czy matka może zwariować emocje rodzice mówią

Czy matka może zwariować? Opowieść Baśki

Opowieść o depresji nawracającej, zainspirowana kampanią "Można zwariować".

Czy matka może zwariować? Opowieść Baśki
Lena Klejc

Depresja jednobiegunowa, nawracająca to najczęściej spotykane zaburzenie psychiczne na świecie. Występuje dwa razy częściej u kobiet, a u ponad połowy chorujących nie zostaje w ogóle rozpoznana. Cechuje ją m.in. utrata chęci do życia i anhedonia (nieodczuwanie przyjemności), apatia, zaniżone poczucie własnej wartości. W rodzicielstwie może ukryć się pod bezsennością i przewlekłym zmęczeniem. Wariujemy, choć nie wiemy. Potrzebujemy pomocy, gdy tymczasem staramy się być coraz silniejsze.

Nie walczę z depresją. Raczej, staram poznać powód, dla którego przyszła  – mówi Baśka, trzecia i ostatnia rozmówczyni cyklu „Czy matka może zwariować?”, mama Julki (2,5 roku) i Staszka (5 lat). Choruję od podstawówki. Chyba. Moja matka też miała depresję. Zamykała się w pokoju, jak gdyby nie rozumiała, że my (red. Baśka wychowywała się razem z młodszym bratem i starszą siostrą) tego nie widzimy. Na chwilę urywał się jej film, potem budziła się i zachowywała tak, jak gdyby tamtego w ogóle nie było.

Siedzimy w kawiarni na Żoliborzu. Kiedy pytam Baśkę o to, dlaczego zgodziła się opowiedzieć mi swoją historię, mówi: Może ktoś tego akurat potrzebuje. Wiesz ile kobiet choruje na depresję? – pyta mnie, po czym dyskretnie wskazuje na dziewczyny siedzące obok przy stolikach. Ta, ta i ta. Ta może też. Depresja to bardzo kobieca choroba. To choroba grzecznych dziewczynek, uciszanych, które idą w życie ze strachem w oczach, przyuczone, by nie czuć, by zapominać o sobie.

Potrzebowałam matki, która mnie ochroni

Baśka pochodzi z tzw. dobrego domu. Co niedzielę szła razem z rodzicami i rodzeństwem do kościoła. Znała modlitwy i dobrze się uczyła. Jednocześnie, nigdy nie czuła się bezpiecznie.  Często słyszałam takie słowa jak: kara, wina, bóg, grzech i miłosierdzie. Ojciec bił nas pasem, a matka mu w tym nie przeszkadzała. Dostać mogłam dosłownie za wszystko. Czułam się osaczona i zestresowana. Myślę, że to wtedy zaczęłam chorować. Weszłam w chroniczny stan przetrwania.

Mama Baśki chorowała na depresję już w ciąży. Umierał wtedy jej ojciec (dziadek Baśki), i od siódmego miesiąca ciąży leżała w szpitalu. Długo nie dopuszczałam do siebie złości, którą do niej czułam. Wydawało mi się, że jest okej, bo nas nie lała, choć tak naprawdę czułam się przez nią potwornie oszukana. Potrzebowałam matki, która nas ochroni, spakuje i wyprowadzi się od ojca-psychopaty, ale nie była w stanie tego zrobić. Ojciec często mówił do nas, żebyśmy jej nie obarczali swoimi problemami, bo jest wątła psychicznie. Miałam wtedy może siedem lat. Ostatnio, w jakiejś rozmowie, przebąknęła mi, że już w wieku 32 lat usłyszała diagnozę – depresja. Ja mam teraz 33 lata.

