edukacja kino dzieci

Daj dziecku wędkę zamiast ryby

Jak to zrobić, mówi Przemek Staroń, psycholog i najsłynniejszy nauczyciel w Polsce

Daj dziecku wędkę zamiast ryby
Archiwum Prywatne Przemka Staronia

Zrobiło się o nim głośno, gdy otrzymał nagrodę Nauczyciel Roku 2018. Później pojawiła się nominacja do Global Teacher Prize, nauczycielskiego Nobla. W jego klasie nie ma nudy, a ważniejsza od kartkówek i podstawy programowej jest relacja z uczniami i edukacyjny „efekt wow”.

Przemek Staroń uczy niekonwencjonalnie – językiem Harrego Pottera i zabawą z klockami Lego, a z uczniami komunikuje się też przez media społecznościowe. I odnosi sukcesy! Działa w sopockim liceum i jest mistrzem kreatywności. Dzięki swoim metodom stał się ulubieńcem młodzieży, a jego wychowankowie pną się do góry, zdobywając liczne nagrody. O tym, jak rozbudzać u dzieci ciekawość, opowie już niedługo, bo 30 września, na bezpłatnym webinarze, w ramach Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Kino Dzieci, któremu patronujemy. Więcej o tym wydarzeniu znajdziecie tu.

Przemek często swoją popularność wykorzystuje, by publicznie zabierać głos nie tylko w sprawach edukacji, ale też społeczeństwa. Jako jeden z pierwszych zaapelował, by pozamykać szkoły, jeszcze przed ogłoszeniem pandemii przez WHO. Czy wszystkie jego przewidywania się sprawdzą? Jeśli tak, to nie mamy przed sobą wesołej przyszłości. A może jednak mamy? Przekonajcie się sami.

Dobrze ostatnio sypiasz? Pytam, bo wielu rodziców i pracowników oświaty ma ostatnio nocne koszmary. 

To jest tak duży, wielowymiarowy stres dla większości ludzi, że głowa mała. Nie tylko klasyczne obawy: wrzesień, powroty po wakacjach do pracy, dzieci idące do szkoły. Na to nakłada się dodatkowa niepewność i poczucie zagrożenia zdrowia. Ja akurat się wysypiam, bo mam za sobą wiele doświadczeń, które pokazały, że jeżeli zaniedbam swój organizm, to nie zrobię nic. Nie wyobrażam sobie robić czegokolwiek, jeżeli nie mam możliwości odpocząć. Dużo śpię, mam dużo czasu dla siebie. Jestem w stanie działać skutecznie między innymi dlatego, że mam bardzo jasne priorytety, nie biorę na siebie za dużo, stawiam na współpracę i umiejętność delegowania zadań. Jeśli pracuje się nad tym, aby podchodzić do życia zadaniowo, i na serio się to wdraża, to wychodzi na to, że wszystko da się pogodzić.

Podobno uważasz, że edukacja nadal powinna odbywać się zdalnie? Na Pomorzu, gdzie pracujesz, coraz więcej jest zachorowań wśród uczniów.

Z bólem, ale tak, i jeżeli się rozumie wagę danych naukowych, patrzy na epidemiczne doświadczenia, to można skumać, skąd moje obawy. Pamiętam z książki „Prawa epidemii” wykres pokazujący zachorowania na grypę w Wielkiej Brytanii w 2009 roku. Krzywa spadała, spadała, a gdy nastąpił powrót dzieci do szkół – okazało się, że wykres pikuje. Przy czym grypa jest czymś znanym, a koronawirus nie. Dlatego kluczowa jest ostrożność i przyglądanie się temu, jak mutuje.

No ale jest jeszcze perspektywa rodziców. Dla wielu z nich dzieci w placówkach to ulga. Ciągle słyszę od matek, że „wreszcie mogą w spokoju popracować”. Co byś im powiedział?

Jestem absolutnie świadomy tego, jak dużym problemem było zdalne nauczanie. Dlatego wkurza mnie, że nasz rząd nie zmierzył się z dwiema kwestiami naraz: kwestią zagrożenia, jakim jest wirus, i drugą – kwestią funkcjonowania komórki społecznej, jaką jest rodzina. Niestety rodzina została pozostawiona samej sobie. Mądry rządzący poszukaliby rozwiązań tego problemu i wdrożyli je.

