edukacja koronawirus

Mieszkam w żłobku

Rozmowa z Aleksandrą Kozerą, założycielką Fundacji Wioski im. Lorisa Malaguzzi

Mieszkam w żłobku

Jak będzie wyglądała edukacja wczesnodziecięca po pandemii? Co się zmieni w postrzeganiu jej wartości i różnorodności, w konieczności budowania wokół niej otwartych i zaangażowanych społeczności? Przymusowa edukacja domowa obnażyła wszelkie ułomności i opresyjność systemu oświaty. Dlatego wspieranie nowoczesnych metod nauczania z dzieckiem w centrum jest kwestią kluczową. Posłuchajcie rozmowy o ratowaniu idei, w którą wierzy się całym sercem, której poświęca się czas, oszczędności i mieszkanie.

We wrześniu spełnił się sen Aleksandry Kozery. Absolwentka kognitywistyki na Harvardzie i mama Stefana założyła Fundację Wioski im. Lorisa Malaguzzi, a wraz z nią kilka miejsc edukacji bliskości funkcjonujących na bazie pedagogiki Reggio Emilia (bazuje na najnowszych odkryciach nauki o rozwoju mózgu dziecka, potrzebach ekonomii XXI wieku, ale też zasadach funkcjonowania demokratycznych zespołów). Obecnie, za sprawą pandemii, Wioski stoją puste, a Ola robi wszystko, żeby je uratować, łącznie z wprowadzeniem się do jednej z nich. Pomocy od rządu praktycznie nie ma i wszystkie prywatne placówki oświatowe pozostawione są same sobie, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Przeczytajcie, z kim pandemia obchodzi się najokrutniej, jaki jest realny koszt opierania się jej skutkom i jednoczesnego dbania o rodzinę, ale też o akceptacji dzieciństwa i studiach na Harvardzie. Tam wszystko się zaczęło.

Jak doszło do tego, że całą rodziną zamieszkaliście w żłobku?

Kiedy ogłosili decyzję o zamykaniu żłobków, byłam w totalnym szoku. Patrząc na to, jak wyglądała sytuacja na świecie, miałam prawo sądzić, że możemy być zamknięci nawet do lata. Od razu pomyślałam o gospodarce i o tym, że rodzicom będzie ciężko płacić za miesiące postojowe. To był piątek wieczór. Siedziałam z moim mężem Maćkiem, rodzicami i wspólniczką Anią na telefonie i wspólnie kombinowaliśmy.

Gonitwa myśli.

Może nawet galop. Hibernacja kosztów wydawała się jedyną drogą przetrwania. Najbardziej zależało mi na utrzymaniu kadry i te pieniądze musiały być bezpieczne. I wtedy wspólnie z Maćkiem zdecydowaliśmy, że wprowadzimy się do jednej z naszych placówek, jednocześnie podnajmując nasze mieszkanie, co udało się dość szybko. Wioski są małymi miejscami w mieszkaniach. Dla Stefana w sumie to był raj – domki z kącikiem z narzędziami, wielka ślizgawka i ściana wspinaczkowa, małe foteliki, krzesełka, nisko zawieszone wieszaczki. W jednej sali dołożyliśmy materac i tak powstała sypialnia, a taras służy nam jako jadalnia – tylko że jemy w kucki przy stolikach o wysokości 40 cm (śmiech).

Jak wam się udało to zorganizować? Toż to rewolucja, tym większa, że wydarzyła się w czasie pandemii.

Postawiliśmy wszystko na głowie: spakowaliśmy mieszkanie w jeden dzień. Właściciele lokali poszli nam częściowo na rękę, ale od czasu rozluźnienia gospodarki będziemy już płacić normalnie. Mimo to, niektórych miejsc nie damy rady otworzyć przed sierpniem – utrzymywanie kadry i lokalu, z jednoczesną rekrutacją i bez pewności, kiedy wracamy, przerosłaby nasze możliwości. Wiem, że zaraz czeka nas kolejna przeprowadzka.

