adopcja rozmowa o macierzyństwie

Widziałam Lenę trzy razy, zanim została moją córką

O adopcji międzynarodowej

Widziałam Lenę trzy razy, zanim została moją córką
Archiwum prywatne Karoliny Collier

Karolina Collier sama siebie, a raczej swojego bloga, nazwała „Koreańska mama” – ponieważ w lipcu zeszłego roku w jej domu w Kalifornii pojawiła się mała koreańska dziewczynka. Wcale nie dlatego, że razem z amerykańskim mężem nie mogli mieć własnych dzieci – nawet tego nie sprawdzili, tylko od razu zdecydowali się na adopcję.

Bardzo chcieli dać dom komuś, kto już jest na tym świecie. Teraz, jak wszyscy rodzice adopcyjni, para mierzy się z masą trudności i wątpliwości, o których rodzice biologiczni nie mają pojęcia. Tym niemniej nasza rozmowa pokazała nam raczej, że bycie mamą czy tatą to przede wszystkim miłość i troska. Niezależnie od tego, czy po słowie „rodzic” następuje jakiś przymiotnik.

Karolina ma raptem 30 lat, ale za sobą już mnóstwo doświadczeń zawodowych – od 15. roku życia zajmuje się organizacją koncertów. Swojego męża, Amerykanina, Justina, poznała podczas jednej z tras jego ówczesnego zespołu. Po kilku latach podróżowania wte i wewte oraz mieszkania razem w Hiszpanii, Irlandii i Polsce, para postanowiła osiąść w USA. Najpierw zamieszkali w Filadelfii, by pod koniec minionego roku przeprowadzić się do Los Angeles. Dość szybko po ślubie zdecydowali, że zamiast starać się o własne dzieci, chcą spróbować adopcji międzynarodowej.

Lena, ich córeczka, przyszła na świat w Korei Południowej. Pierwsze pół roku swojego życia spędziła w domu dziecka, by po piątym miesiącu trafić do rodziny zastępczej (jej mama miała około siedemdziesiątki), gdzie pozostawała do momentu, aż polsko-amerykańska para adoptowała ją z pomocą lokalnego ośrodka adopcyjnego. Miała wtedy dwa lata.

Opowiesz o waszej motywacji?

Nasze powody są głównie ideowe. Kiedy jako nastolatka zaczynałam robić koncerty w moim małym mieście pod Rzeszowem, poznałam całą masę ludzi, sporo z zagranicy. Wielu muzyków gościliśmy w domu, a że wywodzę się ze sceny punk-rockowej, mam poczucie, że otaczali mnie ludzie, którzy niezwykle otwarcie omawiali swoje problemy, wielu z nich było zaangażowanych politycznie. W młodym wieku zetknęłam się z osobami o naprawdę otwartych głowach i myślę, że to mnie ukształtowało. Już w tamtych czasach pojawił się pomysł, żeby kiedyś adoptować dziecko. Kiedy poznałam mojego męża, z radością odkryłam, że ma bardzo podobne poglądy do moich. Nigdy nie widzieliśmy różnicy między posiadaniem własnych dzieci a adoptowaniem cudzych, bo przecież można pokochać dowolną osobę na świecie, tak jak się to dzieje chociażby w związkach męsko-damskich. Nigdy też nie widziałam sensu w rodzeniu dzieci, skoro na świecie jest tyle potrzebujących maluchów. Częścią opowieści ogromnie wielu rodzin adopcyjnych jest historia niepłodności, do czego mnie trudno się odnieść, bo nas to nigdy nie dotyczyło. Staram się zrozumieć te mamy, bo każda ma inną historię, ale marzę o tym, by spotkać kiedyś parę o doświadczeniu podobnym do naszego. Na razie nikogo takiego nie poznałam.

Jakie trzeba mieć cechy, żeby podołać temu procesowi?

Na pewno otwartość, zwłaszcza przy adopcji międzynarodowej. Ja kocham różne kultury, dla mnie to nie był żaden problem, wręcz przeciwnie – zawsze uważałam, że dzieci z Azji są szczególnie urocze. Niewątpliwie mój dom rodzinny również ukształtował mnie w duchu otwartości – moja mama, która pracuje z dziećmi niepełnosprawnymi, przyjmowała wiele z nich w domu, byłam do tego przyzwyczajona. Z pewnością pomaga też mój realizm, który Justin nazywa pesymizmem (śmiech) – to, że byłam przygotowana na najgorsze. Spodziewałam się najtrudniejszych scenariuszy związanych z adopcją, co paradoksalnie wyszło mi na dobre.

