kino dzieci psycholog

Wszyscy potrzebujemy życzliwego zaciekawienia

Rozmowa z Profesorem Bogdanem de Barbaro

Wszyscy potrzebujemy życzliwego zaciekawienia

Inność zawsze budziła ciekawość. Życzliwe zaciekawienie pozwala na rozwój. Historia pokazuje, że inność budziła też lęk, a dramaty mają swoją powtarzalność. Weźmy świat pod lupę i zobaczmy, jak ten taniec działa w rodzinie.

Jak się czujesz ze swoją rodziną? Jak twoja rodzina czuje się z tobą? Jesteście siebie ciekawi czy wydaje się wam, że wszystko już o sobie wiecie? Dzielicie się swoimi światami czy posadziliście je obok siebie? Może staracie się wpisać wszystkie wasze różnice w jeden, nie do końca pasujący do kogokolwiek z was obrazek? A może działacie jeszcze zupełnie inaczej? Może coś działać już przestało, albo nigdy nie zaczęło, tak jak sobie to wymyśliliście? Rodzina to ciekawy w swej różnorodności konstrukt, w który wpisane są wymagające zmiany. O tym, jak się w tym wspólnie odnaleźć, rozmawiam z prof. Bogdanem de Barbaro. Życzliwie się sobą wzajemnie ciekawmy – to słowa mojego rozmówcy, które mocno w siebie wpisuję po tym spotkaniu.

Zanim was na tę rozmowę zaproszę, słowo wyjaśnienia, skąd na nią pomysł. „Rozmowy między bliskimi – jak prowadzić dialog w rodzinie” – tak zatytułowany jest wykład prof. Bogdana de Barbaro, który odbędzie się online, 24.09 o godzinie 20:00, w dedykowanym dla dorosłych widzów cyklu o wychowaniu podczas 7. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Kino Dzieci, któremu od lat redakcyjnie patronujemy. Udział w wykładzie jest bezpłatny, ale liczba miejsc jest ograniczona, a zapisy rozpoczynają się właśnie dziś tu.

Powodzenia, wierzę, że warto się starać. Zanim dowiecie się czegoś o dialogu w rodzinie, przeczytajcie, co prof. Bogdan de Barbaro mówi o tym, jak ze sobą być, by dialog był możliwy.

*

Czuję duży niepokój, śledząc wydarzenia z kraju i ze świata, i zastanawiam się, o czym to jest?

Moim zdaniem jest to pandemia agresji. Jestem w takim wieku, że mogę sobie pozwolić na pewnego rodzaju, żeby elegancko to nazwać, dystans filozoficzny i dlatego mój niepokój nie jest wielki. Jednak gdy się wmyślam w sytuację moich dzieci czy wnuków, to uważam, że trwoga byłaby tu reakcją adekwatną. Te agresywne działania, obecne w społeczeństwie, mają charakter w pewnym sensie instynktowny i dlatego trudno je opanować. Ludzie, którzy są ogarnięci potrzebą niszczenia prawdopodobnie powiedzą, że są w stanie słusznego gniewu, że są w stanie uniesienia patriotycznego. Być może znajdą inne racjonalizacje dla uzasadnienia swojego postępowania. I dlatego jestem pesymistą, zastanawiam się, czy umiarkowanym.

Na pociechę można powiedzieć, że gdyby się przyglądać historii świata, albo gdyby się przyglądać światu dzisiejszemu poza Europą, to w różnych miejscach jest jeszcze gorzej i w różnych czasach było jeszcze gorzej. Przecież nie ma powodu twierdzić, że wirus nienawiści to wynalazek XXI wieku. Różnica jest taka, że jest on bardziej widoczny i podlega procesom globalizacji.

Trudno jest wesprzeć się pocieszeniem, że mimo iż możemy wyciągać lekcje z błędów naszych przodków, ciągle te błędy powielamy.

Różnie to możemy wyjaśniać. Wpisanym w nas biologicznie instynktem walki, traumami z dzieciństwa czy wzorcami kulturowymi. Patrząc na to, co się dzieje dziś w Polsce, słuchając, co mówią niektórzy politycy, dostrzegamy, że lęk i agresja adresowane są głównie do tych, którzy są Inni. Innym może być muzułmanin, Żyd, innym może być gej.  Nominowaniem na Innego zajmują się politycy.

Innym może być ktoś spod jednego dachu. 

