Na narty i nie tylko – Izery zimą!

Dom gościnny Kwieci zaprasza na ferie

Palec do góry, kto planuje ferie? Dopiero czy już? To nieistotne, ważne, by nie spędzić tego czasu w tłoku, w korku, w kolejce. Lepiej być z dala od zgiełku miasta i turystycznej cepeliady, blisko stoków narciarskich i w butikowym hotelu z dobrą kuchnią i świetnie wyposażonym kącikiem zabaw. Witajcie w Izerach, witajcie w Kwieci!

Jeśli szukacie tego miejsca na mapie, to dobrze – zapiszcie sobie adres, bo zdecydowanie warto odkryć zimowe oblicze Sudet na ferie. A kto lepiej doradzi w temacie tras narciarskich czy spacerowych, niż miejscowi, którzy już dawno zakochali się w magicznej ziemi izerskiej? Łukasz i Piotrek z butikowego pensjonatu Kwieci dają nam prosty przepis na ferie, które połączą zarówno narciarzy jak i domatorów, fanów biegówek po lesie i zimowych kanapowców, którzy wolą relaks z książką i kotem przed kominkiem. Oto zimowy alfabet przygotowany przez znawców i miłośników okolicy.

 

*

K JAK KWIECI

K jak klimat. Tego wam nie zabraknie, kiedy przekroczycie próg budynku ponadstuletniej szkoły ewangelickiej. Dziś mieści się tu butikowy dom, w który właściciele wkładają całe serce i czas. To nie jest hotel zarządzany na odległość. Łukasz i Piotr mieszkają na miejscu, wypijecie z nimi kawę przy wspólnym stole w świetlicy i pogadacie o tym, co fajnego może przynieść wam dzień w Izerach. W Kwieci powita was miks historii i nowoczesności, smaczki, które chętnie odkrywamy, słuchając opowieści właścicieli. Tu deski z dębowej podłogi, którą odkryli w dawnej sali lekcyjnej, tam drewniane belki, kamienne schody. Kochamy polski design i rodzimych projektantów, dlatego wprowadziliśmy m.in. żyrandole od Pani Jurek, krzesła według projektu Nikodema Szpunara czy grafiki współczesnych ilustratorek – dodają. Każdy pokój jest inny, a już ich nazwy – peoniowy, agrestowy czy chabrowy – miło rymują się z sielskim relaksem. Leniuchując przy kominku i planując dzień, być może doznacie tego jakże rzadkiego uczucia: hej, a gdzie są dzieci? Cisza nie zawsze jest zwiastunem dobrego, ale nie w tym przypadku: małoletnie towarzystwo zaanektowało antresolę, gdzie mieści się królestwo zabaw wszelakich. Huśtawka, maty, książki, planszówki, klocki… To wystarczy, by dać nam, rodzicom, chwilę relaksu. Bezcenne.

fot. Angelika Paruboczy

*

N JAK NARTY

Sporty zimowe od stoków narciarskich po łyżwy czy biegówki w słynnych Jakuszycach – w Izerach nudzić się nie będziecie. W okolicy znajdują się świetne ośrodki, oto kilka z nich!

Świeradów Zdrój – uzdrowisko oddalone jedynie 15 minut autem z Kwieci. Na miejscu czeka na was nowoczesna 8-osobowa kolejka gondolowa Ski&Sun, 2500-metrowa oświetlona trasa o zróżnicowanym nachyleniu, na bieżąco dośnieżana i dostępna także po zmroku. Na terenie ośrodka znajduje się szkółka narciarska i snowboardowa oraz wypożyczalnia sprzętu. Cennik skipassów na obecny sezon znajdziecie tu.

 

Karpacz – ośrodek oddalony pół godziny jazdy od Kwieci to kolejna propozycja dla amatorów sportów. Czekają tu na was dwa ośrodki: Winterpol Karpacz Biały Jar z 6-osobową kolejową linową oraz Karpacz Ski Arena oferujący zarówno wyciągi orczykowe jak i kolej krzesełkową. W dolnej części znajduje się taśma dla dzieci – „narciarskie przedszkole”. Cennik skipassów na obecny sezon znajdziecie tu.

fot. winterpol.eu/karpaczskiarena.pl

 

Szklarska Poręba – ze słynną ponad 4-kilometrową nartostradą o wdzięcznej nazwie Lolobrygida, to kolejna położona w okolicy miejscowość narciarska. W ramach Ski Arena Szrenica czeka na was ponad 12 kilometrów tras, od babyliftów dla maluchów po czarne trasy, kilkanaście wypożyczalni sprzętu oraz szkółki i przedszkole narciarskie. A jeśli tego mało, poszaleć też można na trzech trasach Snowtube.

fot. sudetylift.com.pl

 

