rozmowa o macierzyństwie

To córka mnie wychowuje

Rozmowa o macierzyństwie z Agatą Nowicką

To córka mnie wychowuje

Rozmowa z ilustratorką i rysowniczką Agatą Nowicką, mamą 14-letniej Mili, o samodzielnym macierzyństwie, miejscu na niezależność artystki i kobiety w życiu matki, oraz o tym, czy łatwo zacząć nowe życie z dzieckiem w innym kraju.

Rozmowa z Agatą to także moja historia. Przyjaźnimy się my i przyjaźnią się nasze urodzone w odstępie miesiąca córki, o podobnych imionach: Mila i Milena. Mimo że znałyśmy się jeszcze zanim zostałyśmy matkami, nasza bliskość zaczęła się właśnie od macierzyństwa. Będąc na początku ciąży z pierwszą córką, spontanicznie zwołałam „sabat” ciężarnych znajomych, i tak już zostało. Pięć kobiet i sześcioro dzieci (w tym para bliźniąt), które zostały uwiecznione w komiksie Agaty Nowickiej „Projekt: Człowiek”. Najpierw spotykałyśmy się z dziećmi w brzuchach, potem na wspólnych spacerach z wózkami (idąc obok siebie, potrafiłyśmy zablokować główną alejkę w Łazienkach!), na pogaduchach i działkowym kocykowaniu. Grupa wsparcia w dobrych i złych momentach, która wciąż, w różnych postaciach i układach, jakoś trwa. Ważne doświadczenie kobiecej wspólnoty.

Nasza rozmowa o macierzyństwie z Agatą odbywała się w odcinkach: od zeszłorocznych wspólnych wakacji i gadania na hamaku, po dzisiejsze opowieści online w czasie pandemii, którą przeżywamy oddzielnie: ona w Nowym Jorku, gdzie mieszka od pięciu lat, ja – w Warszawie.

Odcinek pierwszy. Na hamaku.

Marina Abramović powiedziała, że nie da się być jednocześnie dobrą matką i dobrą artystką. A jak ty uważasz? Gdybyś nie została matką, może więcej byś osiągnęła, albo robiłabyś coś innego.

To bardzo indywidualna sprawa – są artystki, które rozwinęły skrzydła dopiero, kiedy zostały matkami, a są takie, które zrezygnowały w ogóle z działalności artystycznej, żeby się dzieciom poświęcić. Ja zdecydowałam się na jedno dziecko, ponieważ czuję, że więcej dzieci definiuje nas już dużo mocniej w roli rodzica, no i oczywiście to wymaga znacznie większego wysiłku i nakładów finansowych. Dochodzą napięcia, konflikty – to naturalne, kiedy jest tyle osób i różnych potrzeb w rodzinie. Właśnie dlatego, że moja praca jest dla mnie tak ważna i chcę poświęcać jej dużo czasu, uznałam, że pogodzenie tego z posiadaniem gromadki dzieci byłoby bardzo trudne, uznałam, że jedno wystarczy. Ale, żeby to było jasne – chciałam mieć dziecko. Przede wszystkim z ogromnej potrzeby i ciekawości przeżycia doświadczenia macierzyństwa. Zostały one zaspokojone w 100 procentach przez pojawienie się Mili, i nie czuję, że muszę to doświadczenie powtarzać.

Macierzyństwo zainspirowało twój pierwszy komiks – „Projekt: Człowiek”.

Ale „Projekt: człowiek” wcale nie powstał dlatego, że zostałam mamą! Po prostu zaobserwowałam, że kobieta w ciąży, przyszła matka, jest często traktowana inwazyjnie. Staje się brzuchem, który wszyscy mogą skomentować i dotknąć, czują się uprawnieni, żeby ci mówić, jak masz się dzieckiem zajmować, jak masz się zachowywać, co jeść, czego nie jeść itp. Następuje wtedy seryjne przekraczanie granic twojej przestrzeni osobistej, tracisz autonomiczność. Komiks powstał z mojej niezgody na to.

Ale gdybyś sama nie była w ciąży, pewnie nie stworzyłabyś komiksu. Nie miałabyś takiego doświadczenia, że ktoś nieustannie wkracza bez pytania na „twój teren”.

