pierwszy wspólny rok

Pierwszy wspólny rok – Kasia i Kajko

Razem z Samiboo pytamy mamy o ich codzienność z niemowlakiem

Pierwszy wspólny rok – Kasia i Kajko
Ewa Przedpełska

Pierwsze urodziny to świetny pretekst do podsumowań i sentymentalnego spojrzenia na minione dni. Ale to też dobry moment, by z nadzieją spojrzeć w przyszłość. Bo świadomość, jak ten pierwszy rok wzmacnia nas jako kobiety i matki, daje porządną porcję pewności siebie na wiele kolejnych lat.

W naszym cyklu Pierwszy wspólny rok współtworzonym z marką Samiboo rozmawiamy z mamami, dla których pierwsze dni, tygodnie i miesiące z niemowlakiem są jeszcze świeżym wspomnieniem. Nawet jeśli nie zawsze błogim i kojącym, to z pewnością znaczącym w kontekście całego życia. I mamy, i dziecka.

W kolejnym, poniższym odcinku rozmawiamy z Kasią Stadejek – dziennikarką kulinarną, którą z pewnością znacie z wpisów w naszej sekcji blogi. Kasia pisze o macierzyństwie ciętym językiem, z humorem i bez lukru. Jak patrzy na swoje początki w roli mamy z perspektywy pierwszych urodzin Kajetana? Z czułością, pamiętając o tych wyjątkowo ciężkich momentach, doceniając każdy skrawek normalności, dziękując za moc pięknych chwil, z których składał się ten rok.

pierwszy wspólny rok z niemowlakiem

Jak czujesz się jako mama rocznego dziecka?

Czuję się na pewno bardziej dorosła niż wcześniej. Patrzę na siebie w lustrze i widzę osobę, którą początek macierzyństwa trochę przeczołgał, ale która dała radę. Mam wrażenie, że przez ten rok miałam gdzieś w głowie taką olbrzymią tablicę motywacyjną i codziennie przyznawałam sobie naklejkę „Dzielna mama”, za sam fakt przetrwania kolejnego dnia. W tej dzielności utwierdza mnie też mój mąż, za co jestem mu ogromnie wdzięczna. Odkryłam w sobie ogromne pokłady cierpliwości i czułości w stosunku do istoty, która jednocześnie jest najbardziej wymagająca i wykańczająca ze wszystkich osób, jakie znam. To też jest jakiś rodzaj dumy, że te hormony we mnie i moja głowa dają radę czuć te wszystkie dobre emocje i kochać, i być cierpliwą, bo nie byłam tego taka pewna, bałam się, że będę dużo bardziej nerwowa. Czuję też, że moje ciało się zmieniło i mimo tego, że nie mam problemu z dodatkowymi kilogramami, to ono jest inne w dotyku. Brzuch jest miękki, piersi maja inny kształt, podobnie pępek, od noszenia dziecka po raz pierwszy raz w życiu mam bicepsy. Lubię to ciało jeszcze bardziej niż wcześniej, bo dokonało czegoś wielkiego, urodziło i wykarmiło dziecko, teraz jest dla niego drzewem do wspinania, pocieszeniem, poduszką, czasem workiem treningowym. Nie przestaje mnie zadziwiać, że to nadal to samo ciało, co wcześniej. Kilka lat temu jeździło na rowerze, tańczyło albo leniło się całe dnie, a teraz produkuje pokarm dla dziecka, które w sobie wyhodowało, od ziarenka do bochenka. Kosmos.

Jaki jest Kajko, jak byś go opisała?

