Historie porodowe: Karolina Wiśniowska

Opowiedz, jak rodziłaś

Prawie 40-godzinny poród, połowicznie działające znieczulenie, przygotowania do cesarskiego cięcia, aż wreszcie kleszcze i 2,5-kilogramowa Sofka ląduje na planecie Ziemia. Któraś z was przeżyła podobny lot?

Wczytajcie się uważnie w trzecią opowieść cyklu Historie porodowe, tworzonego przy wsparciu marki Pink No More. Jej bohaterką jest mieszkająca w Bristolu fotografka Karolina Wiśniowska, z którą po raz pierwszy spotkałam się równe 2 lata temu przy okazji rozkwitającego cyklu COODOtwórczynie. Tam też Karolina wypowiadała się jako trzecia, a ja zapamiętałam drżenie, w jakie wprawiały mnie jej słowa. Bardzo chciałam, by po 3 latach od porodu wróciła do tego skrajnie wyczerpującego doświadczenia i przyłapała parę z was na podobnych refleksjach. Kiedy boli już tak długo i mocno, że chcesz tylko spać. Kiedy nie masz siły tulić nowonarodzonego dziecka i kiedy potrafisz wyobrazić sobie bez niego życie. Kiedy jest ci smutno i chcesz się schować, mimo że przed chwilą dokonałaś cudu. Posłuchajcie.

*

BÓL JAKO TAJEMNICA

Jestem osobą, która lubi mieć wszystko zaplanowane. Poród to było coś, czego nie mogłam dokładnie przewidzieć, więc wydaje mi się, że siedział gdzieś tam we mnie niepokój. Byłam też mocno zaciekawiona samym bólem. Czasami jest on traktowany wręcz mistycznie i oczywiście nie byłam w stanie go sobie wyobrazić, co z jednej strony trochę mnie przerażało, z drugiej – chciałam wiedzieć już! Teraz! Słyszałam o łagodnych porodach w wodzie czy w domu, ale sama zdecydowałam się na klasyczny w szpitalu. Chciałam być otoczona ludźmi, którzy wiedzą, co robią, tak na wszelki wypadek. Jak się później okazało, dobrze zrobiłam. Chciałam sobie udowodnić, że dam radę bez znieczulenia, jestem twarda baba i się nie dam. Na szczęście zostawiłam sobie miejsce na wygodę i stwierdziłam, że jeśli sobie nie poradzę, to trudno. Stopniowo będę się wspomagać.

*

SOFKA SIĘ SPÓŹNIA

Byłam pewna, że Sofka się spóźni. Wydawało mi się, że powinnam to jakoś wcześniej czuć, włączy mi się wicie gniazda, albo po prostu moja położna powie mi, że teraz to już w każdej chwili mogę się spodziewać pierwszych skurczów. Ale nic takiego nie nastąpiło. Termin porodu miałam ustalony na 30 czerwca, no i hop. Skurcze przyszły o 1 rano. Nie mogłam spać, byłam trochę zestresowana i bardzo podekscytowana. Wzięłam prysznic, bo stwierdziłam, że pojadę do szpitala z czystymi włosami. Teraz to śmieszne, ale wtedy chciałam się po prostu dobrze czuć. O fakcie, że niedługo poznam swoją córkę, wolałam nie myśleć. Nie chciałam sobie niczego wyobrażać, bo bałam się, że zawiodę się swoimi własnymi odczuciami co do tej chwili.

*

AKCJA – CIĘCIE – AKCJA

Do  godziny ok. 16 skurcze przybrały mocno na sile, ale wciąż były nieregularne, raz 5 min, później 3, a potem znowu 10. Pojechaliśmy do szpitala sprawdzić co i jak, ale zostaliśmy odesłani z powrotem do domu – to wciąż dopiero początki. Wrócić gdy nie będę już potrafiła wydać głosu przy skurczu. Trochę mnie to rozwaliło, byłam zmęczona, bolało, minęło już trochę czasu, a tu wciąż nie widać światełka na końcu tunelu. Miałam ogromne wsparcie w chłopaku, za co jestem mu strasznie wdzięczna. Do szpitala wróciliśmy ok. 21, miałam już dość i wydawało mi się, że w szpitalu pójdzie to jakoś szybciej. Nie wiem czemu, najwyraźniej  taka medyczna aura wydawała mi się lepsza. Dostałam spory pokój dla siebie z łóżkiem, matą, piłką, basenem i innymi porodowymi bajerami. Moja pierwsza położna była kochana, czułam się wręcz jak jej rodzina. Zresztą całą ekipa, z którą miałam przyjemność rodzić była wspaniała. Traktowali mnie z szacunkiem, dyskrecją kiedy trzeba, czułam się wręcz wyjątkowa. Jakbym była jedną z nielicznych rodzących kobiet na świecie, haha!

*

GDZIE JEST MOJE ZNIECZULENIE?

