trójgłos

„Nie zdążyłam urodzić w szpitalu”

Historie kobiet, których porody poszły nie do końca zgodnie z planem

„Nie zdążyłam urodzić w szpitalu”
Archiwa prywatne, Michał Klusek

Aga urodziła w samochodzie, Mariola na podłodze w Izbie Przyjęć, Kasia w domu. Trzy kobiety, lekko zaskoczone tempem wydarzeń, rodzące bez znieczulenia, zdane w dużym stopniu na improwizację. Jak to możliwe, że każda z nich uważa, że przeżyła najpiękniejsze chwile w swoim życiu? Posłuchajcie historii matek, które ścigały się z czasem.

„Napiszmy o kobietach, które nie zdążyły dojechać do szpitala!” – zaproponowałam mojej redaktor naczelnej Paulinie, myśląc o Bożym Narodzeniu i Maryi, która nie dojechała do zacisza gospody i porodziła w stajni. Sama byłam podobnym przypadkiem, bo o włos nie urodziłabym syna gdzieś pomiędzy windą a korytarzem (jeśli kojarzycie z filmów sceny spanikowanych kobiet krzyczących „odeszły mi wody!” – to właśnie ja). W książeczce zdrowia wpisali, że dziecko pojawiło się na świecie 4 minuty po przyjęciu do szpitala. Jak to w ogóle możliwe?

Możliwe, gdy czujesz skurcze, ale bardzo nie chcesz przegapić świątecznego przedstawienia w przedszkolu starszego dziecka. Możliwe, jeśli poprzedni poród kojarzył ci się z nieludzko długim, trudnym czekaniem w czterech ścianach szpitala, i tym razem chcesz sobie to czekanie zorganizować w fajniejszym miejscu. Możliwe, jeśli w ogóle nie planujesz rodzić w szpitalu, a pomysł jechania na porodówkę pojawia się wyłącznie dlatego, że umówiona na poród domowy położna jest niedostępna. Zbieg okoliczności, pech, fatum. A może po prostu taki plan z nieba?

Bohaterki, którym oddaję głos, naprawdę nie zdążyły. Ich porodowe historie są różne, ale jednocześnie łączy je bardzo wiele, nie tylko to, że w porodzie zabrakło na coś czasu. Wspierający, świadomy i opanowany partner u każdej z nich. Radość z tego, że poszło szybko. Satysfakcja. Wdzięczność, że ostatecznie wszystko się udało. Przekonanie o tym, że niczego nie można zaplanować, ale i tak warto próbować to zrobić. I w końcu – radość z wolności. Z możliwości wyboru i niezależności w porodzie, którą im ta nieoczekiwana sytuacja dała.

Posłuchajcie, jak pięknie brzmią wspomnienia z pozornie dramatycznych chwil, i ile zyskały te niezwykle dzielne, młode mamy, rodząc poza szpitalną salą.

Narodziny w samochodzie – poród Agnieszki

Niezwykły poród, do którego dojdziemy, to finał serii zaskakujących zdarzeń i zbiegów okoliczności, które miały miejsce podczas ciąży Agi. Nie dość, że wszystko przypadło na niepewny czas wiosennego lockdownu, to jeszcze na początku pierwszego trymestru Agnieszka złamała nogę. Zanim się zorientowała, że to złamanie, a nie skręcenie, czekała kilka dni (w końcu RTG w ciąży się nie wykonuje). Musiała zderzyć się z absurdami pandemii, dysfunkcjami służby zdrowia, teleporadami, brakiem lekarzy w przychodni, prowadzeniem ciąży przez nieznajomego ginekologa. I to wszystko z dwójką starszych dzieci pod opieką! Potem doszła konieczność kierowania samochodem w ortezie, kolejki na oddział diabetyczny… I ponowne kontuzja nogi (tej samej!), tym razem tuż przed porodem, w kałuży obok przychodni dla ciężarnych. Gdy wydawało się, że już gorzej być nie może, szpital, w którym Agnieszka miała rodzić, zamknął oddział położniczy z powodu wirusa. Rozpoczęło się gorączkowe szukanie innej placówki, ale nie byle jakiej – takiej, gdzie można urodzić bez konieczności wykonywania testów, ryzykowania rozdzielenia z dzieckiem. Szukała w okolicy swojego miasta, Siedlec. Padło na Warszawę, ale Aga nie zdążyła dojechać do stolicy. Urodziła w samochodzie, jedynie w obecności męża-kierowcy.

Twoja ciąża nie była łatwa, przygotowania do porodu też pokrzyżował COVID-19. Czy jadąc na poród do szpitala, miałaś myśli o tym, że coś może pójść nie tak?

Nie. Nie wierzyłam, że urodzę w aucie, inaczej bym w ogóle do niego nie wsiadła.

Kiedy zorientowałaś się, że jest za mało czasu i że nie zdążycie?

Pamiętam, jak byliśmy w drodze i poczułam mocniejszy skurcz. To był mój trzeci poród, wiedziałam, co się dzieje. Powiedziałam mężowi, że z pewnością mam już rozwarcie na 8-10 cm. Odpowiedział, że niemożliwe. Nie pamiętam, gdzie dokładnie wtedy byliśmy, ale na pewno za daleko, by zdążyć. Później była dłuższa chwila spokoju, więc z ulgą pomyślałam, że jednak mi się zdawało. I w tym momencie przyszedł pierwszy skurcz party. Jedyna moja myśl wtedy to: „O nie!”. Mąż cały czas nie dowierzał. Co czułam, co myślałam? Nic się w takiej sytuacji nie czuje, nie ma czasu myśleć. Trzeba działać, a ja wiedziałam dobrze, co robić. Do każdego porodu przygotowywaliśmy się w szkołach rodzenia. Same narodziny synka wspominam pozytywnie, jako ciekawe doświadczenie. Byłam w pełni świadoma tego, co się dzieje i co robię. Sama decydowałam, kiedy jest skurcz, kiedy przeć. I sama odebrałam poród. Mąż mówi, że nie zdążył nawet zatrzymać samochodu, a już dzidziuś był na świecie. Wysiadł, wyjął i podał mi kocyk, otuliłam Małego, a mąż zadzwonił po karetkę. Najważniejsze jednak było dla mnie, by dziecko urodziło się zdrowe.