Bo przecież każdy jest inny i dla każdego z nas może być to fundamentalnym wyzwaniem – jaki jest mój stosunek do „innego”? Czy ja się innego boję, czy ja mam do innego agresję, a może inny mnie życzliwie zaciekawia, może mam serdeczność do innego?

Ponowoczesność zachęca, by Innym się zaciekawić, ale jednocześnie wzbudza reakcję konserwatywną. I wówczas Inny jest niebezpieczeństwem. Rzeczywiście jest tak, jak Pani mówi: te sprzężenia dzieją się na różnych piętrach. Inny może być w rodzinie, w innym wieku albo innej płci, albo ma inny kolor oczu.

Inny może być też we mnie i to wyjaśnia, dlaczego wśród homofobów są tacy, którzy znajdując w sobie – być może na poziomie nieświadomym – jakieś impulsy homoseksualne, atakują swój fragment wewnętrzny, projektują to na zewnątrz, a w konsekwencji walczą z tym niechcianym impulsem poprzez aktywną homofobię. Elegancko się to nazywa „homofobia”, ale właściwie jest to „homoagresja”.

Ustawmy, proszę, soczewkę na rodzinę. Jeśli traktować rodzinę jako taki konstrukt, który zbudowany jest z różnych osób, czyli inności, to można powiedzieć, że jest bardzo wymagającym i delikatnym tworem, bardzo żywym. Wiele dającym, ale tylko wtedy, kiedy umiemy brać.

Ta żywość i delikatność to jest coś fascynującego i pięknego. Jeżeli przyjąć wersję, że inność mnie życzliwie zaciekawia, to wtedy ów Inny mnie rozwija. Ja mogę w swojej partnerce dostrzegać coś, czego we mnie nie ma, dzięki temu obcując z nią, wzbogacam się. Od swojego dziecka, obojętnie czy ono ma 4, 14 czy 44 lata, mogę się różnych rzeczy dowiedzieć. Kluczowe jest pytanie: czy ja innego zwalczam za tę inność, czy z tej inności czerpię?

Tu dotykamy samoakceptacji.

Tak. Muszę być spokojny o siebie, żeby nie czuć, że inny jest dla mnie zagrożeniem. Jeżeli ów inny będzie mnie atakować, to zrozumiałe jest, że będę się bronił. Ale jeżeli inny będzie mnie tylko zaczepiał swoją obecnością, to ja mogę wejść z nim w dialog. Mogę się nim zaciekawić, coś sobie wziąć, coś pożyczyć, coś dać. W ten sposób, dając i biorąc, uczestniczę w rozwoju.

Banalne określenie „jestem OK” nie znaczy, że mam się nie zmieniać, że jestem idealny. Ale akceptuję siebie, jestem pogodzony ze sobą i życzliwy do samego siebie. Nie atakuję się. Ale jeślibym siebie agresywnie nie akceptował, to jest prawdopodobne, że tych agresywnych impulsów będę się spodziewał jako płynących z zewnątrz. Będę się domyślał, że inny mnie atakuje nawet wtedy, kiedy tego nie robi.

Pomyślałam sobie, że tam pod spodem jest jeszcze jeden konstrukt, że jeżeli ja siebie nie akceptuję, sam siebie atakuję, i spodziewam się ataku z drugiej strony, to najczęściej w relacji przybieram jakąś maskę. Cały czas kontroluję siebie i sytuację, żeby tę maskę mieć. Czyli de facto moja rodzina nie jest w relacjach ze mną, tylko ze mną zmyślonym. To frustrujące.

Ta maska spełnia funkcję tarczy, bo się za nią chronię, żeby nie dostać ciosu.  Ale bywa tak, że ja tę tarczę wezmę do ręki i tą tarczą kogoś uderzę. Z tego punktu widzenia świat rodziny jest tak nieoczywisty, bo szereg zachowań kryje pod sobą intencje, których się na początku nie domyślamy. Z perspektywy gabinetu terapeuty rodzinnego można dostrzec wiele szczegółów, niuansów i minikomunikatów, które składają się na pisany cienką kreską portret rodziny. Praca terapeuty polega na zaproszeniu członków rodziny do wzięcia pod lupę tych niejednoznacznych zjawisk. A branie pod lupę to czasem jest zaglądanie w przeszłość, np. w losy przodków, którzy od wielu lat nie żyją, ale współtworzyli jakąś mitologię, która w nas drzemie, poza naszą świadomością. I mogą to być mity bohaterstwa, mity krzywdy, mity winy, i one będą współtworzyć nasze wartości i systemy przekonań.

