design miasto dla rodzin

Czy wygląd szkolnej sali i lokalizacja szkoły są tak samo ważne jak poziom edukacji?

Wyjaśnia ekspertka architektka i aktywistka Magda Milert

Czy wygląd szkolnej sali i lokalizacja szkoły są tak samo ważne jak poziom edukacji?
materiały prasowe

W cyklu #miastodlarodzin tym razem bierzemy na warsztat architekturę placówek oświatowych. Nasza ekspertka – architektka i aktywistka Magda Milert znana w sieci jako Pieing, tłumaczy, czemu szkolny design jest taki ważny, i dlaczego warto polubić architekturę PRL-u.

Czy ważne jest dla ciebie to, z czym stykają się twoje dzieci na co dzień? Większość z nas starannie wybiera zabawki, z namysłem urządzamy pokoje i ubieramy dzieci. A czy wystarczająco dużo myślimy o ich placówkach? Nie tylko o jakości nauczania i kadrze, ale też o ich przestrzeni? Czy szukając szkoły, kierujemy się właściwymi kryteriami? I czy ładne przedszkole lub szkoła to zawsze gwarancja dobrego wyboru?

W naszym cyklu #miastodlarodzin rozmawiamy z ekspertami, próbując wyrobić sobie zdanie o zjawiskach dotyczących życia rodzin w dużych miastach. Mówiłyśmy już o placach zabaw i dostępności placówek kultury, teraz czas na spojrzenie na architekturę szkół i przedszkoli. Architektka i ekspertka od urbanistyki Magdalena Milert, znana z bloga Pieing, odpowiada na nurtujące nas pytania i wyjaśnia, czy ładna szkoła jest ważna i dlaczego.

Rozmowę ilustrują przykłady innowacyjnych projektów, inwestycji szkolnych i przedszkolnych placówek z Polski i zagranicy.

Co jako architektka myślisz o wyglądzie polskich szkół?

Cóż, polskie szkoły to przeważnie tzw. tysiąclatki (inwestycje powstałe z okazji 1000-lecia państwa polskiego – przyp. red.), czyli budynki często umieszczone w układzie blokowiska. Przylgnęło do nich pewne negatywne skojarzenie, ale moim zdaniem to wcale niekoniecznie są złe budynki. Były projektowane zgodnie z pewnymi wytycznymi, z tym, co zakłada nasz system edukacji oparty o austriacki i pruski model – że szkoła to klasy i korytarze, sala gimnastyczna, ławki. Szkoły z okresu PRL wbrew pozorom dobrze odpowiadają na potrzeby ucznia i kadry, jeśli chodzi o rozplanowanie przestrzeni czy oświetlenie – okna są duże, umieszczone po lewej stronie, klasy są spore. Najczęściej tysiąclatka to dwa budynki zespolone łącznikiem, dużo zieleni uzupełniającej i towarzyszącej, infrastruktura sportowa. Problemem tych szkół jest natomiast zaniedbanie, brak modernizacji, lub nieestetyczna termomodernizacja, która im szkodzi, bo jest wykonana bez odpowiedniego projektu elewacji z użyciem kiepskiej jakości materiałów itd.

Z tego, co mówisz, wynika, że najważniejsze w szkole jest oświetlenie i przestrzeń. Czy na pewno budynki z PRL-u dobrze to uwzględniały?

Czym innym jest architektura, a czym innym design przestrzeni. Musimy pamiętać, że szkoły te powstawały w czasach prefabrykacji, czyli budowano dużo, bo duże było zapotrzebowanie, oszczędzano powierzchnie tam, gdzie to było możliwe. Według mnie te szkoły były nieźle pomyślane, miały uniwersalną przestrzeń i niesłusznie są krytykowane, bo już same modernizacje wnętrz mogłyby uczynić je całkiem fajnymi miejscami dla uczniów i kadry placówek.

Dlaczego szkoły z okresu PRL tak często były rozległe na parterze? Wspominam ze swojego dzieciństwa wieczne tułanie się po rozległych budynkach i korytarzach.

Jest pewna teoria, choć nie ma tu jednej, spójnej wersji, że w PRL-u, czyli w okresie zimnej wojny, projektowano szkoły z zamysłem wykorzystania ich opcjonalnie, w razie potrzeby, jako szpitali. To były takie czasy, widmo wojny było bardzo żywe. Trzeba przyznać, że typ tysiąclatek, jaki dominuje w całej Polsce, dobrze odnalazłby się w roli szpitala. Sam układ parterowy to też mniej schodów, a każdy schodek to bariera, która jest dla wszystkich, którzy mają ograniczenia mobilności (jeśli chcemy to niwelować windą, koszty rosną). W wytycznych projektowych dla szkół i przedszkoli generalnie unika się schodów jako miejsc niekoniecznie bezpiecznych.