Wiem, że m.in. proponowałeś, by dzieci najpierw wróciły do szkoły na przedmioty ważne z perspektywy relacyjnej. Jak wytłumaczyłbyś rodzicom, którzy obawiają się zaległości w programie, że dziecko wraca na razie na godzinę wychowawczą? W teście na koniec podstawówki będzie przecież matematyka i polski.

Dotykamy tu fundamentalnego problemu, z którym się mierzy edukacja. Właściwie, to się nie mierzy. Otóż nasz system edukacji jest kompletnie bez sensu. Gdyby był sensowny, to zupełnie nie mielibyśmy tego problemu, o który pytasz. Argumenty o zaległościach wiążą się z dwoma metazałożeniami, które są absolutnie fałszywe, a w które większość wierzy. Pierwsze: to, że szkoła jest od tego, by dziecko przyswajało jakieś porcje wiedzy, a następnie, by dokonywać weryfikacji tej wiedzy i oceniania. To jest głupotą – patrząc na metapoziomie. Przypominam, że szkoła ma służyć temu, by wprowadzać w realia życia. Czyli żeby dawać człowiekowi narzędzia, by mógł się w świecie odnaleźć, by był dobry, mądry, dojrzały i szczęśliwy, skuteczny, odpowiedzialny, empatyczny itd. To jest cel szkoły.

Zatrzymajmy się tutaj. Mówisz o kompetencjach psychologicznych, sprawach światopoglądowych, o tym, jak radzić sobie ze sobą. Placówka powinna tego uczyć? A nie dom?

Szkoła powinna próbować się podjąć tego zadania, bo to jest jedyny sposób na pozbycie się nierówności edukacyjnych. Dzieci wychowują się w różnych środowiskach, różnych rodzinach i przez to mają różny poziom przygotowania do życia. Inne jest ich rozumienie świata, umiejętności radzenia sobie z emocjami itd. Szkoła jest miejscem, gdzie te nierówności powinno się niwelować. Dziecko w szkole powinno móc zdobyć te podstawowe kompetencje dotyczące po prostu zarządzania życiem, tak bym to nazwał. Pamiętajmy, że przeciętny rodzic nie musi mieć dostępu do danych naukowych, nie musi być na bieżąco z aktualnymi zdobyczami psychologii, które de facto pokazują nam, jak funkcjonować, twórczo się rozwijać, działać najbardziej konstruktywnie i dojrzale. To szkoła jest miejscem, w którym transmisja danych naukowych powinna zachodzić przede wszystkim. Gdyby rodzice byli w stanie zapewnić przygotowanie dzieci do życia w zakresie psychologicznym na najlepszym naukowym poziomie, byłoby super, ale nie łudźmy się, że jest to możliwe do zrealizowania w każdym domu.

Mówisz, że szkoła ma wyrównywać szanse. Widzę tu pewien problem – w publicznych placówkach w imię podciągania uczniów z gorszymi wynikami, ci najlepsi i najzdolniejsi często tracą. Są odstawiani na boczny tor, demotywowani i skazani na nudzenie się, bo nauczyciel poświęca się słabszym.

Dla mnie wszelkie narzędzia nauczania, które miałyby polegać na robieniu komuś krzywdy, żeby innemu było lepiej, są nie do zaakceptowania. To jest kolejny problem, z którym trzeba się zmierzyć. I znowu, gdyby w skali makro fundament był taki, jaki być powinien, to tego problemu by nie było. A skoro fundament nie jest taki jak trzeba – zmieniajmy to, co możemy.

Wróćmy teraz do ogólniejszych problemów polskich szkół. Co właściwie jest nie tak?