Spotkanie drugiego człowieka, kogoś, kto staje się nam bliski, z kim chcemy budować związek, rodzinę, to wkraczanie w nieznane światy, w obce nam mitologie.

Związek, małżeński czy partnerski, to w pewnym sensie spotkanie, a może wręcz – zderzenie kultur. Zderzenie pomysłu na życie. Zderzenie dwóch wyobrażeń, co jest dobre, a co złe. Te różnice na początku mogą być czymś, co przyciąga, mogą być atrakcyjne. Ale gdy faza zauroczenia czy przyciągania się przeciwnościami minie, tak jak mija okres narzeczeński, wówczas może dojść do walki „moje lepsze, moje prawdziwsze, moje słuszniejsze, moje głębsze, moje mądrzejsze, moje wartościowsze, moje bardziej”. I w ten sposób, to co dawniej przyciągało, staje się celem ataku jako obce, inne. Atak za atak i wówczas ci, którzy jeszcze niedawno się sobą fascynowali, stają na ubitej ziemi.

To sytuacja, w której trudno mówić o budowaniu fundamentów pod trwałą relację. Intencjonalnie chcemy przecież zderzyć ze sobą światy, by budować kolejne, nie po to, by toczyć wojny.

Żeby nie wpaść w tę pułapkę, należałoby zrezygnować z odruchowych reakcji na rzecz pozycji refleksyjnej. A więc trzeba wycofać się z gry: „Może nie jestem OK, ale ty jeszcze bardziej” i przejść do dialogu: „Przyjrzyjmy się, co się dzieje między nami, jakie jest nasze małżeństwo, jaki jest nasz związek. Zbadajmy to. Sprawdźmy, na czym się opiera. Jakie ma zasoby, może niedostrzeżone. Jakie ma pułapki, może jeszcze niezdefiniowane. Sprawdźmy, na ile te pułapki są jakimś dziedzictwem, którego nie zauważaliśmy”. To jest pewien rodzaj podróży poznawczej, ale niepozbawionej napięcia emocjonalnego. Mówimy nie o czymś neutralnym, jakbyśmy poznawali Grenlandię czy budowę atomu helu, ale o czymś własnym, osobistym, z czego sami jesteśmy uszyci. Jeśli będziemy dotykać zranień albo jeżeli będziemy dotykać zranień naszych przodków, lub co gorsza ktoś inny będzie dotykał naszych zranień, to może się okazać, że to badanie jest niebezpieczne, bolesne. A my przecież wolimy zranień nie dotykać. Taka postawa oporowa nie jest bardzo częsta, a w znacznym stopniu będzie to zależało do terapeuty, czy umie stworzyć bezpieczny klimat rodzinnego polilogu. Terapia zachęca do zorientowania się w sobie i swojej historii, a niekiedy polega właśnie na skonfrontowaniu się z bólem z przeszłości. Paradoksalnie, ci, którzy nie decydują się na pracę terapeutyczną, szukając wyjścia z impasu, konfliktu czy cierpienia, sięgają po dotychczas stosowane metody – skądinąd nieskuteczne – i je nasilają.

Czyli?

Na przykład, jeśli pan Adam sprzecza się z panią Beatą i sprzeczkami nie uzyskuje  oczekiwanego efektu, to jest wysoce prawdopodobne, że przejdzie do kłótni lub awantury, jeszcze dłuższej, jeszcze głośniejszej. Czy uzyska zamierzony skutek? Musi zderzyć się ze ścianą, musi go mocno zaboleć, żeby uznać, że metoda, którą stosował, żeby dotrzeć do szczęścia swojego i bliskich, jest nieskuteczna.

Mnie się podoba rozmowa o potrzebach i zobaczenie wspólnego celu.

Tak, dogadać się co do celu jest bardzo ważne. Kłopot polega na tym, że to, co negocjują narzeczeni, bardziej jest ufundowane na marzeniach, niż na algorytmie. Zresztą  algorytmizowanie rodzinnej przyszłości byłoby naiwne i nierealistyczne, oparte na życzeniowym wyobrażeniu. Tu bardziej potrzebna jest owa, wcześniej wspomniana refleksyjność i szacunek do inności wnoszonej przez partnera czy partnerkę.