Jakuszyce – znajdują się około 40 minut drogi od Kwieci. Słynne Jakuszyce to raj dla narciarzy biegówkowych, gdzie w marcu odbywa się Bieg Piastów. Znajdziecie tu to ponad 100 kilometrów tras biegowych, z czego większość jest położona w Górach Izerskich. Trasy te są zawsze doskonale przygotowane i uznawane za jedne z najpiękniejszych w Europie.

fot. bieg-piastow.pl

 

*

S JAK SPACERY

Góry Izerskie są idealnym miejscem nie tylko na narty, ale także na rodzinne zimowe spacery ze względu na bardzo łagodne ułożenie grzbietów. Tuż po wyjściu z Kwieci wchodzi się do lasu i już można wędrować licznymi ścieżkami. W ciągu maksymalnie 1,5 godziny łagodnego spaceru znajdziecie się na szczycie góry Tłoczyna, skąd roztacza się piękny widok na Pogórze, a w przypadku ładnej pogody – również na Śnieżkę. W ciągu pół godziny można dojść do malowniczej wioseczki Antoniów – to jedyna w Polsce wioska domów przysłupowych oryginalnych i stylizowanych. Również w Świeradowie Zdroju, po wjechaniu kolejką gondolową na szczyt Stóg Izerskich, znajdują się dziesiątki łagodnych i magicznych tras spacerowych.

*

O JAK OKOLICA

A co jeszcze warto zwiedzić w okolicy, jeśli narty to nie wasza bajka? Huta Szkła Kryształowego Julia w pobliskich Piechowicach to możliwość obejrzenia nadal funkcjonującej 150-letniej huty oraz warsztaty dla dzieci i całych rodzin. W Świeradowie można odwiedzić Pracownię Piernikową i zaliczyć warsztaty z pieczenia i zdobienia własnych pierników. Niedaleko Kwieci warto zahaczyć też o Dolinę Wygasłych Wulkanów, gdzie znajduje się genialna Sudecka Zagroda Edukacyjna z ciekawą ofertą rodzinnych warsztatów podczas ferii – od jogi po ceramikę.

A jeśli zima da się za bardzo w kość, rozgrzewki szukajcie w termach i Aquaparku w Cieplicach.

Łukasz i Piotrek niezmiennie polecają wybrać się do Doliny Pałaców i Ogrodów. Znajduje się tu ponad 30 pięknych obiektów. Takie nagromadzenie pałaców w Europie jest tylko na Dolnym Śląsku i wokół Loary. W ferie i w wakacje wiele zamków i pałaców organizuje specjalne rodzinne nocne zwiedzania obiektów. Można obejrzeć np. Zamek Czocha, na którym w ubiegłym roku swoje urodziny organizował Ed Sheeran. Na Zamku Czocha były kręcone sceny do „Wiedźmina” z Michałem Żebrowskim z 2001 r. – w ogóle większość plenerów do ówczesnego Wiedźmina powstała w Górach Izerskich – opowiadają.

Do tego targ i wieża w Siedlęcinie, Stawy Podgórzyńskie z pyszną kuchnią w restauracji Aquakultura… Hej, czemu ferie trwają tak krótko!

*

K JAK KUCHNIA

Jedzeniu w Kwieci należy się osobny akapit. Umówmy się, że możliwość niegotowania i oderwania się od kuchni na rzecz delektowania się jedzeniem to część wakacji, na którą czeka niejedna z nas. Posiłki są tu opracowane specjalnie dla tego miejsca przez szefa kuchni Wita Szychowskiego (Pan Tasak). Jest to kuchnia slow food, w zdecydowanej większości oparta na lokalnych dobrach, zaskakująca niestandardowymi połączeniami smaków. Posiłki są zarówno mięsne, jak i wegetariańskie, a nawet wegańskie. Zimą można spróbować m.in. takich specjałów jak: omlet z pieczarkami, błękitnym serem i z konfiturą z czerwonej cebuli i malin, policzki wołowe ze śliwką w kawie i estragonie, stek z białej kapusty w sosie ziemniaczanym na ekologicznej kaszy gryczanej od sąsiadów Kwieci, a na deser np. ciasto dyniowe ze słonym karmelem i kandyzowaną dynią czy winogrona ze słodkim musem z czerwonej papryki. Już głodni?

fot. Kinga Hołub

*

K JAK KONKURS DLA WAS

Tadam! Mamy dla was KONKURS z wyjątkową nagrodą, którą jest weekend w Kwieci z okazji Dnia Kobiet (6-8.03.2020 r.) w największym, aż 60-metrowym Pokoju Leśnym, który swobodnie może pomieścić nawet 5-osobową rodzinę. Nagroda zawiera 2 noclegi z 2 śniadaniami. Dodatkowo czeka na was książka Magdy Grzebyk „Cudne manowce”, w której znajdziecie relację z jej pobytu właśnie tu, w magicznych Izerach.

A zadanie? Pokój Leśny czeka na osobę, która zaciekawi nas opowieścią związaną właśnie z lasem. Może to być miejsce, przygoda, napotkane zwierzę, albo historia z dzieciństwa. Na wasze leśne komentarze czekamy pod postem do 10 stycznia. Spośród nich wylosujemy jedną, a wyniki ogłosimy tutaj .

