książki dla rodziców rodzice mówią

W relacjach z dziećmi widzę, jakim jestem człowiekiem

Rozmowa z Karoliną Lewestam, autorką „Pasterzy smoków”

W relacjach z dziećmi widzę, jakim jestem człowiekiem
Archiwum prywatne

Jak radzić sobie z rodzicielskimi strachami? Czy dobra matka nie może doznawać przyjemności? Jak być rodzicem bez kija w tyłku? O cierpieniu w macierzyństwie, rodzicielskich strachach i projekcie dziecko rozmawiam z Karoliną Lewestam. Przestałam parentingować, weszłam w prawdziwą relację z synem – mówi autorka „Pasterzy smoków”.

„Pasterzy smoków” pochłonęłam w jedną noc. Może dlatego, że sama zmagam się z pytaniami, na które próbuje odpowiedzieć autorka, Karolina Lewestam, mama trójki dzieci, filozofka, publicystka, pisarka. Być dobrą matką czy matką niedoskonałą? Jak wychować syna, będąc feministką? Jak nie wpaść w pułapkę „projektu dziecko”? Czy z macierzyństwem nieodłącznie związane jest cierpienie? I czy dziś można z rodzicielstwa czerpać radość, będąc „tylko” rodzicem? – przepytuję Karolinę.

Rodzicielskie strachy przybrały w Pani książce postać smoków. Czemu nie innych bestii?

Kiedy byłam mała, wizualizowałam swoje lęki w postaci smoków. Bałam się, a z nich powstawały piętrowe konstrukcje. Przestawałam się bać, one flaczały. Smoki czyhają na nasze dzieci w każdym kącie. Łypią oczami z ciemnych jaskiń.

My, rodzice, jesteśmy „tylko” ich pasterzami?

Nie możemy biegać w kółko i ich zabijać. Na miejsce jednej odciętej głowy wyrasta kilka kolejnych. Najlepiej pewnie się ich tak bardzo nie bać. Dzieciom, idącym przed nami, nie zagrażają tak, jak nam się wydaje. Widzimy je tylko my, więc to my musimy sobie z nimi radzić.

Czego się boją rodzice?

Sami kręcimy sobie pętlę na szyję, wypatrując strachów?

Rodzicowi jednego dziecka po jakimś czasie wydaje się, że już wszystko wie. Ogarnia temat. Potem rodzi się drugie i ma czelność bycia zupełnie innym. Mój najstarszy syn śmiało szedł między smokami, odganiał je sam, a młodsza córka widzi ich jeszcze więcej niż ja.

Boimy się, zanim zostaniemy rodzicami. Jak odnajdziemy się w nowej rzeczywistości, poukładamy wszystko? Skąd biorą się lęki przed czymś, co wydawałoby się tak naturalne?

Lęków jest wiele, a są o tyle nieracjonalne, że nie wiemy, jak będzie. Nie przewidzimy tego. Zostałam matką podczas studiów doktoranckich na amerykańskiej uczelni. Pierwsza wśród koleżanek. W tym czasie matkami zostawały moje profesorki. Wokół słyszałam, że niszczę sobie życie, przecież stoję u progu kariery. Mam dużo do zrobienia i zobaczenia w życiu. Jestem kimś istotnym, muszę to zrealizować.

A Pani czego najbardziej się bała?

Życia w pół-utopii. Nowoczesno-feministycznej, postpatriarchalnej. Studiowałam w międzynarodowym środowisku. Bałam się, że dziecko to koniec tej utopii. Skończę, odciągając pokarm, mąż będzie zarabiał, wpiszemy się w stereotyp. I tak się do pewnego stopnia stało (śmiech), więc rozumiem te lęki. Ale wiele kobiet świetnie sobie z nimi radzi. Mnie trochę zajęło okrzepnięcie w nowej roli. Wychowuje się w nas duchu „możesz wszystko!”. A tu mamy wstawać w nocy do dziecka, karmić go własną, bolącą piersią. Jak tu pracować?! Szok. I trochę wstyd. Nie żyjemy w wielopokoleniowych rodzinach, nie mamy szansy podejrzeć, jak to wszystko się dzieje. Dostajemy dziecko i życie nam się wali. Na chwilę, ale jednak radykalnie się zmienia. To kolejny powód, dla którego ciężko decydować się na dziecko. Boimy się dorosłości, która jest nieprzyjemna. Trwamy w niby-dorosłości, praca, mieszkanie, wolność. Dziecko to zabiera.

