koronawirus rodzice mówią

Czy czas się zatrzymał?

Pytamy rodziców

Czy czas się zatrzymał?

Odkąd nastała pandemia, nie funkcjonujemy zgodnie z naturalnym cyklem pór dnia, bo tkwimy w zamknięciu. Częściowym albo całkowitym, ale jednak. Odseparowani od ludzi i słońca, łatwiej mylimy dzień z nocą, jak niemowlęta.

Brak stymulacji z zewnątrz i powtarzalność rodem z filmu „Dzień Świstaka” mocno zagina czasoprzestrzeń. Urodziny, conf-calle i lekcje online odbywają się dokładnie w tej samej atmosferze – brakuje wyjątkowości. Jak przetrwać, kiedy czas stoi w miejscu, i nie zwariować? Odpowiedzi szukamy u znajomych rodziców.

*

Natalia Iwaniec – tancerka, certyfikowana nauczycielka GAGA

mama 14-miesięcznej Heleny

Jesteśmy teraz sami ze sobą, z najbliższymi. Nie ma przebodźcowania, nie ma zagłuszania. Pierwszy rok życia mojej córki upłynął nam na niekończących się podróżach. Udało mi się z nią (z pomocą męża i mojej mamy) zrobić jedną operę z Capellą Cracoviensis, spektakl dla dzieci w Teatrze Horzycy i sama nie wiem ile warsztatów Gaga. Podróżowaliśmy za słońcem, za pracą, za rodziną i przyjaciółmi. A teraz jesteśmy w trójkę. I dobrze nam. W końcu jestem na macierzyńskim (śmiech). Ładuję baterie, zwalniamy. Przy dziecku nie ma ani rutyny, ani nudy. Jest akcja, tańce, odkrywanie, sprawdzanie. Są lepsze dni i te bardziej wyzywające, kiedy brak kreatywności i siły. Ale tym, co jest zawsze, jest Miłość. Tak po prostu.

Silvia Pogoda – pochodząca ze Słowacji i mieszająca w Polsce fotografka, ilustratorka i autorka tekstów

mama 6-letniego Leo i 3-letniej Gai

Jeśli mam być szczera, czas pandemii zapamiętam jako przepiękny okres w moim życiu. Zbieg okoliczności spowodował, że utknęliśmy w Chorwacji, u mojej rodziny. Krewni są rozsiani pomiędzy Chorwacją a Słowacją, przez co bardzo rzadko się widujemy, a do tego moja matka już od 25 lat prowadzi swoją firmę, więc, odkąd pamiętam, rzadko spędzałyśmy razem czas. Tak więc utknęliśmy z moją matką, jej mężem, ciotką i wujkiem. To też najdłuższy okres, jaki moje dzieci spędziły z dziadkami. Jedyna trudność polegała na tym, by nauczyć się mieszkać razem „pod jednym dachem”. Niemal cały czas spędzamy na zewnątrz, żyjemy jak na bezludnej wyspie, bo tłok panuje tu tylko w sezonie. Spacerujemy po pustych plażach, jeździmy samochodem po kamiennych drogach pomiędzy starymi drzewami oliwnymi i planujemy przyszłość w nowej rzeczywistości, która wciąż jest zagadką. Nie ma u nas „dni świstaka” – także dzięki temu, że od lat jestem z dziećmi 24/7. Martwi mnie tylko przyszłość, o której nic nie wiemy. To, do czego byliśmy przyzwyczajeni, nie istnieje, a nikt nie umie powiedzieć, czy to tylko zmiana tymczasowa. Jak to, co się wydarzyło, wpisze się w naszą świadomość, co kulturowo w nas zmieni?

Czekam z pokorą i spokojem na to, co będzie. Nie planujemy wyjazdów, czego na początku nie mogłam przeżyć. Planuję za to małe-wielkie rzeczy, jak pisanie, składanie książek fotograficznych, założenie ogrodu z ziołami, robienie własnych olejków, dżemów i kimchi, ilustrowanie książek dla dzieci i po prostu bycie. Bo wiem, że nie mam dużych wymagań. Że do szczęścia wystarczy mi rodzina, świeże powietrze i zdrowe ręce.