Początkowa atrakcyjność, która sprawiła, że dwie osoby są razem, może osłabnąć, a wówczas potrzebna będzie przyjaźń, która sięga głębiej niż zakochanie, i przejawia się stałą uważnością, troską i elastycznością w obliczu zachodzących zmian życiowych. Bo to, co narzeczeni sobie na dzień dobry uzgodnią, może się okazać mało użyteczne, kiedy w nocy będzie trzeba wstawać do dziecka. Albo kompletnie nie będzie pasować do sytuacji,  kiedy żona odchowawszy dzieci, będzie chciała wracać do swojego zawodu, a mąż uzna to za nielojalność wobec niego, pracowitego zabezpieczyciela sytuacji materialnej rodziny.

Chodzi o to, że zmiana fazy życia rodzinnego zmienia oczekiwania, potrzeby i wyzwania.  Konieczne jest dogadanie się, jak żyć na etapie zakładania rodziny i wychowywania dziecka, ale z chwilą opuszczenia domu rodzinnego przez potomka potrzebny będzie nowy zestaw zasad, nowe obowiązki, a nawet – nowe uczucia. Pojawią się więc nowe wyzwania, nowe zadania, nowe trudy. Trzeba będzie odnaleźć nowe zasoby.

Rodzicielstwo nakreśla zmiany w nas samych, czyli też zmiany w naszej relacji.

I dlatego tak potrzebne jest, by para umiała patrzeć na siebie z szacunkiem i wzajemnym życzliwym zaciekawieniem. Okoliczności zewnętrzne się zmieniają, więc na każdym etapie trzeba znaleźć w sobie inne odpowiedzi. Bo dotychczasowa staje się nieadekwatna.

Pojawienie się dziecka otwiera też przed nami możliwość nowego dialogu. Dialogu z dzieckiem, innego niż z kimkolwiek wcześniej. Wśród rodziców bardzo ważnym słowem w tym temacie jest „uważność”. Gubię definicję tego pojęcia. Na co dobrze skierować uwagę w dialogu z dzieckiem?

W dialogu z dzieckiem punktem wyjścia będzie dialog wewnętrzny rodzica, tak więc między innymi namysł nad tym, jak ma wyglądać równowaga między dawaniem wolności dziecku a dawaniem mu miłości. Na różnych etapach rozwoju dziecka te proporcje będą się inaczej układały. Gdy dziecko jest przy piersi matki, nie daj Boże dawać mu wolność, a jak dziecko ma 16 lat, to nie daj Boże nie dawać mu wolności.

Umiejętność bycia rodzicem będzie opierać się na tym, żeby ta uważność polegała nie tylko na tym, że obserwujemy reakcje dziecka, ale także przyglądamy się własnym reakcjom na zachowanie dziecka. Na ile reaguję na jego potrzeby, a na ile wykorzystuję je do swoich potrzeb. Przykładowo, im bardziej matka będzie się czuła opuszczona przez swojego małżonka, tym bardziej będzie gotowa przeadresować potrzebę bliskości na swoje dziecko. Dziecko stanie się wtedy zakładnikiem tego, że coś się dzieje złego między małżonkami. Bliskość matki z dzieckiem będzie irytować małżonka, więc małżonek się oddali, wtedy matka z dzieckiem będzie jeszcze bliżej, a małżonek jeszcze dalej. I tak dalej…

Taki bałagan ról.

Tak, można tak powiedzieć. Będzie to nieświadome, będzie zakodowane w pretensjach: „bo późno wracasz do domu”, „gdy mnie nie ma przy tobie, na pewno o mnie nie myślisz” itd. W terapii strukturalnej rodziny będziemy mówili, że doszło do uszkodzenia granicy międzypokoleniowej.

Co to znaczy?

W rodzinie dobrze funkcjonującej istnieje podsystem rodzicielski i podsystem dzieci.  Przykład, który przed chwilą podałem, opisuje sytuację, w której jest podsystem „matka + dziecko”, a podsystem rodzicielski czy małżeński uległ pęknięciu. Jeżeli granice międzypokoleniowe ulegają zniszczeniu, ten – jak pani to nazwała – bałagan ról będzie się nasilał.

Skoro jesteśmy przy podsystemach, przy międzypokoleniowości, to jesteśmy przy problemie komunikacyjnym. Może nawet jeszcze silniejszym, niż kiedykolwiek.

