trzeba lubić, bo nagle ten czas się wydłuża i przebywamy z dziećmi dużo więcej, niż wtedy, gdy korzystamy z placówek. Jeśli chodzi o pracę zawodową, to wydaje mi się, że nie ma uniwersalnych rozwiązań. Znam rodziny ED, w których rodzice są aktywni zawodowo, i takie, w których jeden rodzic rezygnuje z pracy. U nas nie było tego typu dylematów – jestem na „urlopie” macierzyńskim. Co potem? Niewątpliwie kwestia pogodzenia pracy zawodowej  z edukacją domową jest dla mnie jednym z największych wyzwań w tym temacie.

Jakie są trudności związane z edukowaniem przedszkolaka w domu? I jak godzisz je z wychowaniem niemowlaka?

Czasami chciałabym móc się rozdwoić. Zwłaszcza wtedy, gdy Helenka przychodzi do mnie z ważnym pytaniem czy książką do poczytania, Gabrysia potrzebuje dużej uwagi, a obiad dziwnym trafem jeszcze się nie zrobił (śmiech). Trudne są zwłaszcza te dni, w których do późnych godzin wieczornych jestem jedynym dorosłym w domu. To dla mnie niełatwa lekcja odpuszczania, weryfikacji priorytetów. W takich momentach tym bardziej widzę, że muszę dbać o siebie, szukać sposobów, by wyjść na samotny spacer, zrobić coś z myślą o sobie. Inaczej czeka nas nie edukacja, a domowa frustracja, a na to szkoda trochę czasu i energii.

Czy planujecie kiedykolwiek wrócić do placówki, czy już klamka o ED zapadła? 

Edukacja domowa to dla mnie jedno z możliwych rozwiązań. Podejmując decyzję, chcę brać pod uwagę nasze potrzeby i zasoby jako rodziny, a te mogą się zmieniać na przestrzeni lat. Nie planujemy powrotu, ale też nie zamykam się na taką opcję. Co będzie, jeśli Helena będzie bardzo chciała pójść do szkoły? Już teraz zaczyna wspominać coś o pierwszej klasie… Być może spróbujemy ze szkołą prowadzoną metodą Montessori.

 Zazdroszczę ci tych jasnych życiowych priorytetów. Dziękuję za rozmowę!

Marysia, mama Mili, zabrała córkę ze szkoły podstawowej

Po kilku latach w alternatywnej edukacji Marysia – mama dwójki nastolatków, przedszkolanka z pasji i autorka na naszym portalu, na skutek zmian, które wymusiła między innymi pandemia, zdecydowała się o założeniu grupy homeschoolingowej dla swojej córki. I to na dwa semestry przed egzaminami do liceum…

Skąd decyzja o zabraniu dziecka w ósmej klasie z podstawówki?

Podjęłam ją w grupie zaprzyjaźnionych rodziców. Moja córka chodziła dotąd do niestandardowej szkoły o profilu waldorfskim. Do siódmej klasy nie było ocen, dzieci miały sporo wolności. Jednak lockdown i siódma klasa dużo zmieniły, okazało się, że pomimo że jesteśmy w systemie alternatywnej edukacji, to jednak nadal w systemie. Nauczanie waldorfskie opiera się na działaniu analogowym i na wspólnym doświadczaniu. Nie da się tego przełożyć na język online, a niestety do naszej szkoły również dotarły zajęcia zdalne. Zaczęły się stres, sprawdziany, testy, pogoń za wynikami… Zebraliśmy więc grupę osób, które nadal chciały kontynuować pierwotną ideę edukacji przez spotkanie.

Jak organizuje się alternatywną domową szkołę?