Jak przeżywa to Stefan?

To dla niego duży stres i wyzwanie przyzwyczajać się do nowej przestrzeni. No, ale ja bardzo chcę, żeby Wioski wróciły jeszcze silniejsze, i wymaga to od naszej rodziny niemałych poświęceń. Z tego miejsca chciałam bardzo podziękować mojemu synowi i mężowi, że jest w tym ze mną bez zająknięcia, pomaga, nosi kartony, pakuje i mocno wspiera.

Opowiedz o studiach na Harvardzie. Ja znam tę uczelnię jedynie z amerykańskich filmów dla nastolatków, które uświadamiały bolesny podział na uprzywilejowanych absolwentów renomowanych uczelni i całą resztę świata. Ale to stereotyp, dlatego wolę spytać ciebie, jak tam jest naprawdę.

Miałam pewne ambicje, idąc na Harvard, ale też buzowały we mnie sprzeczności – spodziewałam się nabufoniałej parady bogatych amerykańskich dzieci. Ale zaskoczenie tym, jak głęboko wchodzimy w siebie poprzez pracę na zajęciach, było ogromne. To była olbrzymia inspiracja – burzenie stereotypów na temat świata, wejście głębiej w pracę nad samą sobą, nad tym, jakie schematy, jakie struktury społeczne kierują moim życiem. Nauczyłam się je rozpoznawać i przede wszystkim odnalazłam swoją drogę służby.

Jakimi metodami?

Zachęcano nas, by się zastanowić, jaki problem społeczny leży nam na sercu, i wykorzystać zdobytą wiedzę i umiejętności na rzecz rozwiązywania tego problemu. Tak rozumiano przywództwo. Tematem, któremu ja się przyglądałam, była edukacja – zaczęłam zupełnie inaczej myśleć o systemie edukacji w Polsce i na świecie. O kwestii wolności w edukacji, opresji systemów, które zamykają ludzi na całym świecie w ławkach na kilkanaście lat, narzucając im treści oraz sposób nauczania. Totalne wyzwolenie z paradygmatów myślenia o tym, czym edukacja być „powinna” nie przyszło mi łatwo, ale dzięki bardzo alternatywnemu podejściu do wykładów przełamałam się. Zmieniło to też moje podejście do mojego syna.

W jaki sposób?

Zyskałam pewność, że nie muszę, ani nie powinnam nic od niego jako od człowieka oczekiwać, że najważniejsze jest zaufanie do niego. Nauczyłam się widzieć dzieciństwo jako formę pełnego człowieczeństwa i obywatelstwa z wrodzonym prawem wyboru, także do edukacji na każdym poziomie. Z perspektywy nas, mądrych dorosłych, taka radykalna akceptacja dzieciństwa jest trudna. Zrozumiałam, że jego rozumienie jest tematem politycznym, kulturowym i społecznym.

To wtedy wpadł ci do głowy pomysł zbudowania Wiosek?

Już wcześniej myślałam o stworzeniu swojego przedszkola, ale szukałam sposobu na to, jak skalować rozwiązania, które ta myśl oferuje. Pamiętam moment na początku drugiego semestru, kiedy odbywa się shopping week (tydzień próbek przedmiotów, żeby sobie wybrać te najodpowiedniejsze na następny semestr) – zobaczyłam salę i wielki napis: Building Democrating Schools. Nie byłam zapisana na tę sesję, ale weszłam i nie pożałowałam. Charyzmatyczna profesor (Linda Nathan, która teraz jest w mojej radzie nadzorczej), mała 12-osobowa klasa i bardzo praktyczny, intensywny warsztat z tworzenia projektów edukacyjnych: od pomysłu, przez budżet, architekturę, rekrutację po zdobywanie inwestorów. Inspirowałam się dwiema organizacjami: Wildflower Foundation – założonej na MIT organizacji, która otwiera mikroszkoły prowadzone przez dwóch nauczycieli oraz Wonderschool, startupie technologicznym, który wspiera kobiety chcące otworzyć miniżłobki w domach. Wiedziałam, że mimo mojej wielkiej pasji do edukacji, jestem przedsiębiorcą i to tych kompetencji chcę użyć do wprowadzania zmian edukacji w Polsce. Rozmowa z CEO Wildflower Foundation zainspirowała mnie wprowadzaniem zasad turkusu w zarządzaniu organizacją.

