ilustratorzy książki dla dzieci recenzja

Moja mama ilustratorka

Rozmowa z Kasią Fryzą – autorką rysunków w książce „Tuli, tuli, cmok, cmok” wydanej przez Kropkę

Moja mama ilustratorka
Kinga Hołub

Z Kasią „Fryzą” Księżopolską znamy się przez Emmę – rezolutną pięciolatkę, którą narysowała do książki wydanej niedawno przez Kropkę. I tak przy okazji rozmów literacko-ilustracyjnych poznajemy Kasię, jej rodzinę, opowieści o ukochanych podróżach i o jej zawodzie. Oto mama, która rysuje. I to jak!

Przeglądając nowość dziecięcego wydawnictwa Kropka, o uroczym onomatopeicznym tytule „Tuli, tuli, cmok, cmok”, od razu poznajemy charakterystyczną kreskę Kasi i paletę kolorów, w których się lubuje. Te ilustracje mogłyby same, bez tekstu, opowiadać historię bohaterki książki – wspomnianej Emmy, która nie lubi być przytulana i obcałowywana przez dorosłych, czyli gości odwiedzających jej dom. I to jest piękna historia o dziecięcych granicach, o poszanowaniu ciała, o wrażliwości, na którą my, dorośli powinniśmy mieć oko. Kasia „Fryza” je ma, w końcu bycie mamą czterolatki to najlepsza materia do przenoszenia emocji na papier. Posłuchajcie, co Kasia opowiada o książce, o macierzyństwie i o umiłowanym zawodzie ilustratorki.

Mama ilustratorka – to brzmi pięknie! Rysunki, kolory, książki, postaci. Wyobrażam sobie, jak Wiki opowiada o twoim zawodzie kolegom i koleżankom. Opowiedz, jak wygląda twoja praca w praktyce – masz biurko w pokoju czy pracujesz poza domem?

Mama ilustratorka – tak, to brzmi pięknie. Trudno mi w to uwierzyć, że mogę tak o sobie powiedzieć. Zawsze chciałam ilustrować książki. Niekoniecznie dla dzieci, ale to było moje marzenie. Może nawet nie marzenie. Wiedziałam, że będę to robiła i ciężko na to pracowałam. Banał, prawda? Droga była bardzo wyboista i kręta. Ja za bardzo słuchałam innych, zamiast siebie. Dopiero po urodzeniu Wiki postawiłam wszystko na jedna kartę. To był moment zwrotny. Naprawdę dużo się wtedy zmieniło. Ona od niemowlaka spędzała czas w naszej pracowni, nie zna innej sytuacji. Poza tym mąż jest animatorem, więc też dużo rysuje. Dla niej to norma. Nie traktuje tego wyjątkowo. Myślę, że ważniejszy dla córeczki był fakt, że mogła cały czas spędzać z nami, w domu. Co z kolei dla nas nie zawsze było łatwym rozwiązaniem.

Właśnie, wspominałaś, że córka odegrała sporą rolę w obraniu twojego kierunku zawodowego, bo pracując, cały czas miałaś ją przy sobie. Jak pracuje się z dzieckiem u boku? Stawiam, że niełatwo.

Ciąży nie pamiętam. Nie był to dla mnie jakiś magiczny czas. Pierwszą połowę spędziłam w Azji na motorze, a drugą leżałam w domu. Miałam wrażenie, że tracę kontrolę nad światem, że to jest zamach na moją niezależność. Z perspektywy czasu wiem, że gdyby nie Wiki, nie zaczęłabym na poważnie ilustrować książek dla dzieci. Możliwość patrzenia na to, jak się rozwija, jak inaczej niż ja odbiera świat, jest tak niesamowite, że aż nierealne. To można pokazać tylko w bajkach. Uwielbiam ten jej świat. Patrzę, obserwuję i słucham. To jest nieskończone źródło inspiracji.