Pewnie co druga matka powie tak o swoim dziecku, ale mnie się wydaje, że mój syn naprawdę zdobędzie świat, będzie prezydentem albo himalaistą. Jest bardzo zdeterminowany, od samego początku wie, czego chce, i walczy o to. W zasadzie już od życia płodowego bardzo dużo się rusza, dość szybko nauczył się pełzać, potem raczkować i chodzić, teraz jego popisowym numerem jest taniec-gibaniec do niemalże każdej muzyki, jaką słyszy. Jest też ciekawski, co uwielbiam – potrafi zauważyć, że przestawiłam roślinę doniczkową, musi koniecznie widzieć wszystko, co robimy przy kuchennym blacie, spędza długie minuty przy odkurzaczu czy mikserze, szczerze zafascynowany. Do tego jest śmieszkiem – biega po domu w tę i z powrotem, rechocząc. Wszystkie emocje ma zawsze na wierzchu. Czuję, że w związku z tym czeka nas sporo wyzwań, ale ja też taka jestem, więc może będzie łatwiej? Z drugiej strony, żeby trochę odsłodzić ten obrazek, syn ciągle musi być blisko mnie, praktycznie wcale nie bawi się samodzielnie, często chce na ręce, dużo jęczy, potrafi pół dnia wskazywać na mikser („ba… ba… BA? BAAA!!!”) i awanturować się, żeby mu go włączyć. Przynajmniej raz dziennie robię siku z Kajtkiem na kolanach, bo odłożenie równa się potworny wrzask, a gdy biorę prysznic, jednocześnie śpiewając Pana Tik-Taka, on rozpacza przyklejony do szyby, bo widzi obie piersi naraz i nie może ich mieć.

Niedługo po porodzie pisałaś na blogach Ładne Bebe: Chcę wejść na skałę i jak w „Królu Lwie”, pokazać swojego syna wszystkim wokół, jaki jest piękny, jaką ma gładką skórę i mądre oczy. Kiedy poczułaś, że udało się spełnić to matczyne pragnienie?

W zasadzie nie było takiego momentu, bo ta chwila by przyszła, gdyby skończyła się pandemia, a to się nie wydarzyło. To były takie pojedyncze spotkania, kilka uroczystości rodzinnych, ale nie dały mi spodziewanej satysfakcji. A coś takiego można zrobić tylko na początku, kiedy lwiątko jest małe, więc to już się nie wydarzy. Ale nawet jeśli udawało się zorganizować jakąś rodzinną uroczystość czy z kimś się spotkać, np. umówić na piknik z grupą znajomych i wziąć ze sobą dziecko, to ja nie chciałam tego robić. Bałam się wirusa, ale też było to technicznie trudne. Dotrzeć gdzieś na daną godzinę, wyjść, dojść, wszystko odpowiednio spakować, ogarnąć coś poza strefą komfortu. Stresowało mnie to i przerastało.

Czy ten rok wyglądał tak, jak spodziewałaś się po opowieściach znajomych mam?

Wydaje mi się, że było trudniej. Nie wiem, czy znajome mamy mnie oszczędzały, czy po prostu trafiły nam się inne dzieci. Należę jednak do obozu, który głosi, że pierwszy rok z dzieckiem to jest jazda bez trzymanki. Dużo płaczu nas obojga i stresu, mało snu, kompletne wyczerpanie, zużycie ciała i głowy. Niby śledziłam kilka real-parentingowych kont na Instagramie czy YouTube i spodziewałam się, że może być trudno. Ale dopóki się takich trudności nie doświadczy, to ciężko sobie wyobrazić pewne rzeczy.

To co słyszałaś od innych?