Po porodzie zawieziono cię z dzidziusiem do szpitala, by was zbadać i po to, żebyś urodziła łożysko. Jakie były reakcje personelu?

Ratownicy, którzy dotarli na miejsce, chyba myśleli, że jadą po rodzącą. Gdy zobaczyli samochód i to, że dziecko już jest na świecie, przeżyli szok, wydawali się jakby przestraszeni. Naradzali się ze sobą, co robić. Poczułam wtedy ich stres. W szpitalu z kolei nie wiedzieli, jak mnie przyjąć na oddział, co wpisać w papierach. Na sali każdej nowej dziewczynie trzeba było opowiadać o co chodzi, całą historię od początku, więc było dużo śmiechu. Jak mnie wypisywali, to oddział właśnie zamykano z powodu pandemii.

Czy będąc w ciąży, miałaś myśli, że skoro tyle rzeczy dzieje się „pod górkę”, to że być może nie znajdziesz miejsca w szpitalu i konieczny będzie poród domowy? Przecież długo nie wiedziałaś, gdzie będziesz mogła rodzić.

Był taki moment jeszcze na początku ciąży, że przyśnił mi się poród domowy, który odbierał mój kolega – ratownik medyczny. Obudziłam się i napisałam do niego wiadomość, żartując, żeby się szykował, bo będzie odbierał mój poród. Odpisał, żebym nawet tak nie myślała. Nawet wydawało się to wtedy sensowne. W szpitalach obowiązywały maski, nawet na porodówkach. W domu nie mogłam jednak rodzić z wyboru, ze względu na komplikacje w ciąży. Brałam poród domowy pod uwagę jedynie, jeśli sytuacja by mnie do tego zmusiła.

Poród to bardzo intymne przeżycie, wiele kobiet czuje skrępowanie fizjologią i marzy, by proces ten odbywał się za zamkniętymi drzwiami. Myślałaś o tym, gdy okazało się, że rodzicie w aucie? Tak po ludzku – nie wstydziłaś się? Myślę sobie, że inaczej rodzi się w sali z położną, a inaczej z osobami, które na co dzień nie mają takich widoków, jak mąż czy ratownicy. Jak sobie poradziłaś z tą barierą, a może zupełnie jej nie miałaś?

Pod tym względem cieszę się, że mogłam rodzić sama. To był mój najlepszy poród. Najspokojniejszy. W szpitalu zawsze był zamęt, za dużo obcych ludzi. Ktoś coś narzucał, trzeba było pilnować tego, co się robi, słuchać instrukcji. Zawsze marzył mi się poród domowy, ale nie mam do tego warunków. Z perspektywy czasu naprawdę cieszę się, że mogłam trzecie dziecko urodzić w ten sposób.

Co zapamiętałaś z momentu narodzin synka najbardziej?

Późny październik, było po 17:00, ciemno. Na ulicach świeciły latarnie. Siedziałam z przodu jako pasażer. Najważniejsze, że założyłam na podróż sukienkę, to mnie uratowało. Niczego nie potrzebowałam. Nie wiedziałam nawet, gdzie są torby, bo pakował je mąż. Dobrze, że był obok mnie. Jak zobaczył dziecko, wyskoczył z auta i natychmiast przyniósł kocyk. Nic nie musiałam mówić. Co zapamiętałam? Teraz, po 2 miesiącach, najlepiej pamiętam ten spokój z dzieckiem na brzuchu. Jak cieszyłam się, że już jesteśmy po wszystkim. Trzymałam go, mówiłam do niego i czekaliśmy na karetkę.

Gdy jechałaś karetką urodzić łożysko – czy dzidziuś był u ciebie na rękach? Jak się czułaś? Bywa, że kobiety tuż po porodzie są nieprzytomne, a po samodzielnym porodzie w aucie… trudno mi sobie to w ogóle wyobrazić.

Łożysko urodziłam już na sali porodowej. Synek był ze mną podczas transportu karetką (pamiętam, że strasznie trzęsło), oraz na sali. Oddałam go na chwilę na czas szycia. Myślałam, że skoro urodziłam poza szpitalem, to mi darują, ale i tak musiałam swoje w szpitalu odcierpieć. Na pewno cały poród, przez to szycie, był bardziej bolesny, niż byłby z dobrą położną i ochroną krocza. Ze wszystkich dziewczyn po naturalnym porodzie, z którymi leżałam, ja byłam w najgorszym stanie. Nie mogłam karmić na siedząco przynajmniej 5 dni, co bardzo utrudniało funkcjonowanie, bo maluch był pod lampami, a przy lampie krzesło.

Czy uważasz, że dokonałaś czegoś wyjątkowego? Dla wielu osób jesteś zapewne bohaterką.

Nie. Teraz po części myślę, że spełniłam swoje marzenie o samodzielnym porodzie. To nie jest żadne osiągnięcie. Kobiety rodzą w naprawdę strasznych warunkach na świecie, nawet w XXI w. Każdy poród jest inny, lekki czy trudny, w szpitalu czy w metrze, ale zawsze to poród. Im więcej o nim wiemy, im lepiej rozumiemy, co z czego wynika, tym łatwiej nam rozpoznać, co się z nami dzieje i co robić.