Paweł Szamburski – klarnecista i kompozytor, występuje w zespołach Bastarda, SzaZa, Ircha Clarinet Quartet oraz w autorskich projektach solowych (Ceratitis Capitata, Homo ludens)

tata 5-letniego Leona

Początek kwarantanny w marcu był bolesny – moja aktywność muzyczna, koncertowa, zawodowa została z dnia na dzień dramatycznie przerwana. Popadłem w apatię, kompletnie przestałem pracować, cokolwiek planować twórczo, czułem bezsens sytuacji. Jednak czas spędzany intensywnie z moim synem i rodziną powoli zaczął zmieniać perspektywę. Dziecko przyjmuje rzeczywistość taką, jaka jest, tu i teraz, nie zadręcza się mrocznymi wizjami przyszłości i jest w gruncie rzeczy – bez względu na okoliczności – pogodne. Wziąłem z niego przykład. Dostosowałem się do sytuacji, przekierowałem energię na działania artystyczne w necie, na zamówienia kompozytorskie i muzykę „w służbie” (słuchowiska, warsztaty, filmy). Odkryłem też mnóstwo pięknej przyrody w okolicach Warszawy! Powstałem jak Feniks z popiołów i jestem gotowy do walki. Tu i teraz.

Ania Kuczyńska – projektantka mody, przez wpływowy magazyn Wallpaper określona mianem „najjaśniej błyszczącej gwiazdy polskiego designu”

mama 7-letniej Aliny

Dużo czytam – prasę i książki, staram się spędzać czas konstruktywnie, myślę twórczo i koncepcyjnie. Zastanawiam się nad miejscem, w których chciałabym być za jakiś czas – ja, moja rodzina i moja marka. Odnalazłam czas i przyjemność w robieniu pozornie błahych, ale istotnych dla mojego zdrowia psychicznego rzeczy. Przyjemność sprawia mi układanie kwiatów, puzzli, oglądanie klasyków kina (wczoraj obejrzałam „Pożegnanie z Afryką”). Porządkuję swój dom, swoje życie i swoje sprawy zawodowe. Wszystko się zmieniło, odnoszę wrażenie, że nic nie będzie już takie samo. Chcę się do tego odnieść świadomie i holistycznie. Z pokorą uczę się, że mniej znaczy więcej – moje twórcze motto okazało się bardzo aktualne i prawdziwe. Również z domu wyrażam swój obywatelski sprzeciw dotyczący rządowych propozycji antyaborcyjnych.

Natalia Hołownia – redaktor prowadząca serwisu Gala.pl, autorka książek ,,Modna Polka” i ,,Jak być paryżanką w Polsce”

mama miesięcznej Zuzanny Marii

Czas ostrej kwarantanny spędziłam w szpitalu, bo w ostatnim miesiącu ciąży okazało się, że mam cholestazę. To dość rzadka przypadłość, która polega na tym, że bardzo intensywny świąd ogarnia całe ciało, i o ile dla matki jest to jedynie niewygodne, to dla dziecka może się okazać bardzo niebezpieczne. Tak więc ten bardzo stresujący czas, kiedy odnotowano największe przyrosty zachorowań we Włoszech, w Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii, spędziłam sama na oddziale patologii ciąży. To nie było dla mnie łatwe, do tej pory trudno mi o tym mówić i myśleć, jednak ten czas zakończył się szczęśliwie przyjściem na świat mojej córki Zuzi Marysi, zdrowej i ślicznej. Teraz trwa czwarty tydzień, odkąd Zuzia jest na świecie, i od tego momentu czas  bardzo dla nas przyspieszył. Nasz rytm dnia wyznaczany jest przez pory karmienie, przewijanie i wychodzenie z Zuzią na taras. Nie wychodzimy z domu, mimo że już można, z dwóch powodów. Po pierwsze z przezorności: Zuzia jest malutka i wciąż trwa epidemia. Po drugie, miewa poważne kolki i to sprawia, że jest niespokojna w wózku. Dlatego na razie „spacerujemy” z nią tylko po tarasie, tym sposobem jesteśmy blisko i łatwiej nam zareagować, kiedy zapłacze lub uleje. W związku z tym, że w zasadzie nie opuszczamy domu: ja, mój mąż Alana, Zuzia i moja mama (czasem korzystamy też ze wsparcia mojego brata i jego dziewczyny, którzy mieszkają piętro wyżej), zupełnie nie odczułam złagodzenia przepisów. Ale miło wiedzieć, że sytuacja wraca do normy. Tęsknię za czasami, kiedy można było odwiedzać ulubione knajpy, zjeść śniadanie na mieście, spotkać się z przyjaciółmi i zupełnie swobodnie wyjść z dzieckiem na spacer. Mam nadzieję, że te czasy kiedyś wrócą.