Wszyscy wokół mówili, że Kajtek na pewno zaraz zacznie przesypiać noce, że jak usiądzie, to będzie łatwiej, a to się nie działo. Takie pocieszenia były dla mnie dołujące, budowały jakieś oczekiwania, które jeszcze mi dokładały ciężaru. Ciągle miałam wrażenie, że u nas jest trudniej, niż u innych, i czułam się z tym bardzo samotna. Kto tego nie przeżył – nie zrozumie. Mieliśmy w zasadzie tylko jednych przyjaciół, którzy mieli ciężki start, i to było ogromne oparcie. Nawet ich pocieszenia były inne, niż pocieszenia rodziców „łatwiejszych” niemowlaków – ci mówili głównie, że to i owo na pewno zaraz przejdzie albo żałowali nas. Mam wrażenie, że niektóre koleżanki nie wiedziały do końca, co począć z moją rozpaczą, którą się z nimi dzieliłam, i w pewien sposób odwracały się od niej. Do tej pory czuję pewne uczucie żalu, gdy oglądam piękne zdjęcia śpiących, spokojnych niemowlaków. My takich nie mamy, bo tak jak pisałam na blogu, na wszystkich jest w tle bałagan, chaos pieluch i wkładek laktacyjnych, plamy na pościeli, brzydka tetra pod główką dziecka, żeby nie ulało na kanapę albo rękaw byle jakiej piżamy. To też mnie zaskoczyło – nie było za wiele takiego pudrowego świata z muzyczką z pozytywki w tle, tylko tryb przetrwania. Choć oczywiście w sercu mi buzowało, byłam w stanie rozryczeć się na myśl, że Kajtek będzie kiedyś dorosły. O takiej miłości czyta się czasem na słodkopierdzących blogach i trochę się kpi, bo ciężko ją sobie wyobrazić, a potem człowieka dopada i samemu się takie rzeczy mówi i pisze.

Co było w tym roku najtrudniejsze?

Jeszcze nigdy nie czułam się tak niezbędna i niezastąpiona, a jednocześnie kompletnie bezradna. Trudny był początek i przywalenie nową sytuacją, wspomnieniami porodu i tym, że ciągle jest coś inaczej, niż w takim książkowym życiu z noworodkiem, który tylko je i śpi, wokół jest spokojnie i pachnie dzidziusiem. Był wrzask, niepokój, prężenie się Kajtka, ograniczony dostęp do lekarzy przez pandemię. Jasne, że była też błogość i radość, ale głównie pamiętam niepokój i wieczne zamartwianie się, takie gorzkie uczucie w żołądku, że może czegoś nie potrafimy, że coś robimy źle, skoro on nie śpi i płacze. Trudne też jest patrzenie na to wszystko z perspektywy czasu, bo nadal zastanawiam się, co mogłam zrobić inaczej, i myślę o tym, że gdybym spędziła całe pierwsze trzy miesiące w łóżku z Kajtkiem przy piersi, to pewnie płaczu byłoby mniej, ale wtedy tego nie wiedziałam, nic nie było logiczne i proste. Czas mijał, problemy się zmieniały, trudne było pogodzenie się z tym, że moje dziecko nie jest książkowe, tzn. nie pójdę z nim na długi zrelaksowany spacerek, bo Kajtek nienawidzi wózka. Nie pojedziemy nad morze, bo nie lubi fotelika samochodowego.

Pamiętam taki moment, to było lato, Kajtek miał trzy miesiące. Cały dzień nie był w stanie zasnąć i bardzo marudził – zapięłam go w nosidło i doprowadzona do ostateczności chodziłam po domu w tę i z powrotem szybkimi wykrokami, mocno go do siebie przytulając, śpiewając i płacząc razem z nim. Nie wiadomo było, kiedy i czy w ogóle będzie lepiej, przede mną była nieskończoność takich dni pełnych płaczu i trudności. Musiałam przejść pewnego rodzaju żałobę po macierzyństwie, jakie sobie wyobrażałam. Przyjąć tę myśl, że moje jest właśnie takie i starać się nim cieszyć, otrząsnąć się z poczucia rozczarowania i przeobrazić w osobę, która umie sobie poradzić, rozładować atmosferę, uspokoić malucha, postawić sobie cele i jakoś je wypełniać, żeby nie zapętlić się w takim poczuciu, że się nie da.

Które wspomnienie z pierwszego roku jest dla ciebie najcenniejsze? Niekoniecznie najszczęśliwsze, ale najwięcej wnoszące do waszej relacji.

