fotografia koronawirus

Życie za szkłem

Rozmowa z fotografką Martą Rybicką

Życie za szkłem
Marta Rybicka

Pamiętam dobrze, jak moja babcia ustawiała najcenniejszą porcelanę za kryształową szybą witrynki. W czasach pandemii rolę przeszklonego mebla odgrywają domy, w których – w niemal całkowitym zamknięciu – tkwią rozsiane po całym świecie rodziny. Fotografka Marta Rybicka, z pomocą aparatu i szybkiego łącza internetowego, przyjrzała się im z czułością.

A przy okazji odkryła nowy sposób dokumentowania rodzinnej codzienności, fragmentarycznej i nieokrzesanej, bardzo fotogenicznej jeśli dać jej wolność, nie płoszyć i dyskretnie obserwować. Mając dobrej jakości kamerę i skrawek prywatnej przestrzeni, można zaprosić fotografa do swojego świata, mieszkając na jego drugim końcu. Ta metoda sprawdziła się w czasach pandemii i wielkiego odcięcia od kontaktów, tak przyjacielskich, jak i zawodowych. I myślę, że w przyszłości zastąpi wiele prywatnych sesji, dlatego warto i w tym rozwojowym kontekście przeczytać moją rozmowę z Martą Rybicką, jej wynalazczynią.

Co spowodowało, że zaczęłaś fotografować rodziny w zamknięciu? Co tobą kierowało?

Czas pandemii okazał się dość specyficzny. Spotykamy się przez Internet, uczymy się przez Internet, pracujemy przez Internet. Zastanawiałam się, czy fotograf też może działać przez Internet. Jednak żeby zrobić komuś zdjęcie, trzeba się umówić, zobaczyć i nawiązać odpowiedni kontakt. Zastanawiałam się, jak to zrobić. Pewnego wieczora, przeglądając konta na Instagramie światowej sławy fotografów modowych, zauważyłam, że pod ich zdjęciami zaczęły pojawiać się hasztagi #facetime i #skype. I tak się zaczęło.

Jak zwerbowałaś bohaterów? 

Na co dzień fotografuję rodziny, pary i różnego rodzaju relacje, postanowiłam pozostać przy swoich klientach i użyć Internetu jako medium komunikacji.

Jakim kluczem się kierowałaś?

Na początku postanowiłam sfotografować kilka polskich rodzin i par mieszkających w różnych krajach, przebywających obecnie na kwarantannie. Osoby, które utknęły ze sobą, i dobrze się z tym czują. To ważny okres, weryfikujący relacje, niejako powrót do korzeni. Każdy z nas inaczej się w tym czuje.

Chciałaś pokazać szczęście, a nie zaglądać do pandemicznej pieczary.

Tak, bo celem mojego projektu było zachowanie tych momentów nie tylko w pamięci, ale również w kadrze. Oczywiście, rozwiązania technologiczne typu Skype czy FaceTime już wcześniej istniały, ale nikt nie przypuszczał, że mogą się sprawdzić właśnie w czasie sesji zdjęciowej. A ponieważ moje wszystkie zlecenia zostały przesunięte na późniejsze, bliżej nieokreślone terminy, postanowiłam spróbować.

Jak wyglądała realizacja? Jakie trudności napotkałaś?

Najpierw zaprosiłam znajomą parę, aby sprawdzić, czy komunikacja za pomocą videochatu będzie wystarczająca i pozwoli mi uchwycić bliskość, czułość i i delikatność, jaka towarzyszy zdjęciom zrobionym podczas sesji na żywo. Okazało się, że bez problemu mogłam to zrobić, podczas fotografowania ich, gdy ze sobą rozmawiali, pili herbatę, przytulali się. Drugą sesję wykonałam dla rodziny z trójką dzieci. Wyszła fantastycznie. Po opublikowaniu kilku sesji, osoby już same się do mnie zgłaszają.

Jak to wygląda od strony technicznej? Ile trwają takie sesje, jak bardzo są obciążające, jak udaje ci skupić uwagę wszystkich przy tak pośrednim kontakcie?

To szybkie sesje, trwają maksymalnie 30 minut, więc takie kłopoty nie występują. To nie są zrzuty ekranu, a fotografie robione profesjonalnym aparatem fotograficznym. Zdjęcia później podlegają regularnej obróbce. Często łączę je w kolaże, aby nadać im styl vintage. Głównym warunkiem, aby sesja się udała, jest dobre łącze internetowe, w miarę nowa kamera w telefonie (lub komputerze) oraz światło dzienne. Absolutnie nie trzeba wyjątkowo dbać o makijaż czy fryzurę – na zdjęciach nie widać ani zmarszczek, ani defektów, na które przy regularnej sesji bardziej zwracam uwagę. Zdjęcia pokazują kulisy bycia ze sobą w domu – rozmów, wspólnego oglądania telewizji, zabawy czy innych codziennych czynności.

Jak podchodzili do projektu bohaterowie zdjęć? Z jakimi reakcjami się spotkałaś? 

Chyba najpełniej mogą na to pytanie odpowiedzieć osoby, które fotografowałam: „To mega twoja zasługa! Ujęłaś w punkt nasza rodzinę – nas! I fakt braku aparatu przed samą twarzą wprowadził bardzo luźny klimat, więc wszyscy czuliśmy się megadobrze w czasie zdjęć” – napisała do mnie Zuza z Bangkoku. Albo: „To była nie tylko znakomita, wspólna zabawa, ale również zastrzyk olbrzymiej dawki pozytywnej energii. I poczucie, że tworzymy dla siebie wspaniałą pamiątkę, że to jeden z tych momentów z czasów zarazy, który w pamięci nigdy nam się nie zatrze” – napisał Maciek z Casablanki. Reakcje są bardzo pozytywne. Nie miałam ani jednej sytuacji, w której sesja na przykład w połowie się urwała, czy osoby nie do końca były zadowolone ze zdjęć. Wręcz przeciwnie.

