psycholog rodzice mówią rodzinne wakacje

Kłótnie o patyk i łopatkę, czyli jak przetrwać wakacje z nie tylko swoimi dziećmi?

Pytamy psycholożkę dziecięcą i rodziców

Kłótnie o patyk i łopatkę, czyli jak przetrwać wakacje z nie tylko swoimi dziećmi?
ARCHIWUM PRYWATNE

Słońce, dużo śmiechu, godziny rozmów o wszystkim i o niczym, przerywane radosnymi okrzykami najmłodszych. Tak byśmy chcieli wyobrażać sobie wakacje z dziećmi i znajomymi. Towarzystwo innych rodziców przypomina nam dawne życie, a rozbiegana gromadka nastraja pozytywnie nawet po nieprzespanej (oczywiście przez wspólne imprezowanie, a nie nocne płacze) nocy. Czy tak może to wyglądać? Doświadczenie pokazuje, że często jest to jednak nerwowe czekanie, poganianie, konflikty interesów, płacze i żale. Jak więc przetrwać wakacje w towarzystwie cudzych dzieci?

Niektórzy rodzice twierdzą, że z dziećmi nie ma wakacji, są tylko wyjazdy – te same obowiązki przenosimy po prostu do innego otoczenia. Czasem te nowe okoliczności wiążą się z dodatkowymi trudnościami. Szczególnie, gdy poza nami na wyjeździe są też inne rodziny, inne dzieci ze swoimi nawykami, charakterami i sposobem życia, który nie zawsze, powiedzmy delikatnie, nam odpowiada. Dochodzi na tym polu do konfliktów między dziećmi, a my, rodzice, wkurzamy się. Zamiast odpoczynku mamy kolejne problemy do rozwiązania i więcej powodów do wymownego przewracania oczami i ciężkich westchnień. Jak odnaleźć się w takich sytuacjach bez szkody dla siebie, dziecka i relacji z innymi? Spytałyśmy Anitę Janeczek-Romanowską, psycholożkę dziecięcą współpracującą z Ośrodkiem Wsparcia i Rozwoju Bliskie Miejsce. Jak to wygląda w praktyce u innych? Do odpytywanki zaprosiłyśmy kilkoro rodziców, którzy mają w tym zakresie swoje doświadczenia, przemyślenia i sposoby.

*

Co zrobić, gdy wkurzają nas inne dzieci, gdy drażni nas ich zachowanie? Czy i jak reagować, czy i komu zwracać uwagę?

Anita Janeczek-Romanowska: Zacznijmy może od tego, co tak naprawdę nas spina. Czy to na pewno chodzi o te inne dzieci, innych ludzi, konflikty itd., czy może o nasze wyobrażenia, jak mogłoby być, a nie jest? Wakacje, urlop, odpoczynek bardzo często stają się takimi obszarami starania się i fantazjowania. Staramy się odpocząć, staramy się miło spędzić czas, staramy się, żeby dzieci były zadowolone. Fantazjujemy, jak to pijemy lemoniadę na leżaku, dzieci zgodnie się bawią, a my pochłaniamy kolejną książkę. Fantazjujemy też o tym, że taki wyjazd naładuje nas na całego, zmaże zmęczenie wielu miesięcy i da siłę na kolejne. Im więcej tego starania się i fantazjowania, tym więcej zapalników może odpalać bombę „nie tak miało być!”. Jeśli więc mamy od czegoś zaczynać, szukając odpowiedzi na pytanie, co robić, jeśli ktoś nas drażni na urlopie, zaczęłabym od tego, żeby jeszcze przed wyjazdem „zrobić miejsce” na rozczarowania, kryzysy i codzienność, którą zabieramy ze sobą wszędzie, nawet na koniec świata.

