rodzice mówią siostrzeństwo

Powiem ci, siostro…

kobiety radzą kobietom

Powiem ci, siostro…

Sisterhood. Fajnie wygląda jako napis wyszyty na białym T-shircie. Dodaje nam sił na czarnych protestach, nie pozwala przymykać oczu. Siostrzeństwo najlepiej sprawdza się na co dzień, w telefonie, na który nie czekałaś, w spotkaniu, w dobrym słowie, w bliskości, gdy tak bardzo upierasz się, że ze wszystkim poradzisz sobie sama.

Siostry drogie, oddajemy wam dziś głos. Nie dlatego, że marzec, że bukiety, ba, nawet i spektakularne kolejki pod kwiaciarniami na 8 marca. Prędzej dlatego, że w jego siłę tak często wątpicie. Stoję w księgarni przed półką z poradnikami, które wylewają na mnie tysiąc zaleceń „jak być spełnioną matką, żoną, szefową, kochanką i kulinarną mistrzynią, najlepiej w duchu zero waste” i czuję, że jedna dobra rada od znajomej warta jest więcej niż tysiące stron. Zwłaszcza, że nie przyznam się tak łatwo przed sobą, że tej rady potrzebuję – Zosia Samosia to imię co drugiej z nas. A przecież bycie w kręgu innych kobiet to plemienna forma wsparcia, praktykowana od zawsze.

Oto dziewięć kobiet, dziewięć mam, silnych w mądrość i życiowe doświadczenie, gotowych podzielić się dziś z wami swoją radą. Powiem ci siostro, że…

kadr z filmu „Frances Ha”

*

KAROLINA GŁUCHOWSKA – WŁAŚCICIELKA MARKI OPLOTKA I PODRÓŻNICZKA 

Odkąd jestem świadomą siebie i swoich wartości kobietą, w życiu towarzyszy mi pewne zdanie: „Wolę żałować tego, co zrobiłam, niż zastanawiać się, co by było, gdyby”. Może nierozsądne, może nastoletnie… na pewno moje i właśnie z tą myślą całe #czworonas podróżuje po świecie. Wszystko, co nas otacza, zachęca swoim zapachem, czaruje kolorem, ciekawi fakturą – jest zbyt piękne, żeby to przeoczyć przez obawy, którymi ktoś nas karmi. Każdy z nas jest panem swojego losu i choć może się to wydawać trywialne, tak właśnie jest. Nasze życie to konsekwencje naszych wyborów. Czasem warto zwizualizować sobie obawę i rozdzielić na czynniki pierwsze. Wtedy nagle okazuje się, że to, co wydawało nam się tak straszne, jest dla nas totalnie do dźwignięcia i w zasadzie wcale nas nie przeraża. A rada podróżnika? Na „wyprawę” spakuj połowę tego, co wydaje ci się potrzebne. Dam sobie uciąć rękę, że i tak z tego nie skorzystasz!

fot. Czworonas

 

*

MARTA MAJCHRZAK – PSYCHOLOŻKA, BADACZKA, WŁAŚCICIELKA OH LALA

Siostrzeństwo to pojęcie wspólnoty, porozumienia lub solidarności między kobietami. „Siostrzeństwo” jest często używane w ruchach kobiecych, feministycznych, jako przeciwwaga dla rywalizacji, którą narzuca kobietom patriarchalna kultura. Staram się praktykować siostrzeństwo, bo wierzę, że jest tego warte.W pracy próbuję budować z kobietami sojusze, na ulicy i w komunikacji miejskiej i w social media próbuję z otwartością i życzliwością rozmawiać. Nie oceniać, nie porównywać się. Nie rywalizować, tylko iść swoją ścieżką, która z oczywistych powodów będzie różna od pozostałych. W praktykowaniu siostrzeństwa najważniejsze i najfajniejsze jest dla mnie dzielenie się doświadczeniami i wspieranie się.