Ponieważ najpierw wykonujemy tzw. rozmowę kontrolną: opowiadam w kilku słowach, jak sesja wygląda, że potrzebny będzie telefon z najlepszą kamerką w rodzinie, odpowiednie miejsce w mieszkaniu lub na balkonie oraz wygodne, stonowane ubrania. Gdy dzwonię po raz drugi – już w celu wykonania zdjęć, to im intensywniej zaczynam fotografować, tym osoby są bardziej zaangażowane i dobrze się bawią. Bardzo często sami wymyślają miejsca lub sytuacje, w których chcieliby być sfotografowani. Jestem bardzo elastyczna i na wszystko się zgadzam, bo najważniejsze jest to, aby bohaterowie czuli się dobrze i komfortowo. Następnie podczas selekcji zdjęć wyłapując te momenty, w których wyglądają najbardziej naturalnie.

Pomyślałam, że to jest dobry pomysł na sesje rodzinne także po pandemii. Dla tych najbardziej zajętych i zabieganych, bez potrzeby przemieszczania się. I parkowania (śmiech).

Dokładnie tak. Sesje mogą być też świetnym rozwiązaniem dla rodzin i par, które zazwyczaj nie mają czasu, aby umówić się na dwu-, trzygodzinną sesję, bo czasem po prostu nie ma wszystkich osób w domu. Albo dla tych, dla których regularne sesje są zbyt drogie. Rodzina dostaje ode mnie 10-15 zdjęć (w tym kolaże, czyli 4/6/9 zdjęć w jednym kadrze). Sesje tego typu dają możliwość bycia elastycznym zarówno czasowo jak i terytorialnie – dużo prościej umówić się na półgodzinną sesję, można też przebywać na drugim końcu świata (śmiech). Co więcej, fotografa przez internet można zamówić nawet wtedy, kiedy sesji nie da się przesunąć lub nie można zaprosić go na sesję na żywo. Tak udało mi się zrobić kilka fajnych spontanicznych zdjęć ciążowych albo (to podpowiedziała mi koleżanka) – sesja z wakacji lub zaraz po porodzie. Wystarczy tylko położyć telefon w odpowiedniej odległości.

Czy ten projekt uruchomił w tobie nowy rodzaj wrażliwości? Co ten sposób portretowania relacji zmienił w tobie i w metodzie twojej pracy? Czego nauczył?

Już od dawna moje podejście do fotografowania rodzin jest raczej takie samo – uchwycenia ich takimi, jakimi są, w komfortowych, miłych momentach, pokazujących relacje rodzinne, które kryją się najczęściej w drobnych gestach. Później wybieram również zdjęcia, gdzie wszyscy wyglądają jak najkorzystniej – jest dla mnie zrozumiałe, że zdjęcia są po to, aby zachowywać pięknie sytuacje i aby wszyscy z uśmiechem je oglądali. Ale uważam też, że gdy na zdjęciach pojawiają się interakcje oraz emocje z nimi związane, sam wygląd poszczególnych osób schodzi niejako na drugi plan. Jednak bez obaw – robię na tyle dużo zdjęć, że wybór tych najlepszych zawsze odpowiada osobom, które fotografuję.

Internet tutaj pomaga czy przeszkadza? 

Zdecydowanie pomaga, bo skraca dystans, to na pewno. Miałam przyjemność fotografować rodziny z Senegalu, Meksyku, Australii, Maroka czy Mongolii. Poprzez moją wrodzoną ciekawość świata i pozytywne podejście do każdej nowo poznanej osoby mam wrażenie, że tak duża zmiana w technice wykonywania sesji fotograficznych raczej nie zmieniła jakości kontaktu czy tego, co chcę na zdjęciach uchwycić.

Co więcej – otworzyła nowe możliwości oraz zaproponowała nowe, świeże spojrzenie na relacje. Więc, de facto, zdjęcia mogą wydawać się inne w samej swojej formie, ale nie w treści. Po sesjach słyszę, że wszyscy dobrze się bawili, że to taka odskocznia od codzienności. Na koniec wszystkich zawsze proszę o kilka zdań swoich przemyśleń z czasu kwarantanny – są one bardzo pozytywne i czułe. W połączeniu ze zdjęciami tworzą niezwykłą pamiątkę z tych trudnych dla nas czasów.

Daj znać, jak rozwija się projekt. Dziękuję za rozmowę.

*

Marta RybickaFotografka dokumentalna, samouk. Stypendystka Ministra Kultury RP za rok 2019. Zaczęła od udokumentowania skutków trzęsienia ziemi na Haiti i powodzi w Polsce. Pracowała też nad własnymi projektami dotyczącymi bliskości i intymności poddanej różnym próbom – wojnie, chorobie czy współczesnym nawykom. Fotografuje starsze pary, których związki przetrwały kilkadziesiąt lat. Artykuł ilustrują jej zdjęcia powstałe w ramach najnowszego projektu „Bez dystansu” – sfotografowania polskich rodzin i par mieszkających na całym świecie i
przebywających na kwarantannie. Instruktorka fotografii – prowadzi warsztaty fotograficzne dla dzieci. Pracuje m. in. dla miesięczników Zwierciadło i Pismo. Założycielka BIANCO studio.

Instagram Marta Rybicka / Instagram Bianco Studio /

Facebook Marta Rybicka / Strona internetowa 

Dodaj komentarz