Jak już zrobimy miejsce na ten wakacyjny bałagan, dobrze jest pamiętać o obszarze swojej odpowiedzialności. Co jest moje, nasze, a co niekoniecznie. Jeśli jadę na urlop z moimi dziećmi, to ponoszę odpowiedzialność za swój, a następnie ich dobrostan. W sytuacji konfliktów, w które zamieszane są nasze dzieci, można więc zacząć od odpowiedzi na pytanie: czy to moje, czy to mój chaos, pod który właśnie chcę się podpiąć? Jeśli w konflikcie bierze udział moje dziecko, to jak mogę o nie zadbać? Bardzo często, jeśli uczestnikiem sytuacji trudnej jest nasze dziecko, włącza się nam tryb ratownika i sędziego. Warto w tym miejscu zatrzymać się i sprawdzić, czy i czego dzieci potrzebują. Zapytać je, co się dzieje, wysłuchać tego, co chcą opowiedzieć, i sprawdzić, czy możemy im się do czegoś przydać. Często bywa tak, że nie chodzi o nasze interwencje, ale o obecność, wysłuchanie. Przyjęcie pozycji obserwatora gotowego do pomocy zdejmuje z nas ciężar, który zwykle to my sami sobie nakładamy – muszę zareagować, muszę coś zrobić, no niech ktoś to w końcu przerwie, przecież jesteśmy na urlopie!

Co robić, gdy widzimy konflikt między dziećmi?

Sytuacje konfliktu to sytuacje naruszania granic. Jeśli nasze dziecko jest w środku burzy, to warto mieć uważność na to, czyje granice ta sytuacja narusza: moje czy dziecka? Jeśli celem mojej interwencji jest wsparcie dziecka, to zacznijmy od kroku… wstecz. Sprawdźmy, popatrzmy, oceńmy, czy nasza pomoc jest potrzebna. Można zapytać o to wprost: „Kasiu, potrzebujesz mnie?” i dać Kasi opcję na ocenę tego, czy tak jest. Taki krok bardzo wspiera kontakt ze sobą, bez którego dzieci nie nauczą się rozpoznawania swoich granic i sytuacji naruszeń. Jeśli dostajemy zielone światło do pomocy, sprawdźmy, co możemy zrobić dla naszego dziecka, a nie przeciwko temu drugiemu (bez względu na to, czy ono jest nasze, czy nie). Zrobić coś „dla naszego” będzie oznaczało usłyszeć je w tym, jak mu jest, jak ono widzi tę sytuację, zapytać o to, czego potrzebuje, co by mu pomogło, czyli skupić dziecko na tym, na co mamy wpływ i co jego dotyczy.

Bardzo często w tego typu sytuacjach włącza nam się tryb ratownika, który strzeli temu drugiemu dziecku taką pogadankę, że zapamięta na długo. A to nie tędy droga. Zaczynajmy zawsze od bezstronnego pytania, czy w ogóle jesteśmy potrzebni, a jeśli dziecko nas o to wsparcie poprosi, skupmy się na jego dobrostanie. Czasami to już na tyle redukuje napięcie, że dzieci znajdują rozwiązania na ciąg dalszy, otwierają im się nowe pokłady zasobów. Czasem dzieci oczekują, że staniemy po ich stronie, że „nagadamy temu drugiemu”. W takich sytuacjach pomaga metafora liny, której chcemy się trzymać, żeby nie spaść w przepaść. Jeśli moją liną jest dobrostan mojego dziecka, to mogę nazwać mu to, że „ono chciałoby tak zareagować, że gdyby Janek teraz usłyszał coś trudnego, to ono poczułoby się lepiej”, a nie mówić, że faktycznie temu Jankowi to się należy. Cały czas wracamy do „ogródka” dziecka, czyli do tego, co możemy zrobić dla niego. Istotą nie jest wtedy rozwiązanie sytuacji, ale takie wsparcie naszego dziecka, żeby mogło dostrzec swój dyskomfort, być usłyszane, a jak to się wydarzy – żeby mogło samo albo razem z nami poszukać rozwiązań.

Czasem skręca w środku, gdy widzimy nasze dziecko kłócące się z rówieśnikami, ale mamy z tyłu głowy, że dzieci powinny same rozwiązywać swoje problemy. Czy rzeczywiście? Kiedy warto wkroczyć?