Czy mieliście jakieś przygotowanie psychologiczne przed adopcją i fachowe wsparcie po?

Pod względem psychologicznym mieliśmy jedno, całodniowe spotkanie z psychologiem, gdzie przechodziliśmy wszystkie testy i rozmowę na temat adopcji. Oprócz tego odbyliśmy też kwalifikację online – jako że nasz ośrodek adopcyjny mieścił się 10 godzin jazdy od nas, nie byliśmy w stanie być obecni na każdych zajęciach. Tym niemniej czuliśmy, że dostaliśmy mnóstwo informacji na temat tego, jak postępować z adoptowanymi dziećmi, jak zachowywać się w pierwszych miesiącach, co robić później. Mieliśmy możliwość telefonicznej konsultacji z ośrodkiem i wykwalifikowanymi pracownikami. Wskazano nam także różne grupy wsparcia i grupy adopcyjne w naszym mieście, dokąd możemy się zwrócić w razie pytań, problemów itp. My jednak wewnętrznie nie mieliśmy takiej potrzeby. Ale w pełni czuliśmy wsparcie ze strony naszego ośrodka adopcyjnego. Myślę, że ludzie, którzy tam pracują, mają na tyle duże doświadczenie i wiedzę, że wystarczyłaby ona dla wielu par.

Z czym przede wszystkim mierzy się na początku adopcyjny rodzic?

Na pewno z traumą dziecka, rozłąką z poprzednim opiekunem, co u tak małych dzieci – Lena ma teraz 3 lata, a jest u nas nieco ponad rok – przejawia się przede wszystkim problemami z jedzeniem i snem. Wiele dzieci po adopcji nie może spać przez dwa, trzy lata i my też się z tym mierzyliśmy. Niezaspokojenie podstawowych potrzeb u takich maluchów prowadzi oczywiście do kolejnych problemów, bo wiadomo, że dziecko, które nie je i nie śpi, zaczyna gorzej funkcjonować i gorzej się rozwijać. Do tego dochodzi kwestia wzajemnego poznania się, dotarcia. Poznałam niedawno w Polsce mamę, która adoptuje dziecko pochodzące, tak jak ona, z Ukrainy i ma to szczęście, że spędza z tym chłopczykiem każdą wolną chwilę. Nam dane były raptem trzy spotkania z Leną, każde po godzinie, nim zabraliśmy ją do domu. Myśmy jej przecież w ogóle nie znali! Dostawaliśmy przez rok jej zdjęcia i co dwa miesiące opisy jej rozwoju, ale to naprawdę niczego nie oddaje. Trzeba więc się na to przygotować i dać sobie czas.

Przy własnym dziecku też trzeba się poznać. Niby pomagają w tym hormony, ale ten proces również przebiega stopniowo. Każde dziecko to osobny byt, niezwykły konglomerat genów naszych i partnera.

Oczywiście! Ja też zresztą podejrzewam, że zadziałały u mnie hormony. Kiedy tylko dowiedzieliśmy się, że możemy polecieć zobaczyć Lenę, zaczęły dawać o sobie znać. Byłam zaraz po operacji kolana i czekałam przez miesiąc, żeby doprowadzić nogę do stanu używalności. I to był najgorszy miesiąc w moim życiu: strasznie przeżywałam, uważałam, że to się na pewno nie uda, że nic nie ma sensu, że nie będę mogła chodzić, bałam się, że nie znam tego dziecka…

Coś cię zaskoczyło w tym procesie? Czegoś się nie spodziewałaś?

Tak. Nie mogę się utożsamić z doświadczeniami większości matek adopcyjnych, które po pierwszym spotkaniu ze swoimi dziećmi już są zakochane, jest cudownie i tak dalej. U nas tak nie było. W ogóle. Jak spotkałam Lenę, miałam tak mieszane uczucia, że… Przepraszam, ale nawet teraz, kiedy o tym mówię, to chce mi się płakać.

Możesz!