Malwina Konopacka – ilustratorka, graficzka i projektantka, twórczyni ceramiki z serii ,,Oko”

mama 3,5-rocznej Teresy i 7,5-rocznej Anieli

Kwarantanna przypomina mi tryb funkcjonowania, jak np. w czasie choroby u dzieci. Nie wychodzi się wtedy z domu, nie zaprasza gości. Trochę to znam, cały kosmos zamyka się wtedy do przestrzeni mieszkania. Teraz trwa to dłużej niż nawet seria dwóch osp pod rząd łącznie z okresem kwarantanny. Kwarantanienki – teraz bym powiedziała – bo co to jest 10 dni. Żeby przetrwać w zdrowiu fizycznym i psychicznym, trzymamy się procedur, określonego trybu dnia. Anielka ma szkołę online, gdzie zajęcia są tak ciekawe, że chętnie dołącza do nich Tereska. Ja trochę wtedy przemykam, żeby nie przeszkadzać, pomagam też Anielce przy lekcjach (i Teresce oczywiście też). Staram się nie podśpiewywać, ale ostatnio utkwiło mi w głowie hasło z książeczki „Potworne Maluchy”: eo kupeo! I tak sobie zawołałam kilka razy, udając jadącą karetkę. „To było czaderskie, mama! Właśnie miałam włączony mikrofon na matmie”.

A propos książek. One pomagają nie zwariować. Na początku kwarantanny zamówiłam dziewczynkom paczkę. Co poniedziałek dostają nową książkę. Czasami wspólną (bo dużo jest u nas wspólnego czytania), czasami każda swoją. Anielka w 2 dni przeczytała ponad stustronicową książkę. Duma! Codziennie dzwoni moja mama i czyta dziewczynkom książkę przez telefon. Tata Anielki też telefonuje z lekturą. I tak po dniu pełnym wrażeń kładziemy się spać, codziennie o tej samej porze (śmiech).

Jestem właściwie cały czas sama z dwójką dzieci. Nie mam zupełnie czasu na pracę. Ostatnio zaczęłam wstawać skoro świt i pracować, zanim wstaną dzieci. Staram się, żeby ten czas kwarantanny był dla nich możliwie fajny. Czasem huknę, ale właściwie jest w tym spędzaniu czasu coś bardzo wzruszającego. Ostatnio nawet Anielka zorganizowała przyjęcie w konspiracji z tatą Tereski i urządziła Dzień Matki. „Ale Dzień Matki jest 26 maja!” – powiedziałam. „Ale dziś jest Dzień Najlepszej Matki” – usłyszałam. To są takie momenty bardzo dla mnie wzruszające, które dają mi zapas energii i siły na następne 2, 3, 4… tygodnie? Ale nie więcej! Ludzie, ile można siedzieć w domu!?

Olga Legosz – współzałożycielka przedszkola Blue Bees oraz Fundacji Sukces Pisany Szminką

mama 13-letniej Mai i 5-letniej Tosi

W czasie kwarantanny z zazdrością patrzyłam na osoby, które pisały, że… się nudzą, bo mój dzień był daleki od nudy, czytania książek i oglądania seriali. Tośka (autyzm) wymagała codziennie terapii i mimo że nie udawało nam się jej realizować w takim wymiarze, jakbym chciała, to każdego dnia dostawała „coś”. Więc po 2 miesiącach w praktyce mamy skok rozwojowy. Poza tym łączenie opieki nad dziećmi z pracą zdalną na dwóch etatach do najprostszych też nie należało. I w tym kontekście czas się dłużył, bo domowa terapia jest megawymagająca.

Używam czasu przeszłego, bo moja kwarantanna się skończyła – zdecydowałam się otworzyć przedszkole terapeutyczne w warunkach leśnych, więc praca wróciła do formy sprzed wirusa, oczywiście w zmienionych warunkach sanitarnych. Natomiast ja zupełnie nie odczułam „dnia świstaka”, bo ciągle wywalało się coś nowego – wręcz bardzo bym chciała taki tydzień przeżyć (śmiech).

Oczywiście kwarantanna była dla nas uciążliwa, jak dla każdego. Myśli w głowie o przyszłości, „zatrzymana” terapia, mimo że czas się nie zatrzymał, tysiące obaw. Ale, szczęśliwie, to już trochę poza mną. I nie doznałam żadnego objawienia, nie doceniłam prostych rzeczy i nie postanowiłam zmienić swojego życia. Wróciłam do pracy z radością, wyszłam z domu w rękawiczkach i maseczce odważnie, ale też z taką myślą w głowie: działamy od nowa, ale działamy.