Żeby zachorować na depresję musisz zrobić sobie „odpowiednie warunki”

Baśka przypuszcza, że właśnie dlatego, kiedy dowiedziała się o swojej ciąży, automatycznie wpadła w panikę. Była wtedy jeszcze bardzo zaangażowana w życie kościoła, więc kwestia wyboru nie wchodziła w grę. Nawet myśl o tym, że mogłaby nie chcieć zostać mamą była dla niej nie do udźwignięcia. Pamiętam jak szłam parkową alejką i przeklinałam los. A potem się tego bałam. A potem znowu przeklinałam. No bo wiesz, żeby chorować na depresję albo wciąż i wciąż do niej wracać, musisz sobie zrobić „odpowiednie warunki” – żyć w ciągłym stresie, lęku, braku, wyparciu uczuć i instynktów, samotności.

Tak właśnie wyglądał jej dotychczasowy, codzienny lajtmotyw. Dopiero teraz coś się zmieniło, Baśka związała się z mężczyzną, który w niczym nie przypominał jej ojca i powoli zaczęła budować sobie bezpieczną przystań. Nie zdążyła jeszcze zaspokoić swoich podstawowych potrzeb, a już, w noc przesilenia letniego pojawił się Staszek – wymagający całodobowej opieki, czułości i wsparcia. Chciałam mu to dać, ale czułam się tak, jakby ktoś przygniótł mnie toną betonu. Dopiero pół roku po urodzeniu Stacha poszłam na terapię. Wyszłam z niej cztery lata później.

Baśka nie przebiera w słowach, ale – jak mówi – w obliczu najważniejszych wydarzeń w życiu nie sięga po eufemizmy. Wiem, że coraz częściej mówi się o transformującej sile porodu. Szczerze mówiąc, nazwałabym to prościej – poród po prostu mnie rozje*ał. Potem był ciężki połóg, samotność, depresja. Tymczasem, naokoło mnie, świat podrygiwał jakby w jakimś przedziwnym tańcu szaleństwa – „Jak to, nie cieszysz się, że urodziłaś dziecko? Tyle kobiet o tym marzy! No popatrz, jakie śliczne maleństwo!”.

Nie chciała się porównywać, ale i tak to robiła. Nie potrafiła zrobić sobie zdjęcia, ani patrzeć na siebie w lustrze. Pozwalała sobie znikać.

Wymówiłam tekst z piekła rodem

Kiedy pytam ją o jej pierwsze tygodnie ze Staszkiem na rękach, uśmiecha się kwaśno. Raz powiedziałam mojemu mężowi, żeby nie brał Staszka na ręce i pozwolił mu płakać. Tak, wymówiłam ten tekst z piekła rodem. Mąż odpowiedział, że nie ma bata. Odpowiedziałam, że dobrze mu się tak mówi, bo nie ma cycków. Potem jeszcze długo czułam się winna tego i innych rzeczy – przede wszystkim tego ogromnego ciężaru przy wykonywaniu każdej, choćby najmniejszej czynności. Dopiero niedawno powiedziałam mu: Pamiętasz tamten moment? Ja po prostu nie miałam siły wstać z łóżka.   

Baśka każdego dnia próbowała stłumić widmo depresji i wydobyć się na powierzchnię. Nie czuła się ani zrozumiana, ani wspierana. Mąż wychodził o siódmej do pracy i wracał o osiemnastej. Jej przyjaciółki miały swoje życie, wspólnota, do której należała – jak mówi Baśka – w imię chrześcijańskiej miłości zapomniała jej numeru komórkowego. Ludzie, rodzina, lekarze, randomowe osoby na ulicy, nie chcieli widzieć moich niemiłych rzeczy. Tłum żądał bajki, uśmiechu, jak gdyby tylko w ten sposób mogli ocalić w sobie coś atawistycznego – swoją wewnętrzną, iluzoryczną wizję matki opływającej mlekiem i miodem. Boskiej! Nikt, powtarzam, nikt na przestrzeni pół roku nie pomyślał, że mogę potrzebować pomocy.