Przepłakałam cały dzień, nie wiem nawet, dlaczego. To były tak duże emocje! To mnie potwornie zaskoczyło. Po miesiącu, który spędziliśmy na oczekiwaniu na wszystkie papiery i uprawomocnienie się wyroku koreańskiego sądu, miałam bardzo mieszane uczucia. Bardzo się obawiałam, że tego nie załapałam, że coś jest nie tak. Ale kiedy przylecieliśmy po Lenę, żeby zabrać ją z ośrodka i wyruszyliśmy do hotelu, nagle ogarnęło mnie niesamowite uczucie, że wszystko jest na swoim miejscu. To było poczucie, że wszystko naraz jest w porządku, nie ma najmniejszego problemu. Przepraszam! [Karolina płacze] Ogromnym zaskoczeniem było to, jak bardzo moje uczucia się zmieniły, kiedy już byliśmy z nią sam na sam.

Może to się musiało w tobie ułożyć?

Chyba tak, każdy to odbiera inaczej. Potem były już same dobre zaskoczenia. Nastawiałam się na to, że będzie ogromnie ciężko – i w pewnych momentach było, ale nie aż tak, jak się spodziewałam.

Jak szybko wytworzyła się między wami więź?

Dla mnie już w tym pierwszym dniu! Jechaliśmy autokarem z ośrodka adopcyjnego. Lena nie wiedziała, co się dzieje, miała wtedy raptem dwa lata. Nie znała nas, ale szukała kogoś, w kim mogłaby znaleźć oparcie – nazywam to „zakleszczeniem”. Ona już w tym autokarze się na mnie sfocusowała i tak zostało. Odebraliśmy ją koło południa i już w hotelu uznaliśmy, że weźmiemy ją na basen, żeby się trochę zmęczyła i uspokoiła. Wzięłam ją na ręce, a ona mnie pocałowała! To było niesamowite. Dzień w dzień było coraz lepiej – wiadomo, że takie dziecko ma lepsze i gorsze momenty, ale naprawdę było widać poprawę z dnia na dzień. Przez pierwsze pół roku przechodziła głęboką adaptację, przyzwyczajała się do bycia w nowym domu. Myśmy też rygorystycznie przestrzegali adopcyjnych norm, czyli np. nie zabieraliśmy jej przez pierwsze trzy miesiące na miasto i na żadne spotkania, byliśmy tylko w trójkę. Trochę trudniej było Lenie zbudować relację z moim mężem – z tego, co wiem, w jej rodzinie zastępczej były same kobiety i nieco dłużej trwało, nim zaakceptowała Justina. Ale ze mną na szczęście poszło szybciutko. Nawet nie myślałam, że będę płakać w rozmowie z Tobą! To są takie emocje…

Czytałam różne historie adopcyjne i zauważyłam, że powtarza się w nich jeden element: rodziny praktycznie nie pamiętają pierwszego wspólnego dnia, bo są w takich emocjach!

Myśmy sobie ten pierwszy dzień nagrali, bo ja też bym tego nie zapamiętała. Chciałam go nagrać ze względu na Lenę, żeby kiedyś mogła to obejrzeć.

 

Myślę, że naprawdę dużo jest paraleli między adopcją a urodzeniem dziecka. Poród to też są niezwykłe przeżycia, które trudno sobie ułożyć w głowie, a pierwsze pół roku mija młodym rodzicom na poznawaniu dziecka i odnajdywaniu się w nowej roli…

Tak! To jest dobre porównanie. Przyniesienie do domu adopcyjnego dziecka jest w gruncie rzeczy podobne do powrotu ze szpitala z niemowlakiem. Wszyscy się wszystkiego uczą na nowo, każda osoba z rodziny musi się na nowo określić.

Czy Lena była zdrowa, kiedy do was przybyła?

Miała dość dużego zeza rozbieżnego, ale jeszcze w Korei go operowano. Na pewno jej oko jeszcze nie jest w pełni sprawne, ale koronawirus opóźnił nam diagnozowanie. Przy adopcji, tym bardziej zagranicznej, zdrowie to jest w ogóle duża niewiadoma. Jeśli już na starcie można sobie dokładnie przejrzeć papiery dziecka, ma się inny komfort. W naszym przypadku pozostawało dedukowanie z tłumaczonych dokumentów, z czym mamy do czynienia i decydowanie, czy jesteśmy w głębi serca gotowi na konsekwencje. Trzeba sobie bardzo szczerze odpowiedzieć w zgodzie z własnym sumieniem, bo inaczej może nas czekać dużo trudności. Niby jeszcze przed adopcją wypełnia się w ośrodku dokumenty, w których zaznacza się, że jest się w stanie zaakceptować np. „wady autoimmunologiczne”, ale przecież nie wiem, co to dokładnie znaczy, z czym to się wiąże. My nie wiedzieliśmy np. nic o mowie Leny, braliśmy na klatę to, że mogą być problemy. Większość dzieci ma różne problemy, część jest opóźniona, bo nie miała odpowiedniej stymulacji. Trzeba liczyć się z większym nakładem pracy z nimi w domu.

