babytula Tulenie w tula współpraca

Tulenie Piny

O tańcu, teatrze i byciu ojcem po pięćdziesiątce

Tulenie Piny
Anna Hernik

W historii umawiania tej sesji są: trzy kwarantanny, dwa covidy i trzy przekreślone daty w moim kalendarzu. Ale na dobre spotkanie warto czekać. Dziś drzwi do mokotowskiego mieszkania otwiera nam Leszek, tata Piny i Edgara. Powiem tylko tak: zanim obudzi się mała Pina, rozmawiamy o pasji – tej do pracy i życia.

Gdyby poszedł w ślady swojej wrocławskiej rodziny, być może byłby teraz szefem kuchni. Dziś zamiast w restauracji zobaczycie go na deskach teatru lub na wykładach, które prowadzi w Warszawskiej Akademii Teatralnej. Reżyser, tańcerz, choreograf, założyciel Teatru Dada von Bzdülöw – Leszek Bzdyl sam definiuje się jako aktor, i o tej drodze do zakochania się w teatrze porozmawiamy na początku.

Zanim dojdzie do rozmów o ojcostwie, którego smak poznał po pięćdziesiątce, upłynie nam ponad godzina błogiej drzemki Piny oraz zniknie talerz drożdżówek (to ja). Przenoszę się myślami do Wrocławia lat 80. i grupy chłopaków z technikum lotniczego, którzy po spektaklu „Wesele” i z inicjatywy Leszka, zakładają z polonistką klasowy teatr. Słucham o tym, jakim wspaniałym narzędziem jest nasze ciało i jak może wyrazić każde emocje. I nie myślę już, stereotypowo, że posiadanie dziecka po pięćdziesiątce zbiega się u mężczyzny z kryzysem wieku średniego. A co w nim zmienia? Jakie nowe światy otwiera?

Podobno mogłeś zostać kucharzem?

Połowa mojej rodziny jest związana z gastronomią: ojciec to mistrz kucharski we Wrocławiu, uczony przez lwowskich kucharzy, mama przez lata pracowała jako bufetowa, wujowie to rzeźnicy… Praca w mięsie. To w sumie tak jak moja – praca z ciałem, praca z mięsem (śmiech).

Zastanawiam się, czy pamiętasz ten moment w dzieciństwie, kiedy poczułeś, że taniec i teatr to twoja pasja? 

Pamiętam zdziwienie, jakieś poruszenie małego chłopca oglądającego film baletowy, ale nie było wtedy we mnie myśli, że to coś, co chcę robić. Taniec pojawił się przez przypadek. Studiowałem we Wrocławiu historię, trenowałem sporty, choć moje ciało wtedy było dość obce i nie miałem do niego zaufania. Zainteresowanie teatrem i tańcem pojawiło się, gdy miałem 19 lat. To było pierwsze wyjście do teatru z moim technikum na spektakl „Wesele” w Teatrze Polskiem we Wrocławiu. Oglądała go cała moja męska szkoła, więc możesz sobie wyobrazić, co się działo na widowni. Patrzyłem na scenę i widziałem nieprawdopodobny wysiłek aktorów, walczących, żeby tylko to skończyć, dojechać do końca. To było intrygujące odczucie – nagle ta słabość, niedoskonałość tego miejsca mnie zafascynowała. Było przecież kino (znakomity Pasolini), książki, sport, ale to teatr nagle wypełnił moje życie – w mojej głowie pojawiło się coś, czego nie umiałem zracjonalizować. Wróciłem ze spektaklu i zapytałem moją polonistkę z technikum: A może założymy kółko teatralne? Odparła: Oczywiście!

Koledzy z klasy nie wyśmiali pomysłu?

Nie, co więcej – nagle okazało się, że połowa z nich miała jakieś ukryte talenty. Część chłopaków z klasy pisała wiersze, ktoś tam okazał się wirtuozem gry na fortepianie. Lotnicze Zakłady Naukowe – to była naprawdę dziwna szkoła, przyciągała specyficznych ludzi. I wyobraź to sobie: jest rok ’83 i ta banda 15 chłopaków nagle wystawia spektakl o wolności. Wzięliśmy na tapet piosenki Kaczmarskiego i wiersze Herberta – oczywiście cenzura zastopowała to po pierwszym spektaklu.

Potem były teatry studenckie, bywało, że siedziałem na salach po 5 dni w tygodniu. Czułem, że robię to dla siebie, nie czułem, że mógłbym to kiedyś robić zawodowo. Po trzecim roku studiów, trochę z ciekawości, poszedłem na egzaminy do Szkoły Aktorskiej i po kolei je zdawałem. W tym samym czasie Henryk Tomaszewski, dyrektor Wrocławskiego Teatru Pantomimy, robił nabór do studium pantomimy. Ściągnął mnie tam mój przyjaciel – wiesz, to robiło wrażenie – sam mistrz Tomaszewski. Finalnie przyjął mnie do grupy, choć ja absolutnie niczego wtedy nie umiałem! Dziś opowiadam studentom, żeby ich motywować, że gdy miałem 23 lata, moje dłonie podczas skłonu ledwo sięgały za kolana… I wywracałem się przy drążku!