Pewnie tak, bo w ogóle mam problem z mówieniem o doświadczeniu, które nie jest moim doświadczeniem. Mam wrażenie, że bardziej w cenie jest literatura, która nie jest wyłącznie osobistą opowieścią, lecz wychodzi z wyobraźni lub obserwacji cudzego losu, ale ja tak nie umiem.

I widać, że to rezonuje. Mimo że początkowo publikacja spotykała się krytyką, że to „ekshibicjonizm”, wiele matek się w niej odnalazło.

Tak, ponieważ mało jest twórczości odnoszącej się do bycia w ciąży, tworzonej z perspektywy kobiety będącej w ciąży. Nawet po latach odzywają się do mnie dziewczyny, które, gdy wydawałam komiks, były jeszcze nastolatkami, chodziły do liceum i oglądały mojego ówczesnego bloga, albo podczytywały „Wysokie Obcasy” z moimi rysunkami. A potem, po kilku latach, same stawały się matkami, i wtedy szukały tego komiksu, chciały się w nim przejrzeć.

Samotnie zmagałaś się ze swoim macierzyństwem, chociaż podejmując decyzję o zostaniu matką, takiej sytuacji nie zakładałaś. Dla osoby, która żyje ze zleceń, do tego chcącej realizować też swoje projekty artystyczne, samodzielne macierzyństwo jest na pewno bardziej obciążające. Jak to wpłynęło na ciebie?

Pamiętam to uczucie niezgody, ten bardzo trudny moment mojej ciąży, kiedy ja już tego dziecka nie chciałam, skoro miałam zostać z nim sama. W tym sensie, że nie tyle nie chciałam dziecka, co tej sytuacji, konieczności zmagania się z tym samotnie. Myślę, że w ogóle w naszym kraju jest problem ze zrozumieniem sytuacji samotnych rodziców, a pomoc, którą dostają, jest znikoma.

Wspominam ten pierwszy okres, bo spędzałyśmy wtedy razem dużo czasu i pamiętam, że właściwie od początku pracowałaś. Nie było przebacz, sama musiałaś spłacać kredyt, ogarniać całą logistykę…

… robić w ciąży remont mieszkania, które dopiero wtedy kupiłam itp. Tak. Gdybym przestała wtedy pracować, to byłby koniec mojej niezależności. Ale dostałam też dużo pomocy od bliskich, przyjaciół, rodziny i jakoś sobie z tym poradziłam. Myślę jednak, że bycie ograbioną z doświadczenia przeżywania rodzicielstwa w pełnej rodzinie i cieszenia się z tych pierwszych chwil życia dziecka razem z partnerem, jest… okrutne. Kiedy urodziła się Mila, nie było jeszcze rocznego urlopu macierzyńskiego, musiałam więc wrócić do pracy, kiedy mała miała 5 miesięcy. Teraz wiem, że nie chciałabym już czegoś takiego dla mojego dziecka, ale wtedy był to rodzaj desperacji: nie miałam wyjścia, trzeba było znaleźć kogoś do opieki, nawet jeśli nie była to osoba idealna, i zarabiać na życie.

Macierzyństwo przeniknęło do twojej pracy artystycznej?

Oczywiście. Pomiędzy swoimi pracami rysowałam portrety córki. Mila biegła przede mną, a ja szłam za jej plecami i patrzyłam, jak ona patrzy na świat. Jak wtedy, kiedy kamera odwraca się w inną stronę, nie pokazuje bohatera, ale spogląda na świat jego oczami. Tak powstała cała seria rysunków. To była odświeżająca kontra do tego, co robię na co dzień, gdy jestem portrecistką w ilustracji prasowej. Czasami tworzyłyśmy też coś razem z Milą, np. wykorzystywałam w pracy jej bazgrołki i rysunki.