A czy myślisz czasem o tych kobietach, które rodziły w trudnych sytuacjach? W czasie wojny, podróży? Jest Boże Narodzenie… Maryja też w sumie rodziła w sposób niezaplanowany. Co czujesz, gdy sobie myślisz o tych kobietach, którym nie było dane rodzić w szpitalu?

Ta myśl zawsze była mi bliska. Pierwszą córkę urodziłam jako wcześniaka, tuż przed Bożym Narodzeniem, i w szpitalu spędziłyśmy całe Święta. Słuchałam wtedy kolędy z „Metra”. Ja często mówię, że wolę święta wielkanocne, ludzie się dziwią. Wielkanoc jest dużo radośniejsza, a w Bożym Narodzeniu tragedia goni tragedię. Kilkunastoletnie dziecko, pod groźbą kamienowania, przeżywa tajemniczą ciążę. Maryja rodziła pierwszy raz, sama, na końcu świata, z dala od domu. Wszyscy się od niej odwrócili, żadnej pomocy. Towarzyszył jej na pewno strach i niedowierzanie, że to już. Warunki straszne. Pustynia nocą, zimno. Udało się – syn żyje. Następnego dnia mąż wymyśla, że trzeba uciekać, ona nie wie przed czym, a przecież jeszcze nie chodzi, jest słaba. Uciekają, żeby ratować syna, bo jakiś wariat zaczyna mordować wszystkich chłopców w okolicy. To się w głowie nie mieści, i to jest mój obraz świąt Bożego Narodzenia, więc tak, pamiętam o tym.

Narodziny w Izbie Przyjęć – poród Marioli

Niby w szpitalu, niby z umówioną położną… Ale na ostatnią chwilę. Dosłownie. Do tego stopnia, że Marioli nie udało się nawet wejść na oddział, do sali dla rodzących. Minuty dzieliły ją od porodu gdzieś po drodze do szpitala. Ale Mariola, kobieta która przez życie idzie z uśmiechem, z rozbrajającą szczerością przyznaje, że gdy rodzi, nie do końca myśli racjonalnie. Całe szczęście był z nią mąż, który wytłumaczył, że „to już czas”. Mały Leon urodził się na podłodze w niewielkiej sali szpitalnej Izby Przyjęć. Dziś cała historia wzbudza tylko uśmiech i przypomina, że w życiu są ważniejsze rzeczy, niż idealne fotki z eleganckiej porodówki.

Masz za sobą dwa porody. Czy oboje dzieci urodziłaś „last minute”?

Trochę tak. Gdy rodziłam pierwszy raz – moją córkę – wybrałam prywatny szpital. Było komfortowo, wygodnie, pięcioosobowy personel. Pamiętam, że tego dnia jeszcze pracowałam, mimo że miałam już od kilku godzin dość mocne skurcze przepowiadające. Chyba nie lubię absorbować swoją osobą uwagi, robić nikomu kłopotu. O 13.00 zrozumiałam, że muszę skończyć pracę, bo nie dam dłużej rady. Bóle się nasilały, więc zadzwoniłam po rodziców. Tak się złożyło, że byli w sklepie. Nie chcąc im pokrzyżować planów, poprosiłam, by dokończyli spokojnie zakupy. Na szczęście mama mnie wyczuła, zostawiła wszystko i szybko przyjechała, by mnie zawieźć do szpitala. Córka urodziła się zaledwie godzinę później.

Czyli czekałaś z rodzeniem tak długo, by nie robić nikomu kłopotu?

Trochę tak, taki mam charakter. Ale nie tylko dlatego. Miałam wtedy 24 lata, bardzo potrzebowałam być sama, słuchać swojego ciała… Nie chciałam chodzić w skurczach po szpitalnych korytarzach, wolałam ten czas przeczekać w domu, w skupieniu. Możliwe, że trochę chciałam też wtedy wierzyć, że „to się jeszcze nie dzieje” (śmiech). Chyba z tego powodu między innymi tak długo czekałam. Nie czułam, że wchodzę w niebezpieczną granicę, chciałam na spokojnie skończyć pracę, poogarniać sobie sprawy w domu i pojechać do szpitala, gdy zrobi się trudniej. Można powiedzieć, że stres i adrenalina w czasie porodu trochę odbierają mi rozum (śmiech).

Czyli pierwszy poród poszedł gładko, przez co do kolejnego pojechałaś jeszcze później. Chodziłaś do szkoły rodzenia? Tam zawsze mówią, kiedy jechać do szpitala…

Tak, chodziłam, ale trafiłam na bardzo fajną szkołę, gdzie tak przekazano informacje o sygnałach porodu, że to, co może się potencjalnie służyć panice i przedwczesnemu jechaniu na porodówkę, u mnie stało się sygnałem: „OK, zaczyna się, ale poród może długo trwać”. Miałam więc przekonanie, że nie ma sensu lecieć do szpitala przy pierwszych sygnałach, by potem mnóstwo czasu spędzić, czekając na badanie i drepcząc w koszuli w oczekiwaniu na mocniejsze skurcze. Nauczono mnie, że początek porodu mogę przeżyć w domu, bo raczej nic nie wydarzy się bardzo nagle. Dzięki tej wiedzy w przypadku pierwszego porodu wyczekałam, aż skurcze będą bardzo częste, i urodziłam finalnie bez znieczulenia.

Jak wyglądał drugi poród?