A wracając do samego porodu – wciąż zero postępu. Zaczynałam być zrezygnowana, ale przede wszystkim byłam bardzo zmęczona, a ból nie pozwalał mi zasnąć. Przygodę ze znieczuleniem zaczęłam od petydyny. Drzemałam pomiędzy skurczami może 2 minuty. Miałam przebijane wody, byłam masowana, wspomagana olejkami eterycznymi, krwawiłam, a nad ranem przyszedł czas na gaz rozweselający. Z nim i skakaniem na piłce jakoś przebrnęłam do południa. W międzyczasie miałam zmianę warty położnych, a Sofka zaczęła mieć stałą obserwację bicia serca. Do południa już płakałam z bólu. Pewnie bolało jak diabli, ale wydaje mi się, że moje nastawienie pogorszyło wszystko o 100%. Już mi bokiem ta cała sytuacja wychodziła i chciałam po prostu być w stanie zasnąć. No i stało się, poprosiłam o znieczulenie zewnątrzoponowe. Zostałam przeniesiona na salę porodową, a Sofka miała pobieraną krew. Usłyszałam, że mała ma dużo czarnych włosów i chyba dopiero wtedy doszło do mnie, że znajduje się we mnie człowiek. Lepiej późno niż wcale! Znieczulenie zadziałało połowicznie. Wciąż czułam, zwłaszcza prawa stronę, ale byłam w stanie się zrelaksować i zaczynało mi być wszystko jedno. Niestety sytuacja za dobrze nie wyglądała i zostałam przygotowana do cesarskiego cięcia. Dosłownie w ostatniej chwili lekarze upewnili się co do mojego stanu – okazało się, że jednak jestem gotowa. Sofka w końcu pojawiła się za pomocą kleszczy. Okazało się, że miała pępowinę owiniętą wokół szyi i stąd cały problem. Na szczęście powitała nas zdrowa, za co jestem niesamowicie wdzięczna. To była dziwna chwila, mój chłopak trzymał ją pierwszy, a ja ledwo co widziałam na oczy i gdy ją na mnie położył, nie byłam w stanie jej utrzymać dłużej niż minutę.

*

BABY BUBBLE

Nie chcę ani wywyższać tego bólu, ani sprowadzać go tylko do cierpienia. Jedna z moich położnych mówiła, żebym pamiętała, że z każdym skurczem jestem coraz bliżej do powitania małej, coraz bliżej końca i ta myśl bardzo mi pomagała. Dla mnie to po prostu ból, ale taki pomocny, on do czegoś prowadzi. Możliwe, że gdyby trwało to krócej, to starałbym się znaleźć w nim jakiś spokój. Po porodzie odpadłam, byłam przytomna, ale nie mam pojęcia co się działo. W końcu wylądowałam w sali z 5 innymi kobietami i ich noworodkami. Było dość tłoczno, gorąco, wszystko mnie swędziało, miałam ochotę wyrzucić moje skarpety uciskowe przez okno. Mieliśmy problemy z karmieniem, hormony mi szalały, dużo płakałam. Bałam się zostać z Sofką sama. Wspominam to o wiele gorzej niż sam poród. Następne dni były dziwne, taki typowy baby bubble. Sofka spała bardzo dużo, musieliśmy ją wybudzać na karmienia. Było lato, było ciepło, a tu jeszcze śpi na tobie malutki kaloryfer. Oczywiście sprawdzaliśmy cały czas, czy na pewno oddycha. Czasami czułam, jakby na świecie była tylko nasza trójka. Miłość z mojej strony nie przyszła od razu, opiekowałam się nią najlepiej jak potrafiłam, bo wiedziałam, że muszę, ale bardzo nie lubiłam pytań typu: i co, wyobrażasz sobie teraz życie bez niej? No przecież nie odpowiem, że tak, bo co ze mnie za matka. Tak to było.

*

TRZY LATA PÓŹNIEJ

Teraz tak sobie myślę, że mój poród na pewno zaważył na moich matczynych odczuciach. Może gdybym się tyle nie męczyła, to byłabym tą mamą, która płacze ze szczęścia i nie może się napatrzeć na swoje dziecko w jego pierwszych dniach? Czasami wciąż mam wyrzuty sumienia z tego powodu, ale staram się w ten sposób o tym nie myśleć. Sofka ma teraz 3 lata, a ja ją kocham nad życie. Pierwsze co przychodzi mi na myśl gdy wspominam tamte dni, to świetni ludzie, ogromne wsparcie mojego chłopaka i takie uczucie błogości i siły, więc chyba nie jest tak źle!

*

METRYCZKA

Kto i gdzie przyszedł na świat: Sophie, Southmead Hospital Bristol
Data narodzin: 01.07.2016, godz. 16:10
Czas trwania porodu: właściwa faza – nie mam pojęcia, ale ogólnie ok. 38 godzin
Waga: 2,66 kg

*

Zdjęcia pochodzą z domowego archiwum Karoliny.

Materiał został przygotowany we współpracy z marką Pink No More.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.