„Przyniesienie do domu adopcyjnego dziecka jest podobne do powrotu ze szpitala z niemowlakiem. Wszyscy się wszystkiego uczą na nowo”.

 

A czy często zdarza wam się spotykać z dziwnymi komentarzami w związku z tym, że jesteście rodziną wielokulturową?

Wiadomo, że w Stanach jest wielkie pomieszanie ras i kultur, więc tam raczej mało kogo to dziwi. Choć nawet tam spotkałam się z przykrymi komentarzami, głównie w kontekście koronawirusa, bo na początku pandemii w ludziach wzmógł się lęk przed mieszkańcami Azji – no i raz ktoś splunał przed nami na ziemię. Ale ja jestem waleczna w takich sytuacjach, nie boję się zareagować. Ostatnie protesty w Stanach pokazują, że Amerykanom daleko jeszcze do równości. Ludzie częściej reagują, kiedy jesteśmy na mieście w trójkę, bo wtedy bardziej widać, że Lena nie może być naszym biologicznym dzieckiem. To są jednak głównie pozytywne reakcje. W Polsce z kolei ludzie są miło nastawieni, ale boją się zapytać, co jest grane. A ja jestem bardzo otwarta, chętnie wyjaśniam i nie mam z odpowiedzią na takie pytania żadnego problemu. W Polsce nie spotkałam się nigdy z nieprzyjemnymi reakcjami. Nie wiem, jak będzie w przyszłości, ale nasz kraj się tak szybko zmienia, że mam nadzieję, że za 10 czy 15 lat będzie to jeszcze dużo bardziej powszechne, że przybędzie dzieci z mieszanych małżeństw.

Mnie się wydaje, że większość obaw ma korzenie w lęku przed nieznanym. Że kiedy zaczynamy poznawać tych „innych”, to z czasem ich oswajamy i przekonujemy się do nich.

Mnie też się tak wydaje. Polski naród w gruncie rzeczy jest bardzo miły, ja w to wierzę.

Widzisz jakieś różnice w podejściu polskiej i amerykańskiej rodziny do Leny?

Nie widziałam żadnej różnicy w podejściu do naszej decyzji – może tylko dalsza rodzina w Polsce nie była zbyt pewna, jak to będzie wyglądać. Nie wiedzieli, z czym to się wiąże, ale jak poznali Lenę, to przestało mieć znaczenie, bo przyjęli ją z otwartymi ramionami. Rodzina mojego męża była bardzo otwarta, bo w Stanach raczej nikt się nikomu nie wtrąca do życia.

Wyobrażacie sobie mieszkanie w Polsce?

Taaak! Są już takie plany na przyszłość. Mój mąż jest zakochany w Polsce, on by się chciał tutaj przenieść na starość. Jesteśmy jeszcze w trakcie wyrabiania polskiego paszportu dla Leny, co się skomplikowało przez pandemię, ale w dalekosiężnych planach bierzemy pod uwagę zarówno to, że będzie chciała zostać na studia w Stanach, jak i to, że wszyscy przeniesiemy się tutaj.

Jak podchodzicie do koreańskiego dziedzictwa Leny?

Cały czas staram się o nim czytać, przygotowywałam się też przed adopcją – próbujemy uwzgledniać niektóre koreańskie tradycje, podkreślać to, że stamtąd pochodzi. Lena ma w swoim pokoju trochę przedmiotów, które dostaliśmy w ośrodku adopcyjnym. Chcielibyśmy, kiedy będzie starsza, wrócić tam z nią, żeby zobaczyła to miejsce swoimi oczami, pobawiła się z dziećmi. Nie wiem, czy tutaj też się tak robi, ale w Korei do ośrodka przychodzi dużo wolontariuszy. Lena już teraz wie, że jest adoptowana – na tym etapie swojego rozwoju rozumie to tak, że inna pani miała ją w brzuszku, a mama przyleciała po nią do Korei. Dużo z nią rozmawiamy, staram się jej wszystko tłumaczyć w zgodzie z jej możliwościami percepcyjnymi. Jeśli kiedykolwiek będzie chciała polecieć do Korei – bo zdarza się, że adoptowane dzieciaki chcą poznać osobę, która dała im życie – to jeśli tylko będzie nas na to stać, zrobię wszystko, co w mojej mocy. Fundusze przy adopcji międzynarodowej to zresztą osobne wyzwanie (śmiech). W naszym przypadku na poziomie porządnego wkładu własnego w budowę domu.