Szkoła niestety opiera się na triadzie: „zakuć, zdać, zapomnieć”, której systemowo prawie nikt nie podważa. Mamy egzamin na koniec podstawówki, mamy egzamin maturalny, trzeba to jakoś ogarnąć, a potem po prostu idziemy na studia. Czyli chodzi tylko o to, by się w miarę bezboleśnie dostać na każdy kolejny etap edukacyjny. Problem w tym, że życie jest ciut bardziej skomplikowane i stawia przed nami problemy otwarte, czyli takie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi jak w testach. Mamy do czynienia z bardzo dużą liczbą danych i zmiennych, a mówiąc językiem Heraklita z Efezu: światem rządzi zmiana. Dziecko, które kończy szkołę, nie ma narzędzi, by się odnaleźć w dynamicznie zmieniającym się świecie, właśnie przez systemowe zaburzenie tego pierwszego metafundamentu. Drugi metafundament polega na tym, że mimo świadomości, że mierzymy się z pierwszym, nie staramy się – na poziomie władz oświatowych – skorygować funkcjonowania szkolnego systemu. Na przykład w kwestii podstawy programowej. Można by zrobić coś szybko i łatwo, nawet na zasadzie pomocy doraźnej na czas pandemii: zawiesić konieczność realizacji części podstawy programowej. Ale tego się nie robi. Władza tego nie robi.

Ciekawa teoria. Zmiana paradygmatu edukacji wydaje się genialnym pomysłem, ale część osób trzyma się jednak przeciwnego poglądu, że szkoła to miejsce przygotowania do konkretnej roli społecznej, zawodu.

Argument o tym, że szkoła ma nauczyć konkretnych umiejętności i konkretnej wiedzy można skwitować pytaniem do dorosłego: na ile w swoim codziennym życiu wykorzystujesz umiejętności zdobyte w szkole? Jaki jest stosunek przyswojonych treści do twoich umiejętności? W ilu sytuacjach wykorzystałeś znajomość twierdzenia cosinusów? W ilu sytuacjach w rozwiązaniu życiowych problemów pomogła ci umiejętność rozróżniania typów skał? Poza tym: jaką mamy pewność, że świat, który szkoła nam przedstawia, do którego przygotowuje dzieci i o którym uczy, będzie wyglądał tak samo, gdy zakończą edukację? Myślę, że doświadczenie roku 2020 wystarczająco pokazało, że tkwienie w tych założeniach jest kompletnie bez sensu.

Często słyszę, że teraz wszystko sprowadza się do nauki kompetencji cyfrowych i programowania, albo języków obcych.

Tak, to jeszcze przekonanie przedpandemiczne. Oczywiście kompetencje cyfrowe są potrzebne i totalnie ważne, ale skupianie się głównie na nich to brnięcie w ślepy zaułek. Pandemia pokazała, że to, bez czego nie przetrwamy, to umiejętność odnalezienia się w rzeczywistości, która szybko się zmienia. Czyli zdolność adaptacji. Jeszcze w żadnym okresie historycznym nie było tak dynamicznych przemian. Gdyby wziąć pod uwagę metabolizm danych… nigdy nie było sytuacji, by w obieg trafiała tak potężna ilość informacji, z każdym dniem powiększana, interpretowana. Struktura informacyjna świata stale się poszerza. Mówię o tym, bo w tym roku zaskoczyła nas pandemia i globalny światowy lockdown, ale nie wiemy, co jest za rogiem. Ostatnio dowiedziałem się, że naukowcy natrafili na ślad asteroidy, która minęła Ziemię w bardzo niewielkiej odległości. I odkryli to bardzo późno. Jeżeli miałby miejsce jakiś kataklizm, nie wiemy, czy w pewnym momencie nie doszłoby do sytuacji, że i cyfrowe kompetencje są bezużyteczne.

Co jeszcze możemy wywnioskować z ostatnich kilku miesięcy?

Doświadczenie pandemii pokazało, że trzeba „spodziewać się niespodziewanego”. Nie wiemy, czy za pół roku nie wysiądzie elektryka, Internet, czy świat cyfrowy się nie zakończy. Może się na przykład okazać, że nie będą nam potrzebne kompetencje cyfrowe, tylko kompetencje służące do przeżycia, czyli poszukiwanie jedzenia i rozpalanie ognia.

Co to oznacza dla rodziców i uczniów?

