babytula Tulenie w tula współpraca reklamowa

Tulenie Heleny

Kadry czulsze niż ISO 3500

Tulenie Heleny
Sławek Kamiński

Marta Rybicka, fotografka, świeżo upieczona mama Heleny. Doświadczyła trudnego porodu, kryzysów laktacyjnych, intensywnego połogu, ale to nie burzy jej życia. Wiesz, że nie odczuwam żadnych traum związanych z moją nową rolą w życiu? – zaskakuje wyznaniem. Może moje zdjęcia i posty będą dla kogoś wsparciem?

Jej zdjęcia przepełniają intensywne emocje. Marta Rybicka, fotografka i laureatka nagrody Grand Press Photo dokumentowała wielką powódź, życie mieszkańców po trzęsieniu ziemi na Haiti, trudne relacje w pandemii. Dużo w jej kadrach miłości, intymności, teraz też tej matczynej – od niedawna sama jej doświadcza. Odkrywa ją każdego dnia, z ciekawością i głodem doznań, zachwytem tych pierwszych razów. I choć poród, połóg, pierwsze miesiące wcale nie są dla niej łatwe, nie namówię jej na opowieść o niedoli, trudach, braku sił, które tak często podglądamy w mediach u innych mam.

Nie mieści się w mojej naturze zdanie: nikt mi o tym nie powiedział, że będzie trudno… Jestem matką, sama podjęłam o tym decyzję, więc robię wszystko, aby było dobrze. Razem ze Sławkiem, krok po kroku. A jak jest? Dużo tulenia, czułości, dużo karmienia, zauroczeń, uczenia się siebie nawzajem. Zresztą jej zdjęcia to lepiej dokumentują niż słowa.

Dziś spotkanie z serii #tulenie w Tula z Martą w obiektywie jej partnera Sławka Kamińskiego, też fotografa. A premierę ma u nas seria nosideł Tula Hemp wykonanych z mieszanki tkaniny konopnej (najbardziej wytrzymałej!) oraz organicznej bawełny – miks, który daje niezrównaną miękkość i regulację temperatury. 

O macierzyństwie można w mediach opowiadać na wiele sposobów. Cukierkowo, z grubą warstwą lukru, ale też pokazać samo życie, baby blues, samotność. Ty dokumentujesz to po swojemu.

Tak, bo moja historia jest właśnie taka. Wokół mało pozytywnych świadectw, a moje odczucia są zupełnie inne. Nie mam z tym problemu, że uczę się wszystkiego od początku, bo nigdy nie miałam do czynienia z tak małym dzieckiem. A zdążyłam już doświadczyć tego, co nie jedna świeżo upieczona mama: porodu naturalnego zakończonego pilnym cesarskim cięciem i ogromnego bólu brzucha przez ponad miesiąc, wstawania w nocy po 10 razy, kryzysów laktacyjnych, intensywnego połogu, strachu i wręcz traumatycznych snów, że gdy będę Helenę nosić, to się potknę i przewrócę…

Ale już od początku ciąży starałam się we wszystkim zachować spokój, kierować się głównie intuicją i zdrowym rozsądkiem. Bo w końcu nie mam 20 lat i wiem, że to w trudnych sytuacjach zawsze pomaga. Więc każdy dzień z Heleną jest po prostu cudowny. Uwielbiam nasze codzienne rytuały, każdy jej uśmiech, każdy zapach. Tęsknię za nią, gdy za długo śpi. Tyle dobra wokół Niej, że nie sposób się tym nie cieszyć. Bez względu na wszystko!

Znam takie lekkie unoszenie się nad ziemią mamy niemowlaka! Czasem jednak są twarde lądowania, co najbardziej zmieniło się teraz w twoim życiu zawodowo? Prywatnie?

Wiesz, od samego początku czułam się bardzo przygotowana do bycia mamą. Zawsze lubiłam dzieci, prowadziłam warsztaty fotograficzne dla najmłodszych… Ale po dwóch tygodniach od momentu, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, przez trzy kolejne poranki płakałam… że już nigdy nie spędzimy razem całej nocy na plaży, gdzieś daleko, z winem, w ciepłych krajach, nie potańczymy na dyskotece czy nie zmokniemy, czekając na stopa. Ale po pierwsze już tego wszystkiego zasmakowałam i to bardzo, a po drugie, po urodzeniu Małej tańczymy na wszystkich koncertach plenerowych, szwendamy się po plażach i parkach, zwiedzamy i relaksujemy się jak nigdy…

Hej, żadnych kryzysów?

Pytasz o związek? Moim zdaniem, jeśli jest on NAPRAWDĘ – niewiele się zmienia. Wybieramy siebie pod kątem różnych potrzeb i emocji. Jeśli one są spełnione, to macierzyństwo tego nie zburzy. A podstawą wszystkiego jest przyjaźń i bliskość. Nasz dzień jest różnorodny, raz poznajemy nasze dziecko od mrugnięcia okiem podczas snu po prozę dnia codziennego, a innym razem pokazujemy jej swój świat. Raz mówimy w jej języku, powtarzając jej dźwięki, a potem w swoim – całymi zdaniami, bez zdrobnień i zbędnych zniekształceń. Myślę, że taki balans u nas bardzo się sprawdza. Teraz pewnie wszyscy będą chcieli nas „powiesić”, ale Helenę zabieramy dosłownie wszędzie. Już od pierwszego tygodnia na spacery, a gdy skończyła miesiąc, była z nami na ślubie naszych znajomych, który fotografowaliśmy. Helena była już z nami także podczas wielu sesji w studio. Ale oczywiście wciąż pamiętamy, że Ona jest najważniejsza.