Kasia Wągrowska – autorka bloga Ograniczam Się, dziennikarka i wykładowczyni, prowadzi warsztaty na temat idei zero waste

mama 7,5-letniego Jasia i 5-letniej Ady

To, jak obecnie toczy się czas, trochę nas zaskoczyło, ale nie dajemy się zwariować. Czujemy się jak na wakacjach, mamy nawet koc na balkonie i tam spędzamy większość czasu. Często razem gotujemy i bardzo nas to integruje. Zauważyłam też, że od czasów kwarantanny nie marnuję czasu na zbędne czynności jak scrollowanie mediów społecznościowych. Co prawda jest to część mojej pracy, ale skupiam się raczej na tworzeniu niż obserwacji. Moje dzieci są mistrzami organizacji – korzystają z metody trzech słoików, którą opisywałam na blogu. Wszystkie zabawy i zajęcia, które można wykonywać w domu, mają porozpisywane na karteczkach, które wrzucone zostały do słoików pogrupowanych według kategorii. Codziennie losują kilka karteczek i na tej podstawie układają plan.

Zwykle jedna karteczka oznacza jedną godzinę określonych zajęć. Jaś, będąc piśmiennym, rozpisuje godziny dnia i układa plan, np. godzina z audiobookiem, malowaniem, graniem w gry komputerowe. Codziennie losują coś innego, więc te dni, choć z pozoru takie same, bo spędzane w domu, różnią od siebie. Wszyscy staramy się mądrze zarządzać czasem, ale naszym celem nie jest hiperproduktywność, tylko zrelaksowane podejście do zadań, których jest tak wiele. Chciałabym, żeby to myślenie w nas przetrwało, także w czasach po pandemii.

Magda Rychard – psychoterapeutka i projektantka minimalistycznej biżuterii

mama 19-miesięcznej Heleny i 2-miesięcznego Stasia

Nie spodziewałam się, że takie czasy nastaną. W okresie ostrych obostrzeń było nam niezwykle trudno, jak chyba wszystkim rodzicom z dziećmi. Na początku pandemii urodziło nam się drugie dziecko – syn Staś, i samo to zmieniło rzeczywistość rodzinną. Sekundę potem zamknięto żłobki i nasza kochana córcia Helenka – torpeda, ruchliwa, dynamiczna, kochająca dzieci i ten żłobek – została też pozbawiona czegoś, co było jej rytmem. W domu natomiast pojawiłam się ja z bratem, który nie wiadomo, czy jest lalką, czy to tak na chwilę, czy na stałe. No i jakim prawem miał czelność się pojawić? Serce mi pękało, gdy Helenka wymieniała imiona wszystkich dzieci ze żłobka, a na końcu dodawała: „nie ma”. „Iza – nie ma, Gabrysia – nie ma”.

Z jednej strony mamy nowy rytm, bo wszyscy byliśmy i jesteśmy całe dni razem, a do tego jest nowy członek rodziny – mała dzidzia, która raz jest całowana i przytulana, kiedy indziej dostaje od siostry po łbie, że jednak zaistniała. Bywa u nas też dochodząca córka mojego narzeczonego Jędrka, 10-letnia Janina. Między własnymi lekcjami online Janka bardzo nam pomaga w tym całym galimatiasie. Ma młodsze rodzeństwo po obu stronach, więc jest doświadczoną starszą siostrą. A żeby jakoś przetrwać izolację od dzieci i placów zabaw, graliśmy we frisbee, rysowaliśmy kredą po chodniku, Helka jeździła na rowerze.

Zdecydowanie jest lepiej, a nawet łatwiej na większym rozluźnieniu, gdy wróciły parki, lasy. Gdy tylko możemy, uciekamy na działkę, tam jest łatwiej, nie musimy się tak pilnować. Wciąż jednak pozostajemy ostrożni – trzymamy dystanse, nosimy maski, myjemy ręce miliony razy, nawet Helka sama się nauczyła, że to robimy po spacerze. Ale świat ludzkich twarzy w maskach, brak kontaktu z dziećmi, brak żłobka, brak regularnego kontaktu z dziadkami jest arcywymagający. Wspinamy się na wyżyny wszelkich wyrozumiałości i kompromisów, żeby system działał.