Na czym to polega?

Każdą wioską zarządzają pary lub trójki pedagogów, nie ma dyrektora, ludzie wszystko robią sami. Taka forma pracy to wielka innowacja w Polsce – turkus dał dużo wolności, ale też nałożył dużo odpowiedzialności. Nauczyciele zamawiali meble, kontrolowali pracę przy urządzaniu, robili zakupy, prowadzili spotkania z rodzicami. Wymagało to zbiorowego wysiłku, szybkiego budowania kompetencji. Kolejna kwestia to adaptacje dzieci – myślę, że do czasu zamknięcia przez pandemię trwały cały czas adaptacje w wioskach, więc utrudniało nam to wprowadzenie w pełni zasad Reggio Emilia, takich jak praca w grupach czy przemieszczanie się dzieci po wiosce bez ograniczeń. Teraz niestety wszystko będzie trzeba zacząć od nowa.

Ale ty nie tracisz motywacji.

To, że cały czas inwestuję w Wioski swoją pracę i pieniądze, musi mieć korzenie w jakimś issue z dzieciństwa (śmiech). Ja niestety mam taki problem, że chcę naprawiać świat i bardzo mnie wkurza to, co się w nim dzieje. Psychicznie to nie jest łatwe nastawienie, ani dla mnie, ani dla Maćka, mojego męża. Ale naprawdę uważam, że bogate doświadczenia edukacji wczesnodziecięcej są podwaliną demokracji, szansą na walkę z kryzysem klimatycznym i dyskryminacją. Trzyletnie dziecko, które spędza kilka godzin dziennie, patrząc pasywnie w telewizor, i to, które odkrywa środowisko naturalne z rówieśnikami oraz jest wspierane w stawianiu i testowaniu hipotez (takich jak: Czy lustro zawsze odbije moją twarz? Czy liść skruszy się w mojej dłoni? Czy świeczka tonie w wodzie?), mają przed sobą różną przyszłość. Dzieci, do których się mówi, których słucha się z szacunkiem, którym się czyta, których wyobraźnię się docenia, którym nie narzuca się schematów myślenia, wstępują w progi szkoły czy nawet przedszkola z tak wielką kognitywną przewagą nad rówieśnikami, że z ogromnym prawdopodobieństwem zawsze pozostaną z przodu.

Jak realizować te założenia w czasach, kiedy możliwość funkcjonowania w ramach wioski została zablokowana? Przecież to uderza w podstawy waszego działania. Jakie to wywołuje w tobie emocje?

Znam już siebie na tyle, żeby wiedzieć, że jestem troszeczkę control-freakiem. Stan tej niepewności i stresu jest tak silny, że chyba ze strachu przed tymi emocjami rzucam się w wir pracy nad nowymi projektami, kiedy może właśnie powinnam zwolnić. Jestem na wszystkich możliwych forach dyrektorów przedszkoli i właścicieli żłobków i nikt nic nie wie. Nie chcę być kolejną osobą siejącą plotki, ale słyszałam już wszystko: od tego, że wracamy po świętach wielkanocnych, do stycznia 2021. W tym klimacie epidemicznym i politycznym wszystko jest możliwe. Miałam moment zawahania, czy dam radę to ciągnąć, ale dzisiaj wiem, że jeśli tylko rząd wypłaci chociaż tyle, co obiecał, to przetrwamy.