No właśnie porozmawiajmy o fotografii. Gdy pytam fotografki o początki ich pasji to scenariusz często jest podobny: pierwszy aparat od taty, kółko w szkole, zmiany po urodzeniu dziecka…U ciebie wszystko zaczęło się od dokumentowania skutków trzęsienia ziemi na Haiti. Jest w tobie olbrzymia dawka wrażliwości, ale też i potrzeba społecznego zaangażowania.

Pochodzę z małego miasta pod Krakowem. Mój świat na początku był więc dość mały. Później doszło mnóstwo dodatkowych zajęć, dwa kierunki studiów, szkoła muzyczna, sporty – nauczyły mnie bycia w ciągłym biegu. Londyn z ambicjami zarobkowymi i szlifowaniem języka. Wolnego czasu nie miałam wcale. I przyszedł moment, kiedy wolności zapragnęłam tak bardzo! Zaczęłam podróżować. Sama – bo nie lubię marudzenia. Z aparatem. Pociągały mnie niepopularne miejsca i tematy. Zaczęłam rozmawiać z ludźmi, interesować się ich historiami. W 2010 roku dotarłam na Haiti, zaraz po trzęsieniu ziemi. I tam się zaczęło. Poczułam, że niczego się tam nie boję. I jeśli już mam fotografować, to rzeczy ważne, takie jak np. ludzi radzących sobie w ekstremalnych sytuacjach.

Szkoliłaś się, by jechać na wojnę…

Tak, chciałam pojechać na wojnę. Przeszłam wszelkie szkolenia. Ale nie pojechałam, jednak się bałam. Za to umiałam o niej słuchać, od żołnierzy czy uchodźców, i to fotografować. Potem zaczęłam fotografować emocje w pozytywnych sytuacjach, bo media karmią nas jedynie sensacjami. To już na nas nie działa. A mogą podziałać te pozytywne, których jest mało. Dlatego fotografuję bliskość, miłość, wieloletnie związki (jedna z par podziękowała mi, że znów zaczęli się przytulać, jedna się sobie oświadczyła, kolejna powiesiła intymne zdjęcie w domu w widocznym miejscu). Fotografuję też matki z córkami, pary staruszków, którzy spotkali się w czasach wojny i okupacji, pytając ich jednocześnie, co zrobić, aby było w związku dobrze. Promuję takie wartości. Proste, podstawowe, fundamentalne, wracające do korzeni.

Pandemia nie była dla fotografów łaskawa. Ciebie lockdown zainspirował do zupełnie nietypowego projektu, nagle okazało się, że można stworzyć historie, łącząc się z ludźmi tylko przez ekran – tak powstała seria „Bez dystansu”. Co z niej wyniosłaś dla siebie najważniejszego? 

Ta seria powstała również z moich fotograficzno-społecznych doświadczeń. Ludzie nagle musieli na nowo nauczyć się ze sobą być – bez wychodzenia do pracy i spotykania się wyłącznie na śniadaniach i kolacjach lub nawet rzadziej. To zweryfikowało wszelkie relacje: damsko-męskie, rodzinne, przyjacielskie. Postanowiłam sfotografować te rodziny i te pary, które utwierdziły się w tym, że dobrze im ze sobą. I znów – fotografowanie za pomocą skype/facetime było pokłosiem nowych czasów – pracy przez internet, spotkań… Nie jestem typem osoby, która usiądzie na fotelu i zacznie narzekać na świat. Dla mnie z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Powiem nawet więcej – trudności mnie stymulują, uruchamiają kreatywność, wyzwalają energię. Więc wiedziałam, że i dla fotografa jest jakieś rozwiązanie. Nawet bezwiedne skrolowanie instagrama spowodowało, że wpadłam na modowy wówczas trend fotografowania modelek przez internet. Okładki światowych Vogue’ów tak powstawały. I wprowadziłam to na swoje podwórko, fotografując rodziny na całym świecie (Senegal, Australia, Meksyk, Brazylia, Chile, Maroko, Mongolia i oczywiście kraje europejskie). Opowiadałam o tym projekcie już u was.

Poszukujesz różnych emocji, ale też chyba i adrenaliny… Bo oto wchodzę na twój drugi profil i widzę kobietę w obcisłej skórzanej kurtce, rękawicach, kasku testującą jako pasażer różne modele motocykli! Kurz, prędkość, wyboje, zapach spalin – to druga twarz Marty? 