Do koszyka lęków dochodzi też ten przed popełnieniem błędów naszych rodziców. Mamy większą wiedzę niż oni, a co za tym idzie – świadomość, gdzie oni zawiedli, a z czym my się zmagamy.

Człowiek dorośleje, gdy zrzuca z siebie traumy dzieciństwa. Czyta, konfrontuje się z problemami, idzie do psychoterapeuty. Dociera do niego, że on też nie będzie w stanie zapewnić dziecku niezaburzonego, idealnego wzrostu. Ale ten lęk raczej rzadko powstrzymuje nas przed posiadaniem dzieci. Mamy w sobie hybris – dumę i przekonanie, że akurat my unikniemy błędów.

Macierzyństwo to cierpienie?

Pisze Pani, że warunkiem macierzyństwa jest otwartość na ból, wyrzeczenia…

Mnie na początku macierzyństwa ciężko było przejść do porządku dziennego nad tym, że nagle ja coś naprawdę muszę – wstać w nocy, nakarmić. Dlaczego moją wolność tak makabrycznie ograniczono?! Czułam, że wokół powstał mur, a ja nie mogę wydostać się na zewnątrz. To być może był efekt zbyt rozpasanego indywidualizmu, w jakim żyłam. Ale cierpienie matek jest realne – i nawet, że się tak wyrażę, rekomendowane. Funkcjonujemy w świecie, w którym z byciem matką zazębia się cierpienie. Dobra matka nie może doznać za wiele przyjemności.

Dlaczego nie mówi się o cierpieniu ojców?

To zakorzenione kulturowo. Owszem, ojcowie teraz bardziej się angażują, ale nadal w większości przypadków… pomagają. Co to w ogóle znaczy?! Oczywiście sama ulegam tej kulturowej presji. Dużo czasu zajęło mi na przykład przyjęcie, że zasługuję na to, by wieczorem wyjść, odpocząć, wyjechać. Miałam wyrzuty sumienia, bo mąż ciężko pracuje całymi dniami, a ja przecież mam elastyczną pracę. A teraz po prostu wpisuję moje wyjście w rodzinny kalendarz. Przezwyciężenie poczucia winy jednak wiele mnie kosztowało. Dojrzałam w końcu do tego, że też mam prawo do przyjemności.

Tyle strachów, a w końcu je przezwyciężamy. Może dlatego, że nigdy nie przekonamy się, jak to jest być rodzicem, zanim nim nie zostaniemy. Choćbyśmy przeczytali setki książek czy wypełnili dziesiątki testów.

Kiedy chciałam przekonać innych, żeby zostali rodzicami, mówiłam, że to jest trochę jak z pójściem na studia. Unikatowe doświadczenie. Fajnie jest mieć je w CV. Niewiele takich granicznych, całkiem przewartościowujących to, jak patrzymy na siebie i świat, doświadczeń mamy w życiu.

Studia można rzucić. I tu jest problem, bo może lepiej byłoby, gdyby dało się sprawdzić, czy nadajemy się na matkę? Uniknęłybyśmy tego żalu, który czasem się pojawia. Swoją drogą, to niesamowite, jak skrajne uczucia budzi rodzicielstwo.

Nam się tylko wydaje, że to takie skomplikowane, sprzeczne emocje. Problem polega na tym, że wyróżniamy rodzicielstwo jako osobny aspekt życia. A życie samo w sobie jest skomplikowane, wywołuje skrajne emocje, dzieci są „jedynie” jego elementem. Gdy przestaniemy patrzeć na rodzicielstwo jako coś osobnego, przestanie nas dziwić, że jest ambiwalentne. Ludzkie relacje takie są! Rodzicielstwo to organiczna część tego całego „pierdolnika” zwanego życiem.

Jakakolwiek inna relacja wywołuje tak skrajne emocje? W jednej chwili można kochać dziecko nad życie, a za chwilę mieć go całkiem dość.

Gdy myślę o rodzicielstwie jako czymś osobnym, zaczynam się spinać. Czy jestem dobrą matką? Czy wszystko robię jak trzeba? A kiedy popatrzę na dzieci jako towarzyszy na mojej życiowej drodze, spina spada. Widzę w tej relacji to, jakim jestem człowiekiem. Znacznie wyraźniej niż w relacjach z innymi, bo dzieci są wyjątkowo blisko, zależne od nas. W dzieciach życie objawia się w najbardziej znarowionej formie. Żadna inna relacja nie jest tak naznaczona ambiwalencją. Tu odbijam się jak w lustrze. Wykrystalizowana.