Próbuję być wyrozumiała dla siebie, kiedy mi się siostrzeństwo nie udaje. Kiedy mi nie wychodzi, staram się po prostu spróbować jeszcze raz. Staram się też być wyrozumiała dla innych kobiet, kiedy próbują mi dokopać. Moja rada? Wzięłam sobie fajną zasadę od dziewczyn z Extension Rebellion: „Unikamy obwiniania i zawstydzania: żyjemy w toksycznym systemie, ale żadna poszczególna jednostka nie jest temu winna”.

fot. Vivian Maier

*

MONIKA GARBOŚ – TRENERKA CROSSFIT

My, kobiety wymagamy od siebie samych i od siebie nawzajem bardzo dużo. Nie dajemy sobie przestrzeni na błędy, zaniedbania, gorsze dni czy lenistwo. Nam to po prostu nie przystoi. Nie wypada też robić czegoś tylko dla siebie. Bo to niedojrzałe, nieodpowiedzialne… Mamy przecież dzieci, mężów, oni są na pierwszym miejscu. Z takim schematem spotykam się najczęściej na co dzień. W swojej pracy obserwuję wiele kobiet, niektóre z nich są na moich treningach od wielu lat. Najczęściej wpadają w ostatniej chwili, pod koniec treningu już myślą o tym, co zrobią na obiad, i wybiegają bez prysznica, bo szkoda czasu. Jednak ta godzina resetu dodaje im tyle energii, że mimo zmęczenia fizycznego, psychicznie są w stanie przenosić góry!

Dlatego tak bardzo warto robić coś tylko dla siebie. Choć trochę, choć w biegu, ale postawić się przez chwilę na pierwszym miejscu. Być dla siebie najważniejszą. Ruch jest do tego cudownym, magicznym wręcz narzędziem! Dla mnie najważniejszą motywacją treningową jest sprawność. Kiedyś był to wygląd. Wtedy często się irytowałam. Wystarczył gorszy dzień, krótka przerwa w ćwiczeniach, święta lub wakacje i idealna sylwetka znikała.

Dziś cieszę się sprawnością i to ona jest moją główną motywacją. Wyznaczam sobie kolejne cele, a kiedy je osiągam, wiem, że już nic mi ich nie odbierze. Silne, elastyczne ciało, które potrafimy kontrolować, to wartość na całe życie. I nie podlega ocenie, tak jak wygląd, który jest subiektywny.

kadry z filmu „Thelma i Louise”

*

MAŁGORZATA BĄK – WŁAŚCICIELKA STUDIA UFMED

Naucz się priorytetyzować siebie bez poczucia winy. Regularne i cierpliwe dbanie o swoje ciało, bez presji błyskawicznych efektów, ale za to z czułością i przyjemnością, pozwala znosić nie tylko stres fizyczny, ale i emocjonalny. Dzięki temu będzie ci się lepiej i żyło ze sobą, i budowało relacje z innymi.

fot. Garry Winogrand

*

MAJA NASKRĘTSKA – STYLISTKA MODY, MAGAZYN ELLE

Każda z nas ma za sobą trudny okres, w którym potrzebowała wsparcia: praca, związek, macierzyństwo, zwykła codzienność. Zastanawiałam się nad tym dłużej i przypomniałam sobie moment, kiedy było mi naprawdę ciężko i miałam wszystkiego dosyć. Ze wszystkich stron słyszałam, że jestem twarda i zawsze daję sobie radę, dlatego jedyne, co mnie uratuje, to bycie silną i czekanie, aż wszystko się ułoży. W pewnym momencie, kiedy kolejny raz słyszałam „BĄDŹ SILNA” coś mnie tknęło. To było coś w rodzaju gniewu i wewnętrznego buntu: dlaczego zawsze mam być silna?! 

Kobiety powinny w tych czasach twardo stąpać po ziemi – tego się od nich wymaga. Chcąc sprostać tym oczekiwaniom, wmawiając sobie „dam radę mimo wszystko, zagryzę zęby i jakoś to będzie”, zapominają o tym, że wszystko ma swój limit. Nasza energia też.