Miałam poczucie, że już wiem, co mnie czeka, i wiem, że to przeżyję, więc wybrałam szpital państwowy. Wiedziałam, że porody są piękne, a ten ból, który siedzi nam w głowie jako strach, to coś, co mija. By mieć pewność, że ktoś będzie na mnie czekał w szpitalu, wynajęłam prywatną położną.

Wróćmy do tego, co działo się jeszcze przed szpitalem. Jak zauważyłaś, że rodzisz?

Tego wieczoru wybrałam się na spotkanie ze znajomymi. Potem wróciłam do domu, by Lenie (córce – przyp. red.) poczytać książkę. Czytałam, czytałam, zapytałam męża, która jest godzina. Mąż po pewnym czasie zajrzał do pokoju, mówiąc: „Mariola, czy jesteś świadoma, że pytasz mnie równo co 10 minut o to, która jest godzina?” (śmiech). Był już bardzo wyczulony na to, co może się wydarzyć. Ja oczywiście powiedziałam, że nic się nie dzieje, ale mąż nie owijał w bawełnę: „Stara, zaczynasz rodzić!”. I zaczął działać, bo ja, jak gdyby nic, dalej czytałam dziecku książkę. Teraz myślę, że to stres na mnie tak działa. Kompletnie luzuję i w jakimś sensie wypieram to, co się nieuchronnie zbliża. Nawet zachciało mi się spać! Mąż zgodnie z zaleceniami położnej przygotował dla mnie kąpiel i podał No-spę. Mieliśmy obserwować, czy skurcze miną, a ja miałam się rozluźnić. Zamiast tego wyskoczyłam z wanny zdenerwowana, klnąc, że woda jest za gorąca. Mąż wtedy zarządził, że wobec tego jedziemy do szpitala. Zaprotestowałam: „Absolutnie nie, ja chcę spędzić noc w domu!”. Byłam przekonana, że wszystko się uspokoi, poza tym upierałam się, że poród zawsze długo trwa, więc mamy jeszcze czas. Ubrałam się w koszulę nocną i poszłam do łóżka czytać gazetę.

Wtedy mąż przeszedł do ofensywy. Zaczął robić kanapki, zabrał naszą córkę do dziadków, którzy mieszkają nieopodal, i zadzwonił do położnej, opowiedzieć, co się ze mną dzieję, że kompletnie ignoruję jego prośby, by jechać do szpitala, mimo że skurcze są już co 6 minut. Położna powiedziała, że to ja jestem pacjentką, i nie będzie rozmawiać z mężem. Z dzisiejszej perspektywy myślę, że to było jej błędem. Bo różne dziwactwa przychodzą do głowy, gdy jesteśmy w tym stanie, w stresie, pod wpływem hormonów. Wytrzymałam w domu do momentu, gdy skurcze były już bardzo częste. Może to jest właśnie jakaś technika, by uniknąć tego całego stresu? (śmiech). Mi naprawdę wydawało się, że jeszcze nic poważnego się nie dzieje, że przetrwam to sama… Gdyby nie mąż, nie wiem, czy w ogóle byśmy dojechali, czy nie urodziłabym gdzieś po drodze. Wystarczyłby korek, popsuty autobus i mogło być bardzo różnie.

Jak to się stało, że jednak dojechaliście do szpitala?

Na szczęście to była noc. Żadnych korków, czerwonych świateł, to nas uratowało. W drzwiach czekała położna. Zdążyłam wejść do malutkiego pokoju przy korytarzu Izby Przyjęć, by wypełnić dokumenty. Ale gdy tylko weszłam, upadłam na kolana i powiedziałam, że już nigdzie dalej się nie ruszę.

Urodziłaś na Izbie Przyjęć na podłodze?

Można wręcz powiedzieć, że niewiele brakowało, bym urodziła pod biurkiem, przy którym siadłam, by podpisać papiery. Zdążyli podłożyć mi jakieś kawałki prześcieradeł pod kolana i łokcie, i jakoś przesunąć mnie z tego dziwnego miejsca w inny kąt pokoiku (śmiech). Cztery minuty później Leon był już na świecie.

Zdążyli cię zbadać?

Niczego nie zdążyli zrobić, nawet dać mi profilaktycznego zastrzyku, który był zaplanowany… Nie było mowy o badaniu rozwarcia czy znieczuleniu. Tylko rozebrali mnie na tej podłodze, bo ja nie byłam już w stanie się ruszyć.

Jak się czułaś, gdy okazało się, że mimo umowy z położną, planu na komfortowy poród rodzinny, sprawy zakończyły się w ten mało wygodny sposób?

Byłam trochę rozczarowana. Miałam lekki żal do położnej, że nie wzięła pod uwagę mojej pierwszej porodowej historii, która mogła być sygnałem, że nie do końca poważnie traktuję porodowe oznaki, że rodząc, nie działam racjonalnie. Dlatego zawsze powtarzam, że partner powinien być wyczulony na stan rodzącej, obserwować, co się dzieje z kobietą. Gdyby nie mój mąż, który zaciągnął mnie za rękę do samochodu, mogłoby się potoczyć różnie.

Było blisko, ale ty mówisz o swoim porodzie z dużym dystansem i uśmiechem, jak o dobrej, zabawnej anegdocie.