Dla mnie jako mamy nie ma teraz nic ważniejszego niż zaadaptowanie całej rodziny do faktu, że jest z nami Stasiek. Całe matczyne emocje i siły wkładam też w pielęgnowanie mojej relacji z Helką, żeby czuła, że wciąż jestem dla niej, i że, jak to mój narzeczony Jędrek słusznie mówi: „miłość do dzieci się tylko mnoży, a nie dzieli”.

Basia Czyżewska – redaktorka Vogue.pl

mama 3,5-rocznej Heleny

Pandemia sprawiła, że tygodniowy wyjazd mojego dziecka rozciągnął się do 2 miesięcy. Czas stał się plastyczny, rozciągnął jak guma i wypłynął z wszystkich dotychczasowych ram. Poddałam się temu i staram się dostrzegać głównie te dobre strony: Hela pogłębia wieź z tatą, ja mam przestrzeń na swoje sprawy. To jest zdrowe, choć niełatwe. Ale od początku.

Pandemia zaskoczyła nas w momencie, kiedy 3,5-letnia Hela była z tatą na krótkich feriach na Mazurach. Zapadła szybka decyzja: Hela tam zostaje. To było racjonalne: na miejscu ma przecież dziadków, staw i zaprzyjaźnione króliki, które codziennie dokarmia u sąsiada. Ja miałam skupić się na pracy i spokojnie obserwować, co wydarzy się dalej. I tak minęły dwa miesiące bolesnej rozłąki. W tym czasie wysłałam paczkę z ulubionymi zabawkami, codziennie organizowałam wideorozmowę przez FaceTime’a, a kilka razy w weekend wynajmowałam auto i jechałam w odwiedziny. Im bardziej tęskniłam i chciałam ściągnąć dziecko do Warszawy, tym bardziej przekonywałam się, że to egoistyczne, bo w pozamykanym mieście, bez dostępu do parku nie miałam jej wiele do zaoferowania.

Tymczasem Hela rozkwitła – urosła i stała się samodzielna. Nauczyła się bawić w ogrodzie w pojedynkę, kiedy tata potrzebował czasu przy komputerze. Uwrażliwiła się na przyrodę. Zaczęła sama wybierać sobie rano ubrania i stała się najradośniejszym dzieckiem pod słońcem. Teraz jej domem stały się Mazury a najważniejszą osobą – tata. A ja muszę się z tym jakoś pogodzić, odliczając dni do wielkiego powrotu.

Joanna Szymków – adwokat, pilot rajdowy i dziennikarka motoryzacyjna

mama 20-miesięcznej Jagny

Początkowo, gdy ogłoszono pierwsze obostrzenia i odwołano większość rozpraw w sądach, okazało się, że mogę spędzić trochę czasu z mężem i naszym dzieckiem – cieszyło mnie to. Czas jakby zwolnił, pracy nie było aż tyle, ani u mnie, ani u męża, który pracuje w liniach lotniczych, wiec mogliśmy go spożytkować na wspólne spacery. Pomyślałam sobie nawet, że fajnie, bo wreszcie będę mogła nadrobić zaległości w pisaniu tekstów motoryzacyjnych. Jednak moje nadzieje już po kilku dniach poszły w niepamięć.

Okazało się, że brak rozpraw nie oznacza wcale braku pracy i konieczności pisania terminowych pism procesowych czy też wspierania klientów przez telefon. Do tego zamknięte biura podawcze i poczta czynna tylko do 14.00 z wyłączeniem godzin dla seniorów – doba zaczęła robić się drastycznie krótka. A Jagna jest dość energicznym i absorbującym dzieckiem, które dodatkowo pod koniec marca zaczęło chodzić i czerpało z tego taką radość, że wcale nie chciało zasypiać. A realnie mogłam pracować jedynie podczas jej drzemki i wieczorem, gdy poszła spać. Do tego zaczęły się koszmary, przeżywanie w nocy nowych umiejętności – były momenty, gdy nie wierzyłam, że da się wszystko pogodzić. Ale dało się, i choć Jagna za chwilę wraca do Wioski, do której chodziła wcześniej, to z jednej strony czuję spokój, że wreszcie nad wszystkim znów zapanuję, a z drugiej – zaczynam tęsknić za tym naszym wspólnym, rodzinnym czasem.

 

*

Materiał jest zilustrowany w większości zdjęciami z cyklu „Diary of pandemic” agencji fotograficznej Magnum. Reszta to kadry z filmów odwołujących się do postrzegania czasu oraz zdjęcia traktujące o leniwym byciu w domu z dziećmi.

Dodaj komentarz