Będą też takie sytuacje, o których chcę powiedzieć wyraźnie, w których nasza reakcja będzie reakcją stanowczego sprzeciwu. Kiedy wkroczyć? To zdecydowanie dotyczy sytuacji, kiedy pojawia się przemoc, jest nierównowaga sił (również słownych), a my widzimy złość albo bezradność naszego dziecka. W takich sytuacjach pomagają reakcje „świadków”, czyli właśnie kogoś z boku, kto zatrzymuje tę sytuację i pokazuje, że to nie jest OK, że na takie zachowania nie mamy zgody. To bardzo ważne, szczególnie u małych dzieci i tych bardzo wrażliwych, z podwyższonym poziomem lęku, ponieważ potrzebują one wiedzieć, że w relacjach można się nie zgadzać, że to nie jest w porządku, kiedy ktoś narusza ich granice. Podsumowując – chodzi z jednej strony o to, żeby opiekować dziecięcy dyskomfort i pomagać dzieciom uczyć się tego, jak mogą o siebie zadbać, co im służy, a co nie. Ale z drugiej strony, żeby zatrzymywać sytuacje, które są mocno naruszające. Jeśli tego nie robimy, a widzimy, że nasze dziecko samo też nie potrafi, jest ryzyko, że nabędzie ono przekonania, że tak może być, że to OK, że ktoś się nim wysługuje, odpycha itd., bo przecież nikt na to nie reaguje.

Ważną kwestią są też nasze relacje z innymi rodzicami. Nie każdy sobie życzy, by zwracać uwagę jego dziecku. Nie każdy też umie przyjmować krytykę, nawet gdy dotyczy konkretnego zachowania. Jak to najlepiej rozegrać, bez szkody dla naszych relacji?

Powiedziałabym, że najlepiej uruchomić empatię. Zobaczyć tego dorosłego i moment, w którym jest. Czy on ma teraz zasoby, czy to, co mu powiem, go wesprze czy mu dociśnie? Co ja jej/jemu zrobię moją uwagą? I wreszcie – jaki jest jej cel: żeby ulżyć sobie czy zaoferować tej osobie wsparcie? Jeśli chcemy zadbać o siebie i nasze dziecko, bo ktoś narusza nasze granice, sprawdzi się wszystko to, co omówiłyśmy wcześniej. Zatrzymanie się przy sobie, refleksja nad tym, co mi to zachowanie robi i jak chcę zadbać o siebie w tym momencie. Jak skupię się na sobie, to mam wpływ. Jak biorę się za zmianę i edukowanie innych, to mogę się tylko zmęczyć. Jeśli naprawdę chcemy komuś pomóc, dajmy mu empatię. Wszyscy wiemy, jakie to trudne być rodzicem, spotykać kogoś, kto nam punktuje i konfrontuje nas z tym trudem. Ale mało kto z nas ma doświadczenie, w którym ktoś pokazuje, że rozumie nasz trud. Że gdybyśmy chcieli porozmawiać, to on jest. I dopiero w takim autentycznym spotkaniu otwierają się często opcje do poruszania trudnych tematów.

Jak radzić sobie z cudzymi zasadami, które nijak się mają do naszych, przez które pojawia się złość naszego dziecka? Np. ktoś je słodycze na śniadanie, spędza dużo czasu z tabletem etc.

Trzymać się tej liny, o której mówiłam wcześniej – liny komfortu naszego dziecka. Dzieci, kiedy spotykają z granicami innych osób (a te ustalenia wynikają z granic), mają prawo czuć różne emocje. Granice zawsze prowadzą do emocji, dlatego dobrze to na nich się skupiać. Dostrzec złość, nazwać to, co dziecko nam „nadaje” (“wiem, że ty chcesz mieć tak samo i że to może drażnić”), zaoferować swoją dostępność. Takie momenty mogą też dla nas być okazją do obejrzenia tych swoich granic i do refleksji: dlaczego nie? Dlaczego tak? Czy mogę i chcę się zgodzić? Czy to dla mnie ważne, żeby w tej sytuacji trzymać się swojego zdania? To wszystko są pytania o granice – jak ja się z tym mam na teraz? Mówię o tym „na teraz”, ponieważ bardzo często te nasze zasady nie spotykają się z czymś, co jest dla nas aktualnie ważne i żywe. Bo może wcześniej ustaliłam, że zero TV, ale teraz myślę „czemu nie”? W rodzicielstwie wcale nie chodzi o konsekwencję, ale o nazywanie dzieciom, czemu nam się coś zmienia. To bardzo ważna lekcja o elastyczności granic i o tym, że to nie zasady rządzą nami, ale to my sami oceniamy, czy na coś mamy zgodę, czy niekoniecznie.