WYNIKI KONKURSU: Hej leśni ludzie, chłopaki z Kwieci mieli trudny orzech do zgryzienia, bo wszystkie wasze opowieści są cudowne, oj niejedna nas wzruszyła. A najbardziej ta nadesłana przez Mama minta, gratulacje! Kwieci ma tez specjalne wyróżnienie i zniżkę 50% dla Borysa. Skontaktujemy się z wami!

Tutaj znajdziecie regulamin konkursów na ladnebebe

21 komentarzy

  • Aleksandra:

    Koniec lata, piękny Otomiński las na Pomorzu obok jezioro. Księżyc już w pełni i dwoje bardzo młodych i bardzo zakochanych ludzi. Siedzieliśmy przy ognisku mąż właśnie wtedy mi się oświadczył. I powstał tam nasz pierwszy cud. Teraz jeździmy tam z trójka naszych dzieci na długie spacery regularnie.

    Odpowiedz
  • Mila:

    Kiedy słońce schodziło coraz niżej, a w domach zaczynało pachnieć obiadem, wymykałam się na leśną ścieżkę za polem. Podskakiwałam sobie nawet i z nosem zadartym w górę łapałam tak łobuzersko zapach leśnego wiatru. Wciągałam głęboko powietrze i mocno przy tym zamykałam oczy. I kiedyś, zupełnie znienacka spadł na mnie liść, przykleił mi się do policzka, taki od szalonego artysty, pełen palety barw. Chciałam uchwycić z jakiego on drzewa, bo nie pasował do ściany lasu, którą trochę znałam. Był taki inny, jakby ktoś tworząc go wymachując pędzlem mieszał ze sobą wszystkie odcienie zieleni, brązu, czerwieni. A zółty jego koniec mienił się miodem, musztardą, nasionami kukurydzy i popołudniowym słońcem. Uciekł mi w las. Coraz dalej i dalej. Złapałam zaledwie jego nierówny zapach… jakoś na zawsze.

    Odpowiedz
  • Wiola:

    Każdy z nas przy kolejnym spotkaniu spiera się o dokładną datę pierwszego wyjazdu w dzicz 🙂 Zawodna pamięć.. Co roku z paczką znajomych, od 10 lat, letnią porą jedziemy w dzicz, do lasu, nad jezioro, najczęściej w Bory Tucholskie. Jesteśmy często pytani jak tak wielu osobom udaje się zsynchronizować w jednym czasie? Nie wiem ale myślę, że ten czas w dziczy jest poprostu dla nas wszystkich tak samo ważny! Przez te lata przybywa nam dzieci, czasem przybywają „nowi” dorośli 🙂 Wędrujemy lasem przez całe dnie i te lasy wysłuchały wiele naszych dobrych rozmów o radościach, smutku o życiu poprostu… Las daje nam przestrzeń do głębszych rozmów niż tylko „co słychać”, dzieci w naturalny sposób uczą się jak współgrać z naturą, jak o nią dbać, jak dbać o siebie nawzajem. Często też zastanawiamy się czy one jak dorosną będą kontynuować nasze leśne spotkania, byłoby pięknie…

    Odpowiedz
  • KK:

    Dostałam od jego babci czarno-białe zdjęcie. On ma na nim może trzy lata, białą koszulkę i stoi w plamie słońca, która z trudem przedarła się przez liście. Ręce wyciąga w stronę drzew. Dookoła las, ten sam, który poznam za ponad 20 lat, kiedy na skraju lata zaczniemy we dwoje pisać naszą historię. Las, przez który sam chodził do szkoły, bo wtedy rodzice jeszcze nie chuchali tak na swoje potomstwo, a za każdym drzewem zamiast niebezpieczeństwa czaiła się kolejna przygoda. Las, który po latach będzie szumiał w tle naszych długich rozmów i odbijał echem wybuchy śmiechu. Las, w którym znajdę rekwizyty, by wytłumaczyć mu, na czym polegało zalecanie się do dziewcząt za pomocą bezpańskich kasztanów na moim podwórku szkolnym. Las, w którym w grudniu na drzewach zamiast szklanych baniek zawisną marchewki i jabłka dla saren. Las, gdzie po latach to ja zrobię mu zdjęcie moim starym aparatem przywiezionym w plecaku.