A dlaczego pisałaś na blogu, że w Korei rzadko oddaje się do adopcji dziewczynki? Wydawałoby się, że w kulturze, która tak jak chińska czy japońska wyżej stawia chłopców, więcej będzie właśnie „niechcianych” dziewczynek.

To wynika z tego samego rdzenia: jak ma się syna, można przedłużyć swój ród, nawet jeśli nie jest to syn biologiczny. Po prostu łatwiej jest znaleźć koreański dom adopcyjny dla chłopca. Uważam się za feministkę, więc drażni mnie ta dyskryminacja w kraju, który jest tak zaawansowany technologicznie i ekonomicznie. W tej kulturze dziewczynki są po prostu mniej ważne. Dzieci spoza małżeństwa czy będące owocem przypadkowego zbliżenia też zresztą nie są jeszcze powszechnie akceptowane. Samotna matka czasem się zdarza, ale rzadko – funkcjonuje tam dziwny rozłam między poziomem życia w ogóle a poziomem równouprawnienia płci.

Ile czasu zajął wam dokładnie cały proces adopcyjny od pomysłu zgłoszenia się do ośrodka do momentu, w którym odebraliście Lenę?

Pobraliśmy się w 2015 roku i już wtedy szukaliśmy ośrodków. Staż małżeński liczy się różnie w różnych krajach, w Korei Południowej wymagano jednego z krótszych, co też zadecydowało o wyborze agencji z tego kraju. Generalnie każda agencja i każdy kraj mają swoje wymagania, więc trzeba sprawdzać wszędzie po kolei, czy są specyficzne obostrzenia. W Korei, co jest dość śmieszne z naszej perspektywy, są np. ograniczenia co do masy BMI przyszłego rodzica! Jednak i tak są tam bardzo elastyczni, np. pod względem minimalnych zarobków rodziców adopcyjnych – nie ma dochodu minimalnego, jak chociażby w Chinach. A więc pierwszy telefon do ośrodka wykonaliśmy w naszą drugą rocznicę ślubu. Wiedzieliśmy, że cały proces potrwa długo, więc na wiosnę 2017 roku zrobiliśmy kwalifikacje, a Lenę odebraliśmy 30 lipca 2019 roku. Czyli cały proces trwał 2,5 roku, na co złożyło się sporo czekania i pracy, trochę kwalifikacji i składania papierów.

Bardzo mi się podobało to, co napisałaś na blogu, że jesteś wdzięczna swojej córce, że was wybrała. To de facto tak się dzieje, że to ośrodek wybiera najlepszych rodziców dla danego dziecka, nie odwrotnie, prawda?

Tak, jak wspomniałam, pierwszego naszego wspólnego dnia Lena już mnie w pewnym sensie zaakceptowała i do dziś nie odstępuje na krok. A byłam przygotowana na totalnie długi proces budowania więzi. Sama już po trzech miesiącach nie pamiętałam swojego życia sprzed Leny! Już wtedy czułam się tak, jakby była z nami od zawsze.

*

Karolina Collier – 30 lat, urodziła się w Kolbuszowej. Ukończyła lingwistykę stosowaną z językiem hiszpańskim, ale już jako 15-latka zaczęła stawiać pierwsze kroki w branży produkcji koncertów. Kilka lat jeździła w trasy koncertowe z zespołami, pracowała jako manager producji dla Live Nation, obecnie pracuje dla firmy Homemade Projects. Ma amerykańskiego męża i południowokoreańską córeczkę.

*

Na nas w redakcji podejście Karoliny i Justina zrobiło duże wrażenie. Para bardzo chciałaby nawiązać kontakt z innymi adopcyjnymi rodzicami, którzy nie doświadczyli problemów z bezpłodnością, a od razu zdecydowali się na adopcję. Czy znacie kogoś, kto postąpił podobnie?

Dodaj komentarz