Nocami karmię kołdrę

Nocami karmię kołdrę

Narodziny dziecka zawsze dzielą życie na dwie połowy, ale mam wrażenie, że mój poród podzielił na pół cały świat. W Dzień Kobiet, gdy jechaliśmy do szpitala, ulice były pełne i nikt jeszcze nie bał się koronawirusa. Gdy wracaliśmy z maleńkim Kajtkiem do domu, zaczynał się lockdown. Jak wszyscy rodzice noworodków, od razu zakopaliśmy się w pieluszkach, częściach do laktatora i kropelkach na wzdęcia – kwarantanna nie robiła nam więc zbyt dużej różnicy. Powrót do domu wywołał u mnie dziki wyrzut energii. Już następnego ranka, podczas gdy bobas spał, usmażyłam pankejki, o których marzyłam przez trzy dni jedzenia białego chleba z wędliną i sałatą. Ponieważ po śniadaniu Kajtek nadal spał, zrobiłam chlebek bananowy, udusiłam z cynamonem i masłem kilogram zwiędłych jabłek, które przez następny tydzień jedliśmy do kaszy kukurydzianej, upiekłam zalegającą jako jesienna dekoracja dynię makaronową, a jej miąższ usmażyłam z czosnkiem, śmietanką i parmezanem. Potem jednak, wraz z nadejściem pierwszego powiewu wiosny, w Kajtka wstąpiło życie i przestał tak grzecznie spać, a ja zapragnęłam wyjść, dokładnie wtedy, gdy stało się to zakazane.

Gdyby nie koronawirus, w chwilach obłędu wywołanego nieutulonym rykiem bobasa poszłabym poudawać przed światem, że wszystko jest jak dawniej. Póki co udało nam się posiedzieć w przyblokowym ogródku i pójść na kilka spacerów po osiedlu. Kajtek kołysał się na wertepach pokruszonego grochowskiego asfaltu i spał, a ja obwąchiwałam wiosnę i rozmyślałam o tym, że mieliśmy przecież przemierzać kilometry po Parku Skaryszewskim, wieść życie towarzyskie z zaprzyjaźnionymi bobasami, jeździć i się chwalić. Chcę wejść na skałę i jak w „Królu Lwie” pokazać swojego syna wszystkim wokół, jaki jest piękny, jaką ma gładką skórę i mądre oczy, mocny uścisk i taką siłę ssania, że można by go podnieść na palcu, który wkładamy mu czasem do buzi, żeby się uspokoił, tak jak rurą odkurzacza podnosi się z podłogi dywan. Chcę wozić go i pokazywać babciom, ciociom i znajomym jak trofeum, nagrodę za trudny poród. Zamiast tego siedzimy w domu. Nagle wszystkie piosenki okazują się być o moim dziecku. Igor Herbut śpiewa w radiu, że „kiedyś zachwycisz się tamtym wielkim drzewem, śpiewem ptaków, podmuchem wiatru, szumem morza, ciepłym deszczem”, a ja chlipię na kanapie. Wydaje mi się, że bity miesiąc siedzę non stop z rogalem do karmienia na kolanach albo podsypiającym zawiniątkiem zarzuconym na ramię, i że jedyny ciepły deszcz, jaki nas czeka, to ten z nadtrawionego mleka, który regularnie moczy w tej pozycji końcówki moich włosów.

Pomijając kwestię wychodzenia z domu i spotykania się z ludźmi, kwarantanna smakuje trochę jak ten okres między świętami a sylwestrem, kiedy nie wiadomo, jaki jest dzień tygodnia i ile jeszcze zostało pierogów. A tych akurat mamy pod dostatkiem, bo kilka tygodni przed porodem rozpoczęliśmy produkcję jedzenia połogowego. Dokładnie 12 godzin przed pierwszymi skurczami stałam przy kuchence, na której bulgotało kilka litrów ragu bolognese, klopsiki z sosem koperkowym, gar krupniku. Zamrażarka miała być pełna na czasy, w których nie ma kiedy ugotować obiadu, nie na czasy, w których strach wyjść do sklepu. Planowanie posiłków i zakupów na dwa tygodnie w przód jest abstrakcją, zawsze czegoś brakuje. Mając w okolicy dziesiątki sklepów, delikatesów i straganów, codziennie zaglądając do warzywniaka podczas spaceru z psem, nigdy nie musiałam robić zapasów. Teraz robię się trochę zła, gdy nie mogę dostać swojego przydziału witamin, posypać sobie kaszy pietruszką albo zjeść sałatki z jarmużu. Zabrakło, nie ma i nie będzie, aż do następnych zakupów w przyszłym tygodniu.