    Odpowiedz
  • Marta:

    Las to dla mnie miejsce wolne od istot innych niż zwierzęta. Moi rodzice mieszkają tuż obok lasu, ale takiego rzadko odwiedzanego lub w ogóle nieodwiedzanego przez ludzi. Ścieżka wydeptana aż do lasu jest tylko i wyłącznie przeze mnie i psy. I to właśnie psy zawsze towarzyszyły mi w wyprawie do lasu, nikt nie pytał czy moze dołączyć, czy ja chcę żeby ktoś dołączył. Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że las i psy to moje miejsce, mój czas na regenerację, „przewietrzenie mózgu”, odpoczynek od ludzi, zadbanie o siebie, swoją wrażliwość i introwertyzm. Do lasu chodziło ze mną pięć psów i wcale nie naraz. Z każdym z nich mam z lasu inne wspomnienia, śmieszne i dramatyczne przygody. Każdy z nich czekał na wyjście podekscytowany, każdy jednak na wyprawach zachowywał się zupełnie inaczej. Od 10 roku życia, do teraz gdy mam lat 30 i zabieram Bazyla, który nawet nie miał szans poznać pierwszego towarzyszą moich wypraw, las jest miejscem świętym, moim.

    Odpowiedz
  • Nestea1:

    Las w dzieciństwie uwielbiałam głównie teoretycznie – nie było żadnego w okolicy, a nawet jak był, to nie mieliśmy tradycji rodzinnych wycieczek – w ogóle żadnych tradycji nie mieliśmy. Las funkcjonował w literaturze, która zastepowala mi przygody i w mojej głowie. Prawdziwie leśne życie zaczęło się dla mnie wraz z przynależnościa do ZHP. Wycieczki, rajdy, marsze na orientację, leśne sprawności i calonocne próby charakteru. No i pierwsza miłość, pachnąca lasem, mokrym brezentem i dymem z ogniska. Wejście do lasu będzie dla mnie zawsze jak pierwszy pocałunek – zapach uginajacy kolana i wywołujący najlepsze wspomnienia.

    Odpowiedz
  • Masia:

    Kanada. Park narodowy Banff i jego ogrom dzikiej przyrody. Ja – człowiek intruz na nartach biegowych buszująca po leśnych, zimowych ścieżkach. On – silny i przejmująco piękny napotkany za zakrętem. Ogromne poroże i dymiące nozdrzami. Strach, podziw i pokora, której nigdy nie zapomnę!

    Odpowiedz
  • Kasia:

    Moje piękne wspomnienie z dzieciństwa to spacer po lesie jesienną porą z ukochanym jamnikiem Borysem. Cały las pokryty był morzem kolorowych liści a w niektórych miejscach było ich tyle, że gdy Borys w nie wskoczył to nie było go widać. Czekał chwilę i wyskakiwał jak szalony machając ogonem i szczekając z radości. I tak w kółko.. 😉 Już ponad 20 lat minęło, a na wspomnienie tych spacerów jakoś uśmiech sam się pojawia na twarzy. Może przez takie dzieciństwo tak kocham las 🙂

    Odpowiedz
  • Miłość:

    Wakacje w domkach nad jeziorem, otoczone lasem. Wilgotne od rosy stopy beznadziejnie zakochanej nastolatki. Codzienny rutuał, wyprawa rowerowa w głąb lasu, w głąb siebie. Glowa bolała od romantycznych myśli, pół sen pół jawa, gdyby tylko wiedział, gdyby tylko pokochał. Zanurzenie w leśnych trawach, miękkość mchu, szum liści i pewność, że warto, że kiedyś się uda. 20 lat później, domków już nie ma, ośrodek zasnuły mech i dzikie kłącza, las ten sam choć wydaje się mniejszy, mniej odludny…czasami kiedy jesteśmy w rodzinnych stronach spacerujemy tu, leśnymi ścieżkami, powoli niespiesznie łykamy zielona energię. Przed nami zziajany pies i roześmiane dzieci.

    Odpowiedz
  • Mama minta:

    Mieszkałam w małym miasteczku, nasz dom położony był przy łące z niewielkim lasem. Mój dziadek (przedwojenny krawiec) po skończonej pracy szedł na łąkę kosić trawę. Kosą. A ja szłam z nim. Siedziałam w cieniu drzew i zbierałam kwiatki, bawiłam się szklanymi butelkami i słoikami po kompocie zostawionymi przez spragnionych „biwakowiczów”. Wtedy nikomu nie przeszkadzało, że dziecko siedzi na trawie i bawi się szkłem. Kiedyś strasznie mi się nudziło i marudziłam. Nie mogłam iść do domu, bo tam nie było nikogo, a ja byłam pod opieką dziadka. I wtedy mój dziadek machnął kosą kilka razy, ale nie po trawie, ale po jakichś bocznych zaroślach. Odłożył kosę. I coś tam zaczął robić. Zgarbiony podszedł do mnie i powiedział: proszę lalka do zabawy, żeby Ci się nie nudziło. Rzeczywiście lalka miała nogi, ręce, głowę i nawet włosy z trawy, a włosy z długich igieł sosny. Była zielona i zupełnie mi to nie przeszkadzało. Za to miała sukienkę, zrobioną z chusteczki do nosa dziadka. Bo wtedy każdy dziadek (nie tylko) miał ze sobą bawełnianą chusteczkę. I choć lalka nie przetrwała długo, to była wyjątkowa. Pachniała świeżo skoszoną trawą, naszym lasem i chusteczką dziadka.