Tak więc, Baśka, zamiast słodyczy zapadała na depresję, z czteromiesięcznych Stachem na rękach, płaczącym za każdym razem, gdy tylko odłożyła go do łóżka. Była kobietą z krwi i kości, z ogromnymi problemami fizycznymi po źle pokierowanej indukcji porodu. Pierwszy raz usiadła miesiąc po porodzie. Żeby nie było – wszystkie czynności macierzyńskie wykonywała na tip-top. Przytulała Stacha, kołysała, zabawiała. Ciągle jednak czuła cienką szybę dzielącą ją ze światem.

Manifest mojego ciała

Pierwszy raz złapała kontakt ze Stachem cztery miesiące po jego urodzeniu. Spojrzałam w jego wielkie brązowe oczy i powiedziałam: Jestem. Coś w niej organicznie zaskoczyło. Miesiąc później była już na terapii. Poszła tam dla syna. Kiedy brakowało mi pieniędzy, dzwoniłam do mamy. Mówiłam jej, że potrzebuję sesji, żeby móc normalnie funkcjonować. Byłam pierwszą osobą w rodzinie, która zwróciła się o pomoc do psychoterapeuty. Złamałam wszystkie tabu.

Baśka wybrała dla siebie terapię prze ciało, metodą Alexandra Lowena. Czuła, że aby dotrzeć do głębszych pokładów swojej świadomości potrzebuje złapać prawdziwy kontakt ze swoim ciałem.

Pierwsze miesiące były jak wznoszenie się po tęczy. Czułam przypływ energii. Zdecydowałam, że potrzebuję pomocy przy Stachu i znalazłam mu żłobek. Rzuciłam się w wir pracy. Chciałam zakładać firmę. Wydałam książkę. I właśnie wtedy, tydzień po premierze doświadczyłam największego załamania psychicznego w moim życiu. Szczerze? Myślałam, że tego nie przeżyję, ale dopiero później zrozumiałam, że to był manifest mojego ciała. Dokopałam się do czegoś naprawdę głębokiego.

Kilka dni później Baśka pierwszy raz poszła do psychiatry i dostała leki. Nie rozumiejąc jeszcze, jak silnie mogą działać, zażyła je w Arkadii nad talerzem z naleśnikiem. Myślałam, że do niego wpadnę – śmieje się. Wszystko wirowało jak na karuzeli.

W końcu udało się jej dostosować leki tak, że mogła normalnie funkcjonować. Pierwszą zmianą, którą zauważyła było odzyskanie radości z macierzyństwa. Wszystko stało się łatwiejsze. Usypianie, wyjścia do żłobka, zabawa. Czułam się tak, jakby szyba dzieląca mnie i moje dziecko zaczęła pękać. Tak naprawdę, myślałam że jest o wiele cieńsza.  

Miałam zaufanie do siebie, a w razie paniki Xannax

Kilka miesięcy później okazało się, że jest w drugiej ciąży. Pamięta jak przyszła na terapię, położyła się na materacu i powiedziała: K***a, będę miała drugie dziecko. Tym razem nie miała wyrzutów sumienia. Wiedziała z czym się mierzy. Wiedziała, że jeśli nie zadba o siebie, epizody depresyjne wrócą.

Ze względu na córkę, pod okiem psychiatry, Baśka odstawiła leki. Jeszcze bardziej zainwestowała w siebie i stworzyła sobie własną, bezpieczną bańkę w postaci profesjonalnego wsparcia okołoporodowego. Pozwoliłam sobie na to, by się bać, by nie wiedzieć, zmniejszyłam oczekiwania do minimum. Zwróciłam się o wsparcie do douli, pożyczyłam pieniądze na poród w prywatnym szpitalu. Nawet jak przyszła pandemia – a rodziłam Julkę dwa tygodnie po jej ogłoszeniu – nie wyszłam z mojej strefy komfortu.

Baśka poszła do szpitala na rutynowe KTG i już tam została. Miałam zaufanie do siebie, a w razie paniki Xannax. Przestałam porównywać się do naturalnych, boginicznych, ciężarnych kobiet. Miałam za sobą trudne doświadczenia i sztab ludzi, z którymi czułam się bezpiecznie. Nie ryłam sobie bani, nauczyłam się szanować swoje zasoby.