Mam duży zasób gotowości do zmiany w zespole, więc w takiej lub innej formie będziemy działać. Opieka nad dziećmi to sektor gospodarki, który niejako na swoich barkach trzyma aktywizację zawodową kobiet, możliwość pracy wszystkich innych grup zawodowych. Bez względu na to, czy będziemy oferować szkolenia dla mam, nianie, wioski domowe czy żłobki, coś wymyślę. Mam tylko nadzieję, że starczy mi sił. Na razie mam wrażenie, jakby mój upór trzymał wszystko w garści, nawet jak sporo się sypie, muszę ciągnąć pięć srok za ogon i nigdy nie wiem, co z tego wyjdzie. Mam dni, kiedy jestem bardzo zmęczona, chciałabym przynajmniej wiedzieć, w którą stronę iść.

Jak obecnie działacie?

Spotykamy się z naszymi wioskowiczami codziennie o 9.30 na Zoomie – kółeczka są prowadzone przez pedagogów, czytamy bajki, gramy na gitarze. Oferujemy kręgi online dla rodziców, dodatkowe szkolenia z NVC czy stawiania granic. Z dziewczynami z tzw. business hun spotykamy się min. 3-4 razy w tygodniu na Zoomie i działamy na najwyższych obrotach.

A dom? Jak on działa, od kiedy mieszkacie w żłobku i od kiedy twój mąż złamał nogę?

Rzeczywiście, to najlepszy możliwy czas na złamanie nogi (śmiech). Dotąd wymienialiśmy się z Maćkiem na wachty, jeśli chodzi o pracę i opiekę nad Stefanem, ale odkąd złamał nogę, jest dużo ciężej. Myślę, że dzisiaj już nikt nie podchodzi tak optymistycznie do budowania więzi rodzinnych dzięki pandemii, jak na początku – bywa trudno w relacji z dzieckiem i partnerem.

Jakie są, twoim zdaniem, najgroźniejsze dla edukacji skutki pandemii? Kto ucierpi najbardziej?

Najbardziej ucierpią dzieci, które potrzebują fachowego wsparcia, terapii SI, dzieci z autyzmem, dzieci z zaburzeniami Zamknięcie ich w domach i pozbawienie środowiska terapeutycznego i wykwalifikowanej kadry to jest tragedia. Z punktu widzenia edukacji wczesnodziecięcej, tragicznym skutkiem może być upadek wielu placówek. Sama nie wiem, ile dłużej mogę ciągnąć wynajem lokali. Opieka nad dziećmi jest szalenie ważna z punktu widzenia społeczeństwa i jego gotowości do pracy. Rząd i samorządy wspierały przedsiębiorców w tworzeniu miejsc opieki, zdając sobie z tego sprawę.

A wywiązują się z obietnic? Czujesz jakiekolwiek wsparcie od rządu?

Znikąd nie ma pomocy. Nie wiem, co zrobimy, jeśli nie będzie dokąd wracać.

Boisz się?

Bardzo. Boję się, że miejsca mogą być otwierane na szybko, przez osoby szukające zysku, a nie naprawdę poświęcone dzieciom. Boję się też, że mamy zdecydują się zostać w domu lub powierzyć opiekę babciom, co miałoby słabe skutki gospodarcze i społeczne, z punktu widzenia równouprawnienia kobiet. A z punktu widzenia edukacji w ogóle widzimy, że hierarchiczne podejście w zarządzaniu szkołami czy przedszkolami nie bardzo działa. Nauczyciele są teraz zdani na siebie i tylko ci najbardziej elastyczni i zmotywowani sobie radzą.

Jak wyobrażasz sobie świat po pandemii? Czym będziesz chciała się zająć w pierwszej kolejności?