Kiedy to Pani zrozumiała?

Gdy urodziłam drugie dziecko. Przy pierwszym byłam świetną matką. Starałam się, szło podręcznikowo. A gdy pojawiła się córka, zaczęłam krzyczeć na starszego syna. Tracić cierpliwość. To nie ja się zmieniłam, to w nasze relacje wkradła się prawda o mnie, chociaż trzymałam się w ryzach przez tyle lat. Dobrze się stało. Przestałam parentingować, weszłam w prawdziwą relację z synem.

Jak być rodzicem bez kija w tyłku?

Mamy psychologiczną wiedzę na wyciągniecie ręki. Teoretycznie ma to pomagać, tymczasem… jeszcze bardziej wsadza kij w dupę. Czujemy potężną presję, a każdy błąd powoduje wyrzuty sumienia, potworne poczucie winy. Dlaczego tak trudno po prostu być rodzicem?

Tej wiedzy jest ogrom i bywa sprzeczna, to powoduje konflikty. Weźmy choćby jedzenie. Wiadomo, jak zwolennicy BLW ocenią mamę karmiącą papką ze słoja. Podobnie z karmieniem piersią i butelką. A przecież patrząc na biegające po placu zabaw sześciolatki, nie wiemy, który jak był karmiony. To nie ma znaczenia! Nadmiar informacji paraliżuje. I wracamy do atawizmów: nie wiem co zrobić, to wrzasnę.

Wyrządzamy sobie krzywdy porównywaniem. Niby szukamy inspiracji u innych, a potem czujemy się gorsi, bo mogliśmy zrobić z dziećmi jeszcze to, tamto. Jak się z tego uwolnić?

Bardzo trudno. Wciąż przydajemy wielką wagę rzeczom, które nie mają znaczenia. A przecież jeśli zapiszemy dziecko na judo, karate, to ono najprawdopodobniej w końcu to rzuci i zacznie grać na gitarze. I dochodzi do tego rodzicielski narcyzm: nam się wydaje, że mamy na wszystko wpływ. Że jeśli dobrze zajmiemy się dzieckiem, to ono będzie bezpieczne do końca życia, będzie lepsze i mądrzejsze. Jasne, są ramy tego, co jako rodzice powinniśmy dziecku zapewnić, ale niestety to, czy upieczemy z nim ciastka, czy raczej pójdziemy do muzeum, nie ma najmniejszego znaczenia. Mamy nadzieję, że mamy władzę, a de facto mamy jej niewiele.

Projekt dziecko

Władza to kreowanie. A dziecko to przecież projekt. Co gorsza, tu szans mamy niewiele, bo i dzieci mało.

Nie tylko dzieci traktujemy projektowo, całe nasze życie jest projektem. Jest tyle możliwości konsumpcyjnych, tyle sposobów na progres. Warto jednak zaznaczyć, że kiedy narzekamy na to, że parenting stał się pracą, a dziecko projektem, to mówimy o zachodniej klasie średniej. Bo są kraje, gdzie problemem ludzi jest to, jak przeżyć, a nie jak osiągać kolejne poziomy rodzicielskiej doskonałości.

Projektowanie nie pozwala dziecku być dzieckiem, a rodzicowi „zwykłym”, przeciętnym rodzicem.

Mój najstarszy syn zaczął czytać później niż ja i mąż, jak byliśmy mali. Gdy miał już cztery lata i ani w ząb nie czytał, zaczęłam się wewnętrznie spinać. I wtedy przyszedł zbawienny wstyd: co ja w ogóle robię? Czego od niego oczekuję, na Boga? Ta spina wynika też z tego, że kobiety wykształcone, w kapitalistycznym społeczeństwie, mają odnieść sukces. Nagle pojawia się dziecko, więc gdzie włożyć tę całą energię, jaką zmobilizowałyśmy na poczet wyścigu szczurów? Idzie w dziecko. Ono staje się wyznacznikiem statusu społecznego. Te pytania, do jakiej szkoły chodzi, na jakim gra instrumencie…

A bliscy chętnie wytkną błędy. Z automatu doklejamy sobie łatkę złej matki. To pancerz ochronny?

Kontrkultura złych matek powstała jako reakcja na nadmierne oczekiwania i polega na niszczeniu stereotypów za pomocą ironii. Popieram ten ruch, bo pozwala kobietom na własnych warunkach umościć się w kulturze. Ale są tam kolejne stopnie zniewolenia w stereotypie. „Jestem matką wyrodną” – dlaczego matka zawsze musi być jakaś, a nie może być po prostu sobą?