Mila rysuje świetnie, ale też szczycę się tym, że nigdy nie uczyłam jej rysować. Uważam, że rodzic nie powinien być nauczycielem swojego dziecka. Mając córkę, widzę absurd uczenia dzieci „jak powinno się rysować”, ponieważ one widzą świat takim, jakim on jest, bez filtra konwenansów. Kiedy ktoś sięga pamięcią do swego dzieciństwa, pamięta swoje zdziwienie, rozżalenie na to, w jaki sposób świat jest urządzony, np. że dziewczynki są inaczej traktowane niż chłopcy, a dzieci inaczej niż dorośli. Dla mnie, jako artystki i człowieka, zawsze bardzo ważne było spojrzenie mojego dziecka na świat. A ono nazywało rzeczy bardzo trafnie, nie kierując się żadnymi względami, precyzyjnie opisywało zastaną sytuację. To raczej ja mogłam uczyć się od Mili.

„Myślę, że bycie ograbioną z doświadczenia przeżywania rodzicielstwa w pełnej rodzinie i cieszenia się z tych pierwszych chwil życia dziecka razem z partnerem, jest okrutne”.

W pewnym momencie podjęłaś decyzję, żeby zabrać swoje dziecko do innego kraju, przeprowadziłyście się do Nowego Jorku, gdzie dziś mieszkacie. Taka decyzja nie wpływa tylko na ciebie, dotyczy też życia twojego dziecka, które wyjmujesz z jednego otoczenia i wkładasz w inne. Jak sobie z tym radziłyście?

Wyjeżdżając, świadomie zarezerwowałam sobie czas na to, by pomóc mojej córce zaaklimatyzować się w nowej rzeczywistości. Miała wtedy 9 lat. Pierwsze miesiące pobytu i miejsce, w którym mieszkamy na Brooklynie, były absolutnie dedykowane mojej córce. Wyjazd to była moja potrzeba dalszego rozwoju, postawienia sobie wyżej poprzeczki,  zbudowania nowego związku, natomiast Mila tej decyzji nie rozumiała i się z nią nie zgadzała. To było dla niej trudne. Mając tego świadomość, chciałam jej nowe życie urządzić tak, by było jej tam jak najlepiej. Dlatego zamieszkałyśmy w miejscu, gdzie za rogiem byli moi przyjaciele mający dzieci w jej wieku, żeby miała towarzystwo i nie czuła, że po szkole jest zupełnie sama. W Stanach wszystko jest dość mocno oddzielone od siebie, dom to jedno, szkoła – drugie. W wielkich miastach mało jest lokalnych społeczności, gdzie ludzie by się umawiali po szkole, a dzieci chodziłyby do kolegów na nocowanki. Pamiętam, że kiedy próbowałam zorganizować Mili popołudnie z koleżanką z klasy, mama tej dziewczynki była bardzo zaskoczona i skonsternowana przekazała telefon swojej niani, żebym to z nią się umawiała.

Mam wrażenie, że przez wyjazd Mila i ty spędzacie ze sobą więcej czasu, niż miałoby to miejsce, gdybyście zostały tutaj.

W Polsce było wiele osób w życiu mojej córki, które mogły się nią zaopiekować, byli jej tata i ojczym. W Stanach to ja stałam się jej najważniejszym punktem odniesienia. Na przykład przez dwa lata odbierałam ją ze szkoły codziennie o 14. Co oznacza, że mój dzień pracy skurczył się z 8 do 6 godzin. Ale to tylko wpłynęło na moją efektywność! Jeżeli masz tak mało czasu, pracujesz w większym skupieniu i często robisz więcej, niż przez cały dzień.

Nie czułaś się ograbiona z tej swojej przestrzeni twórczej? Czasu dla siebie?

Nie. To nie było łatwe, ale wiedziałam, że moje dziecko tego potrzebuje. Przez pierwszy rok odrabiałam z nią też lekcje. Codziennie robiłyśmy zadania z matematyki, bo to był jedyny sposób, żeby mogła nadążyć za rozszerzonym programem. W Polsce ledwo zaczęła trzecią klasę  podstawówki, w Stanach poszła od razu do czwartej.

Kiedy wasze amerykańskie życie się unormowało?