Zmienność wzorców kulturowych nigdy nie była tak gwałtowna jak teraz. Między tym, jaki był świat rodziców, a światem dzieci i wnuków specjalnej różnicy nie było. Świat toczył się wolniej, był czas na asymilowanie zmian. W tej chwili te różnice są tak wielkie, że trudno zrozumieć się między pokoleniami. Coś, co było fundamentem autorytetu rodzicielskiego, a mianowicie „Ja lepiej wiem, bo dłużej żyję, więc ci wyjaśnię ten świat”, w tej chwili nie działa, bo najczęściej syn albo nawet wnuk lepiej wie, o co w tym świecie chodzi, a już na pewno lepiej wie, jak ten świat poznawać.

To ciekawe zachwianie konstrukcji, w której to wiek i idące za nim doświadczenie stanowiły o wiedzy i pozycji autorytetu. Teraz są w naszym życiu obszary, które przejęły młodsze pokolenia.

W dodatku są to obszary bardzo ważne. Możliwe, że moja wiedza z historii starożytnej jest głębsza, a na temat różnic między filozofią Platona i Arystotelesa mogę wiedzieć równie dużo jak syn i wnuk, ale już gdy sobie chcę zainstalować aplikację do iPhone’a, to muszę poprosić jednego z nich. A więc ten związek między wiedzą a władzą, w tym przypadku władzą rodzicielską, sypie się. Dawniej syn pytał ojca, dlaczego coś jest tak i tak, i ojciec miał sensowną, merytoryczną odpowiedź, a teraz ojcu często brakuje odpowiedzi i wtedy syn idzie do rówieśników, bo z nimi lepiej się dogada. Wydaje mi się, że współcześni rodzice niezbyt dobrze radzą sobie z tym wyzwaniem i raczej reagują frustracją i irytacją. Musieliby uznać: „Ty w sprawie iPhone’a jesteś mądrzejszy, a ja mam za sobą wiele lat doświadczeń w rozróżnianiu dobra od zła. Tutaj mogę się tobie przydać. Opowiem ci o swoich porażkach i sukcesach, żebyś mnie lepiej poznał. Ja z kolei chcę lepiej poznać ciebie”.

Dziecko odpowie, że nie ciekawią go doświadczenia ojca, że chce iść po własne. Czy to nie jest moment, w którym buduje swoją wartość?

Jeżeli to będzie przygoda ufundowana na miłosnej wolności, to może być to frapujące.

Tylko, że rodzice lubią się w miłości rozpędzić w kierunku takiej ochronki „ja ci opowiem, jak działa świat”. Często robią to z pozycji władzy nakreślonej zależnościami. To jest chyba ta największa pułapka, w którą wpadają kolejne pokolenia.

Tu trzeba uważać, żeby nie zrodziło się błędne koło odrzucenia. Dziecko odrzuca rodzica, więc rodzic idzie na ambonę i wygłasza mu kazania, w odpowiedzi dziecko jeszcze bardziej się oddala. Wtedy rodzic myśli, że to kazanie musi być głośniejsze, bo będzie miał nadzieję, że jak głośniej powie, to zostanie usłyszany. Tymczasem… to będzie kolejne błędne koło.

Komunikacja w rodzinie, z tej perspektywy, jest szalenie wymagająca. Myśląc o tych wszystkich płaszczyznach, na których się odbywa: słowa, gesty, czyny, zastanawiam się, jak łatwo jest o niespójność przekazu i co się dzieje, kiedy dziecko przyłapuje nas na pewnej nieprawdzie. Na przykład w kontekście rodzeństwa wykładamy dzieciom o szacunku dla drugiego człowieka, o wrażliwości na jego potrzeby, a potem protestujemy przeciwko Tęczowemu Piątkowi w szkole dziecka.