Że uczenie się bardzo konkretnych faktów czy umiejętności jest ważne, ale powinno się je nadbudowywać na czymś innym, fundamentalnym. Człowiek powinien przede wszystkim mieć gotowość, chęć i świadomość uczenia się tego, co będzie wymagało od niego życie. Te kluczowe kompetencje czy wręcz wiązki kluczowych kompetencji nazywam Insygniami Przyszłości – i to jest insygnium pierwsze. Często, aby to wytłumaczyć, używam metafory lampy Aladyna. Dżin pozwalał na trzy życzenia. Dlaczego w ramach pierwszego życzenia nie poprosić od razu o możliwość składania wielu życzeń? Jeśli ucząc postawimy na wypracowanie w dziecku gotowości do uczenia się, ono samo zrozumie ważność tego przesłania, zidentyfikuje je w sobie i samo znajdzie kierunek, za którym chce podążać. Taki uczeń będzie mógł z łatwością uczyć się konkretnych przedmiotów: biologii, matmy, historii… ale nie będzie zakuwał, tylko rozumiał, że to jest narzędzie do osiągnięcia czegoś innego. Damy mu w ten sposób nie rybę, a wędkę, na całe życie, i to wędkę najpotężniejszą z możliwych.

Jak wzbudzić w dziecku tę wewnętrzną motywację?

Często słyszę uczniów narzekających na maturę. Odpowiadam im: „Wcale się wam nie dziwię”. I proponuję: „To może dajcie sobie spokój z tym zdawaniem? Nie podchodźcie do matury, jeśli was to męczy? I słyszę: „Wie Pan co, głupio tak nie podejść do egzaminu, tyle się uczyliśmy” (pojawia się efekt utopionych kosztów), „rodzice tego nie zrozumieją” (niechęć do konfrontacji z rodzicami), „chcę iść na studia” (czyli świadomość, że matura to klucz, który otworzy wiele drzwi), „wolę podejść i zdać, niż potem mieć problemy” (czyli bilans zysków i strat). Na koniec cieszę się, że to oni to powiedzieli, nie ja. Po rozmowie nagle okazuje się, że uczenie się na maturę nie jest już męczącym wkuwaniem, tylko wyborem. To jest niesamowicie ważne: dziecko rozumie zasadność całego procesu i pojmuje, że jest w nim nie trybikiem, ale realnym podmiotem, kreatorem i decydentem. Zawsze powtarzam rodzicom, że każdy z nas ma potrzebę realizowania w życiu tego, co odbiera jako sensowne.

No ale powiedziałeś, że cały szkolny system jest bez sensu. Jaką zatem postawę powinni przyjmować rodzice? Kontestować obowiązujące szkolne zasady? Czy dla dobra dziecka przedstawiać je jako słuszne? Nigdy nie wiem co mówić córce, gdy nie zgadzam się z jej nauczycielami.

Zawsze musimy się starać podejmować mądre decyzje. Szukajmy takiego rozwiązania, które jest w danej sytuacji, w konkretnych okolicznościach, najlepsze. Z jednej strony musimy realizować to, co jest najważniejsze w życiu, a z drugiej strony nie ma sensu dziecka demotywować. Moi uczniowie marudzą, że jakieś tam lekcje są nudne. Mówią: „u Pana się nie nudzimy”. Ja się nie zgadzam, że są nudne przedmioty. Chodzi o to, że wszystko zależy od sposobu przedstawienia tematu, od nauczyciela i jego podejścia. Nawet najnudniejsze zagadnienia da się przedstawić atrakcyjnie. Mówię więc uczniom: „Macie dwie zmienne – temat zajęć i nauczyciel – które są poza waszą kontrolą. To co, chcecie się owinąć całunem, położyć na cmentarzu i czekać na śmierć?”. Pytam, co możemy zrobić, żeby nauka nudnych rzeczy nie była nudna, i wtedy zawsze dzieciaki zaczynają sypać pomysłami. Znów: podejście zadaniowe, generowanie rozwiązań i wdrażanie ich.

Zdradź kilka sposobów dla rodziców, które można wykorzystać przy odrabianiu lekcji.