To, co każda z nas chce usłyszeć w najtrudniejszych chwilach, kiedy mamy wszystkiego dość, to „wyluzuj, jest ciężko, ale pozwól sobie na chwilę słabości. Nie walcz z tym”. Ta słabość to nic złego. To moment, w którym możemy wyłączyć swoje dążenie do bycia doskonałą, zejść z toru wyścigu superbohaterek, które ze wszystkim muszą sobie poradzić, by być akceptowane i podziwiane. Każda z nas ma w sobie „moc” – to jest pewne. Ale wspieranie jej jest nieco prostsze i bardziej limitowane niż pozwolenie sobie na uwolnienie „słabości”. To jest chwila na oczyszczenie, przemyślenie niektórych sytuacji, dopuszczenie do siebie myśli, które blokowałyśmy, i danie sobie przestrzeni i czasu na naładowanie akumulatorów. To nie powinno być wstydliwe, i nie jest upokarzające – to jest po prostu LUDZKIE. 

Dlatego wspierajmy, się nie tylko mobilizując do bycia silną, bo są sytuacje, kiedy źródła tej siły się kończą. Wspierajmy się wtedy, kiedy nie mamy siły już dalej być silną. Moment słabości to ten, który wymaga najwięcej zrozumienia i akceptacji drugiej osoby. 

fot. Peter Lindbergh

*

KATARZYNA PŁAZA-PIEKARZEWSKA – POŁOŻNA

Pasjonuję się tematyką związaną z karmieniem piersią i laktacją. Co poradziłabym bliskiej sobie kobiecie w tym zagadnieniu? Jeśli spodziewałaby się dziecka i poprosiła o radę w sprawie laktacji, to poleciłabym jej pójść za intuicją. Dać sobie i dziecku czas na nauczenie się karmienia piersią. A także zachęciła do proszenia o pomoc położne w szpitalu lub położne środowiskowe, albo – jeśli zajdzie potrzeba – Certyfikowanego Doradcy Laktacyjnego. Powiedziałabym jej też, żeby rozejrzała się i sprawdziła, czy w jej otoczeniu nie ma kobiety w ciąży, która ma podobny pomysł na macierzyństwo – obie mogą być dla siebie wsparciem w tych dobrych i tych trudnych chwilach.

fot. Agnieszka Mocarska

Ostatnio więcej mówi się – również w feministycznym aktywizmie – o wypaleniu, o przemęczeniu, o potrzebie zadbania o siebie, o odpuszczaniu, o tzw. self-care. I widzę, że z takimi potrzebami częściej zgłaszają się do nas, do Funduszu, grupy i organizacje kobiece i feministyczne, choć doświadczam tego też poza aktywizmem. Sama dopiero powoli odkrywam, co to znaczy, że jestem w zasobach. Bo do niedawna wydawało mi się, że jestem w nich zawsze. A tymczasem już dawno przekroczyłam swoje granice, próbując godzić różne obowiązki, próbując sprostać różnym (najczęściej swoim) wymaganiom i oczekiwaniom. Uczę się takiej uważności na siebie – zatrzymywania, kontaktu ze swoim ciałem, rozpoznawania swoich potrzeb i tego, co za nimi stoi. Uczę się odpuszczania i odmawiania. Chcę, żeby było mi łatwiej i nie chcę mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.

Jednocześnie nie mam zgody na to, aby mój self-care musiał wiązać się z kolejnymi zadaniami, z datami w kalendarzu, z kolejnymi aktywnościami, z wysiłkiem, na który tak naprawdę nie mam ochoty. Nie chcę, by wiązał się z jakąś koniecznością. Nie chcę też, by był luksusem dostępnym – z różnych powodów – tylko dla nielicznych. W końcu nie chcę być w nim sama. Czego w takim razie życzę sobie i innym? Chyba tego, abyśmy w tym dbaniu o siebie, w tym zatrzymaniu, widziały się i wspierały. Abyśmy były w tym razem. Abyśmy miały wokół osoby, które nas wspierają, ale również byśmy dostrzegały ludzi, którzy tego wsparcia potrzebują. Żebyśmy dbały nie tylko o siebie, ale i o siebie nawzajem.