Jeżeli pani mówi o niespójności przekazu, to kłopot jest taki, że dziecko nie ma gotowości do czynienia subtelnych odróżnień, jak doświadczony dorosły. Dziecko jest skazane na otrzymywanie uogólnień: dobrze, źle, bądź dobry, uważaj. Na początek wystarczy, ale później trzeba uszczegóławiać, np. „bądź otwarta wobec twojej siostry, ale jeśli twoja siostra będzie ci dokuczać, powinnaś mieć sposób zapobiegania temu, nie daj się skrzywdzić. Ale znajdź taki ten sposób, żeby nie przybywało agresji”. Będziemy więc towarzyszyć dziecku w procesie komplikowania obrazu, bo przecież my, dorośli, jeśli o to zadbamy, możemy świat widzieć jako rzeczywistość skomplikowaną, złożoną, czasem niejednoznaczną. Potrafimy nie zamknąć się w jednej z dwóch baniek, na przykład „niech żyje tradycyjna Polska i precz z Brukselą”, a z drugiej strony „niech żyje liberalizm i everything goes”. Oczywiście, może w nas być skłonność, żeby iść do jednej z tych baniek i na przedstawicieli drugiej krzyczeć agresywnie.

Myślę, że niezwykle użyteczne dla każdego dorosłego mogą być ćwiczenia w kierunku dostrzegania złożoności obrazu świata. Przykładowo, tzw. debata oksfordzka proponuje, bym poznał argumenty drugiej strony albo nawet bym wszedł w pozycję tego, kto tę drugą stronę reprezentuję. Dzięki temu mój krajobraz staje się bardziej złożony, a w konsekwencji i moje dziecko też dostanie opis świata nie czarno-biały, lecz wielobarwny. Ale od razu zaznaczę, że nie ma to oznaczać etycznego symetryzmu. Bo jest różnica istotowa między dobrem a złem.

Do tego potrzeba mieć bliskie spojrzenie na siebie i na tę drugą stronę. Pandemia, w której zamknięto nas w domach, chyba dała nam na to szansę. Wykorzystaliśmy ją?

Gdybym miał odpowiedzieć na podstawie moich rozmów z pacjentami, to z jednej strony pandemia zrobiła dużo dobrych rzeczy, bo ludzie skazani na siebie sięgnęli po zasoby, sięgnęli po wzajemną uważność, mieli okazję do czułości. Ojciec skazany na pracę online z domu ma więcej kontaktu ze swoimi dziećmi, poznał je lepiej i dał się poznać.

Na drugim biegunie będą ci, którzy nie wytrzymali zagęszczenia, wzmogło to ich agresję. Jedną z największych tragedii w trakcie pandemicznej izolacji jest to, że ofiary przemocy rodzinnej są bezradne, odcięte od pomocy, a sprawca pozostaje bezkarny.

Pewnego rodzaju uniwersalną zaletą pandemii jest to, że sytuacja tak diametralnie się zmieniła, że sprowokowała nas do szukania odpowiedzi na pytania egzystencjalne, na przykład „po co żyję?” albo „co jest w życiu ważne”, „jak żyć?”, „co dla mnie znaczy, że Inny cierpi?”, „gdy zakładam maseczkę, to po to, żeby siebie chronić czy uchronić drugiego?”. Te pytania to swoiste lustra, przy pomocy których mogę siebie na nowo zobaczyć. Reset egzystencjalny.

To by mogło zapowiadać kolejne zmiany, nowe etapy w rodzinach.

Może tak, bo jeżeli mówimy o kontekście, że ludzie muszą być dłużej ze sobą, to czasem ich to przeraża, odzwierciedla te emocje pt. „nie wytrzymuję”. Ale jednocześnie mogą sięgać po zasoby, których się nie spodziewali. Okazało się, że rozmowa z 15-letnim synem może być frapująca. Albo ktoś zauważył, że obowiązki domowe nie są podzielone sprawiedliwie i postanowił to zmienić.

Przypomina to sytuację człowieka, który stanął przed wysoką górą i albo na nią wejdzie i zobaczy, jaki piękny jest świat, albo się perspektywa podróży zniechęci i pozostanie na nizinach.

Skoro pozwoliliśmy sobie na refleksję na swój temat, na czulsze spojrzenie na domowników, to może wyjdziemy bardziej otwarci na ulice? Może coś w nas zostanie?

Spróbujmy na to spojrzeć przez metaforę kolejnych kręgów tożsamości. Najpierw chcąc, nie chcąc, bez popadania w narcyzm, jestem ja. Potem jest krąg „bliska rodzina”, potem jest krąg „dalsza rodzina”, następnie „społeczność lokalna”, później krąg „społeczność jednej kultury”, potem „krąg europejski” i „światowy”. Podczas pandemii, w zależności od tego, który krąg we mnie żyje w danym momencie, to różne odzywają się dźwięki. Krąg „rodzina” był w pandemii zagęszczony, stanowił i szanse, i wyzwania. „Krąg europejski” z jednej strony budził rywalizację, który kraj sobie lepiej radzi – czy Szwedzi mądrzej, czy Anglicy głupiej – ale była też w nas emocja pt. „my, Europejczycy”. Dla mnie najciekawszy i szczególnie ważny byłby namysł i wyzwanie z perspektywy „Ja jako członek ludzkości, tych 7 miliardów”.