Inspiracje są wszędzie, ja pamiętam, jak zaaplikowałem robienie sketchnotek podczas nudnych zebrań rady pedagogicznej. Bardzo się potem sprawdziły w klasie. Ale to może być też potraktowanie zadania domowego, jakby to była satyra. Albo stworzenie kreatywnego dzieła – z użyciem tego, co dziecko lubi. Można wymyślać zabawy – praca z historii to zabawa w wehikułem czasu. Trzeba znaleźć swoją ścieżkę. Wyobraźnia nie ma granic. No i rodzic może z dzieckiem ustalić, że po skończonej pracy domowej czeka je wspólne robienie czegoś, co jest dla dziecka przyjemne.

Czy obiecywanie czegoś przyjemnego po nauce nie oznacza stosowania kar i nagród? Właśnie przeczytałam książkę Alfiego Kohna o negatywnych skutkach takiej metody motywacji.

A gdzie tu kara? (śmiech). Strategia, o której mówię, jest oparta przede wszystkim na pokazywaniu konsekwencji czynów. Nie musimy oceniać wyborów dziecka, ale pokażmy, że każde działanie ma swoje konsekwencje. Gdy rodzic mówi: „Zróbmy lekcje, a potem zrobimy coś fajnego”, to jest to nie tyle obiecywanie nagrody w potocznym rozumieniu, co raczej wzmocnienie pozytywne, odroczenie gratyfikacji, danie do zrozumienia, że to, co mniej przyjemne, minie, tylko trzeba wykonać jakieś zadanie. A w międzyczasie możemy zadbać o to, żeby jednak to mniej przyjemne okazało się interesujące. My, dorośli funkcjonujemy przecież tak samo. Kto nie myśli o tym, że już za godzinę będzie w domu relaksować się z książką czy serialem? Techniki behawioralne są bardzo dobre, pod warunkiem, że wiemy, jak je zastosować i gdzie. Gdyby rodzic zaczął od tego, że zwraca się do dziecka: „zrób pracę domową, to dam ci 10 zł”, to byłoby to oczywiście bardzo słabe.

Propagujesz bardzo odważne poglądy na edukację i namawiasz do działań oddolnych. Czy Polacy są gotowi do zmian w placówkach? Mam wrażenie, że część rodziców chce podtrzymania starego systemu z mnóstwem prac domowych i zakuwaniem obszernej podstawy programowej.

Nie umiem na to odpowiedzieć. Trzeba by przeprowadzić badania, żeby dowiedzieć się, ilu rodziców jest za konkretnymi zmianami (które wcześniej odpowiednio im się pokaże, wytłumaczy i uzasadni). Moim zdaniem, jeśli się coś naprawdę mądrze pokaże i zgromadzi wokół siebie ekipę, to mamy efekt kuli śniegowej. Margaret Mead powiedziała: „Nie wątp nigdy, że mała grupa troskliwych ludzi mogłaby zmienić świat. Tak naprawdę to jedyna rzecz, która go kiedykolwiek zmieniła”. Posłużę się przykładem z własnego podwórka. Wraz z cudownymi wspierającymi ludźmi przygotowałem wielu olimpijczyków i olimpijek w ciągu kilku lat. Zdobyli już niemal 50 tytułów olimpijskich. Wielu nauczycieli i nauczycielek działa oddolnie w ten sposób, w różnych obszarach, wielu aspektach i używając wielu narzędzi. Możliwe jest wszystko, a jedynym realnym problemem może być kwestia tego, jak zdobyć te narzędzia.

No właśnie, narzędzia. Czy przeciętny rodzic ma na coś wpływ w publicznej szkole? 