*

Anita Janeczek-Romanowska – psycholog, współzałożycielka Bliskiego Miejsca. Absolwentka psychologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim im. Jana Pawła II w Lublinie. Specjalizuje się w terapii dzieci do 10 roku życia, relacjami dziecko-rodzic, dziećmi wysoko wrażliwymi. Prowadzi stronę o rodzicielstwie i psychologii dziecka bycblizej.pl.

*

Tyle teorii, jak jest z praktyką? W naszej odpytywance wypowiedziało się kilkoro rodziców dzieci w różnym wieku, ze sprawdzonymi strategiami na mniejsze i większe konflikty.

KAROLINA DOBRZYŃSKA – dziennikarka, instagramowa Królowa Campingu, mama trójki w wieku 15, 13 i 9 lat

Bardzo dużo czasu spędzamy w grupie przyjaciół. Na wyjazdach, w wynajętych domach, na kempingu. W kotłowaninie dzieci, dorosłych i psów. To, wiadomo, rodzi problemy. Również, a może nawet przede wszystkim, wśród dzieci. Ten się nie chce bawić, ten jest złośliwy i zawsze musi postawić na swoim. Zdarzały się płacze i histerie typu: „Mamo, powiedz mu!”. I tu mam naczelną zasadę. Cudze dzieci są nietykalne, a ja nie jestem od wychowywania ich. Ingeruję tylko wtedy, gdy widzę niebezpieczeństwo, a to się zdarza przecież rzadko. Więc co robię? Jeśli moje dziecko nie radzi sobie z innym, po prostu zabieram je. Inaczej organizuję czas. Czy to nie jest ucieczka? Obawa przed konfrontacją? A jaka może być konfrontacja między mną a pięciolatkiem? Albo między dwoma trzylatkami? Wiadomo, że wygram (śmiech). Na kogo mam krzyczeć, gdy słyszę kłótnię i wzajemne oskarżenia między dziećmi? Rodzice mają tendencję do całkowitego ufania swoim dzieciom. Zakładania, że to one mówią prawdę i uczciwie przedstawiają sytuację. A to nieprawda! Dzieci kłamią, kombinują. I moje, i twoje! Testują zachowania w różnych sytuacjach. A co robię, gdy mnie cudze dziecko wkurza? To samo, odchodzę. I zabieram swoje. Ważne, by wytłumaczyć dziecku swoją reakcje. Czasem nawet mówię, że nie chcę, żeby się bawili z Maćkiem, bo Maciek pluje albo jest złośliwy. Dzieci rozumieją.

Owszem, gdy widzę, że granice są przekraczane, np. dziecko przeklina czy jest agresywne, zwracam uwagę rodzicowi i proszę o interwencję. Nigdy nie zwracam uwagi dziecku. I tak samo nie znoszę, gdy ktoś strofuje moje dzieci. Staramy się uprzedzać problemy i z zasady częściej krzyczymy na swoje dzieci niż na cudze. Raz nakrzyczałam na dziesięciolatka, który dość brutalnie traktował mojego syna na treningu hokejowym. Do tej pory to pamiętam. I jest mi głupio. Co z tego, że źle traktował mojego, mniejszego. To był też mały dzieciak! Więc jak słyszę, jak ojciec dwulatki ma pretensje do trzylatki, że źle się bawi z jego córka, to myślę sobie – co za palant! A ludzie często bronią swoich dzieci w sposób irracjonalny.

Pamiętam taką sytuację na kempingu. Mój syn ma 5 lat i trzyma drewniany patyk. Chce się bawić z innymi w policjantów i złodziei. Przeganiają go ostro. Moje serce krwawi. Za kilka lat ta sama sytuacja, tylko lat więcej i patyk większy. Teraz to mój stoi na czele bandy i… równie ostro odgania jakiegoś malucha. Historia zatoczyła koło.