*

MONIKA TUTAK-GOLL – REPORTERKA, WICENACZELNA „WYSOKICH OBCASÓW”

Każdego dnia, przez większość swojego życia, kładłam się wieczorem spać z poczuciem winy. Bo źle ubrałam się na zakończenie roku szkolnego. Bo założyłam za krótką spódnicę i chłopcy gwizdali. Bo założyłam spódnicę matki (dla mnie do ziemi) i sąsiedzi śmiali się, że wyglądam jak „stara malutka”. Bo chłopak, z którym się spotykałam, powiedział, że jestem „głośna”. Bo znowu powiedziałam coś, czego nie powinnam. Bo zaśmiałam się nie w tym momencie. Bo nie zareagowałam, kiedy facet krzyknął za mną na ulicy „kicia”. Bo kiedy zaszłam w ciążę, podbiegłam do autobusu i uważałam, że właśnie z tego powodu omal nie poroniłam (powód był inny). Bo poród, którego doświadczyłam, nie był naturalny (jaka czułam się wtedy niepełnowartościowa!). Bo nie od razu udało mi się karmić piersią (ile ja się namęczyłam, żeby udowodnić sobie, że dam radę). Bo jak już karmiłam, dziecko miało kolki (wmówiłam sobie, że to wina mojej diety). Bo nie umiałam szybko odstawić pieluch. Bo dawałam dziecku jajka z niespodzianką. Bo nie miałam czasu dla dzieci. Bo nie miałam czasu dla siebie, albo miałam go za dużo. Bo nie jestem wystarczająco kompetentna (która z nas nigdy sobie tego nie wyrzucała? Palec pod budkę). Bo przeczytałam za mało książek. Bo czytałam, zamiast zrobić pranie. Bo robiłam pranie, zamiast czytać. To wyrzucanie nie miało końca.

A potem okazało się, że przyjaciółka czuje dokładnie to samo. I kolejna przyjaciółka także. Że matka, babcia, znajoma, sąsiadka, ciotka, sąsiadka, wszystkie sobie coś codziennie wyrzucamy. Okazało się, że kiedy o tym rozmawiamy, czujemy się silniejsze. Wtedy potrafimy odpuścić, potrafimy nawet się z tego śmiać. Kiedy jesteśmy w tym wszystkie, łatwiej wyluzować, łatwiej oswoić lęki. Bo wsparcie daje siłę. Wesprzyj przyjaciółkę, koleżankę, znajomą: sama zobaczysz, to się szybko roznosi i pomaga. Kiedy urodziło się moje kolejne dziecko, córka, wiedziałam, czego dla niej nie chcę: nie chcę, by wzrastała w ciągłym poczuciu winy. Dlatego zrobię wszystko, by otrzymała ode mnie ogromne wsparcie. A jeśli nie do końca się uda, nie będę sobie tego wyrzucała. Ty też nigdy sobie niczego niepotrzebnie nie wyrzucaj. Nie warto.

 fot. Helen Lewitt

*

MARTA OZIMEK-KĘDZIOR, CZŁONKINI ZARZĄDU FundacjI Rak’n’Roll – Wygraj życie

Wypracowaliśmy raknrollową filozofię „Kochaj siebie!”, która opiera się na ważnych dla nas wartościach, takich jak miłość, szacunek, zdrowie, radość życia i sprawczość, a traktuje o mądrym i czułym dbaniu o siebie. Ponad 90% zachorowań na raka jest związanych z cywilizacją, co oznacza, że mniej niż 10% wynika z predyspozycji genetycznych i… to jest dobra wiadomość! Oznacza, że możemy zrobić naprawdę dużo na rzecz własnego zdrowia. No właśnie, zrobić, bo o działanie de facto tu chodzi. O codzienne decyzje, wybory i nawyki. Jak to wygląda w realu?