„W PRL-u projektowano szkoły z zamysłem wykorzystania ich w razie potrzeby jako szpitali. Takie czasy, widmo wojny było bardzo żywe”.

A co powiesz o przedszkolach?

Przedszkola to trochę inny problem, bardziej złożony. To placówki opiekuńczo-wychowawcze, gdzie edukacja jest ściśle związana z zabawą, trybem dnia, posiłkami itd. Generalnie uważam, że przedszkolami powinni zajmować się specjaliści od tej właśnie dziedziny, czyli architekci i architektki typowo od przedszkoli, ze szczególną pomocą projektantów i projektantek zieleni oraz wnętrz. Mamy tu do czynienia z szeregiem rzeczy, które trzeba wziąć pod uwagę, dużo więcej formalnych wymogów związanych z bezpieczeństwem – wiem to z własnego doświadczenia, bo projektowałam przedszkole, to zupełnie inna bajka. Czym innym jest wymyślanie galerii handlowej czy domu jednorodzinnego, a czym innym placówki oświatowej.

Ciekawa uwaga. Przypomina mi się szkoła muzyczna na ul. Rakowieckiej w Warszawie, gdzie aulę i sale muzyczne projektował słynny akustyk Yasuhisa Toyota. Może to jest właśnie kierunek, by ekspert od akustyki projektował szkoły muzyczne, ekspert od architektury zieleni szkoły leśne itd.?

Idealnie byłoby, gdyby zawsze projekt obiektu uwzględniał różne branże, spojrzenie designera wnętrz, architekta zieleni itd. Jednak tego typu inwestycje to niestety nadal ewenement w skali Polski, dlatego tyle się o nich mówi w mediach. Wiem, że nie wszystkie placówki stać na architekta, zwłaszcza te publiczne. Remonty to często inwencja własna dyrekcji czy Rad Rodziców, i co za tym idzie – wypadkowa ich gustów i dostępnego budżetu. Warto, by w takiej sytuacji starać się włączać dzieci do procesu tworzenia przestrzeni przedszkolnej, by wzmacniać ich emocjonalny związek z budynkiem. Przykładem może być wspólny ogródek warzywny, zasadzenie drzewka na przedszkolnym podwórku, czy ściana z rysunkami dzieci. Na pewno od strony architektonicznej stare przedszkola bywają lepsze, niż niektóre współczesne prywatne. Co z tego, że żłobek czy przedszkole jest luksusowo wyposażone, skoro zostało wciśnięte w parter biurowca, z witryną na parking, czy na nowym deweloperskim osiedlu?

Co wobec tego powiesz o szkołach na nowych osiedlach? 

Zacznę może od tego, że działki o funkcji edukacyjnej są rzadko uwzględniane w planach zagospodarowania na nowych osiedlach. Deweloperzy tak to organizują, że te osiedla są zazwyczaj daleko od centrum, bez odpowiedniej infrastruktury, a budynki są stłoczone i źle skomunikowane. To skazuje uczniów na wykluczenie komunikacyjne, a ich rodziców na stanie w korkach.

No właśnie, czy dobra szkoła to taka, która zachęca, by docierać do niej pieszo lub rowerem?

Dobra szkoła powinna być zlokalizowana w dobrze zaprojektowanej dzielnicy (śmiech). Być w takim miejscu, by dało się do niej dotrzeć pieszo lub dojechać rowerem po oświetlonym chodniku odseparowanym od ruchu ulicznego, bezpiecznie. I to bezpieczeństwo powinno się oceniać nie latem, ale w czasie takiej pogody jak teraz – szarej, burej pluchy. Jeśli w pochmurny listopadowy wieczór czujesz się na chodniku bezpiecznie, to znaczy, że jesteś w dobrze zaprojektowanej przestrzeni. Patologie urbanistyczne dobrze widać na przykładzie USA, gdzie rodzice stają w kilkudziesięciominutowych korkach tylko po to, by wysadzić dzieci pod szkołą. Zaczynamy niestety to widzieć także u nas – mówi się o dzieciakach wychowywanych na tylnym siedzeniu. A chyba nie o to chodziło, kiedy wyprowadzaliśmy się do domu z ogrodem. Szukając domu, warto się zastanowić, czy w okolicy znajduje się placówka edukacyjna dostępna pieszo, taka, do której dziecka nie trzeba będzie wozić. Łączy się to pośrednio z ideą miasta dwudziestominutowego, o którym staram się dużo mówić i pisać. To takie miasto, dzielnica czy osiedle, gdzie wszystkie najważniejsze potrzeby mogą być załatwione przez dotarcie do pożądanego punktu w przeciągu dwudziestominutowego spaceru. Idealnie więc, jeśli mieszkamy maksymalnie dwadzieścia minut spacerem od szkoły.