Miałeś wówczas dylemat: taniec czy aktorstwo?

Tak. Tu trzeci rok historii, aktorstwo, na które się dostałam, no i pantomima… Nie pogodziłbym wszystkiego. Postanowiłem zostać na historii i zacząć przygodę z pantomimą, która przychodziła mi tak jakoś naturalnie. Wiedzę z pantomimy przekazywałem dalej moim przyjaciołom w teatrze offowym i nagle okazało się, że ta moja droga do teatru prowadzi przez ciało. Potem to już popłynęło. Nawet trochę stało się przekleństwem, bo nigdy nie uważałem siebie za tancerza, tylko aktora, który świadomie używa ciała. Próbowano mnie jednak szufladkować jako choreografa. Ja jestem, czuję się aktorem, człowiekiem teatru, który nadaje większą wagę ciału – to stąd wychodzą wszystkie działania aktorskie, to narzędzie, które niesie wszystkie nasze emocje. I tego uczę dziś na Akademii Teatralnej. Oczywiście dla wielu nadal jest tak, że jeśli ktoś padnie na podłogę i wstanie płynnie bez, to już jest to taniec współczesny. Podejście do roli ciała w aktorstwie się zmienia. Jestem w tej profesji trzy dekady, kiedyś były sztywne podziały, dziś ludzie inaczej traktują swoje ciało, swoją seksualność. Fizyczność nie jest obudowana takim tabu jak kiedyś – spójrz nawet na popularność jogi czy pilatesu – to zmieniło naszą kulturę ciała.

Czyli jesteś magistrem historii i…

I zrobiłem eksternistyczny egzamin na aktora mima.

Czy dochodzimy powoli do momentu, kiedy w twoim życiu pojawią się dzieciaki? Opowiadasz o momencie „wypełnienia” pracą. Nie używasz słowa „wypalenie”.

Mam za sobą 35 lat pracy scenicznej, koło pięćdziesiątki pojawiło się poczucie wypełnienia, poczucie, że wkrada się rutyna, że znika ryzyko, pewne rozwiązania się powielają, nie jestem w stanie wygenerować nic radykalnego. To nie było znużenie czy zmęczenie teatrem, ale taka myśl, że niewiele nowego się już wydarza. Wtedy pojawiły się dzieci. Pytasz, czy to był ten właściwy moment? Nie pojawiły się wtedy, w momencie burzy i naporu, kiedy walczyłem, żeby powiedzieć zawodowo „tu jestem”. Nie chciałbym, żeby były kulą u nogi, która powoduje poczucie winy, że nie spędzam z nimi wystarczająco dużo czasu, bo to właśnie praca wypełnia moje życie. Dziś jest inaczej. Nie zamykam żadnego rozdziału na scenie, ale też nie muszę już niczego nikomu udowadniać. Właśnie wtedy pojawili się ci mali ludzie…

Otworzyłeś drzwi do czegoś nowego.

To jest zupełna nowość, ja teraz dla nich uczę się śpiewać, opowiadać.

Albo uczysz się imion z Psiego Patrolu! (śmiech)

Tak i tego, jak te psy mówią – Marshall mówi nisko, a Chase wysoko. Tak sobie czasem rozmawiamy z Edgarem. Choć na marginesie – zastanawiam się często, jak coś tak brzydkiego może budzić tyle sympatii u dzieci. Byłem z Edgarem na tym w kinie, pędziliśmy, żeby zdążyć do Luny. Mieliśmy bardzo piękne przedpołudnie, spędzone na uśmiechach i rozmowie, a po seansie była tylko histeria, nerwy, przebodźcowanie. To chyba na dzieciaki teraz spada za wcześnie, nie maja filtra, żeby te bodźce przetrawić. To jest nieuchronne, ale są za mali. Zdecydowanie wolimy kolorowanki. No i w łazience żyją obecnie dmuchane pingwiny… Z imionami psów jeszcze jest łatwo, większy problem mam z nazwami dinozaurów (śmiech).

Podobno Edgar recytuje monolog Hamleta?

To zabawna historia. Jakiś czas temu zacząłem mówić mu fragment „Być albo nie być”. Co jakiś czas sobie to mówimy razem: ja zaczynam, on kończy. Kiedyś recytowałem: jest li w istocie szlachetniejszą rzeczą znosić pociski zawistnego losu czy też… a Edgar kończy nagle: rogalika zjeść! No i sprowadził pięknie dylemat egzystencjalny na ziemię! Rozkoszne rozwiązanie uwolniło Hamleta z cierpienia…

Niedawno rozmawiałam o ciąży u dojrzałych kobiet. Jesteśmy wciąć dość krytyczni wobec decyzji o macierzyństwie w późniejszym wieku. Czy ciebie spotkały jakieś niemiłe komentarze w związku z rodzicielstwem? Mężczyzn chyba to tak nie dotyka.