„Zamrażarka miała być pełna na czasy, w których nie ma kiedy ugotować obiadu, nie na czasy, w których strach wyjść do sklepu”

 

Gdy na świecie pojawia się dziecko, jedzenie nabiera nowego wymiaru. Niby rozumiem, że kapusta, cytryna i czekolada nie przepłyną magicznie do pokarmu, ale za każdym razem, gdy Kajtek płacze, zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest moja wina. Unikanie patelni czy intensywnych przypraw nie leży w naturze smakosza, a nasza kwarantannowa kuchnia opiera się na strączkach. Położna środowiskowa przychodzi do nas w momencie, gdy gotujemy obiad. Na kuchennym blacie leży brokuł. Patrzy na niego z pogodnym zdziwieniem i kręci głową: Teraz jest taka moda, że niby dieta matki karmiącej nie istnieje, ale państwo zobaczą, maluszka może boleć brzuszek – uśmiecha się złowieszczo, tak jakby nie mogła się tego doczekać. Siedząc potem w misce z herbatą z kory dębu, która ma mi pomóc dojść do siebie po porodzie, wertuje Hafiję. Dieta matki karmiącej naprawdę nie istnieje. Nie da się przekarmić dziecka piersią. Nie można skrzywdzić dziecka brokułem – no, chyba że upuszczę mu go na głowę. Powtarzam to jak mantrę, odkręcając kolejne słoiki ciecierzycy, piekąc fasolę z pomidorami i bakłażanem, dusząc brukselkę z bekonem i papryką. Nad jego głową jem na podwieczorek racuchy, ciasteczka z czekoladą, masło orzechowe, na rogalu do karmienia stawiam sobie talerz i co dwie, trzy godziny jedną ręką pochłaniam kolejne posiłki i piję kolejne szklanki wody. Cały dzień jem i cały dzień karmię, to system naczyń połączonych. Nocami budzę się, karmiąc kołdrę.

„Dieta matki karmiącej naprawdę nie istnieje. Nie da się przekarmić dziecka piersią. Nie można skrzywdzić dziecka brokułem – no, chyba że upuszczę mu go na głowę”.

Nowa rzeczywistość sprawia, że mój mąż rozwija się kulinarnie. Piecze ciasta, kisi kimchi, smaży pierwsze w życiu schabowe, przy których produkcji złoszczę się, bo przecież mamy zamrażarkę pełną pierogów, sosów i bulionów właśnie na te pierwsze dni z bobasem. Widocznie jeszcze nie wolno, to na prawdziwy kryzys. Wrzeszczę z kanapy: Posoliłeś? Nie za gruba ta kostka? Przykryj patelnię! Każę sobie robić zdjęcia koloru panierki na kotletach i przynosić wbity w ciasto patyczek. Nie mamy czasu na porażki. Schabowe zabierają pół dnia, ale gdy wreszcie można zjeść ten pachnący babciną kuchnią obiad, zamiast szybkich kanapek i klusek, mruczę ze szczęścia.

Któregoś dnia wchodzę do pokoju po porannej drzemce, z ciepłym i najedzonym bobasem w ramionach, a mąż stoi i smaży naleśniki (też pierwsze w życiu), pomiędzy kolejnymi wyzwaniami, które stawia przed nim – równie jak ja niewyspanym i zmęczonym – praca z domu. Jemy je z twarożkiem i domowym lemon curdem, który z nudów kręcę dwa dni wcześniej, po kilku latach żałoby po tym, jak sklep M&S wycofał się z Polski. Bo gotowanie najlepiej wypełnia teraz czas.

Ciężko się skupić na książce, seriale niebezpiecznie wciągają, telefon tym bardziej, a jeść trzeba. Robimy to w systemie zmianowym. Mała syrena włącza się w momencie, gdy nalewam sobie gorącej kawy, odcedzam makaron lub ściągam z patelni idealnie usmażone jajka sadzone, o których tak marzyłam w ciąży. Kajtek nie zna się na zegarku, ale zawsze jest głodny wtedy, kiedy i ja, nadal jesteśmy jednym organizmem. Z marzeń o szynce parmeńskiej, serze pleśniowym i dobrej kawie też niewiele pozostało – nie mam śmiałości wysyłać męża po zachcianki, ani wydawać pieniędzy na zbytki, bo nie wiadomo, kiedy znowu zrobi się normalnie, zarówno na świecie, jak i na koncie.

O świcie patrzę, jak słońce wędruje po ścianach naszego salonu. Zimą rzadko tu bywało, a to pierwsza wiosna w tym mieszkaniu i w nowym życiu. Na kształtną główkę mojego dziecka spadają okruszki. Wierci się i oblizuje, też wiecznie głodny. Szepczę mu do ucha: mama jest, mama tu jest. Może pandemia to taki nasz czwarty trymestr ciąży, okres przejściowy między życiem w środku i życiem na zewnątrz. Myślę o spacerach, wycieczkach, podsuwaniu pierwszych kąsków innych niż mleko. Jeszcze będzie przepięknie – gdy bobas śpi, naprawdę w to wierzę.

Dodaj komentarz