To jak odnaleźć siebie?

Takie z nas stworzenia, że nie możemy pozostawać całkowicie obojętne wobec norm, więc jest to trudne. Ale jako odtrutkę na te wszędobylskie normy czytajmy inteligentne kobiety, jak Rachel Cusk, które piszą o rodzicielstwie z prawdziwej, płynącej z trzewi literackiej perspektywy. One pokazują nowe możliwości bycia, poza stereotypowymi. To rozszerzające perspektywę, uzdrawiające. Trzeba mieć możliwość ponurzania się z kimś w tym cieniu, jaki ciągnie się za nami.

Niezmierzenie się z cieniami może się źle skończyć. Jak w przypadku bohaterki filmu „Córka” (film na podstawie powieści Eleny Ferrante, w którym główna bohaterka zmaga się m.in. z wyrzutami sumienia spowodowanymi opuszczeniem przez nią córek. Kobieta zostawiła je na kilka lat z ojcem, w tym czasie rozwijała karierę naukową). Trzeba odetchnąć, pogodzić wołanie świata i dziecka, by nie uciec ostatecznie?

Kiedy poznamy swój cień, mniej się boimy. Trzeba nauczyć się przytulić w sobie chwile zwątpienia, nienawiść, zdefiniować straszną prawdę wyłaniającą się z duszy. To naturalny cień tego, kim jesteśmy. Gdy go zrozumiemy, będziemy bardziej prawdziwi. A kiedy go odpychamy, on w końcu wyskakuje i nas pożera.

Czy rodzice mają szansę na… radość?

Nie umiemy mówić o rodzicielstwie z radością?

Nie bardzo! Piszę o tym na końcu książki, zresztą po esejach, w których przecież i ja opisuję wszystkie swoje trudy i cierpienia. Owszem, w świecie Instagrama obecna jest rodzicielska radość. Ale wśród kobiet poszukujących, czytających, bardziej wykształconych mówienie o radości jest niepoprawnym ukłonem w stronę instagramowej nieprawdy. One teraz mówią głównie o smutku, żalu, chęci ucieczki. Tak, trzeba pokazać i to. Ale dzisiaj proszę o kawałek dobrego tekstu o tym, jak fajnie jest z dzieckiem. Dobra literatura, jakościowa kultura raczej demaskuje rodzicielstwo, niż je gloryfikuje. Rozumiem to, ale brak mi tej radości.

Skoro rodzic ma być jej strażnikiem, a nie beneficjentem, to jak tu się radować?

Ja się często cieszę. Czasem aż mi wstyd. Jest wiele cudnych rzeczy, które można zrobić, bo ma się dzieci. Moja siedmiolatka czyta teraz Narnię, na której punkcie ja mam fioła. Nie mogę więc doczekać się wieczornego czytania. Ostatnio byłam w pokoju zagadek Narnii. Powinnam pozwolić iść dzieciakom samym, być strażnikiem radości, a ja śmiałam iść razem z nimi i czerpać radość z rodzicielstwa. Ach!

*

Karolina Lewestam – filozofka, publicystka, pisarka. Obroniła doktorat z etyki na Boston University. Autorka tekstów, które ukazywały się w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Gazecie Wyborczej”, „Opcjach”, „Pressie” i „Kukbuku”. Członkini redakcji magazynu „Pismo”, dla którego pisze eseje i rysuje komiksy. Pięciokrotnie nominowana do nagrody Grand Press. Autorka książek „Pasterze smoków. Rodzice kontra świat” oraz „Mała Księżniczka”, opartej na motywach „Małego Księcia”. Matka trójki dzieci, które wychowywała trochę w USA, trochę w Polsce i trochę w Anglii. 

Marta Brzezińska-Waleszczyk – jeśli czegoś nie czyta, to pisze. Można ją zobaczyć z nosem w książce albo klikającą w klawiaturę. Mama Franka, z którym odkrywa na nowo samą siebie i świat. Także zawodowy, bo po urodzeniu tego żywego srebra tematy macierzyństwa, rodzicielstwa, edukacji, psychologii, wychowania stały się jej pasją. Prowadzi audycję radiową dla małych słuchaczy. Uwielbia dobry teatr i kino, jej pasją są podróże – małe i duże. 

Dodaj komentarz