Historie porodowe: Agata Woć

Opowiedz, jak rodziłaś

Myślę, że poród był dla mnie pierwszą konfrontacją z naturą rodzicielstwa – nieokiełznanym żywiołem, który uczy mnie codziennie, żeby odpuszczać kontrolę nad realiami, żeby kochać bezwarunkowo i podejmować decyzje z poziomu miłości, a nie strachu.

Ból i poczucie winy, skrajne wyczerpanie, samotność i burze emocjonalne – wszystko to huśta ciałem i emocjami przyszłej matki. Jeszcze kilka tygodni wcześniej poród wyobrażałaś sobie jako sielankę prosto z reklam pieluch i mleka modyfikowanego, a życie zweryfikowało tę wizję i sprowadziło cię z całą mocą na ziemię. Być może to o tobie, ale na pewno pod tą historią podpisać się może Agata Woć, studentka Pedagogiki małego dziecka na Uniwersytecie Warszawskim i samotna mama 2,5-rocznej Mili. Przy wsparciu marki Pink No More inaugurujemy projekt Historie porodowe, w którym raz w miesiącu jedna z mam opowie nam o swoim porodzie. Zdziwisz się, ile w nich suspensu i poezji zarazem.

*

KOMU UFAĆ?

Na ostatnią wizytę u lekarza prowadzącego byłam umówiona w 40 tygodniu ciąży. Z różnych źródeł docierały do mnie informacje o tym, że pierwsza ciąża często trwa nieco dłużej niż kolejne. Słyszałam też o lekarzach, którzy podejmują działania mające na celu przyspieszenie rozwiązania ciąży, nawet w przypadkach, w których nie ma jednoznacznych medycznych podstaw do takich procedur. Byłam bardzo zadowolona ze swojego lekarza, dlatego kiedy powiedział mi, że przeprowadzi masaż szyjki macicy, zgodziłam się bez obaw. Mój szacunek dla autorytetu wziął górę, zaufałam jego doświadczeniu, chociaż dzisiaj prawdopodobnie podjęłabym inną decyzję. Myśl o bólu, jakiego wtedy doświadczyłam, do tej pory jeży mi włos na głowie. Zostałam uprzedzona o możliwych skurczach przepowiadających i konieczności mierzenia interwałów czasowych między nimi. Już tego samego wieczoru zaczęłam doświadczać bólu. Najbardziej bolesne okazało się oddawanie moczu, co nie do końca było dla mnie zrozumiałe i dlatego skonsultowałam się z moim lekarzem, aby sprawdzić, czy jest to normalne. Polecił mi, abym obserwowała objawy i poinformował, że może to być część okołoporodowych dolegliwości. Spędziłam dwie noce, nie zmrużywszy oka. Ostatecznie zdecydowałam się pojechać na izbę przyjęć do Szpitala Św. Zofii.

*

A TERAZ SOBIE POCZEKASZ

Poczekalnia oblężona była oczekującymi pacjentkami, więc zostałam skierowana na krzesełko. Spędziłam osiem godzin na tym krześle. W międzyczasie zaczęły odchodzić mi wody płodowe, byłam bardzo zmęczona i w ogromnym bólu. Dyżurna lekarka powiedziała mi, że wyniki badań krwi wskazują na stan zapalny. Jak się dowiedziałam, szpital przeprowadził tej nocy rekordową liczbę porodów. Do ostatniej chwili nie byłam zatem pewna, czy nie odeślą mnie gdzie indziej, jednak z powodu zapalenia postanowiono mnie zatrzymać. Jeszcze jakiś czas czekałam aż zwolni się sala, wciąż tracąc wody, wciąż siedząc na krzesełku w poczekalni. Oczywiście o sielankowym porodzie w Domu Narodzin, na który liczyłam, nie było już mowy. Zaprowadzono mnie i tatę Mili do sali porodowej.

*

TRZY DOBY BÓLU

Opiekę nade mną przejęła położna – poprawka: najwspanialsza położna na świecie. Cierpliwa, ciepła i wyrozumiała. Mój były mąż dzielnie towarzyszył mi przez ten czas, choć zwykle mdleje na sam widok igły. A tutaj zniósł nawet widok igły wbijanej w kręgosłup. Widziałam w jego oczach przerażenie, ale też ogrom nowo nabytego szacunku dla kobiecości. Podpięto mnie pod kroplówkę z oksytocyną i bardzo szybko poczułam regularne skurcze. Ból wywołany podanym hormonem był dla mnie nie do zniesienia, dlatego relatywnie szybko poprosiłam o znieczulenie. Bez skrępowania przyznaję, że uratowało mi ono życie. Miałam też dużo szczęścia, bo jego działanie utrzymało się aż do ostatniej fazy porodu. Położna powiedziała mi, że musimy postarać się urodzić dziecko tak szybko jak to możliwe, ponieważ jest problem z małą. Właściwy poród trwał tylko 5 godzin, ale do dzisiaj, kiedy ktoś pyta mnie, jak długo rodziłam, mówię, że trzy dni. W końcu ból rozrywał mnie trzy doby.