Mnóstwo naszych znajomości to ludzie, których poznaliśmy przez dzieci. Więc przeszli już pierwszą selekcję (śmiech). A nasze dzieci nauczyły się, że swoje problemy najlepiej załatwiać samemu. Im mniej ingerencji rodziców, tym lepiej. Ale ja nie jestem z frakcji helikopter parenting. Nie trzęsę się nad każdym z trójki moich lwiątek. Daje im dużo swobody. I dużo rozmawiam.

Na zakończenie historia prawdziwa:
– A dlaczego wy się nie chcecie bawić z Piotrkiem?
– Bo jak gramy w policjantów i złodziei i on nie jest policjantem, to idzie do mamy na skargę i jego mama każe nam go wybrać na policjanta. Więc wolimy się z nim w ogóle nie bawić…

Wychodzi więc na to, że mnie bardziej wkurzają rodzice problemowych dzieci niż one same (śmiech).

RAFAŁ MYŚLIŃSKI – twórca internetowy, @suchytata, tata Teo (1,5 roku)

W ostatnim czasie dwa razy wyjechaliśmy na wakacje w ekipie dwóch rodzin z malutkimi dziećmi. Przyznam, że nie mogę sobie przypomnieć spięć na linii dzieci-rodzice czy rodzice-rodzice, a tym bardziej konfliktów wywołanych przez dzieci. Dobrze trafiliśmy z dobraniem innej rodzinki na wyjazd (śmiech). Jasne, że były sytuacje, w których rodzice Laury i Józi zachowywali się trochę inaczej, niż my byśmy się zachowali, czy to w sprawie karmienia, czy to drzemek, ale to nie były sytuacje ani napięte, ani tym bardziej wymagające jakiejś reakcji. Ich rodzice mają po prostu trochę inny styl zajmowania się dziećmi i my to w 100% szanujemy.

Sytuacje, które mogłyby wymagać interwencji, o wiele częściej zdarzają się na placach zabaw, na których spędzamy czas (Teo ma już 1,5 roku!). Ostatnio byliśmy świadkami bardzo dziwnej sytuacji. Otóż dwójka młodych chłopców (około 4 lata) poprztykała się. Jeden drugiego ugryzł, drugi pierwszego odepchnął. Nic groźnego, wydawać się może, ale styl, w jakim zareagowali ich rodzice, był już bardzo niestosowny. Krzyczeli na siebie, padły wyzwiska i przekleństwa, straszyli się policją i to trwało z 10 minut. Stałem trochę z boku, ale słyszałem ich sprzeczkę o to, jak dzieci mają się zachowywać – jedna strona uważała, że muszą być grzeczne, druga strona, że nie mogą być „miękkimi fajami” i muszą się umieć bić. Z jednej strony komedia, z drugiej – żal tych dzieci, że w takich atmosferach rodzinnych się wychowują. Oczywiście konflikt między rodzicami tych dzieci nie rozwiązał się. Jedni i drudzy uważali, że mają rację. Nie pomogło, a wręcz zaogniło kłótnie włączenie się osób trzecich, które siedziały bliżej i „wszystko widziały”.

To są trudne sytuacje dla osób jak ja, stojących z boku. Z jednej strony chce się widzieć rozwiązanie takiej sytuacji w sposób reformowalny. Chcę się nawet samemu załagodzić konflikt. Jednak wydaje mi się, że stojąc z boku i podejmując decyzję o włączeniu się w ten wir ze swoim zdaniem, raczej się nic nie wskóra. Przecież przyznanie się do błędu jest najtrudniejszą rzeczą na świecie! Dlatego nawet, jeśli ktoś jest ewidentnie winny negatywnego zachowania, to ani sam nie będzie chciał tego zrozumieć, ani tym bardziej posłuchać kogoś innego. Póki nie dochodzi do agresywnych zachowań i rękoczynów, to jako świadek takich wydarzeń raczej bym odchodził w bok. Tak jak w tej sytuacji wziąłem Teo na ręce i poszliśmy na drugi koniec placu zabaw.

