pierwszy wspólny rok

Pierwszy wspólny rok – Aśka i Igi

Razem z Samiboo pytamy mamy o ich codzienność z niemowlakiem

Pierwszy wspólny rok – Aśka i Igi
Marta Filipczyk

Dni gnają jak szalone i zanim się obejrzycie – maleńki, przesypiający większość dnia niemowlak stanie się roześmianym, wołającym „mama” dzieckiem. Kiedy? Jak to się stało? To magia tego pierwszego wspólnego roku!

Pojawienie się dziecka to prawdziwa życiowa rewolucja. Zdarza się jednak, że kolejne miesiące przynoszą następne wielkie zmiany. Często nieoczekiwane, emocjonalnie ciężkie do przepracowania. Z dzieckiem u boku z jednej strony łatwiej je przetrwać, z drugiej – czasem trudniej zadbać o samą siebie, gdy na pierwszym planie jest niemowlak i jego potrzeby.

O tym, jak wyglądają początki bycia mamą, rozmawiamy w naszym cyklu Pierwszy wspólny rok współtworzonym z marką Samiboo. W sierpniowym odcinku na wspólny spacer i rozmowę zabrała nas Aśka Rzeźnik – mama Ignacego, przedsiębiorczyni, wydawczyni serii ebooków z wegańskimi przepisami. Mama samodzielna, a w tej samodzielności, dzięki swojej szczerości i sile, wspierająca inne kobiety. Wie, że zmiany nie są łatwe, ale są potrzebne – bo mogą dać wiele dobrego!

Jaki jest Igi? Jak byś go opisała?

Trudne pytanie. W pierwszej chwili pomyślałam, że wymagający, ale nie chce się skupiać na negatywach. Powiem więc, ze przede wszystkim jest bardzo otwarty. Mam tu na myśli, że bardzo lubi ludzi, nie boi się ich, nie wstydzi, a wręcz przeciwnie. Chętnie zagląda obcym w oczy, zaczepia, pójdzie na ręce do każdego i będzie się przy tym świetnie bawił. Jest otwarty również w tym sensie, że jest ciekawy świata, lubi eksplorować otoczenie, poznawać nowe smaki, badać… Natomiast jeśli miałabym powiedzieć przez swój pryzmat, jaki jest Ignacy, jak na mnie wpływa, to powiedziałabym, że to najlepszy nauczyciel życia i najwspanialszy motywator. W dużej mierze przez to, a może raczej dzięki temu, że jest tak absorbującym dzieckiem – to chyba ładniejsze określenie niż „wymagający”.

Widzisz w nim jakieś swoje cechy?

Na razie tylko fizyczne – niebieskie oczy i kręcone włosy. Jeśli chodzi o charakter, to chyba jednak jeszcze za wcześnie, aby o tym mówić.

Jakie słowo najlepiej oddaje to, jak minął wam ten pierwszy wspólny rok?

Zaskakująco. Wcześniej nie miałam do czynienia z tak malutkimi dziećmi, kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać, jak to będzie wyglądać. Nie miałam wizji, nie miałam oczekiwań. Wszystko było nowością, zaskoczeniem. Najpierw zaskoczenie, że to maleństwo chce ciągle być przy mnie, przy mojej piersi, jeść tak i spać. Potem zaskoczenie, jak szybko rośnie, jak się rozwija, kolejne kamienie milowe… Zresztą, nadal tak jest – codziennie mnie czymś zaskakuje.

Czas z niemowlakiem leci szybciej czy wolniej? Jak z perspektywy minęło te 12 miesięcy?

Dziś myślę sobie, że ten rok minął mi bardzo szybko, ale… Pierwsze wspólne tygodnie wciąż pamietam jako czas mijający strasznie wolno. To był głównie czas z dzieckiem przy piersi, więc przez większość dnia byłam unieruchomiona i tylko odliczałam – kiedy się obudzi, żebym mogła pójść do toalety. Kiedy tata Igiego skończy pracę i choć na chwilę przejmie małego. Kiedy wieczorem Igi w końcu zaśnie, żebym mogła poleżeć na macie do akupresury, zjeść porządną kolację czy wziąć prysznic. A potem, chyba po trzecim miesiącu, ten czas przyspieszył i nagle mój syn ma rok!

Jakie emocje towarzyszą Ci podczas kolejnych „pierwszych razów” Igiego – ekscytacja, duma, a może też żal, że „to już”?

Zdecydowanie ekscytacja. Może nie powinnam mówić tego głośno, ale kiedyś miałam szczury, uwielbiam te zwierzęta, i one się rozmnożyły. To było niezwykle obserwować ich rozwój dzień po dniu. A z człowiekiem, własnym dzieckiem, to jest jeszcze większe „wow!”. Nie oczekuję, że Igi zrobi, rozwinie coś w jakimś konkretnym momencie, nie czytam, co powinien już umieć, nie porównuję go z dziećmi znajomych. Po prostu pozwalam, aby to się działo i było dla mnie takimi codziennymi niespodziankami. Wspaniałe uczucie.

Czy da się prowadzić i rozwijać własny biznes z maluchem u boku? Jak wygląda twój „roboczy” dzień z dzieckiem?