Nad książką „Tuli, tuli, cmok, cmok” pracowałam w bardzo trudnym dla mnie momencie. Wiki miała dwa lata i każdy, kto ma dzieci, wie, jak to mogło wyglądać. Nie było łatwo, zwłaszcza, że oboje z mężem mamy wolne zawody i pracujemy w domu. Nauczyliśmy się tak żyć. Zawsze razem. Jak to mówi WIki: „na kupce”.

W rezolutnej Emmie, pięcioletniej bohaterce „Tuli, tuli, cmok, cmok”, wielu rodziców dopatruje się swoich dzieci. W książce poruszacie temat dziecięcej wrażliwości i stawiania granic, które my, dorośli, często przekraczamy. Czego w tym ujęciu nie lubi Wiki? 

Wiki jest bardzo rezolutna i bywa bardzo asertywna – staram się w niej tego nie zabijać. Dużo rozmawiamy. Często ją pytam, jak się czuje w danej sytuacji. Ona natomiast uczy się mówić o uczuciach. Bardzo mi na tym zależy. To jest dla mnie bardzo ważne. Chciałabym, aby miała odwagę powiedzieć, że coś jej się nie podoba. Na pewno była dla mnie inspiracją.

Z marszu podpytam o kolejną inspirującą postać, czyli psa z waszej książki. Opowiedz co nieco o waszym czworonogu, Kenzo.

Kochamy go, jest członkiem naszej rodziny juz ponad 10 lat. Nie jest łatwy w obsłudze, bo to pies po przejściach, ale nauczyliśmy się razem żyć. Ja mam do niego szczególną słabość, bo jest moim osobistym „pocieszaczem”. Wyczuwa moje złe nastroje i albo się przytula, albo kładzie mi łapę na ramieniu. Wikusię natomiast nauczył szacunku do zwierząt. Czy to jest książkowy Tytan? Bez wątpienia mają jedną wspólną cechę: nie lubią nieproszonych gości.

I obaj są piękni! Książka „Tuli, tuli, cmok, cmok” wyszła najpierw po niemiecku – zaufała ci autorka tekstu, Szwajcarka Anita Lehmann. Jak wyglądały początki – zgłosiłaś się do niej z pomysłem na książkę czy już z gotowymi ilustracjami?

To była zupełnie inna historia. Wzięłam udział w konkursie, który ogłosiło szwajcarskie wydawnictwo Helvetiq. A muszę wspomnieć, że nieczęsto uczestniczę w konkursach. Jednak ten wydawał mi się na tyle ciekawy, że spróbowałam i wygrałam. Ogłoszenie wyników było podczas prestiżowych targów w Bolonii. Współpraca była bardzo udana. Książka została wydana w języku francuskim i niemieckim. Anita była zachwycona ilustracjami, ale niestety do tej pory nie udało nam się spotkać osobiście. Poprawek w zasadzie nie było w ogóle. Tak nam się wszystkim dobrze pracowało, że powstał jeszcze jeden projekt z wydawnictwem Helvetiq, który wkrótce ujrzy światło dzienne, ale znowu nie w Polsce.

Trochę to smutne, że polska ilustratorka wydała swoją książkę najpierw poza krajem. 

Wiedziałam, że tak będzie. Dużo jest takich historii, jak moja. Jak to się mówi: „jak nie drzwiami, to oknem”. Trochę się śmieję, ale to faktycznie smutne, że zauważył mnie ktoś za granicą i dopiero wtedy udało mi się wydać coś w Polsce. Nie wiem dlaczego tak jest i to nie tylko w świecie ilustratorskim. Może to dlatego, że teraz nie wystarczy tylko rysować. To chyba kwestia ery internetu i tych nieszczęsnych lajków. Nawet jak bym chciała tylko i wyłącznie rysować, to nie mogę, bo muszę jeszcze obsłużyć kilka swoich socjali. Do niedawna niełatwo było uzyskać jakieś informacje od drugiego ilustratora, chociażby jeśli chodzi o wynagrodzenia – to było tabu. Na szczęście trochę się to zmienia. Zaczynamy sobie pomagać, rozmawiać. Wszystko zaczyna być bardziej transparentne. Ludzie zaczęli rozumieć, że to się dzieje dla dobra ogółu.