    Odpowiedz
  • Paziut:

    Moja super wyluzowana ciocia mieszkała w lesie. Często z jej córką – wiką (w moim wieku) i gromadką dzieci z sąsiedztwa bawiliśmy się w rodzinę biegając swawolnie po lesie. Wszyscy byliśmy dziećmi. Jako że ja I Wika byłyśmy najstarsze – do zabawy zakładałysmy cioci futra i szpilki. Któregoś razu po lesie pędził samochód. Do dziś pamiętam, że był biały i sportowy. I po prostu „driftował” po piachu. Nie wiem kiedy padło hasło że to porywacze. I my w tych futrach I szpilkach w tym piachu i kolkach ciągnąć te dzieci za ręce uciekalysny co sił w nogach … że strachu wszyscy pospadalismy że schodów, które prowadziły do domu cioci. To przerażenie. A dziś? Z Wiką jako 30 letnie kobiety i matki… Jak to wspominamy… placzemy ze śmiechu .

    Odpowiedz
  • Sandri:

    Moja historia na pewni wzbudzi kontrowersje, gdyż miejsce miała dokładnie pośrodku lasu w woj. Lubuskiem, ale dokładnie tam, gdzie tego lasu nie było….gdyż został wycięty, a w miejscu tym powstała autostrada łącząca Berlin z Warszawą.
    Mimo to jednak nadal jesteśmy w lesie…rok 2011, a na budowie już spory stres, bo musimy zdążyć przed Euro 2012-aby każdy mógł szybko i bezpiecznie dojechać na mistrzostwa do Poznania czy też Warszawy. Pękałam w dumy kiedy dostałam miejsce praktyk na tej właśnie budowie, ale w życiu nie myślałam, ze spotka mnie tam taka przygoda:
    Normalny dzień na budowie, właśnie wylewaliśmy kolejny km betonu, żar niesamowity…nagle z lasu, prosto na budowę wychodzi dziecko-dziewczynka, przestraszona, umorusana i zmęczona, ale dzielna i nie płacze. Mało tego, jeszcze ciągnie ze sobą swój rower – czarnego bmx obklejonego naklejkami barbie. Po krótkim wywiadzie z dzieckiem nasz kierownik budowy wola -,, Sandra, zajmiesz się dziewczynka, jesteś jedyna kobieta, wiesz jak to załatwi,,.
    Co się stało? Dziewczynka przyjechała z Warszawy do dziadków do małej wsi w woj. Lubuskim. Dziadek zabrał ja do lasu, ona zagapiła się na chwile na wiewiórki i nagle dziadka nie było! Krzyczała i wolała, jednak cisza…zgubiła się! Chwile jeszcze szukała dziadka, a później jedyne co przyszło jej do głowy to iść przed siebie…nie wiedziała ile godzin szła, mówiła ze wyszli z domu od razu po śniadaniu…a znalazła nas o godzinie 15! Kiedy spytałam ja czy się bała, powiedziała, se tylko raz chwilkę jak zobaczyła 2 dziki! Narzekała trochę, ze rower był ciężki, ale Nie chciała go zgubić, żeby mieć na czyn jeździć do końca wakacji… niestety nie pamietała nazwy wsi swoich dziadków. Przy współpracy z policją udało nam się odnaleźć babcie dziecka, wysłaliśmy kolegę, aby odebrał ja spod wjazdu na budowę, a dziewczynka chciała koniecznie wiedzieć wszystko: ,,co pani tu robi?,, ,,jak zbudować autostradę?,, ,,co trzeba zrobić, żeby moc pracować ba budowie?,, ,,jak działa koparka?,, i bardzo wiele innych pytań 😉
    kiedy babci dziewczynki dotarła na budowę nie obyło się bez uścisków, łez, podziękowań (wszyscy koledzy z budowy widzieli jak płacze jak bóbr ze wzruszenia! Dziadek i babcia dziewczynki umierali ze strachu!) na pożegnanie mały dzielny człowiek rzucił, ze jak dorośnie zostanie budowniczym jak Pani Sandra…
    Historia ta rozeszła się w branży i wiele miesięcy jeszcze mówiono o dziewczynce znalezionej na budowie a2 w środku lasu…
    Minęło już pare lat, a ja dalej Dokładnie pamietam te emocje…specjalnie nie podaje imienia mojej małej zguby, bo gorąco wierze, ze za jakiś czas (już zbliża się ten wiek, kiedy studenci odbywają praktyki) z któregoś zakątka Polski zadzwoni do mnie ktorys kolega po fachu i powie: ,,nie zgadniesz kto zgłosił się do nas na praktyki?,, 😉 a ja zgadnę od razu

    Koniec.