Myślę, że sporo zależy od tego, jaki model bobasa nam się trafi, ale też, czy mamy wsparcie drugiego rodzica, jak podzielimy się opieką itp. U jednych się to uda, u innych nie, i nie ma co porównywać. U mnie na razie się udaje, ale myślę, że w sporej mierze dlatego, że ja ten biznes prowadzę od kilku lat, nie zaczynałam od zera po porodzie. W tym momencie nie mam takiego przykładowego roboczego dnia, bo nie mam codziennej opieki dla Igiego. Nie stać mnie na codzienną opiekę niani, a samodzielnie wychowuję syna. Jeśli umówię nianię albo niania (tak, mam męską wersję niani, chyba powinnam powiedzieć „opiekuna”, ale wolę słowo „nianio”), to przez ten czas, 3-4 godziny, zamykam się w moim biurze i cisnę z pracą. Mam opracowany plan na 12 tygodni, więc w każdym tygodniu pracuję nad czymś trochę innym. Ograniczony czas sprawia, że koncentruję się na maxa na najważniejszych zadaniach i nie szlifuję do perfekcji, tylko skupiam się, by było wystarczająco dobrze, i lecę dalej. Jeśli w danym dniu nie mam opieki do dziecka albo po prostu po wyjściu niani czy niania, pracuję na telefonie – na tyle, na ile to możliwe, gdy mój syn śpi. A śpi zawsze na mnie, więc nie mam opcji pracować normalnie przy komputerze podczas jego drzemek. Moja praca to w tym momencie żonglerka czasem, spory chaos, ale gram kartami, które mam, i idzie całkiem nieźle.

Ten rok to dla ciebie wiele życiowych zmian. Rozstanie z tatą Igiego, przeprowadzka do innego miasta, poszukiwanie mieszkania. Jak sobie z tym radziłaś, miałaś wsparcie z zewnątrz?

Tak, miałam wsparcie rodziców, znajomych, poszłam na psychoterapię, ale myślę sobie, że jednak w większości to moja osobista zasługa, że sobie poradziłam. Motywowało mnie mocno dziecko – nie mogłam się rozkleić, zakopać pod kołdrą i płakać, psiocząc na cały świat. Kto by się wtedy zajął Igim?

Na początku płynęłam na fali zmian – ciągle było coś do zrobienia, do załatwienia, więc odhaczałam zadania. Kilka dni po rozstaniu z mężem zorganizowałam przeprowadzkę moich rzeczy na drugi koniec Polski, do rodziców, a następnego dnia wzięłam dziecko pod pachę i sama wyjechałam. Potem szukanie mieszkania, następnie niani… No, było co robić, nie miałam czasu płakać nad swoim losem. Jak wszystko ogarnęłam, pozwoliłam sobie na chwilę słabości, popłakałam, poużalałam się nad sobą, dałam sobie czas na to, aby przetrawić, że teraz moje macierzyństwo i w ogóle życie będzie wyglądało totalnie inaczej, niż miało.

Co jest najtrudniejsze w byciu samodzielną mamą małego dziecka?

To, że gdy skończą mi się zasoby, jestem zmęczona, brakuje mi już cierpliwości, to nie mogę oddać dziecka drugiemu rodzicowi i zadbać o naładowanie baterii. Mocno to obciąża psychicznie, ale też uczy mnie nieustannie dbać, aby mój kubeczek jednak nie pokazywał dna, by stale go uzupełniać. A z takich prozaicznych kwestii – to brak możliwości wzięcia samej prysznica (śmiech).

Jak świętowaliście pierwsze urodziny Igiego? 

Pojechałam z Igim do moich rodziców, upiekłam wegański tort, przyszedł też mój brat z żoną i dziećmi, zjedliśmy wszyscy razem obiad. Czyli na luzie, spokojnie, rodzinnie. Na większe imprezki przyjdzie czas, gdy Igi będzie bardziej mobilny i interaktywny.

Czego wam życzyć na kolejny wspólny rok?

Cierpliwości i nieustannej ekscytacji poznawaniem siebie wzajemnie!

SAMIBOO – RECOMMENDED BY MUMS

Produkty marki Samiboo tworzone są z myślą o niemowlakach i ich mamach. Z uwzględnieniem ich potrzeb, trybu życia i wspólnej codzienności. Bo nikt tak nie zna tych realiów, jak inne mamy! Wykonane z bezpiecznych, oddychających i delikatnych dla wrażliwej skóry materiałów, w autorskie wzory – to codzienni umilacze wspólnych chwil, w domu i poza nim. Po kąpieli niezastąpione jest ponczo króliczek z bambusowej tkaniny – świetnie chłonie wilgoć i ma właściwości antybakteryjne. Przyda się również podczas kąpieli słonecznych i wspólnego przesiadywania nad jeziorem. W takich wakacyjnych sytuacjach, jak i w trakcie codziennych spacerów w nosidle, Igi ma na głowie chustkę. Ochrona przed słońcem jest ważna w każdym wieku! Bambus przyjemnie chłodzi, więc ten gadżet to obowiązkowy element przez całe lato. A o każdej porze roku przyda się otulacz. Jako kocyk i okrycie, na piknikowanie i do osłonięcia. Tęczowy print będzie radosnym akcentem również w pochmurne dni!

*

Publikacja powstała we współpracy z marką Samiboo.

Dodaj komentarz