Warto zastanowić się, na ile chcesz coś zmienić i się angażować. A jeśli chcesz, to po co. Weźmy na przykład prace domowe – jeśli czujesz, że twoje dziecko dostaje ich zbyt wiele, może najpierw warto sprawdzić, czy to jest problem ogólny, czy może raczej kwestia jednego nauczyciela? I zadać sobie pytanie: czy forsowanie, żeby szkoła przyjęła zapis o rezygnacji z prac domowych, to jest ścieżka, która jest OK? Może okazać się, że problem jest do rozwiązania przy pomocy dużo mniej radykalnych środków, może wystarczy pogadać z pedagogiem? I znów wracamy do fundamentu: szkoła powinna uczyć, że jeśli jest problem, to należy poszukać adekwatnych narzędzi do rozwiązania. Wydawałoby się, że dorośli potrafią tak postępować, wykazując się myśleniem dużo bardziej wieloaspektowym niż nastolatki. W praktyce często tak nie jest. System edukacji nie sprzyja rozwijaniu tzw. myślenia postformalnego, dzięki któremu człowiek dużo łatwiej poznawczo i emocjonalnie akceptuje przeciwieństwa i paradoksy rzeczywistości. Zazwyczaj jesteśmy stymulowani do myślenia zerojedynkowego. Simone Weil kiedyś napisała, że jako społeczeństwo zatraciliśmy podstawowe kompetencje świadczące o inteligencji: stosowanie miary, stopnia, natężenia i wielu innych – jakby rzeczywistość była czarno-biała. A przecież nie jest. Często stawiani jesteśmy przed zadaniami, które wiążą się z jakąś sprzecznością, i gubimy się. Dlatego jedną z lepszych umiejętności, jaką można w życiu nabyć, jest radzenie sobie z paradoksami właśnie. Na przykład: „nie mogę tego zrobić, ale chcę to zrobić, więc jak to zrobić?”. Jako psycholog i trener kreatywności dodam, że większość naszych problemów to nie są sytuacje bez wyjścia. Można sięgać do rożnych metodyk kreatywnego rozwiązywania problemów: metodyki kapeluszy Edwarda de Bono, metodyki synektyki, czy po prostu ich podstawy – metodyki burzy mózgów.

Czy strategie, o których mówisz, sprawdzą się w szkole, np. w trójkach klasowych i radach rodziców, w kontakcie rodzic-wychowawca? Jak pogodzić racje postępowców, pragnących szkoły bez prac domowych i ocen, i takich, którzy widzą szkołę w formie tradycyjnej, a edukację jako początek wyścigu szczurów?

Pytanie, czy w ogóle trzeba pogodzić takie racje. Czy nie może być tak, że każdy pozostanie przy swojej wizji edukacji? Jak to mówi pragmatyzm: dla człowieka zgubionego w lesie prawdą jest to, co pozwala mu z lasu wyjść. A zatem będziemy patrzeć na proces i oceniać skutki. „Po owocach ich poznacie”.

Rodzic o odmiennych poglądach powinien patrzeć, jak dziecko tkwi w „złym systemie” i czekać na skutki? Może lepiej zabrać dziecko ze szkoły do innej, gdzie jest więcej osób, które myślą podobnie?

To jest jedno z całej palety rozwiązań. Jestem zwolennikiem zasady, by zanim dokona się radykalnych zmian w życiu, spróbować rozwiązań mniej brzemiennych w konsekwencje. Przede wszystkim trzeba decydować wspólnie z dzieckiem, bo bardzo często problem jest w głowie rodziców. Dziecko musi mieć pełne pole do tego, by partycypować w takich decyzjach i być w nich podmiotem. Warto też przeanalizować różne scenariusze. Co będzie, gdy uczeń przymusi się do odrabiania tych prac domowych, a co będzie, jeśli chcąc ich uniknąć, zmieni szkołę? Może się okazać, że dziecko jest skłonne akceptować trudności, gdy pozna alternatywy, i problem się sam rozwiąże. Może się również okazać, że niektóre problemy istnieją tylko w określonym interwale czasowym, i zwyczajnie wystarczy poczekać. Może prac jest więcej, bo pojawił się trudniejszy dział? Może nauczyciel dostał ostatnio burę od dyrekcji, by czymś się wykazać? Chodzi o to, by zdiagnozować przyczynę problemu, nie skupiać się na leczeniu objawowym. I adekwatnie zareagować na tę przyczynę.

Obawiam się, że przyczyną może być rak toczący polski system edukacji. 

Oczywiście, w szkołach panuje np. nowotwór lęku. Znów wracamy do tego, co już mówiłem – jeśli opanujemy podstawowe kompetencje uczenia się, zrozumiemy, że „zmieniam to, co mogę zmienić, a to, czego nie mogę, akceptuję, i rozróżniam jedno od drugiego”, to możemy na wielu polach wprowadzać zmiany.