    Ps: dziś sama już jestem mama, małej, żywej dziewczynki i wiem, ze czekają ja wspaniałe przygody na wakacjach u dziadków w tych samych lasach w woj. Lubuskim 😊

    Odpowiedz
  • Magdalena:

    Moja historia z lasem byc moze nie jest spektakularna i zwiazana jest wlasnie z lasami wokół Gór Stołowych. Ponad rok temu wybralismy sie na pierwsze rodzinne wakacje wlasnie w tamte okolice z nasza córeczką, która wtedy miala 8 msc…bardzo chcielismy zobaczyc Góry Stołowe i Szczeliniec WIelki..niestety podróż zamiast przebiegać nam radośnie przebiegała raczej wśród krzyków Jagody i nerwów rodziców ktorzy kompletnei nei mogli uspokoic małej dziewczynki. Wkoncu postanowilismy sie zatrzymać na poboczu chociaz wlasnie zaczelo padac pośrodku niczego która znajdowała sie w lesie i poprostu sie przejsc. Kiedy wysiedlismy z samochodu i weszlismy w las, cala nasz trojka poprostu zamarła…pochodzimy z Beskidow i chociaz natura w naszych rejonach tez jest przepiekna to las ktory ukazal sie naszym oczom i naszym usza nie da sie porownac do niczego innego..poczulismy sie jak w pradawnej puszczy..zapach wilgotnych lisci, odglosy wydobywajace sie z kazej strony i ten magiczny spokoj…byc moze to nie jest spektakularna opowiesc ale to spotkanie z lasem po pierwsze pozwolilo nam uspokoic Jagode a po drugie spowodowalo,ze zakochalismy sie w tych okolicach na dobre.

    Odpowiedz
  • Borys:

    Moja historia z lasem, historia która mam w glowie od pewnego momentu, wygladala mniej wiecej tak:
    K – Kochani bliscy ktorzy sa tam ze mna
    W – wdzięczność ze mozemy tego wpsolnie doświadczać
    I – Izerskie lasy ktore goszcza nas u siebie
    E – emocje ktore towarzysza moim dziecia z odkrywania lasu
    C – czułośc gdy obserwujemy z nienacka zwierzeta i owady ukrywajace sie pod lisciami i w lesie
    I – igielki z drzew ktore uzbierały moje dzieci i stworzyly z nich piekny obrazek przypominajacy nam o tych dniach, wisi na lodowce albo bedzie wisiał 😉

    Odpowiedz
  • Magda:

    LAS – celowo pisany kapitalikami to dla mnie instytucja spokoju i zaufania, od kiedy zapamiętałam jego wpływ na mnie jako 4-5 latki. Do LASU wracam, przez LAS jestem w jakimś leśnym domu. Spędzając dzieciństwo na wsi na Podlasiu, lasy były „świetlicą”, przestrzenią pobytu i eksploracji. Mój dziadek, Wincenty, chcąc wykonać jakieś prace polowe, zostawiał mnie w naszym lesie zawsze z zadaniem do wykonania – od zbierania chrustu, pod warunkiem ułożenia go w kupki od największej po najmniejszą jaka potrafię, po obserwacje ptaków, sprawdzenie, który mchowy dywan jest najwygodniejszy, aż po zacieśnianie więzi z potencjalnymi mieszkańcami lasu. I o tym zadaniu chciałabym napisać najwięcej. To był przyczynek do zabawy mikroświatami całe moje dotychczasowe życie. Ale przejdę do zadania: którym było zbudowanie domku dla skrzatów, ze wszystkiego co znajdę w lesie. Więc klęczałam przy drzewie, z namaszczeniem stawiając konstrukcję z patyczków, wciskając między kępki trawy, mchu, liści; kombinowałam rozkład okien, pseudo siedziska w środku, mikro mebelki. Przy zmęczeniu, kładłam się na ściółkę i patrzyłam w niebo, by powrócić do dopieszczania, kwiatkami z łąki. Przerwa na obiad zakończyła budowę. Przed zmierzchem wróciłam do tego miejsca chęcią skontrolowania śladów potencjalnej obecności. Domek stał, nie został rozwalony przez zwierzęta, natomiast znalezienie w środku garści jagód i malin było samorealizującym się marzeniem, urzeczywistnieniem wiary we wszystko; wciąż kiedy to piszę mam ciarki i czuję radochę. Wróciłam tam po 25 latach odwiedzania innych lasów, drzewostanów. Te uczucia wciąż tam były, przypisane tej ikonosferze. Leżałam na mchu, prawdopodobnie nie przy tamtym drzewie, ale to nie miało znaczenia.