Co tu można zobaczyć?

Okazało się, że jesteśmy na jednej planecie, wirus jest wszędobylski, złapał prezydenta Brazylii i pana mieszkającego w małej wiosce pod Lwowem. W tym sensie odezwała się pewna wspólnotowość i ma to swoje zalety. Marzeniem byłoby, żeby to poczucie trwało także po pandemii i żeby zwrócić uwagę na inne ważne tematy. Bo ta sytuacja uwyraźnia pytanie o solidarność, troskę, współczucie nie tylko w kręgu najbliższych, lecz wobec każdego, także Innego. Skądinąd wiemy, że ludzie umierają z głodu i umiera ich znacznie więcej niż z powodu pandemii, ale w mediach nie dostajemy statystyk na ten temat. Albo z powodu nadużycia alkoholu. Albo z powodu palenia nikotyny. Pandemia nas skoncentrowała na jednym wątku, bo ta przebiegła Korona biega po całym świecie i nie ma na nią sposobu. Paradoks polega na tym, że na to, czy ktoś pali papierosy, czy nie, mamy wpływ. Na to, czy dostajemy marskości wątroby z powodu nadużywania alkoholu, mamy wpływ. Na to, czy pomagamy tym, którzy nie mają co jeść, też mamy wpływ. Ale teraz przejmujemy się wirusem. W tym sensie, patrząc na naszą tożsamość „my, ludzie”, jest szansa, że pandemia zwróci uwagę na te okoliczności, na które codziennie nie zwracamy uwagi, bo nasz mózg jest wytapetowany innymi problemami.

Krzywa zachorowań nie spada, przed nami niepokojąca jesień. Czego chciałby Pan Profesor życzyć nam wszystkim?

Najbardziej życzę nam, żebyśmy dostrzegli zasoby, o których nie wiemy, że je posiadamy. I żebyśmy je znaleźli. A to mogą być zasoby dotyczące naszej relacji z bliskimi, na przykład „Nie wiedziałem, że twój wewnętrzny świat jest taki ciekawy”. Albo, żeby ktoś podszedł do biblioteki swoich rodziców i znalazł tam książkę dla siebie. W skrócie, żebyśmy w jesień weszli nie tylko obronnie, ale żebyśmy w tym całym zamieszaniu znaleźli jakieś nitki rozwojowe. Życzę nam nie tyle reaktywności, co refleksyjności.

Dziękuję. 

Profesor dr hab. n. med. Bogdan de Barbaro, psychiatra, psychoterapeuta. W latach 1993-2016 kierownik Zakładu Terapii Rodzin Katedry Psychiatrii. W latach 2016-2019 kierownik Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum. Superwizor psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Członek Editorial Advisory Board pisma „Psychiatry. Interpersonal and Biological Processes”. Obecnie współpracuje z Fundacją Rozwoju Terapii Rodzin „Na Szlaku” w Krakowie.

Były przewodniczący Sekcji Naukowej Psychoterapii oraz Sekcji Naukowej Terapii Rodzin Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Autor, współautor i redaktor publikacji z zakresu psychoterapii, terapii schizofrenii i terapii rodzin, między innymi „Brzemię rodziny w schizofrenii. Próba ujęcia systemowego” (1993), „Schizofrenia w rodzinie” (1999), „Możesz pomóc” (2005), „Postmodernistyczne inspiracje w psychoterapii” (2011), „Konteksty psychiatrii” (2014), „I jak tu się dogadać” (2017). Zainteresowania naukowe: terapia rodzin, postpsychiatria, kulturowy kontekst psychiatrii.

*

Przypominamy, że zapisy na wykład prof. Bogdana de Barbaro już się zaczęły, sprawdźcie tu.

7. Międzynarodowy Festiwal Filmowy Kino Dzieci rozpocznie się 26.09 i potrwa do 4.10. Szczegóły znajdziecie tu.

Materiał ilustrują fotosy z festiwalowej selekcji.

Dodaj komentarz