No ale trafiłaś z „Tuli, tuli, cmok, cmok” na wydawnictwo Kropka i poszło pięknie. A w zasadzie – jak to poszło?

Wydawnictwo Kropka spadło mi z nieba. Jestem przeszczęśliwa, że to właśnie z nimi wydałam swoją pierwszą polską książkę. Jest świeże, jego twórczynie mają superpomysły i świetnie się dogadujemy. Za nazwą Kropka stoją profesjonalistki z doświadczeniem, które jednocześnie szanują twórców, a to jest klucz.

Twoje zawodowe działania graficzne są dość zakrojone, ale najbardziej lubisz książki dla dzieci. Co takiego cię w nich fascynuje? I co fascynuje cię w samych dzieciach?

Uwielbiam książki dla dzieci. U mnie w domu są wszędzie. Namiętnie je kolekcjonuję. Wykupuję wszystkie nowości rynkowe, a w naszych podróżach króluje bieganie po księgarniach dla najmłodszych. To są oczywiście szczególne pozycje. Im mniej edukacyjne, tym lepiej (a w Polsce z tym niełatwo). Uwielbiam ten magiczny świat dzieci. Zazdroszczę im tej ciekawości, beztroski, otwartości, szczerości i tolerancji, którą niszczą dorośli. Kiedyś mówiłam, że nie będę ubierać córki w różowe sukienki, tiule i falbany. Ale dlaczego? To jest ekstra, że ona nie ma zahamowań i chce założyć skrzydełka wróżki do przedszkola, albo wiąże sobie pelerynę na szyi i zakłada koronę. Super, że jej największym marzeniem jest to, żeby latać, i to wcale nie samolotem. Ja właśnie się w tym zakochałam. Brakuje mi tego w świecie dorosłych. Może dlatego uwielbiam te książki i dlatego fascynują mnie dzieci. Możemy i powinniśmy się od nich tego wszystkiego nauczyć.

W pełni się zgadzam! Wiki towarzyszyła wam też w podróżach busem przez świat, które opisywałaś na blogu Jedźmy gdzieś. Co było najlepszego w tych rodzinnych eskapadach?

Cały czas jeździmy po świecie, tylko nie starcza mi czasu na opisywanie tego na blogu, albo może po prostu wolę już więcej czasu spędzać offline. Jak tylko mamy okazję, to wsiadamy w busa i jedziemy. To jest nasz drugi dom. Wiki już po dwóch tygodniach od narodzin pojechała z nami nad morze, potem była Suwalszczyzna. Po 9 miesiącach pojechaliśmy do Portugalii i Maroka, a niedawno byliśmy w Szkocji. Te podróże to dla nas reset. Poznajemy siebie na nowo, przypominamy sobie, jacy jesteśmy i dlaczego się kochamy. Na co dzień, w ferworze obowiązków łatwo się pogubić.

Planujecie wrócić do podróżowania i blogowania?

Podróżowanie jest nam niezbędne do życia. Nieważne, czy jeździmy po Polsce, czy Azji. Nigdy nie przestaliśmy i nie przestaniemy podróżować. A blog, to tylko blog. Może uda nam się go kiedyś wskrzesić. Najważniejsze jest życie tu i teraz – tego też nauczyła mnie Wiki.

Pięknie dziękuję za rozmowę i przy okazji – gratuluję nominacji w Jugendliteraturpreis 2020 – prestiżowym konkursie niemieckojęzycznej literatury dla dzieci. Trzymam mocno kciuki za wygraną!

„Tuli, tuli, cmok, cmok”, tekst: Anita Lehmann, tłumaczenie: Paulina Błaszczykiewicz Opracowanie graficzne: Kasia Fryza, wydawnictwo Kropka

*

Po więcej recenzji książek wydanych przez Kropkę zapraszamy was tutaj i tutaj. A my mamy jeszcze dla Was dobre wieści: wszystkie książki Kropki, w tym „Tuli, tuli, cmok, cmok”, na stronie wydawcy kupicie z 30% rabatem – zajrzyjcie tutaj.

Dodaj komentarz