Na pewno chwila, w której za radą naszej fizjoterapeutki Oli, zaczęliśmy z malutkim Kajtkiem gugać, kukać i naśladować jego wszystkie dźwięki i miny. Miał może z miesiąc. To było jak magia – w sekundę poczułam więź ze swoim dzieckiem, zobaczyłam w jego oczach taką ufność czy może poczucie bycia zrozumianym. Ciężko to opisać, bo był w zasadzie noworodkiem, ale wtedy właśnie zaczęliśmy się komunikować jak dwoje ludzi. Może trochę z innych planet, może i zrośniętych ze sobą przez 24 godziny na dobę, ale dwoje ludzi, osobnych, pragnących się porozumieć. Kajtek wtedy na dobre zaczął się uśmiechać i mam wrażenie, że to jest duża część jego osobowości. A może po prostu cecha dzieci, z której nie zawsze zdajemy sobie sprawę – one są kontaktowe od początku i bardzo, ale to bardzo chcą się z nami porozumieć i zostać zrozumiane.

Wspominałaś nie raz w swoich wpisach, że spacery i drzemki to punkty krytyczne w waszej codzienności. Jak to wyglądało, a jak wygląda po roku?

Te rzeczy zaliczam do najtrudniejszych wspomnień z tego roku. Kajtek przestał spać, jak miał 2 tygodnie. Zdarzało mu się ominąć trzy drzemki z rzędu, tak po prostu. Nie mogłam pojąć, jak to możliwe, jak on funkcjonuje. Oczywiście nie leżał wtedy wesolutki, tylko marudził, płakał. W gondoli wytrzymywał tyle, ile trwało dojście do najbliższej ławki, gdzie go karmiłam, on zasypiał i mogliśmy iść dalej, aż do pobudki i kolejnego karmienia. Potem wózek zaczął go parzyć i przesiedliśmy się w nosidło, które też wymagało wielkiej ekwilibrystyki. Czasem wolałam zostać w domu tylko dlatego, żeby nie musieć go ubierać i zapinać, co było oczywiście okupione wrzaskiem. Tak nam upłynęła cała jesień i zima, a na wiosnę Kajtek magicznie polubił spacerówkę. Chociaż nadal jest w tym uczuciu bardzo niestały i wyjście na spacer wiąże się z pewnym supłem w żołądku. Jeśli chodzi o drzemki, to wyregulowały się w momencie, gdy zaczął pełzać i raczkować. Chyba wtedy męczył się fizycznie na tyle, że dobrze potem spał. Jeśli drzemka nie wypadała na spacerze, to spał na mnie, i tak jest do dziś. Nawet to lubię, bo to jedyne momenty dnia, kiedy jest cicho, spokojnie, a ja mogę poczytać czy coś obejrzeć na telefonie. W tym momencie doszłam już do takiej wprawy, że w sekundę jestem w stanie zorganizować sobie wodę, kawę, coś do jedzenia, książkę i wszystkie potrzebne akcesoria, ale na początku wywoływało to we mnie wielką frustrację. Nie dość, że nie jest normalnie, czyli że nie mogę odłożyć mojego dziecka do łóżeczka i przez trzy godziny pracować czy sprzątać, to jeszcze zapomniałam zrobić siku i znaleźć ładowarkę do telefonu.

Jak wyglądały pierwsze urodziny Kajtka? Jakie emocje towarzyszyły tobie jako mamie?