Zacznę od tych codziennych, bo są najprostsze i najszybciej przynoszą satysfakcję. Czytanie etykiet: każdego dnia podejmujemy dziesiątki mikrodecyzji, które produkty trafią do naszego domu, a często do naszego organizmu. Nie musimy być ekspertami, istnieje sporo aplikacji, które po zeskanowaniu składu produktu wyświetlą składniki przyjazne lub niebezpieczne/kancerogenne. Sprawa dotyczy zarówno jedzenia jak i całej, nomen omen, chemii gospodarczej. Dlatego staramy się kupować żywność jak najmniej przetworzoną i naturalną oraz biologiczne środki czystości. Im mniej składników, tym lepiej. Ważne! Na ile to możliwe, staramy się eliminować cukier. To prawdziwy przysmak raka.

Codziennie: ruch. Idealnie 30 minut dziennie lub 2 razy w tygodniu po 1 godz, ulubionej aktywności. Wiem, nie zawsze można znaleźć na to czas. Dlatego optymalnie szukajmy możliwości, żeby ruszać się w ogóle: wysiadajmy wcześniej z metra, samochodu, windy, liczmy kroki – 10 tysięcy dziennie jest OK. Do tego rodzinne weekendowe spacery.

Raz na miesiąc: samobadanie piersi. Pewnie „coś” do nich masz, ale są twoje, jedyne takie na świecie, kochaj je mądrze i czule – przede wszystkim poznaj! I co miesiąc sprawdzaj, czy nic się nie zmieniło. Jeśli nie wiesz, jak to zrobić lub nie masz pewności, czy zrobisz to dobrze, po prostu zacznij się dotykać i rób to zgodnie z załączoną instrukcją. Daj sobie margines, że pierwsze samobadania mogą być niedoskonałe, bo nie masz punktu odniesienia i doświadczenia, ale po kilku razach nabierzesz pewności.

Raz do roku: badania profilaktyczne – morfologia krwi, USG piersi, cytologia, badanie znamion. Skupię się na USG piersi u kobiet ciężarnych i karmiących, ponieważ jest kontrowersyjnym badaniem. Zgodnie z najnowszymi zaleceniami ekspertów badanie USG piersi powinny wykonać wszystkie kobiety powyżej 35 lat, które są w ciąży (I lub II trymestr) lub karmią (raz w roku) oraz te, u których wystąpią podejrzane objawy jak: guzek, obrzęk,  zaczerwienienie skóry piersi czy powiększone węzły chłonne. Kobiety poniżej 35 lat mogą rozważyć to badanie. Piszę o tym szczególnie, bo nadal pokutują silne przekonania, także w środowisku medycznym, że w tym czasie badanie USG piersi nie ma sensu. Ma ono sens i to coraz większy. Oczywiście, jeśli ktoś świadomie planuje ciążę, warto zrobić badanie przed zajściem.

Cytologia – w ciąży jest obowiązkowa i tu obowiązek badania leży po stronie lekarza. Poza ciążą same dbamy o regularne badanie podczas kontrolnych wizyt u ginekologa. Ważne! Zwracajmy uwagę, aby badanie było przeprowadzone z użyciem szczoteczki – nie wacika, nawet w czasie ciąży.

Badanie znamion – to badanie możecie wykonać u dermatologa, polega na zeskanowaniu całego ciała specjalną lupą (dermoskopem) i sprawdzeniu wszystkich znamion, które występują na skórze. Jest badaniem bezdotykowym i szybkim. Możecie także robić je ze swoim partnerem – wzajemnie oglądać swoje ciało, bo samemu trudno jest obejrzeć plecy czy pośladki. Jeśli znajdziecie niepokojącą zmianę, szybko rosnącą, o nieregularnym kształcie, udajcie się do dermatologa.

Kochajcie siebie! Mądrze i czule. Ciało jest darem i warto o nie dbać. Powodzenia! Love, Peace & Rak’n’Roll.

*

Wsparcie innych to jedno, umiejętność poproszenia o nie – to drugie, a jeszcze inny temat to przyjęcie pomocy bez poczucia, że jesteś w czymś gorsza, słabsza. Solidarność i tworzenie więzi to siła, moc, którą wszystkie mamy w sobie. Siostry, marcowy całus od nas i link do filmu, który hula od kilku dni w sieci ujmuje temat w punkt. Zobaczcie!