Ludzie wybierają szkoły dla dzieci patrząc na ranking, na prestiż, profil edukacyjny. Czy twoim zdaniem odległość od domu albo design budynku to też ważne kryterium?

Tak, uważam, że są to sprawy na równi istotne z poziomem edukacji czy kadrą placówki. W końcu szkoła to miejsce, gdzie nasze dziecko spędza, chcąc nie chcąc, sporą część swojego życia. To tu zaspokaja swoje potrzeby, rozwija się, tu kształtuje się jego gust i poczucie harmonii. Jeśli w szkole przestrzeń dziecka będzie zaburzona, nieestetyczna, chaotyczna – to potem trudno oczekiwać, że te osoby w przyszłości będą cenić sobie wartości takie jak estetyka i komfort dookoła siebie, że będą dbać o swoje miasto, doceniać czyste elewacje i chcieć likwidacji reklam z budynków.

Powinno nam zależeć, by szkoła była miejscem przyjaznym, zachęcającym do nauki i wygodnym. A dotarcie do szkoły – czymś przyjemnym. Na Zachodzie, zwłaszcza w Skandynawii, jest ogromny nacisk na edukację plastyczną, i wygląda ona zupełnie inaczej niż u nas. Dzieci poznają zasady kompozycji, harmonii, kolorów, uczą się o historii sztuki i architektury. Życzyłabym sobie, by tak było i u nas.

„Warto starać się włączać dzieci do procesu tworzenia przestrzeni przedszkolnej, wzmacniać ich emocjonalny związek z budynkiem. To może być wspólny ogródek warzywny, zasadzenie drzewka na przedszkolnym podwórku, czy ściana z rysunkami dzieci”.

Pomijając kwestie estetycznej edukacji – dlaczego w Polsce, mimo rosnącej świadomości, tak wielu ludzi decyduje się na życie na osiedlach nieprzygotowanych do wygodnego funkcjonowania rodzin? 

Młodzi ludzie szukający mieszkania zazwyczaj są na etapie intensywnej pracy zawodowej, często myślą jeszcze o potomstwie, ale przyszłościowo – i kupują mieszkania na obrzeżach, bo na takie mogą sobie pozwolić. To tam mamy odpowiedni metraż w jeszcze dostępnej cenie, przy szalejących kwotach za metr kwadratowy. Potem rodzi się dziecko i okazuje się, że nie tylko deweloper nie przewidział miejsca na publiczne przedszkole czy szkołę, nie ma obiecanego placu zabaw i skweru, ale też że nie bardzo można nawet wyjść na spacer, bo dookoła błoto, ciemno, brak chodnika. A przecież wszyscy mamy prawo dążyć do przyjaznego otoczenia, prawo spacerować oświetlonym chodnikiem, a nie ciemną drogą bez pobocza. Szukając dla siebie rodzinnego domu, warto wymagać od dewelopera, pytać o plany, zastanowić się, co będzie ważne za kilka lat, gdy będziemy szukać przedszkola czy szkoły dla dziecka.

Często mówisz o związkach architektury i urbanistyki z polityką społeczną. Powiedz, co możemy zrobić na etapie, gdy już tkwimy w niekorzystnym układzie, na osiedlu bez przyzwoitych placówek w okolicy?

Wbrew pozorom jest dużo środków zaradczych. Skoro wiemy, że bezpieczeństwo naszego dziecka zależy od tego, co dzieje się w mieście, to bardzo ważna jest świadomość, że to od władz samorządowych, które my wybieramy, wiele zależy. Warto świadomie głosować na swoich samorządowców i patrzeć im na ręce. To naprawdę ważne, bo jako mieszkańcy możemy mieć realny wpływ na to, co zostanie wybudowane w naszej okolicy, jakie inwestycje przeprowadzi gmina, czy jak zostanie uchwalony plan zagospodarowania. Dlatego ważne są też lokalne media i nasza aktywność społeczna, wywieranie presji na osoby u władzy. Dużo zmienić mogą też oddolne działania i rozmowy – czy to w formie konsultacji społecznych, czy aktywności na radach dzielnicy, czy petycji lub inicjatyw lokalnych – instrumentów jest wiele. Jeśli ktoś powie, że to świat oderwany od rzeczywistości młodych mam czy rodziców, przypominam, że to właśnie kobiety są najczęściej skazane na wykluczenie komunikacyjne.

„Wszyscy mamy prawo dążyć do przyjaznego otoczenia, prawo spacerować oświetlonym chodnikiem, a nie ciemną drogą bez pobocza. To kobiety są najczęściej skazane na wykluczenie komunikacyjne”.

Co jeszcze możemy robić?