    Odpowiedz
  • tomek:

    Jak las, to i mój kumpel z wakacyjnego Sulejowa. W tych okolicach mieszkał Yukio, Japończyk w krótkich spodenkach, dzięki któremu prowadzę przykładne życie. Bo on… gdy spędzaliśmy czas na leśnych drogach nosił ze sobą hitowy, jak na tamte czasy sprzęt, z którego sączyły się szlagiery sprzed lat. Ptaki, robaki, zwierzyna dzika i ja zastanawialiśmy się najmocniej skąd u tego cool chłopaka głębokie uwielbienie dla utworu „Diana”. Bo dzięki Yukio ta piosenka była wszechobecna w tym pięknym lesie. Dla zobrazowania jest ona (sprawdziłem po wakacjach) – co udowodniono naukowo – najbardziej irytującą kompozycją muzyczną w historii ludzkości. Już pierwszy wers zawiera jeden z najbardziej dwuznacznych komplementów, jakie kiedykolwiek wypowiedziano: „Ja tak młody, ty tak stara”. A więc, wśród nielicznych powodów, dla których nie stoczyłem się moralnie, jest świadomość, że jeśli zostanę skazany na wieczne potępienie, piekielni didżeje będą w kółko puszczać mi leśną”Dianę”. Paradoksalnie, to własnie las i jego dźwięki dały mi okazję na nucenie pod nosem najważniejszej piosenki mojego życia z najlepszym kumplem pod liściem.

    Odpowiedz
    • Aska eS:

      Leśna historia?? Ohh mam takich mnóstwo! Jestem znad morza, cale dzieciństwo mieszkałam blisko lasu. W podstawówce pani zadała pracę domową-narysować jesień w lesie. Jakże się cieszyłam! Oczami wyobraźni widziałam te nasycone barwy lasu (rudo-pomarańczowe, żółte i zielone), skaczące wiewiórki, opadające liście. Był tylko jeden problem-ja, wzorowa uczennica, kochająca sport, byłam totalnym plastycznym antytalenciem (w sumie jestem nadal, moja 5letnia córka nie pozwala mi się dotkać do swych prac, bo przecież „mama, ty talentu kredkowego nie masz!” 🙂 ). Z pomocą przyszła moja mama. Razem stworzyłysmy plastyczne dzieło. Przy oddawaniu prac jako jedyna dostałam 6, bo pani stwierdziła, że tylko mi w zadaniu nikt nie pomagał! No cóż, po kimś odziedziczyłam ten brak plastycznego zacięcia, moja mama rysuje równie fatalnie, co ja :)) Na samo wspomnienie tej pracy, uśmiecham się od ucha do ucha!

      Odpowiedz
  • …. na słowo las w pierwszej kolejności nasuwa mi się słowo tęsknota , w dzieciństwie spędzaliśmy tam wiele czasu … pamiętam coroczne wakacje na wsi , łąkę przy lesie w którym się bawiliśmy podczas gdy rodzice pomagali przy koszeniu , pamiętam zabieranie grzybów i jagody … uwielbiam zapach lasu i ciszę , której na codzień brak
    … pamiętam ja 12 lat temu przeprowadziliśmy się do naszego domu, gdzie niedaleko był las do którego chodziliśmy na pieszo, tam robiliśmy wycieczki rowerowe, niestety z roku na rok było go coraz mniej …. a dziś to wielkie centrum magazynów 🙁 dlatego dziś tak bardzo las kojarzy mi się z tęsknotą …

    Odpowiedz
  • Dorota:

    Las dzieciństwa – Bieszczady. Jeżdziliśmy w zasadzie ciągle: na wakacje, na weekendy, na orzechy, na grzyby… W leszczynach nikt jeszcze wtedy nie widział hordy kleszczy, pod płytkami obok domku mieszkały dżdżownice, które były wieszne na haczyku wędki zanurzanej w Solinie, potem wisiały na niej sandacze… Grzyby to trudny temat, nigdy nieopanowany przeze mnie, jakoś zawsze głowę miałam w górze. Dzięcioł potrafił i wciąż potrafi przykuć moją uwagę na długie minuty, podgrzybek wzbudza wątpliwości.
    Las młodości…. Bieszczady. Noc rozgwieżdżona tak bardzo, że chyba nigdzie (wiem, wiem) nie ma więcej gwiazd, plecaki i namioty gdzis zaszyte pomiędzy niebem, drzewami i wodą. Mój mąż jeszcze niemąż opowiadający o tych gwiazdach, potem studiujący (o ironio!) astronomię.
    Las dorosły ten niepodal domu, choć warszawski, to zawsze gdy idę, pachnie pasem nadmorskim. Pies biegnący z nosem przy ziemi, kochający szurające liście jak ja. I dzięcioł… Drzewa skrzypią tu przy silniejszym wietrze, a gałęzie z różnymi zadaniami wędrują do domu. Potem wiszą, stoją, udają las, bo las to głos ciszy.