Kiedy urodziła Julkę, stan psychiczny Baśki był stabilny. Nawet kiedy Staszek przeżywał kryzysy związane z przyjściem na świat siostry i kurczowo trzymał Baśkę za nogę podczas pierwszych dni, nie zapadała się pod ziemię. Byłam cholernie obecna. Towarzyszyłam mojemu synowi i sobie w każdej sytuacji. Byłam w kontakcie i byłam wspaniała. Dzięki terapii. Dzięki lekom. Dzięki świadomości mojego ciała, którą pogłębiałam od kilku lat.

Stasiu, to jest mój smutek i tylko mój

Baśka do leków wracała jeszcze dwa razy. Obecnie przyjmuje minimalną dawkę antydepresantów. Rozpoznaje momenty większej wrażliwości i uczy się dostosowywać życie pod to, jak jest, a nie jak chciałaby, żeby było.

Ponoć dementorzy z Harrego Pottera to spersonalizowana depresja. Wyobrażam ją sobie zupełnie inaczej. Nie walczę z depresją. Nie szukam na nią zaklęć. Raczej, staram poznać powód, dla którego przyszła.

Dzieci Baśki są jeszcze małe, ale nie aż tak, żeby nie dostrzegać jej – coraz rzadszych, ale jednak powracających – spadków nastrojów. Kiedyś, przy jednej sobocie miałam zaostrzony stan depresyjny i powiedziałam, że potrzebuję położyć się do łóżka. Po chwili przyszedł Stach i zaczął skakać po materacu, co nie ukrywam, mocno mnie wkurzało. On śmiał się, zachęcał mnie do kontaktu. W końcu nasze spojrzenia spotkały się i zapytałam go: Staszek, czy ty próbujesz mnie rozweselić? Powiedział, że tak. Zapytałam go, co czuje jak na mnie patrzy. Powiedział, że widzi, że się smucę. Usiadłam na łóżku i patrząc mu prosto w oczy powiedziałam: Stasiu, to jest mój smutek i tylko mój. Zobacz, zabieram go od Ciebie i wsadzam do takiego magicznego pudełka. Teraz jesteś bezpieczny. Ja też jestem bezpieczna, bo wiem jak się sobą zaopiekować. Masz rację, mam gorszy dzień, ale cały czas jestem tu i kocham Cię. Nie musisz mnie pocieszać. Nie musisz zajmować się tym, co czuję. Możesz mieć dzisiaj fajny dzień i pobawić się z tatą. Staszek powiedział, że okej i poszedł się bawić.

Baśka nie łudzi się, że jej choroba nie wpływa na Stacha i Julkę. Epizodów depresyjnych jest znacznie mniej, jednak nie oznacza to że może traktować siebie jako w pełni zdrową osobę. To chyba było dla mnie i nadal jest najtrudniejszą lekcją, jaką daje mi depresja – akceptacja moich ograniczeń. Jestem matką z rannym skrzydłem. Być może nie latam tak wysoko jak inne kobiety, ale to mój lot, moje dzieci. No i… Nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa.

*

Jeśli historia Baśki jest ci bliska i rozpoznajesz w sobie symptomy depresji, skorzystaj ze wsparcia udzielanego w ramach kampanii „Można zwariować”. Dzięki współpracy Fundacji z platformą Wellbee możesz skorzystać z konsultacji psychologicznej, na którą otrzymasz 80% zniżkę.

Wejdź na stronę i umów się na wizytę online.

Opowiedz swoją historię komuś, kto ją zrozumie.

I pamiętaj – można zwariować i być matką.

*

Lena Klejc – filolożka, dziennikarka i storytellerka. Słucha opowieści kobiet. Tworzy warsztaty terapeutycznego pisania w oparciu o metodę „Twoja historia jest ważna”. Zajmuje się narracją terapeutyczną i copywritingiem świadomych marek.

Dodaj komentarz