*

GDZIE SĄ MOJE EMOCJE?

Mila bardzo słabo oddychała, bo urodziła się z zapaleniem płuc. Konieczne było natychmiastowe odcięcie pępowiny. Nie mogłam jej nawet dotknąć, bo od razu przeniesiono ją na oddział noworodkowy i podłączono wspomaganie oddychania. Najbardziej porażające dla mnie jest to, jak wykończona i w jakim szoku pourazowym byłam w pierwszych godzinach po porodzie. Nie mogłam nawet płakać, byłam całkowicie odcięta od własnych emocji. Bałam się bardzo o swoją córeczkę, ale moje ciało nie było w stanie zareagować. Dwie pierwsze noce spędziłyśmy osobno. Mila już po 24 godzinach była w o wiele lepszym stanie, jednak niestety sama doświadczyłam drastycznego spadku ciśnienia, co wywołało olbrzymi ból głowy i trudności w widzeniu, dlatego córka wróciła do mnie dopiero kolejnego dnia rano. To była dla mnie wyrwa w sercu, czułam się bezsilna, smutna i w pewnym sensie winna, że nie podołałam, że nie dałam swojej córce takiego porodu, jaki powinna mieć.

*

DEFICYT BLISKOŚCI

Zdaję sobie sprawę, że mój poród, z medycznego punktu widzenia, nie był skomplikowany. Jednak jego emocjonalny ładunek był dla mnie bardzo obciążający. Chciałam być przy córce, chciałam doświadczyć kontaktu skóra do skóry, chciałam, żeby sama odnalazła drogę do mojej piersi, żeby jej pierwszy posiłek był doświadczeniem okraszonym bliskością i czułością. Tymczasem dostała mieszankę od położnej, podaną ze strzykawki, ponieważ ja nie byłam nawet w stanie odciągnąć dla córki siary w pierwszej dobie jej życia. To są trudne wspomnienia, nie smutne, ale trudne. Ten deficyt bliskości wpłynął z całą pewnością na moją ogromną potrzebę bycia blisko z córką. Zawsze byłam „bliskościowcem” i chociaż noszenie dziecka w chuście okazało się nie być dla mnie, to Mila spędziła na moich rękach dobre pół roku. Przez długi czas na myśl o swoim porodzie serce zaczynało mi bić szybciej i doznawałam stanów lękowych.

*

TO JA KRZYCZAŁAM NAJGŁOŚNIEJ

Miałam obraz siebie – wojowniczki. Zupełnie nie przyszło mi do głowy, przez cały okres ciąży, że mogę nie poradzić sobie z bólem. Postrzegałam siebie jako wytrzymałą twardzielkę. Byłam pewna, że w pokorze i ciszy będę znosić skurcze. Tymczasem bardzo szybko stało się jasne, że z ponad dwudziestu kobiet rodzących tego samego dnia, ja krzyczałam najgłośniej. Bardzo źle zniosłam ból, nie czułam przypływów adrenaliny, nie czułam euforii ani przez chwilę. Byłam wykończona i nie miałam nawet siły przeć. Położna powtarzała mi, że świetnie sobie radzę, ale mimo maligny, w której się znajdowałam, wiedziałam, że mówi to jedynie, by dodać mi otuchy.

*

DZIĘKUJĘ ZA PORÓD

Macierzyństwo to w moim odczuciu heroiczna walka, która rozgrywa się w naszym wnętrzu. Walka o harmonię, w której mierzą się ze sobą rdzenne siły, fizyczność, kultura, społeczne standardy, dobrostan psychiczny matki i dziecka, a wszystko to jest błogosławieństwem dającym więcej siły i pewności siebie niż jakiekolwiek inne doświadczenie – w każdym razie dla mnie. Kiedy teraz myślę o swoim porodzie, czuję głównie wdzięczność. Przede wszystkim za wsparcie byłego męża i cudowną położną, ale też wdzięczność samej sobie, że nie wybrałam porodu we własnym domu. Myślę też, że poród był dla mnie pierwszą konfrontacją z naturą rodzicielstwa – nieokiełznanym żywiołem, który uczy mnie codziennie, żeby odpuszczać kontrolę nad realiami, żeby kochać bezwarunkowo i podejmować decyzje z poziomu miłości, a nie strachu. Urodziłam człowieka, który jest dopasowany do mnie idealnie pod względem temperamentu. Czasami śmieję się, że ten poród był właśnie taki dla równowagi, żebym miała na co ponarzekać z koleżankami. Bycie mamą jest pełne wyzwań, dla każdej mamy innych. Moje rodzicielstwo nie jest idealne, ale idealnie czuję się w roli mamy. Za to jestem wdzięczna najbardziej.