Zebraliśmy pięć rodzin z naszej klasy chętnych do wspólnego edukowania. Zrobiliśmy plan finansowy i wyszło, że potrzebujemy większej grupy. Podstawowym założeniem było zorganizowanie dzieciom zajęć poza domem, w nowej „szkole”, dla której znaleźliśmy lokum. Szukając osób do współpracy, zrobiliśmy więc coś w rodzaju rekrutacji (śmiech). Zacząć nie jest wcale trudno, trzeba zapisać dziecko do szkoły, która ma uprawnienia do edukacji domowej. Wiele zwykłych szkół państwowych je ma. Są też takie wyspecjalizowane w ED i te placówki są bardzo doświadczone i pomocne w organizowaniu wszystkiego. W czasie pandemii załatwianie formalności z przechodzeniem na edukację domową zostało bardzo uproszczone. Nie musimy się już zgłaszać do poradni psychologiczno-pedagogicznej.

Czyli wypisaliście się ze szkoły, zebraliście grupę i zapisaliście się do szkoły ED. Co było dalej?

Zatrudniliśmy nauczycieli. Wychowawczynię i nauczycieli polskiego, matematyki i angielskiego – na stałe. Oni mają lekcje z naszymi dziećmi przez cały rok szkolny, przygotowują je także do egzaminów ośmioklasisty.  Pozostałe przedmioty – geografia, fizyka itd. są realizowane w okołomiesięcznych blokach, to znaczy dzieci przerabiają program z wybranego przedmiotu „ciurkiem”, a następnie go zaliczają.

Czy taka blokowa edukacja się sprawdza? To zupełnie inaczej niż w publicznej szkole.

Tak, pracujemy tym systemem od dawna, podobnie edukacja jest realizowana  w szkołach Montessori, waldorfskich. W USA i w Skandynawii nauczanie blokowe to standart. U nas wygodne jest to, że dzieci jest zaledwie ośmioro, w małej grupie dużo łatwiej jest tłumaczyć, pochylić się nad uczniem indywidualnie, iść z materiałem. Jest czas na ciekawe metody edukacyjne, nie tylko rozwiązywanie zadań. Są tematyczne wycieczki, czas na wspólny wolontariat, udział w festiwalach filmowych. I co ważne, za jednym zamachem dzieci uczą się zawsze czegoś dodatkowego. Na przykład na lekcji geografii nauczycielka nie tylko uczy czytać mapę, ale wprowadza też w nowoczesne metody efektywnego uczenia się, pokazuje dzieciom techniki robienia notatek. Realizacja programu – choć program jest taki sam jak w każdej szkole – nie jest naszym jedynym priorytetem. Stawiamy na potrzeby dzieci, ich indywidualne możliwości i społeczne kompetencje, których w szkole zdalnej nie mieli szansy rozwijać. Dzień lekcyjny w edukacji domowej trwa krócej, a nauka postępuje szybciej, dzieci mają więc więcej wolnego czasu.

Wspomniałaś, że dzieci muszą zaliczać materiał. Jak to w praktyce wygląda?

Każdy z naszych nauczycieli przedmiotowych wie, że ma za zadanie przygotować dziecko na zaliczenie przedmiotu w trybie ED. Zaliczenia przebiegają dosyć łatwo, choć szkoły mają różne zasady. U nas brane są pod uwagę własne notatki ucznia, co już jest bardzo przyjazne, bo pokazuje, że liczy się zaangażowanie. Zaliczenie odbywa się poprzez  wypracowanie na przygotowane wcześniej zagadnienia i przez rozmowę. Myślę, że dzięki temu można odnaleźć się w każdej dziedzinie.

Brzmi jak bardzo luźna szkoła, a przecież zaraz będziecie mieli egzaminy do liceum. Nie boisz się, że twoja córka sobie nie poradzi?

Egzaminy wstępne to przede wszystkim punkty za oceny na świadectwie, a o to się nie martwię, bo wiem, że moja córka pracuje i że jest w dobrych rękach. Ufam, że jeśli tylko będzie chciała, nauczy się wszystkiego tak, jak trzeba. Istotnym elementem edukacji jest motywacja. Zauważyłam, że gdy w naszej byłej waldorfskiej szkole pojawiły się oceny, to część dzieci się „popsuła”. Mili przestało zależeć na angażowaniu się w to, co nie było oceniane. Po co, skoro nie liczy się do średniej? Zimna kalkulacja i szukanie formy przetrwania w nawale szkolnych zadań wyparło uczenie się dla przyjemności.