Przede wszystkim trudno mi określić, kiedy w ogóle nastąpi ten moment „po pandemii”. Jak na to patrzeć? Kiedy wymyślą szczepionkę? Czy kiedy zdejmiemy maseczki, to pójdziemy wreszcie do knajpy? Kiedy to będzie? Nie wiem. Ja działam w Wioskach z tygodnia na tydzień – dalej na razie nie planuję. Nie ma sensu, wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Mam wrażenie, że dzięki temu nie tracę cennego czasu, tylko ciągle buduję gotowość do zmiany kierunku.

Myślisz, że pandemia spowoduje trwałe zmiany w postrzeganiu wartości edukacji? Co się zmieni na lepsze?

Po pierwsze może ludzie docenią trud pracy nauczycieli i opiekunów. I oby! Organizowanie kreatywnych zajęć, podążanie za indywidualnymi potrzebami dziecka, serwowanie odgrzewanych w piekarniku posiłków, wszystko w atmosferze NVC i bliskości, kiedy mam pod sobą grupę dwulatków czy nawet siedmiolatków? To trudne z jednym, a co dopiero z czwórką. Nie do ogarnięcia z ósemką, jak jest w niektórych placówkach. Bardzo dużą zmianą społeczną może być docenienie pracy w biurze, na którą tak wielu narzekało! (śmiech). Patrząc szerzej, rodzice w Polsce zderzyli się często po raz pierwszy z systemem polskiej oświaty. Może więcej rodziców spojrzy na absurd ilości lekcji, przedmiotów i prac domowych, spojrzy z bliska na swoje dzieci przeciążone ilością materiału? Ci, którzy nie gonią z materiałem, mogą zobaczyć, że towarzyszenie dziecku w naprawie koła od roweru czy pieczeniu ciasta jest niejednokrotnie lepszą nauką niż wypełnianie ćwiczeniówki. Gdyby ta ilość napięcia na linii rodzic-dziecko-nauczyciel, wspólne odrabianie po nocach zadań, doprowadziło do upadku świętego autorytetu szkoły, może rodzice i dzieci zaczęliby patrzeć na edukację jak na coś, co należy do nich.

A z szerszej perspektywy?

Patrząc globalnie, nagły przeskok na edukację online pokazuje, że niemożliwe staje się możliwym, gdy tylko jest koniecznym. Po drugie, wiele osób może zdewaluować wartości dyplomów uniwersyteckich, skoro lepszą jakość edukacji mogą zyskać online, na setkach otwartych platform edukacyjnych, gdzie często zaglądają po raz pierwszy. Staram się patrzeć na świat z perspektywy tu i teraz, zmiany będą trwały długo i dopiero po kilku lub kilkunastu latach będziemy mogli je naprawdę ocenić i zbadać.

Dziękuję ci za rozmowę. Trzymam kciuki za ciebie i za Wioski.

*

Aleksandra Kozera – założycielka i fundatorka Wiosek, tegoroczna absolwentka Harvard Graduate School of Education (Mind, Brain and Education) oraz absolwentka Cass Business School, London i National University of Singapore. Pasjonatka edukacji wczesnodziecięcej, demokratycznej oraz innowacyjnej. Zakochana w żeglarstwie, ekologicznym trybie życia i swoim małym synku, który stał się inspiracją dla powstania pełnych miłości i piękna miejsc opieki i edukacji małych dzieci.

*

Zdjęcia w pierwszej części artykułu pochodzą z prywatnego archiwum Aleksandry Kozery i dokumentują życie jej, męża i syna w żłobku. Pozostałe zdjęcia ilustrują codzienne funkcjonowanie żłobka przed pandemią.

Zwróćcie uwagę na dwie inicjatywy wspierane merytorycznie przez Wioski i zrzeszające wykwalifikowanych wolontariuszy, którzy mogą pomóc w opiece nad dziećmi medyków: Korona Ci z głowy nie spadnie i Studenci Medykom.

Dodaj komentarz