*

EPILOG

Moja rodzina nie należy do statystycznych polskich domostw, dlatego nie zdziwiło mnie, kiedy na długo przed porodem spędzałam po kilka godzin dziennie na rozmowach o wózkach, koszach Mojżesza, ubrankach, smoczkach, łóżeczkach i pieluszkach z moim tatą. Moja mam też bardzo się ucieszyła, ale nie przypominam sobie, abym przeprowadziła z nią chociaż jedną rozmowę tego typu. Podejrzewam, że dziadek zawłaszczył tę przestrzeń dla siebie i babcia musiała czekać, aż Mila pojawi się na świecie, aby móc aktywnie uczestniczyć w jej życiu. Wnusia od pierwszej chwili była najważniejszym człowiekiem w życiu mojego taty. Do dzisiaj jego zaangażowanie i poświęcenie, jakie wkłada w budowanie relacji z nią, wprawia mnie w nieustające wzruszenie. Mają wielką sztamę, a mój tata – mimo, że uważa to za obciach – nosi zawsze w portfelu zdjęcie Mili.

*

METRYCZKA

Kto i gdzie przyszedł na świat: Mila w Szpitalu św. Zofii

Data narodzin: 28.10.2016 r., (to też dzień urodzin taty Mili)

Czas trwania porodu: właściwa faza porodu trwała 5 godzin, ale akcja porodowa ok. 13-14 godzin

Waga: 3,09 kg

Wzrost: 55 cm

*

Co zrobiła z wami historia porodowa Agaty? Czy macie podobne doświadczenia? Zależy mi na waszych opiniach, dzielcie się nimi w komentarzach.

Zdjęcia pochodzą częściowo z domowego archiwum Agaty, a częściowo są autorstwa Marii Alster.

 

Materiał został przygotowany we współpracy z marką Pink No More.

2 komentarze

  • Ania:

    Co sprawiła ta historia porodowa we mnie? Wróciłam pamięcią do mojego pierwszego porodu, który był zupełnie różny od tego do czego się przygotowywałam. Miałam w głowie piękne chwile, gdzie wspólnie z mężem przeżywamy każdy skurcz a rzeczywistość pokazała, ze ból mnie zwyciężył. Cały pierwszy poród leżałam na łóżku walcząc o przeżycie. Poród zakończył się cięciem cesarskim po wielu godzinach starań i po prawie 3h skurczów partych.
    Czułam potem zawód. Poród naturalny to było coś- co wiedziałam, ze muszę w życiu przeżyć. Bardzo tego pragnęłam. Już od lat nastoletnich było to moje ogromne marzenie. Czekałam do 3 ciąży żeby się spełniło.
    Gdy pierwszy raz urodziłam naturalnie po dwóch wcześniejszych cieciach czułam się jakbym zdobyła Mount Everest. Eksplozja radości i pełnego poczucia kobiecości, którego tak pragnęłam. Mogłam powtórzyć jeszcze te przeżycia kilka razy. Poród mojego 5go syna był zwieńczeniem moich marzeń. Urodziłam go w wodzie. Wszystko działo się jak w najpiękniejszej bajce- już od przyjazdu do szpitala. Na każdym kroku nie wierzyłam ze dzieje się to naprawdę. Wspaniała położna, sala z wanną na moje życzenie… to wszystko na Żelaznej gdzie niedawno przyszła na świat tez nasza pierwsza córka. Tez naturalnie.
    Choć początki moich porodów nigdy nie są łatwe- zawsze indukowane to potem dzieje się magia. Baaaaardzo bym chciała przeżyć to jeszcze raz!

    Odpowiedz
    • Gusiaczka:

      Rozdziera mnie żal i złość gdy czytam takie historie, poródvuważam za metafuizyczne przeżycie, jak często szpitalny personel, lekarze, inni ludzie odbierają nam to…smutne to. Ja dwa pierwsze porody zakonczyłam cesarką. Przy trzecim uparłam się, że chce urodzić jak przystało, naturalnie!! Udało się i było to piękne, najpiękniejsze co mnie w życiu spotkało. Bliskie spotkanie z naturą.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.