To prawda, moja historia jest dobrym żartem przy winie ze znajomymi (śmiech). Ona gdzieś krąży. Mówiąc jednak zupełnie na poważnie, myślę, że mimo iż nie było mi dane poskakać na piłce, powspinać się w czasie porodu po drabinkach w nowiutkiej wyremontowanej porodówce w Świętej Zofii, to mój poród był lekki, właśnie dlatego, że szybki. I cieszę się, że mogłam urodzić ekspresowo, bezproblemowo. Po porodzie, gdy emocje opadły, miałam myśli, w których się obwiniałam. Tak krótki czas dzielił nas od wejścia do szpitala… Dotarło do mnie, że przez moje „spóźnialstwo” niewiele zabrakło, bym urodziła w samochodzie. Miałam przez chwilę coś w rodzaju doła, że naraziłam maluszka na niebezpieczeństwo. Natomiast potem zrozumiałam, że jesteśmy bezpieczni, że dziecko trafiło od razu w dobre ręce, a ja byłam w formie, między innymi dzięki temu, że ominęło mnie czekanie na mocniejsze skurcze, męczące dreptanie w miejscu na porodówce. Cały ten czas pierwszej fazy przeżyłam w domu, z bliskimi, i to było na pewno coś dobrego. Poza tym w porodowym szale na Izbie Przyjęć, gdy rzuciłam się na podłogę, moje ciało przybrało instynktownie najlepszą dla mnie pozycję. Nikt mnie nie wsadzał na łóżko, nie kazał rodzić na plecach, nic za mnie nie ustalał… Było naturalnie, tak jak mi to ciało samo podyktowało.

Jaka była dla was największa lekcja z całego tego zdarzenia?

Poród to stresująca sytuacja i tak jak powiedziałam, warto się do niej przygotować razem z partnerem. Ale jest jeszcze coś. Myślę, że w dzisiejszych czasach zwłaszcza pierworódki miewają wyidealizowany obraz porodu, na podstawie filmów czy relacji w mediach. Albo przeciwnie, boimy się porodu, bo niepotrzebnie słuchamy wielu upiornych historii. Tymczasem poród jest indywidualną sprawą. U mnie narodziny Leona były niezwykle dynamiczne, więc dopiero po wszystkim zrozumiałam, że to wydarzyło się w mało ciekawej scenerii, na podłodze, za jakąś ścianką, gdzie w kolejce czekali ludzie na rutynowe badania. Gdy masz skurcze parte, w ogóle się nie myślisz o tym, co na to inni. Ważne jest twoje ciało i to, żeby sobie poradzić.

Twój poród był daleki od masowego wyobrażenia o pięknych narodzinach. Co byś powiedziała kobietom, które krępują się rodzić naturalnie?

Nie ma sensu analizować jak wyglądamy, rodząc, przeżywać, że na sali porodowej nie ma różowych cekinów i confetti, bo nie to się przecież liczy. Choć oczywiście chcemy ładnie wyglądać, mieć ładne zdjęcia na pamiątkę. Pewnych rzeczy się jednak nie przeskoczy, poród w szpitalu, nawet przy staraniach personelu, by było względnie kameralnie, jest chwilą odartą z intymności, kręcą się przy nas ludzie, jesteśmy niemal nagie, to czysta fizjologia itd. W Świętej Zofii, gdzie rodziłam, są teraz bardzo atrakcyjne sale porodowe, przypominające dom. Wydaje mi się jednak, że sceneria nie jest elementem niezbędnym, by przeżyć swój poród jako coś wspaniałego. Dopóki pamiętamy, że to jest nasza prywatna chwila, to nawet jeśli w albumie będziemy miały tylko zdjęcia w zielonym fartuchu na tle obdrapanej ściany (bo nie wszystkie szpitale są piękne), zapamiętamy całe doświadczenie dobrze. Nie każda porodowa fotka musi nadawać się na Instagram, nie każda kobieta też takiej fotki jej potrzebuje. Mnie zupełnie nie zależało na tym, by „wyglądać”. Gdybym o tym myślała, dostarczyłoby mi to tylko więcej stresu. W czasie rodzenia dobrze jest skupić się na czym innym: na wszystkich emocjach, które są w nas, na maleńkim dzidziusiu, który się pojawia i jest bezbronny.

Urodziłaś dwa razy bez znieczulenia, a ten ból jest chyba jedną z bardziej istotnych rzeczy, których się boją kobiety. Wiele z nich jedzie do szpitala wcześnie, właśnie by ten ból uśmierzyć.

Tak, boimy się bólu, ale zapominamy, że nasze ciało jest bardzo mądre. Ból porodowy jest stopniowany, zaczyna się od lekkich poszturchnięć, aż do momentu, gdy marzymy tylko o tym, żeby to się skończyło. A jednak – kobiety nie mdleją przy porodzie, mimo że w „normalnych” warunkach ten sam ból pewnie by nas odciął, zwaliłby z nóg do nieprzytomności. W porodowym trudzie pozostajemy jednak przytomne. Ból narasta i myślę, że ten czas jest po to, by się z nim powoli oswoić. Uważam, że to, jak jesteśmy przygotowane do rodzenia, świadczy o ogromnej kobiecej sile, której warto zaufać.

Narodziny w domu – poród Kasi

Historia Kasi Zalewskiej, to też opowieść o wyścigu z czasem (być może pamiętacie ją już z historii porodowej, którą przeczytacie tu). Różne rzeczy poszły niezgodnie z planem, i gdy rodziła w domu, pojawił się paniczny pomysł, by jednak pędzić na porodówkę. Nie było czasu. Umówiona położna też o mały włos nie zdążyła, dojechała w ostatniej chwili. Ale wszystko skończyło się dobrze. Nawet bardzo dobrze. Kasia mówi, że stało się tak, jak wybrała. Choć nie obyło się bez niespodzianek, jest przekonana, że to świat dostosował się do niej, a pomysł z jazdą do szpitala był tyko chwilowym kryzysem psychicznym. Jej historia może być inspiracją dla tych par, które marzą o porodzie domowym, ale boją się, że w razie trudu czy komplikacji na dojazd do kliniki będzie za późno. Czasem „zabrakło czasu” oznacza, że dokładnie tak miało być. Bo szpital może być w porodzie ratunkiem, ale… nie musi.