JULIA IZMAŁKOWA – psycholog, mama Wilde (1,5 roku)

My nigdy nie wyjeżdżamy i nie wyjedziemy w większym gronie. Jesteśmy introwertykami, mamy jasne wartości i filozofię, jesteśmy świadomi swoich potrzeb, również na wyjazdach. Nie oczekujemy, żeby ktoś za nami podążał, i tak samo nie lubimy sami dla kogoś się „naginać”. Więc z pełną świadomością sobie tego nie robimy (śmiech). Według mnie bardzo ważne jest, żebyśmy nie ulegali tym wszystkim radom na temat tego, jak powinniśmy spędzić nasze wakacje, kiedy pojawia się dziecko. Wtedy bardzo często się mówi, że powinno się wyjeżdżać razem z innymi rodzicami, do hoteli all inclusive ze specjalnymi atrakcjami dla dzieci. Uważam, że przede wszystkim trzeba być w swojej prawdzie. A to oznacza nie uleganie presji. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze – ulegliśmy namowom innych i pojechaliśmy z Wilde na wakacje do hotelu all inclusive, bo podobno z dzieckiem tak jest lepiej. Nie czuliśmy się tam dobrze. Dla nas przebywanie z wieloma obcymi osobami nad basenem, na stołówkach każdego dnia było nieprzyjemnym doświadczeniem. Zdecydowanie jednak lepiej by nam było, gdybyśmy spędzili ten czas dokładnie tak, jak przed pojawieniem się dziecka. Wynajęli gdzieś miejsce tylko dla siebie, spędzali dni w swoim rytmie, w różnych knajpkach, w otoczeniu lokalnych mieszkańców.

Jeżeli jednak byśmy się zdecydowali na jechanie z kimś na wakacje, to bardzo ważne jest, żeby były to osoby już sprawdzone na wakacjach. W różnych kontekstach możemy się znać i lubić, jednak przebywanie z kimś na wyjeździe to coś zupełnie innego. Więc zanim zarezerwujemy sobie 2 tygodnie wspólnych wakacji, może warto przemyśleć spędzenie wcześniej razem weekendu – ze znajomymi i ich dziećmi. Dużo konfliktów powstaje przez to, że nie mamy cierpliwości do innych dzieci lub wydaje się nam, że są źle wychowane. A najgorsze, co może być, to pouczanie kogoś. Więc jeżeli chcemy spędzić razem 2 tygodnie, sprawdźmy się wcześniej w tym kontekście. My nie jesteśmy osobami, które wyjeżdżają ze znajomymi, więc w naszym wypadku pewnie warto byłoby zacząć od kilku godzin (śmiech). Jeżeli damy sobie radę, to potem sprawdźmy się w weekend, a później potencjalnie moglibyśmy pojechać razem na dłuższe wakacje. Moim kluczem jest to, by znać swoją prawdę, wiedzieć, co się lubi, nie ulegać presji. Spędzać czas z ludźmi, których lubimy, z którymi lubimy spędzać czas w określony sposób. Żeby nie strofować innych i samemu nie musieć co chwilę gryźć się w język. Uważam, że bardzo ważne jest, żeby nie zwracać uwagi innym dzieciom, bo to ich rodzice je wychowują. Gdy jesteśmy z ludźmi, którzy mają podobne wartości, w podobny sposób wychowują dzieci, to dla nas będzie to przyjemność i radość tak spędzonych wakacji.

AGA SKOWRONEK – projektantka wnętrz, mama 4-letniego Marka

Wakacje z inną rodziną to podstępna sytuacja, bo to bardzo intensywny kontakt przez dłuższy niż zwykle czas. My przede wszystkim staramy się unikać zmęczenia materiału. Czyli profilaktycznie: kiedy jest miło, zanim jakieś potencjalne niesnaski się pojawią, nie spędzamy sto procent czasu razem. Dzielimy się na podgrupy: w ciągu dnia każda z rodzin jest na innej plaży, wieczorem – wspólna kolacja, kolejnego dnia tatusiowie są z dziećmi, a mamy mają wspólny relaks, trzeciego dnia wszyscy razem, i tak dalej. Wyjścia do knajpy ze znajomymi z dziećmi są problematyczne. Dzieci w liczbie mnogiej często się nawzajem nakręcają i jest dużo głośniej i bardziej chaotycznie, niż gdy idziemy do knajpy sami z Markiem. Kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli, to proponuję po prostu drugim rodzicom, że czas dać dzieciom iPada. Wiadomo, nie jest to najbardziej chwalebny moment rodzicielstwa, ale czasami dla dobra ogółu – rodziców i otoczenia – lepiej dać im te bajki. A o przyzwoitym zachowaniu w miejscu publicznym pogadać z własnym dzieckiem, jak będzie ku temu lepszy moment, w spokoju. Parę razy zdarzyło nam się też robić turniej w papier-kamień-nożyce o to, który rodzic zostanie wydelegowany z dziećmi na plac zabaw, żeby reszta mogła rozkoszować się winkiem w ciszy.