Bardzo byłam przejęta tymi urodzinami. Dzień wcześniej, zgodnie z przewidywaniami uroniłam łzę w intencji swojego porodu, który zaczął się w Dzień Kobiet. To już zawsze będzie dla mnie bardzo ważna rocznica. Sam dzień urodzin był słoneczny, uroczysty, miałam wrażenie, że to taka obietnica na przyszłość. Kajtek dostał tort z placuszków ze świeczką, którą chciał gasić palcem. Nasza przyjaciółka i mama zakolegowanej z Kajtkiem bobaski zostawiła na wycieraczce pudełko ciastek i balon z helem, który okazał się hitem. W weekend przyjechali dziadkowie i wpadli przyjaciele, był najpiękniejszy na świecie tort, dzieci skaczące po kanapie, stół zastawiony jak dawniej. Mam wrażenie, że to było dla nas towarzyskie wydarzenie sezonu 2020 i 2021. Cudownie było przez chwilę poczuć normalność, choć trzymałam potem kciuki, żeby się nie okazało, że ktoś przywlókł wirusa. Oczywiście nie mogłam też uwierzyć, że mam takie duże dziecko, które przed chwilą mieściło się przecież na przedramieniu i sapało ze zmęczenia podczas ssania.

Dzień pierwszych urodzin to dla was jako rodziny raczej czas sentymentalnego wspominania czy wypatrywania przyszłości?

Zdecydowanie wspominania – mam tę fatalną tendencję do patrzenia głównie wstecz i chlipania za tym, co już nie wróci, co chyba brzmi dziwnie, biorąc pod uwagę, jak trudny był to czas. Mój mąż zmontował godzinny film z pierwszych 12 miesięcy Kajtka. Gdy go obejrzałam, utwierdziłam się też w przekonaniu, że był to przepiękny, niezapomniany rok, którego nie zamieniłabym na nic na świecie. Nie ma chyba drugiej takiej sytuacji, w której upakowany byłby taki ogrom zarówno najpiękniejszych, jak i najcięższych chwil. Z drugiej strony urodziny Kajtka wypadają na samym początku wiosny, więc nadzieja na lepsze przychodzi sama, z powietrzem i słońcem. Chwilę po urodzinach Kajtek dostał pierwsze buty i nasze życie znowu się zmieniło, bo teraz kocha place zabaw, gdzie przez pół godziny może przesypywać piasek między palcami, a potem wraca tak zmordowany, że zasypia w wózku. Moje dziecko! Zasypia w wózku! Człowiek naprawdę zaczyna doceniać proste rzeczy. Gdy zaprzyjaźnione mamy mówią mi, że ich dzieci nagle buntują się na wózek albo jęczą uczepione nogi, myślę „witajcie w moim świecie”.

Symbolicznie, zaraz po pierwszych urodzinach Kajka, zatoczyliśmy koło, mamy kolejny lockdown. Czy pandemia bardzo wpłynęła na to, jak wam minęły te miesiące?

Z mojej perspektywy moment, w którym zostałam mamą, wywrócił do góry nogami cały świat. Kajtek wcisnął jakiś kosmiczny guzik i zmienił rzeczywistość. Na początku pandemia dała nam w kość o tyle, że różnych niepokojów, związanych zarówno ze zdrowiem moim jak i Kajtka, nie można było rozwiać bezpośrednio u lekarza. Nawet jeśli ktoś nas przyjmował, to dla mnie to było bardzo stresujące ze względu na wirusa, miałam wrażenie, że on fruwa po dworze i buzuje w każdej przychodni. Moja biedna skołowana głowa nie mogła ogarnąć, jak to zrobić, żeby zawsze, w każdej chwili mieć sterylne ręce. Ciągle tworzyłam scenariusze, jak i skąd bierze się na nich wirus, którego potem wkładam dziecku do ust razem z piersią. Do tej pory nie dotykam klamek inaczej niż łokciem. Po drugie nie można było robić tych wszystkich rzeczy, które matki robią z dziećmi, spotykać się i rozładowywać w ten sposób pewnych emocji. Niemal wszystkie moje kontakty społeczne przeniosły się do internetu, a to jednak nie było to samo. Wszystkie te rady, żeby dać sobie pomóc, zaprosić przyjaciółkę, która wpadnie i ugotuje obiad, można było włożyć między bajki. Do tego nie było tych korowodów zaciekawionych moim dzieckiem. Czułam się też uwięziona, bo najpierw nie mogłam wyjść – Kajtek jadł co godzinę i byłam jedyną osobą, która mogła go uspokoić – a potem już nie było gdzie wyjść, bo wszystko zamknęli. Jesień była wyjątkowo mroczna, po całym dniu z jęczącym dzieckiem mogłam wyjść tylko do drugiego pokoju i dalej słyszeć te same dźwięki.