Gdy po raz pierwszy czytałam historię twojego porodu, najbardziej wstrząsnął mną fragment, gdzie zrozumiałaś, że możesz nie dać rady urodzić w domu, ale na transport do szpitala było już za późno. Co wtedy czułaś? Nie było z tobą nawet umówionej położnej…

Zacznijmy od tego, że rodziłam w domu, bo tego chciałam. Mój poród miał przebieg, jaki miał – ale nie chcę dokładać kolejnej cegły do zbiorowego przekonania, że popełniłam błąd, unikając szpitala. Często słyszę „no tak – nie dojechała do niej ta położna”. Ona do mnie dojechała, choć w końcowej fazie, ale na to złożyło się wiele elementów. Koniec końców i tak stanęłam w swojej mocy i sprawy potoczyły się tak, jak miały się potoczyć. Dla mnie było oczywiste od początku ciąży, że nie będziemy rodzili jak wszyscy. I choć to było na pewno doświadczenie graniczne, najtrudniejsza rzecz w moim życiu, mogłabym spokojnie rodzić kolejny raz. Teraz, z perspektywy czasu uważam, że dostałam dokładnie to, na co byłam gotowa.

Rodziłaś w domu, z chłopakiem, z dala od lekarzy. Miałaś myśl, że będziesz musiała po tę pomoc gdzieś pójść, a nie czekać, aż sama do ciebie przyjdzie?

Nie miałam na to czasu. Gdy te myśli przychodziły, byłam w wannie, już w zaawansowanej fazie… Ja i mój facet nie umieliśmy sami ocenić, jak daleko sprawy zaszły, a położna była wciąż na dyżurze. Miałam przebłysk, że potrzebuję ratunku albo chociaż znieczulenia… zwłaszcza, że nie było przy mnie w tym momencie położnej. Aż tu nagle poczułam główkę i wiedziałam, że nie ma szans na żadne jechanie do szpitala. Poza tym byłam trochę w innym świecie, doświadczenie porodu wywołuje zupełnie inny stan świadomości.

Czyli sądziłaś, że będziesz spokojnie się rozkręcać, aż dojedzie do ciebie twoja położna, a tu nagle sprawy przyspieszyły?

Pierwsza część porodu była dla mnie spokojnym, harmonijnym doświadczeniem wewnętrznej siły, czułam, że panuję nad sytuacją. Dopiero po pewnym czasie, gdy ból stał się silniejszy, zrobiło się… grubo. Nadal chciałam rodzić w domu, ale poczułam, że sama mogę nie dać rady, bo zdominuje mnie ból. Moja położna miała w tym czasie dyżur, pięć innych położnych trzymanych na zastępstwo – też. Nastał moment, gdy trzeba było coś zdecydować. Żeby rozpoznać, jak zaawansowany jest poród i ocenić ryzyko, przysłano do mnie zastępczą położną, której nie znałam. Pojawiła się więc obca osoba. Gdy mnie badała, rozwarcie było niemal żadne, ledwo 2 cm w skurczu. Więc po badaniu spokojnie wyszła, wydawało się, że poród potrwa jeszcze 8-9 godzin. Ale… 40 minut po wyjściu tej kobiety poczułam główkę. Na dodatek te 40 minut dla mnie wydawało się, jakby trwało najwyżej pięć.

Kto by pomyślał, że doświadczona położna da ci jeszcze 8 godzin rodzenia, a ty uwiniesz się w ułamku tego czasu…

Gdy zastępcza położna weszła do domu, byłam jak ranne zwierzę. To nie była dla mnie łatwa sytuacja: stanęła nade mną nieznajoma osoba, a ja naga, bezbronna, na środku salonu, w potwornych skurczach. Moje ciało zareagowało na tę konfrontację jakimś dziwnym „wstrzymaniem porodu”. Co robi sarna w lesie, gdy rodzi, a zbliża się wilk? Ściska to dziecko, siup! Zatrzymuje je w brzuchu, żeby nie zostało pożarte. I ucieka! Tak się wtedy musiało poczuć moje ciało, w reakcji na kobietę, której nie znam. Wiem, że wchodzę w bardziej metafizyczne rejony, ale czytałam o tym sporo, m.in. o duchowym położnictwie u Iny May Gaskin, i wiem, że w pewnym sensie szyjka macicy „reaguje” na osobę. Jak nie chcesz z kimś urodzić – to się ściskasz. Żadna położna oczywiście ci tego nie powie, ale ja jestem przekonana, że tak jest. Chcę też zaznaczyć, że mimo że „zastępcza” położna była u mnie krótko, po jej wyjściu, gdy sprawy nabrały tempa, poczułam jednak stres. Plan był przecież taki, że urodzę ze wsparciem położnej.

Czy myślisz zatem, że ostatecznie urodziłaś bezpiecznie w domu, bo obok był twój ukochany mężczyzna?

Gdy ta kobieta wyszła, akcja porodowa niespodziewanie się rozkręciła. Jestem bardzo wgryziona w temat porodów, na poziomie ciała, ale też na poziomie psychiki. Ina May Gaskin, kultowa autorka, którą już wspomniałam, to moja wielka inspiracja, niesamowita kobieta. Jej zdaniem wiele komplikacji (choć nie wszystkie, oczywiście) wynika z tego, że albo jesteś w miejscu, które nie sprzyja, albo towarzyszą ci osoby, przy których nie czujesz się bezpiecznie. To jakbym miała osiągnąć orgazm z kimś, z kim jest mi niewygodnie, kogo się wstydzę (śmiech). Oczywiście poród nie jest wydarzeniem erotycznym, ale jest na podobnym poziomie intymności, cielesności, co seks.