W zasadzie cudze dzieci raczej mnie nie wkurzają. Wkurza mnie moje własne, samo lub w interakcji z innymi dziećmi (śmiech). Sytuacja z dziećmi znajomych jest dla mnie prosta: chcę się kolegować z tymi właśnie ludźmi, więc i z ich dziećmi. Chcę, żeby moi znajomi czuli się dobrze w naszym towarzystwie, a sama przecież wiem najlepiej, że jednym z podstawowych czynników pozwalających rodzicom poczuć się dobrze jest świadomość, że mogą trochę wyluzować, że nie muszą na każdym kroku strofować swojego potomstwa. Więc ja luzuję też: dzieciom znajomych wolno u nas robić bałagan, zresztą bałagan w pokoju mojego syna to stały krajobraz. Jak pojawia się jakaś nieprzyjemna sytuacja, staram się wyczuć, czy zostawić rodziców na chwilę samych, żeby ogarnęli temat ze swoim dzieckiem, czy może to akurat ta okazja, kiedy porozmawianie z kimś innym niż rodzic zadziała lepiej. Mój mąż jest wspaniały w rozładowywaniu takich napięć, ogarnia dzieci jak mało kto. Ale ogólnie pewnie mamy szczęście, bo nasi znajomi mają w większości zdrowy stosunek do swoich dzieci, a w każdym razie podobny do naszego – pozbawiony radykalizmów w którąkolwiek stronę.

Mieszkamy we Francji i jest tu jedna rzecz, która bardzo mi pasuje: tutejsi rodzice nie mieszają się raczej w konflikty dzieci, dopóki nie wchodzi w grę bezpieczeństwo. Ogólnie dzieci traktuje się tu, mam wrażenie, z mniejszym namaszczeniem niż w Polsce. A przecież bardzo często to dorośli nakręcają afery na placu zabaw, dzieci z natury nie są nastawione na konflikt, nie mają też w zwyczaju rozpamiętywać nieprzyjemnych sytuacji. Ktoś komuś przyłożył, ktoś oddał, było – minęło, bawimy się dalej. Bywa, że zachowania innych dzieci, znajomych czy zupełnie obcych, są w jakiś sposób nie w porządku w stosunku do mojego syna – ktoś mu coś zabierze, popchnie, wykluczy z zabawy. Matczyne serce zawsze trochę boli, ale mówię sobie, że to nie jest wymierzone w Marka osobiście, tylko że dzieci po prostu tak mają. Czasami wykorzystujemy to do nauki empatii: kiedy emocje już opadną, mówimy „widzisz, dlatego to nie było miłe z twojej strony, jak popchnąłeś wczoraj tego chłopczyka, on się poczuł dokładnie tak, jak ty się poczułeś teraz”. Mój syn ma w przedszkolu swojego nemesis, Léandra. Jak powiedział mi, że Léandre nie jest jego kolegą, to w mojej głowie pojawiały się scenariusze wielkiej dramy i smutek, że mój syn może nie jest lubiany, a może jest nieszczęśliwy w przedszkolu. Ale potem Marek mi opowiedział, jak taka kłótnia wygląda:

– Léandre mi powiedział, że jestem méchant (niedobry).

– I co ty mu powiedziałeś?

– Ja też mu powiedziałem, że on jest méchant. I już się więcej z nim nie bawiłem, dopiero po obiedzie.

Rodzice, jak wy sobie radzicie w takich podbramkowych sytuacjach? Natychmiastowa interwencja, rozmowa na spokojnie, a może przeczekanie i praktyka zen? Dajcie znać w komentarzach, jak udaje się wam przetrwać urlop w towarzystwie dzieci, swoich i nie tylko. Oraz czy udaje się wam rzeczywiście na takowym wypocząć.

Dodaj komentarz