    Odpowiedz
  • Bożena:

    Jak przestałam bać się lasu

    Pamiętam jak w ramach zacieśniania relacji z moją 5-letnią córką Manią zorganizowałam nam 3-dniowy wyjazd. Za miejsce wybrałam starą, pięknie położoną leśniczówkę (na skraju lasu, rzecz jasna). Wczesna wiosna więc pogoda taka se, głównie deszcz, na miejscu tylko para właścicieli, serwująca wspaniałe posiłki.
    Nic do roboty.
    Przygotowałam się – a jakże! Kilogramy ciastoliny, ze cztery gry, kilka książek, sztalugi i farby do malowania w plenerze, mikroskop, lornetka, świeczki dla uroku wspólnych kąpieli w wannie i dużo słodkości. Wszystko to przeplecione mokrymi spacerami po lesie. Dwa dni zleciały zanim się obejrzałam.
    Ostatniej nocy (w samym jej środku) kręcę się w łóżku ja, kręci się i Manio. Niby wszystko fajnie, ale ewidentnie brakuje nam przygody, i wtedy moja córka pyta: „a może pójdziemy sobie do lasu?” Zdębiałam, dreszcz przeszedł mi po skórze. Las jest fajny, ciekawy i zdrowy – wiadomo, ale za dnia do diaska anie o 2.00 w nocy. Przypomniały mi się wszystkie strachy mamy i babci, że w lesie straszno, ciemno i w ogóle źle. A Maniuta ciągnie za rękaw i gada: „mamo, idziemy? Chciałaś do lasu. mamo, chodź! Będzie fajnie”.
    Nie szło odmówić. Zgodziłam się, bo sprytnie założyłam, że jak tylko wejdziemy na ścieżkę, własny strach obleci moją lękliwą z natury Manio i wrócimy pod pierzynkę raz-dwa. Tak więc czołówki na głowę i w drogę.

    No i co? No i pstro?
    Okazało się, że dziecko samo z siebie nie wpada na pomysł tego, czego trzeba się bać w życiu, i że jak mu się nie zasugeruje, że ciemno to zło, to ta myśl nie pojawi mu się w głowie. Spacerowałyśmy ponad godzinę. Szłyśmy ciasno splecione, ale to bardziej z powodu chłodu. Było dużo czułości i chichrańska. Szeptania i tulenia. I swobody. I szczęścia, bo oto moje dziecko odczarowało mój las i zafundowało nam wspaniałą przygodę.
    I przestałam bać się lasu nocą, a nasze samotne wyjazdy weszły na stałe do kalendarza rodzinnego. Z obowiązkowym nocnym spacerem na czele!

    Odpowiedz
  • Magdalena O:

    Jedne z moich najlepszych wspomnień z dzieciństwa są związane z lasem, końcem lata i wykopkami ziemniaków. A było tak… mieszkaliśmy u Dziadków, oni mieli pole za lasem, na polu posadzone ziemniaki. Do lasu chodziliśmy z Dziadkiem Józkiem niemal codziennie, ale ja zawsze czekałam na ten moment kiedy lato ustępuje jesieni i można kopać ziemniaki. Kiedy nadchodziły te dni byłam najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Babcia Trudzia pakowała sprzęt: kopaczki, wiadra i kosze, dziadek zabierał kanapki, sól (do pieczonych ziemniakow ) i bańki z wodą żeby na ognisku móc gotować herbatę. Kiedy wszystko było gotowe szliśmy pieszo całą wielką rodzinną gromadą na pole za lasem. Po drodze przy miedzy stał stary ceglany dom, z drewnianym koślawym płotem, tam zawsze czekała na nas torba jabłek prosto z ogrodu-braliśmy ją i dalej w drogę. Kiedy docieraliśmy na miejsce dorośli zabierali się za pracę, my pomagaliśmy, zbierając ziemniaki do koszy. Co chwilę jednak uciekalismy do lasu pobawić się w podchody. Znaliśmy to miejsce jak własną kieszeń. Tak spędzaliśmy cały dzień, biegając boso po polu, gdzie ziemia byla tak sypka,że stopy się zapadły, zbierając ziemniaki, jedząc kanapki popijane herbatą z garnuszka, odkrywając zakątki naszego lasu, a wieczorem na jego skraju tuż przy końcu pola robiąc ognisko w którym piekło się właśnie wykopane warzywa. Było pięknie! Palce i buzie czarne (z ziemniaków jedzonych prosto z ogniska ), stopy zimne i całe z ziemi, rumieńce na policzkach, śpiew na ustach i szum lasu za plecami. To było szczęście, czyste i najprawdzisze szczęście! Chwilę, których wspomnienia dziś ogromnie mnie wzruszają, zwłaszcza że Dziadkowie już odeszli, a w miejscu które było naszym rajem zbudowano obwodnicę. Jednak to co opisałam zostanie że mną na zawsze. I tak na koniec chcialabym powiedzieć jeszcze że las to piękne miejsce, miejsce wielu wspomnień, ale też miejsce o które trzeba dbać, dlatego podczas codziennych spacerów z córką, zawsze mamy ze sobą worek i zbieramy śmieci które notorycznie są tam wyrzucane. Chciałabym żeby moje dzieci kojarzyły to miejsce tak jak ja, z pięknym zapachem, mchem, drzewami, śpiewem ptaków, a nie puszkami czy butelkami…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.