Jak wyznaczyliście granicę zaufania? To ty rodziłaś, prosiłaś, by zabrał cię do szpitala, ale decyzja była jego?

Przed porodem bardzo dużo przegadaliśmy z Michałem (partnerem Kasi – przyp. red.). Rozmawialiśmy o różnych scenariuszach, właśnie dlatego, że wiedziałam, że planujemy rodzić w domu. Teraz, z perspektywy czasu myślę, przewidzieliśmy, że zostaniemy z tym sami. Uprzedziłam Michała, że na bank będzie moment, gdy zacznę panikować. Umówiliśmy się, że jeśli nie będę trzeźwo myśleć, on ma decydować za mnie. Żyjemy bardzo blisko, oboje zanurzeni w samorozwoju – na poziomie emocjonalnym, duchowym, jak i fizycznym. Dużo pracujemy ze swoim ciałem, ze świadomością i jej poszerzaniem. Wiele też razem przeżyliśmy, podróżując, doświadczyliśmy różnych sytuacji, niekiedy w ekstremalnych okolicznościach, jak chociażby w amazońskiej dżungli, gdzie przebywaliśmy bez bieżącej wody, nie mówiąc o elektryczności. To wszystko wpłynęło na poczucie bliskości, nie ma między nami czegoś takiego jak wstyd. Wchodziliśmy więc w ten poród z tak innego miejsca niż przeciętne pary, że trudno to nawet przekazać słowami. Mam do Michała bezgraniczne zaufanie i oddaję mu swoje życie w ręce. Poza tym, gdy para rodzi w domu, mężczyzna musi być gotowy stanąć w odpowiedzialności za kobietę i za dziecko. To oczywiście bardzo trudne.

Wiedziałam, że nadejdzie moment mojego zwątpienia, tzw. kryzys siódmego centymetra. Gdy kobieta się wije i błaga o pomoc, większość facetów spakowałoby się i pojechało do szpitala. Ale nie Michał. To nie był jego pierwszy poród, on już to kiedyś widział. Przez cały czas była w nim niezwykła jakość obecności, która przypominała mi drzewo. Drzewo, które opiera się silnym wiatrom i huraganom, i o które ja – rodząca – mogę się bezpiecznie oprzeć. Choć to nie oznacza, że Michał nie czuł strachu, musiałabyś pogadać z nim. Z mojej perspektywy, nawet w tym krytycznym momencie, na chwilę przed skurczami partymi, gdy byłam zhiperwentylowana, wyginałam się w tej wannie tak, że bałam się, że się utopię – wiedziałam, że on mnie trzyma.

Czyli nie mieliście rozmowy pt. „Jest strasznie, może jednak pojedziemy do szpitala”?

W ogóle tego nie było. Cała ta akcja trwała bardzo krótko. Mieliśmy przede wszystkim uważność na to, co dzieje się ze mną. Ja gadałam coś o szpitalu, ale Michał koncentrował się na uspokojeniu mnie. Miał niesamowitą intuicję, że dawał mi w tej trudnej sytuacji poczucie bezpieczeństwa i spokój, wiedział co robić. Poza tym Michał przygotowywał się ze mną do rodzenia w domu bardzo intensywnie. Można powiedzieć, że byliśmy w tej ciąży razem. Uczył się, doskonale wiedział, czym jest rozwarcie, jak wygląda przebieg porodu, i jak rodzącą kobietę należy wspierać. Do tego stopnia, że w tej wannie, gdy usłyszał ode mnie, że nie wytrzymam, i że ten poród mnie zabije, nie stracił zimnej krwi.

Myślałaś, że umrzesz?

To jest chyba klasyk? Chyba każda kobieta to przeżywa… Ale w szkole rodzenia uczyli mnie, że gdy już dochodzimy do muru, do granicy bólu, gdy myślimy o najgorszym, i przebijemy się przez ten mur, odkrywamy, że jest jeszcze cała ogromna przestrzeń, wręcz pustynia tego, co możemy znieść. Dla mnie jest to metafora całego macierzyństwa.

Nie bałaś się owiniętej pępowiny, komplikacji?

Był w moim porodzie moment, gdy byłam pewna, że umieram. Czułam, że „wszystko zrobię, byle by mi ktoś pomógł”. Ale wtedy moje skurcze były co 2 minuty i już naprawdę nie było czasu ani możliwości jechać do szpitala. Między jednym a drugim skurczem była tylko chwila na przygotowanie się na kolejny, a nie na wychodzenie i jechanie gdzieś. Oczywiście, gdy skurcz puszczał, byłam przerażona i krzyczałam „Nie! Nie!”. Trzymaliśmy się mocno, bo naprawdę bałam się, że się utopię. Ale pamiętam oczy Michała, które patrzyły we mnie głęboko. I słowa: „Dasz radę, jest dobrze”. To jest coś, czego możesz się złapać, gdy nie ma już czasu na szpital. Wtedy nie byłam sobą, majaczyłam coś o znieczuleniu… ale on mi mówił: „Jest OK, Kasiu. Jak skurcz puści, to wstaniemy”. Problem w tym, że jak tylko skurcz puszczał, łapał mnie następny.

Jak zatem sobie poradziliście? Wiem, że ostatecznie położna dojechała w ostatniej chwili.