Motywacja zewnętrzna gasi wewnętrzną ciekawość świata, a w naszej obecnej formie edukacji każde dziecko ma możliwość wykorzystać swój potencjał. Moja Mila sobie wymyśliła, że będzie zdawać do „dobrego” liceum, więc uczy się, bo jej zależy. Jej koleżanka jest z kolei wybitnym talentem sportowym, trenuje kajak-polo i jej ambicje są gdzie indziej. Dzięki szkole, która trwa dwa razy krócej niż zwykła podstawówka, ma czas skupić się na tym, co jest dla niej najważniejsze.

Pewnie istotną rolę pełnią w waszej miniszkole pedagodzy?

Tak, znalezienie ich to był w zasadzie największy wysiłek. Osiem rodzin intensywnie zaangażowało się w poszukiwania. Poczta pantoflowa i środowisko, w którym przebywamy – mamy w składzie rodzicielskim nauczycieli i pracowników naukowych – niejako ułatwiło nam skontaktowanie się z właściwymi osobami. Znaleźliśmy świetną wychowawczynię Asię i kilku rewelacyjnych nauczycieli. Mamy podobną wizję szkoły i uzgodnione zasady – unikamy cyfrowych pomocy na lekcjach i stawiamy na komunikację.

Jakie były twoje obawy przed zabieraniem Mili ze szkoły? Bo nie wierzę, że ich nie miałaś.

Na pewno obawiałam się tego, jak Mila zniesie rozdzielenie z przyjaciółkami – trzy najbliższe sercu dziewczyny nie zmieniły szkoły wraz z nią. Tak bywa. Mila wiedziała, że rozstanie i tak je czekało, choć dopiero za rok, przy pójściu do liceum. Bałam się też, że któryś nauczyciel się wycofa i zrezygnuje. A czy bałam się o wyniki w edukacji? Nie. W moim odczuciu to raczej zwykła szkoła nie dostarcza dzieciom wiedzy ciekawej i przydatnej.

Wychowanie rozumiem jako stopniowe odsuwanie rodzicielskich opiekuńczych rąk i przygotowanie dziecka do samodzielności. I nigdy nie uważałam, że od tego, jakie dziecko będzie mieć oceny czy do jakiej szkoły średniej pójdzie, zależy jego przyszłość. Mam wykształcenie pedagogiczne, jestem córką i wnuczką nauczycieli, którzy mi konsekwentnie powtarzali, że uczę nie dla ocen i że jeśli nie chcę – nic nie muszę. Po studiach pracowałam w korporacji. Jako dwudziestolatka zarabiałam małą fortunę. Dziś spełniło się moje marzenie i zostałam nauczycielką przedszkolną. I choć mój standard życia jest diametralnie niższy, czuję się szczęśliwa. Przyświeca mi prawdziwa pasja, choć to brzmi patetycznie, a dziś patos nas niepokoi – mam poczucie misji. Takie wartości staram się przekazać dzieciom: że ich przyszłość nie zależy od dyplomów i świadectw, lecz od umiejętności radzenia sobie z wolnością, od uczenia się, także na swoich błędach, od twórczych zdolności, umiejętności nawiązywania relacji, od szczęścia, jakim jest znalezienie pomysłu na siebie. Dobrobyt nie oznacza przecież spełnienia.

Dziękuję za dodanie odwagi innym rodzicom uczniów. I powodzenia!

Podzielcie się z nami waszymi doświadczeniami z placówek. Czy jest na pokładzie ktoś, kto zrezygnował z przedszkola, żłobka lub szkoły?

Dodaj komentarz