Uwielbiam ludzi, którzy mają pasję. Ale nie taką, żeby tylko jakąś mieć, tylko taką naprawdę, że wszystko w temacie wiedzą. Sławek jest byłym zawodnikiem trialu (to taki parkour, tylko że na motorze). Zna się na motocyklach jak mało kto. Wie wszystko o każdym najstarszym i najnowszym modelu każdej marki. To samo z kaskami.  Jedna z naszych pierwszych randek odbyła się na wielkim KTM-ie, jadąc ponad 200km/h z Karpacza do Warszawy. Tak się dobrze czułam jako „plecak”, że nawet zasnęłam mu na chwilę na ramieniu. I tak powstał nasz projekt „Testy na parze”. Opiniujemy motocykle i akcesoria z punktu widzenia kierowcy i pasażera. Powstaje przy tym seria lifestylowych zdjęć. Jest to też część naszej komercyjnej działalności.

Odczarowujesz mi wizerunek motocyklisty. U was nawet kask wygląda jak przedmiot pożądania designera! Co cię w tym pociąga jako fotografkę?

Motocykl jest często powodem sporów w relacji: on zbyt często wyjeżdża sam z kolegami, jeździ za szybko, za długo przy nim majstruje, a ona siedzi w domu. A nie lepiej jeździć we dwójkę i poczuć świat z pozycji pasażera? A i kierowca wtedy dużo wolniej jedzie, bo nie jedzie sam! Poza tym my, dziewczyny – pasażerki, też mamy prawo powiedzieć, że ten motocykl nam nie leży, bo np. pupa nas boli, bo mamy za mało miejsca na nogi, bo nie czujemy się bezpiecznie i mamy za ciasny kask. Ale musimy o tym jasno kierowcy powiedzieć. Obecnie nie jeżdżę na motocyklu, ale się nie poddaję i potrafię już fotografować z dzieckiem na ręku, więc sesje ze Sławkiem w roli główniej wciąż powstają (śmiech).

Wkurzasz się czasem na kierowcę? 

Niestety nie ma za bardzo jak, bo to jedyny taki pojazd (no może jeszcze kajak), gdzie nie da się tak po prostu trzasnąć drzwiami i wyjść (śmiech).

Macierzyński czas to dużo tulenia, karmienia, odkrywania siebie nawzajem. Zaczęłaś prywatną serię #tukarmiłam. Skąd pomysł i dokąd cię zaprowadzi?

To pomysł Sławka. Już od pierwszego tygodnia życia Heleny, wychodzimy na spacery, które pokochałam. Pamiętam ten pierwszy – z namaszczeniem przygotowany wózek i okutana w nim Mała. I idziemy. Nagle płacz. Przecież karmienie było 15 min temu. Nie mam poduszki do karmienia ani miejsca, aby sobie usiąść. Obok zaraz był park. I co? Tu i teraz. Więc od tamtego momentu nie ma dla mnie „nieodpowiedniego” miejsca do karmienia – czy na krawężniku, w sklepie, w metrze czy na przystanku. A co wtedy facet robi? Sławek np. fotografuje. (śmiech)

Spotkałaś się z nieprzychylnymi komentarzami?

Nigdy! Wręcz przeciwnie. Wszyscy się uśmiechają – od starszych pań po grupy nastolatków. Pewnie dlatego, że staram się karmić dyskretnie i mało widowiskowo. Prawie zawsze ktoś do nas podejdzie i zagada z sympatią. Jakby nigdy małego dziecka na oczy nie widział. Słodkie to.

Komentowanie innych mam to przecież dla wielu ulubiona rozrywka…

Patrząc trochę szerzej, mam tu pewne przemyślenia. Większość młodych mam boi się kobiet starszych pokoleń, tych staroświeckich zasad czy pseudomądrych rad. W moim przypadku żadna taka do mnie nie dotarła, a nawet jeśli, nie zburzyła mojego podejścia do macierzyństwa. Natomiast w czasach social mediów, zapisując się do różnych grup w tematach okołoporodowych, jestem przerażona tą wielką falą narzekania w każdej nawet najmniejszej sprawie, takiej ogólnej bezradności a jednocześnie wiecznego szukania wsparcia i olbrzymiej roszczeniowości. Weźmy na przykład plan porodu. Czy przebieg porodu można w ogóle zaplanować i później wszystkich z niego rozliczać? Oczywiście, założenia zawsze być powinny, ale to jednak życie pisze scenariusze…

A jaki scenariusz ma dla was napisać 2023 rok?

Żeby Helena rosła nam zdrowo na silną i śliczną dziewczynkę, a my sobie jakoś poradzimy! I jeszcze takie nasze powiedzonko: szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dziecko.

 

Pozostawiam Martę na tej chmurze utkanej z pierwszych macierzyńskich zachwytów, zadziwień, odkryć. Jako mama trójki pamiętam miks lęków i wyzwań, niepewności i odwagi. Łapcie jak najczęściej za aparat, telefon. Te chwile się nie powtórzą.

Marta i Sławek wybrali do sesji nowość, nosidełko z serii Tula Hemp, wykonane w 55% z tkaniny konopnej.

*

Materiał powstał we współpracy z marką Babytula.

Coś dla Ciebie

Tulenie Flory

Tulenie Flory

Dodaj komentarz