Widzisz jakieś plusy tego, że ten pierwszy rok przypadł na czas pandemii?

Tak, pandemia wpłynęła też na ten rok pozytywnie. Mieliśmy spokój, mogliśmy poczuć odpowiedzialność, nauczyć się wszystkiego, uwierzyć we własne możliwości. Nie polegaliśmy na niczyjej wiedzy, pomocy, nie trzeba było walczyć z cudzymi teoriami. No i mój mąż praktycznie cały ten rok przesiedział w domu, o czym nie marzyłam w najśmielszych snach. Wbrew pozorom pierwszy lockdown zebrał nas do kupy, byliśmy zmobilizowani, działaliśmy wbrew przeciwnościom i oprócz poczucia przytłoczenia pamiętam z tamtego okresu także wielką pogodę ducha, nowy i dziwny, ale w pewnym sensie satysfakcjonujący harmonogram dnia oparty na powtarzalności, ogromnych ilościach jedzenia i pracy zespołowej mojej i mojego męża. Pamiętam np. taki moment – jest 23, siedzę na kanapie prawie goła, bo ciągle mi gorąco, jem ogromną porcję kaszy kukurydzianej z lemon curdem i jagodami, jednocześnie odciągam pokarm i oglądam serial „Working mums”. Wiem, ile mam czasu do kolejnego dyżuru przy bobasie, przy którym w danej chwili siedzi mój mąż. Błogość, krótka, acz intensywna. Przy drugim lockdownie w zasadzie nie zauważyłam żadnej zmiany w swoim życiu. Ba, nie wiem, co by się u nas zmieniło, gdyby nagle świat wrócił do normy, bo w kawiarni moje dziecko już raczej nie wysiedzi tak grzecznie, jak rok temu, a myśl o wakacjach i tak byłaby stresująca. Dopiero koniec pandemii to będzie dla mnie przewrót.

SAMIBOO – RECOMMENDED BY MUMS

Samiboo to marka stworzona przez mamy, z myślą o towarzyszeniu w codzienności z niemowlakami. Dlatego też produkty Samiboo są przemyślane od A do Z pod kątem funkcjonalności i bezpieczeństwa wykorzystanych materiałów. Dla twórczyń ważny jest także design – przyjemny dla oka, umilający wspólne chwile. Autorskie wzory docenia również Kasia, która z pomocą poduszki i otulacza w owoce wprowadziła do mieszkania namiastkę lata, na przekór pogodzie za oknem. Póki co, gdy aura nie rozpieszcza, obowiązkowym elementem zestawu dla niemowlaka jest oczywiście (uśmiechamy się tu z Kasią do babć i sąsiadek) czapeczka. O klasycznym kroju, ale wykonana z bambusowej dzianiny, co daje jej dodatkowe punkty do wygody. Na dłuższe i krótsze wyjścia z domu przydaje się także zestaw w peonie – kosmetyczka (w roli podręcznego schowka na niezbędniki mamy i malucha) i otulacz. Ten w rozmiarze L to uniwersalny kompan – świetny jako kocyk na pierwsze wiosenne pikniki i jako osłonka wózka. Kajko jest już przygotowany na to wyczekane wiosenne ciepło – przywita je w chustce z daszkiem w słonecznym kolorze.

Poprzedni odcinek cyklu Pierwszy wspólny rok znajdziecie tutaj. Kolejna odsłona już za miesiąc – kogo chciałybyście w niej zobaczyć?

*

Publikacja powstała we współpracy z marką Samiboo.

Dodaj komentarz