Twoje poglądy bardzo nawiązują do koncepcji zmarłego niedawno Sir Kena Robinsona. Co z jego dziedzictwa wydaje ci się najistotniejsze i warte przekazywania dalej?

Zrozumienie tego, czym jest edukacja i co jest jej sensem. Mógłbym w tym miejscu długo wymieniać konkretne rzeczy, ale uważam, że to właśnie to jest najistotniejsze. Ken Robinson, używając metafory Ani z Zielonego Wzgórza, znał Józefa. Doskonale wiedział, co powinna oznaczać edukacja par excellence. Wszystkie jego wystąpienia były konsekwencją tej podstawowej wiedzy i rozumienia.

Jesteś znany z niekonwencjonalnych narzędzi nauczania – używasz ich na lekcjach etyki i filozofii, które prowadzisz: język Harrego Pottera, klocki Lego. Czy analogiczne kreatywne metody nadają się do nauczania przedmiotów ścisłych?

Oczywiście, że tak! Przecież wszystkiego można uczyć kreatywnie. To jest częste pytanie, które się pojawia, i wiesz co? Nie muszę przytaczać swoich własnych uzasadnień, choć mógłbym wymieniać ich sporo, przecież nawet na filozofii mam z dzieciakami logikę czy filozofię analityczną, one są bardzo podobne do lekcji matematyki. Ale to, co jest tutaj istotą, to to, że istnieje mnóstwo nauczycieli, którzy uczą fantastycznie, każdego możliwego przedmiotu. Wystarczy spojrzeć na Martę Młyńską, która rewelacyjnie uczyła niemieckiego w kreatywny, fajny sposób. Krzysiek Chojecki uczy świetnie matematyki, Pan Belfer pokazuje, jak można rewelacyjnie uczyć chemii. Jest działalność Matplanety, czy książka „Sposób na matmę”, którą wszystkim polecam. Jej autorka prowadzi profil „The Math Guru”, sama nie zdała kiedyś z matmy i to zrodziło u niej potrzebę poszukania alternatywnych metod nauczania tego przedmiotu. Takich przykładów jest mnóstwo. Kto chce, szuka sposobu, kto nie chce, szuka wymówki. Oczywiście problem jest systemowy – nauczyciele są żenująco wynagradzani, często pełni lęku. Często nie mają siły. Nie można na stanowisku pracy stawiać wymagania do bycia heroicznym – bo bycie kreatywnym nauczycielem w tym systemie to jest heroizm. Warto jednak szukać sposobu, a moim zdaniem fundamentalną sprawą jest mądry rodzic, który daje dziecku wędkę, który towarzyszy i wspiera, a niekoniecznie rozwiązuje wszystkie problemy za dziecko. Porównuję to do Sama i Froda z „Władcy Pierścieni”, kiedy to Sam nie był w stanie przejąć ciężaru Pierścienia i powiedział mniej więcej tak: „Panie Frodo, nie mogę Panu tego ciężaru odjąć. Ale niech mi Pan wskoczy na barana, ja mogę Pana z tym ciężarem nieść”.

Dziękuję za rozmowę i powodzenia w szkole!

Dziękuję również i wzajemnie!

Przemysław Staroń – absolwent KUL, kulturoznawca, psycholog, trener kreatywności i pedagog, nagrodzony przez Komisję Europejską. Uczy filozofii i etyki w sopockim liceum. Człowiek Roku Gazety Wyborczej wyróżniony za „wzorowe sprawowanie”. Nauczyciel Roku 2018, finalista w konkursie Global Teacher Prize 2020.

*

W ramach Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Festiwalu Kino Dzieci, któremu Ładne Bebe patronuje, zapraszamy serdecznie na webinar poświęcony kreatywnej edukacji, prowadzony przez Przemka Staronia. W czasie wykładu Przemek opowie, jak uczyć, aby zaczarować innych, zarazić ich swoją pasją i myśleniem kreatywnym, oraz spowodować, że nauka stanie się przygodą pełną niesamowitych, niespodziewanych przygód. Przygodą, którą będzie chciało przeżyć każde dziecko. Przygodą, o której nigdy w swoim życiu nie zapomni. Obejrzycie go 30 września na facebookowym profilu festiwalu.

Dodaj komentarz