Myślę, że daliśmy radę, bo byłam niesamowicie przygotowana do rodzenia. W ciąży robiłam rzeczy, których, myślę, że większość kobiet nie robi. Odbyłam każdy możliwy kurs, nie tylko na poziomie merytorycznym, ale na poziomie psychologicznym. Poszłam nawet na warsztaty ze swoją mamą przerobić własną traumę porodową. Właśnie między innymi po to, by się nie bać, by przepracować lęki, by zmienić swoje utarte wyobrażenia o tym, jak poród wygląda. Okazało się, że nowa wizja porodu jest na wyciągnięcie ręki, trzeba tylko głębiej poszukać. Mnie się udało swoje myślenie o narodzinach przeprogramować.

Mieszkasz w Warszawie, jesteś laską z wielkiego miasta… nie czułabyś się bezpieczniej, rodząc w szpitalu?

Mam szacunek do medycyny w miejscach, gdzie ona ratuje życie. Ale jednocześnie się boję szpitala. Mam taki background, takie przeżycia, że niewiele zostało we mnie zaufania do medycyny konwencjonalnej. Nie leczę się u lekarzy, tylko naturalnie, i traktuję medycynę jako ostateczność. W ciąży dużo pracowałam nad swoimi traumami. Na kursach, w których brałam udział, kobiety oswajały różne lęki. Jedna się obawiała nacinania krocza, druga cesarki, trzecia porodu naturalnego i zorganizowała cesarkę na zamówienie… Ja akurat nie miałam innych lęków, niż te związane ze szpitalem. Nie bałam się na przykład, że położna nie dojedzie i zostanę w tym sama, choć oczywiście musieliśmy różne scenariusze analizować. Bardziej obawiałam się, że mój poród zostanie przyspieszony, wywołany nienaturalnie, że będzie podganiany farmakologicznie. Mam głębokie przekonanie, że jeśli jest zdrowa matka, zdrowa ciąża, to ryzyko komplikacji jest bardzo nieduże. Ja mam dobrą intuicję, duży kontakt z własnym ciałem, mam wgląd w to, co czuję. Dlatego w tej sferze nie miałam problemu z rodzeniem z dala od szpitalnego łóżka i aparatu KTG.

Co mówisz ludziom, którzy dokuczają, że naraziłaś siebie, a być może i dziecko, rodząc w domu, ryzykując, że położna nie pojawi się na czas? 

Porody domowe to nadal zaledwie 1-2% w skali kraju. Niestety wciąż pokutuje pogląd, że taki wybór to ciemnogród, że jest to niebezpieczne. Mainstream, zwłaszcza kobiety, które miały porody z komplikacjami – oceniają to pod kątem własnej traumy. Uważam, że każda kobieta ma prawo wybierać, gdzie chce rodzić. Poród domowy nie jest dla każdego, ale warto mieć rozpoznanie siebie, swoich doświadczeń i potrzeb. Jeśli ktoś potrzebuje szpitala – niech jedzie do szpitala. Ja potrzebowałam do porodu kadzideł, świeczek, a przede wszystkim bezpiecznego terytorium mojego domu. I mojego chłopaka. Warto wiedzieć, że rezygnując z rodzenia w szpitalu, trzeba nauczyć się dużo więcej, przygotować się merytorycznie. Jeśli rodzisz w domu – rodzisz sama, na tobie spoczywa odpowiedzialność. Oczywiście towarzyszy ci położna (tylko i aż). Ale to ty musisz to dziecko urodzić. Poród to największy życiowy rytuał przejścia, stanięcie w swojej mocy, ogromna siła, która przez ciebie przepływa. Żeby można było go tak doświadczyć, należy fundamentalnie przeprogramować swoje przekonania na temat porodów, ponieważ od lat jesteśmy karmione historiami, że urodzenie dziecka to bolesne wydarzenie, o którym najlepiej zapomnieć. Poród może być pięknym przeżyciem. Owszem – granicznym i bardzo trudnym. Ale z mojego doświadczenia wynika, że właśnie takie doświadczenia nas najbardziej kształtują.

Czy można powiedzieć, że zaskoczenie, sytuacja, którą inni być może nazwaliby trudną i pełną bezradności, dla ciebie nie była czymś strasznym?

Dla mnie w całej sytuacji było najistotniejsze to, że rodzę tak jak chcę, na własnych warunkach, we własnej przestrzeni, że jestem w tym rodzeniu wolna. Na pewno istotne było to, że Michał i ja byliśmy do porodu dobrze przygotowani, nawet w warunkach paniki i hiperwentylacji skończyło się tak, że daliśmy radę, pod koniec przyjechała poza tym położna, która dla nas wyszła z dyżuru. 9 miesięcy to okres, gdy trzeba sporo leżeć, odpoczywać, dbać o siebie, ale moim zdaniem jest to też czas służący przygotowaniu się do narodzin. Finał tych przygotowań – poród domowy, był dla mnie wspaniałym doświadczeniem, zwłaszcza moment tuż po urodzeniu dziecka. Nie musiałam nigdzie iść, wylądowałam we własnym ciepłym łóżku z dzieciątkiem i moim partnerem, w domowej ciepłej bliskości, i mogłam po prostu odpocząć. Poczułam wtedy przypływ mocy, jakby nagle zapaliło się tysiąc świateł. Od tej chwili czuję intencję niesienia dobrej porodowej nowiny, i do wspierania kobiet, które chciałyby rodzić w domu. Dlatego robię kręgi porodowe, spotkania przedporodowe i dzielę się swoim własnym doświadczeniem.

Podzielcie się historiami swoich porodów „last minute” w komentarzach. Kto jeszcze nie dojechał do szpitala, a do kogo spóźniła się położna?

Dodaj komentarz