Możemy oczekiwać od naszych spółdzielni, wspólnot i deweloperów, by deklaracje dotyczące nowych inwestycji – chodników, placów zabaw – wpisywano w dokumenty. Warto to robić zwłaszcza przed zakupem mieszkania, ale na innych etapach też. Kolejnym narzędziem jest budżet obywatelski – warto w nim głosować i zgłaszać własne pomysły. I na końcu, można po prostu udostępniać informację, przekazywać dalej petycje, dzielić się w mediach społecznościowych treściami, które zwiększają obywatelską świadomość dotyczącą jakości życia w mieście.

Podstawą jest wiedzieć, że może być inaczej. Warto czytać o tym, jak przestrzeń wokół nas wpływa na zadowolenie z życia, dokształcać się. Dotyczy to szczególnie kobiet, które statystycznie więcej przebywają w domu i jego pobliżu. Mamy w ogromnej większości przebywają na urlopach rodzicielskich, wciąż głównie kobiety są opiekunkami, w tym także nasze babcie, z których większość nie ma prawa jazdy. Wiele tych kobiet dotyka zjawisko tzw. habituacji, czyli przyjmowania tego, co zastane, za konieczne do zaakceptowania. To taka nasza kobieca cecha, przyzwyczajać się do trudów i niewygody. Warto po prostu pytać siebie: jak się czuję w tym otoczeniu? I żeby nawiązać do tematu naszej rozmowy – jak czuję się w placówce mojego dziecka? I jak ono się w niej czuje? To na pewno dobry punkt wyjścia do zmian.

A jaką szkołę ty byś sobie wymarzyła? 

Na pewno chciałabym ładnych i dostępnych szkół, w których przyjemnie się przebywa, bez niepotrzebnych stresorów i bodźców. To ważniejsze niż może się wydawać – dla psychiki i zdrowia fizycznego. Niewygodne ławki, złe oświetlenie, czy krzesła ze stoliczkami wykluczające osoby leworęczne – to drobiazgi, które realnie wpływają na zdrowie i samopoczucie dziecka. Życzyłabym sobie, by w Polsce poważnie myślano o aranżowaniu edukacyjnych przestrzeni – tak samo poważnie, jak mówi się o urządzaniu wnętrz naszych mieszkań.

Dziękuję za rozmowę.

 

Magda Milertarchitektka, absolwentka Politechniki Śląskiej, ekspertka i publicystka pisząca o zielonej urbanistyce i gospodarce przestrzennej, twórczyni hasztaga #pieszopomieście

Trzy realizacje szkolne, które naszym zdaniem zasługują na uwagę:

1. Zespół Państwowych Szkół Muzycznych im. Zenona Brzewskiego w Warszawie

Słynna na całą Polskę szkoła muzyczna stała się jeszcze bardziej znana za sprawą przeprowadzki. Nowa siedziba to zaadaptowany i zrewitalizowany XIX-wieczny sierociniec. Studio architektoniczne Tomasza Koniora we współpracy ze słynnym akustykiem, znanym m.in. z budowy siedziby katowickiej NOSPR czy Walt Disney Concert Hall, stworzyli placówkę piękną, funkcjonalną i technicznie dostosowaną do wychowania przyszłych wirtuozów.

Zdjęcia: Konior Studio

2. Szkoła podstawowa Nanyang, Singapur

Nowa część singapurskiej szkoły podstawowej i przedszkola Nanyang przykuła uwagę miłośników architektury na całym świecie oryginalnym designem. Projektanci mieli tu do pogodzenia szereg przesłanek – bliskość ruchliwej drogi, ograniczoną przestrzeń, trudne ukształtowanie terenu i konieczność zapewnienia przyjaznej przestrzeni do zabawy na zewnątrz. W tym celu stworzono bajecznie kolorowy pawilon, który osłania wewnętrzne podwórko z placem zabaw. Trzeba przyznać, że wygląda bajkowo, zwłaszcza w połączeniu z miejscową florą. Magda Milert podkreśla, że dobrze zaprojektowana szkoła powinna nawiązywać do lokalnej tradycji architektonicznej, kultury i obyczajów, i ta zdecydowanie taka jest.

Zdjęcia: John Gollings

3. Szkoła podstawowa i przedszkole w hiszpańskiej wsi Roldán (Murcja)

Ta szkoła także powstała zgodnie z zasadą lokalności – w 2009 roku wtopiono ją w dość pusty krajobraz na terenie nowych osiedli. Szkołę zaplanowano na 10 oddziałów klas podstawowych i kilka oddziałów przedszkolnych, połączonych ze sobą wspólną przestrzenią i placem do zabawy. Ciekawe w tej szkole jest dość solidne ogrodzenie i piwnice mające chronić przed tymczasowymi podtopieniami, które nie są rzadkością w okresie ulewnych deszczy w tej części Hiszpanii. Elewację i dach budynku pokryto zaś sztuczną trawą.

Zdjęcia: David Frutos

Jak myślicie, jak będą wyglądać szkoły przyszłości?

Dodaj komentarz