Ja tak od zawsze zabezpieczam moje życie prywatne, immunizuję się na oceny innych… Być może oni sobie coś mówią, ale ja nie prowadzę tej rozmowy. To jedynie rozwiązanie. Mam się tłumaczyć, mam oczekiwać, że ktoś powie, że jestem herosem, bo idę z wózkiem? To dość żałosne. Idzie facet z wózkiem – czy to jest heroizm? Jestem babą z bloku, wszystko mam na oku, to wdzieranie się w czyjeś życie, te pudelki – to nie dla mnie. Ja się zawsze dowiaduję ostatni o rozstaniach, ślubach, nie śledzę tych portali. A wiek? Nie wyglądam na starca, nie zdarzyła mi się jeszcze sytuacja „czy to pana wnuczek?” (śmiech). Ale z drugiej strony – od początku, gdy Milena była w ciąży, sam ze sobą prowadziłem taką zabawną narrację o dziadko-ojcu, mówiłem do przyjaciół: słuchajcie, przestanę pchać wózek, kiedy będę miał 60 lat. Mnie to nie deprecjonuje. Poza tym obracam się w kręgu aktorskim, różnice wiekowe nikogo nie gorszą.

Podoba mi się to słowo wypełnienie. Bo miałam w głowie kalkę – kryzys wieku średniego, wypalenie, potem dzieci.

Jedni uważają szklany sufit za coś negatywnego, inni za rodzaj wypełnienia. Ja zrobiłem mnóstwo przedstawień w moim życiu, 70 realizacji choreograficznych w teatrach, objechałem świat. Mam świadomość, że nie zrobiłbym tego przy dzieciach, to się działo przy absolutnym, pełnym sfokusowaniu się na pracę teatralną. Na szczęście się zmieniamy, ja sam poznaję siebie na nowo co dekadę. Jako dwudziestoparolatek robiłem sto projektów naraz, potem pojawiła się selektywność, coraz większa – teraz wiem, że warto szukać rzeczy, które dają lekkość, sprawiają po prostu przyjemność.

Zabierałeś dzieci do pracy, do teatru?

Gdy urodził się Edgar, pojawiła się nagle taka fajna umiejętność dzielenia rzeczywistości: jest czas mocno skoncentrowany na próbie, a potem, po wyjściu, jest czas na oczyszczenie głowy z pracy, na dom, dzieci. Kiedyś przenosiłem pracę do domu, emocje z prób, za co zresztą byłem regularnie punktowany przez Milenę. Teraz są dwa światy, razem z Edgarem to się tak naturalnie wyczyściło.

Zdrowe podejście, trzeba do niego dojrzeć.

W cywilizowanym świecie jest coś takiego jak poważny urlop tacierzyński, na przykład dostajesz stypendium ministerialne czy artystyczne nie po to, by robić wtedy dzieło, ale właśnie, by go nie robić. U nas nie ma takiego systemu.

Gdybym się z tobą spotkała 15 lata temu, to…

Spotkałabyś się z pracoholikiem, taką opinię miałem w środowisku. W wieku 43 lat zrobiłem sobie pierwsze wakacje niezwiązane z teatrem. Teraz pozwalam sobie na… (… na wakacje z dziećmi, takie to wakacje! – dodaje, śmiejąc się Milena). Kończąc temat ojcostwa dojrzałego, pracy – świat się zmienia, ale za nami ciągną się stare schematy, co i rusz ktoś nas chce wepchnąć w modele z XIX wieku.

Ostatnie pytanie o imię córki: Pina to hołd dla wielkiej niemieckiej tancerki Piny Bausch. To twój pomysł?

Zaskoczę cię – to Milena chciała! Myślę, że ktoś spoza środowiska nie ma pojęcia, o kogo chodzi, mimo że to była prawdziwa cesarzowa.

Dla mnie to piękne imię. Nie wiem, kiedy przeleciał ten czas, Pina się obudziła. Idziemy na spacer?

Pina jeszcze jedną nogą w śnie, my szykujemy się na krótki i mroźny spacer po uliczkach starego Mokotowa. W domu pod ręką aż dwie Tule – to jest chyba bardzo tulone dziecko. Mam poczucie, że wszystko w życiu pojawia się w odpowiednim czasie, na tę rozmowę też było warto poczekać.

W sesji Leszek tuli Pinę w nosidle w leopardzie wzory Coast Leopard.

*

Materiał powstał we współpracy z marką Baby Tula.

Dodaj komentarz