Na ogół jest tak, że po dwóch latach osiadasz w tym, co jest. I to staje się twoją rzeczywistością. Bardzo pomogły pierwsze po wyjeździe wakacje w Polsce. Wcześniej Mila przez rok żyła w poczuciu, że zostawiła za sobą świat, który jest ciągle taki sam, tylko jej w nim nie ma. Kiedy przyjechała i zobaczyła, że wszyscy jej koledzy trochę się zmienili, urośli, że jej klasa nie jest tą samą klasą, to pomogło jej zaakceptować swoją sytuację. Dzieci często deklarują, że nie chcą zmian, odejścia od codziennej bezpiecznej rutyny, ale potem okazuje się, że mają niesamowite zdolności adaptacyjne. Myślę, że wyjechałyśmy w ostatnim dobrym momencie na taką zmianę, bo potem coraz bardziej się wrasta w otoczenie i trudniej się z nim rozstać.

Jaka jest Mila?

Jest inna niż ja. Należy do nowego pokolenia, które potrafi być bardzo skoncentrowane na swoich sprawach i dość szybko podejmować decyzję, co chce robić dalej. Rysuje wspaniale, ale przez pewien czas twierdziła, że zostanie inżynierką, bo wtedy zarobi prawdziwe pieniądze, których sztuka nie przynosi. To wpływ Ameryki (śmiech). Nie może się doczekać, kiedy będzie dorosła, samodzielna, będzie się sama utrzymywać, robić to, co lubi, zarabiać na tym i żyć po swojemu. Tak to sobie wyobraża. Oczywiście, jak w wielu rodzinach, próbujemy opanować uzależnienie od urządzeń ekranowych i znaleźć równowagę pomiędzy używaniem ich w charakterze nauki a rozrywką. Do 12 roku życia Mila nie miała telefonu komórkowego. Odwlekałam to tak długo, jak się da, bo sama mam problemy z byciem bardziej w smartfonie, niż w świecie realnym.

Odcinek 2. W onlajnie

Jak wasza więź wygląda teraz, kiedy Mila ma 14 lat i jest nastolatką? Właśnie właśnie zdała do szkoły plastycznej Art & Design High School na Manhattanie, czyli poszła artystyczną drogą, tak jak ty. Czy to twój wpływ, czy okoliczności?

Zdała do szkoły, ale z powodu pandemii nie wiemy, jak będzie wyglądać nauka i kiedy się zacznie. Co do artystycznych ciągot Mili, to w pewnym momencie zauważyła po prostu, że rysowanie to jest taka jej „supermoc”. Pomogło jej budować w szkole pozycję, jako imigranckiemu dziecku z innej kultury i okazało się sposobem, żeby się poczuć pewniej w obcym środowisku. Mila ma dwa sposoby rysowania. Jeden bardziej komiksowy i popowy, drugi, skupiony na realistycznych portretach prawdziwych ludzi, czyli czymś, w czym ja się specjalizuję. Ale to nie jest tak, że mnie naśladuje! Pamiętam, że moja mama też rysowała namiętnie, choć nigdy nie rozwijała tego bardziej, niż to, co było jej potrzebne do pracy nauczycielki nauczania początkowego. Coraz bardziej dostrzegam i doceniam, że to międzypokoleniowa wymiana. Ja inspiruję swoją mamę, a moja mama inspiruje mnie, ja inspiruję Milę, a ona mnie. Tak wzmacniamy więź między nami, ale też wpływamy na siebie.

A jak inspirujecie się jako kobiety? Jaką Mila jest kobietą? Inną od ciebie czy podobną?

Podoba mi się kobiecość reprezentowana przez kobiety z jej pokolenia, bardziej swobodna, naturalna. Taka, której nie zależy na udowadnianiu czegoś. Jak nie mamy ochoty, to nie golimy włosów. Nie nakładamy tapety na twarz, kiedy idziemy rano po chleb. Ja też z tego korzystam dla siebie i się już „nie napinam”. Mila ma taki fajny luz w tym, jak się ubiera, że nie ma potrzeby malowania się. Oczywiście, jak większość nastolatek, przechodzi różne fascynacje i mody, np. nagle chce mieć długie pazury, bo ozdabianie paznokci to jest jakiś wielki instagramowy trend. Testuje różne rzeczy. Chce włosy pofarbować albo je ściąć itp. Eksperymenty w tym wieku to naturalna rzecz.

Stawiasz jej na tym etapie jakieś granice? Ile jest tu wolności Mili, a ile matczynej kontroli? Dorastanie często bywa czasem buntu i trudnych relacji.

Póki co, specjalnie tego nie dostrzegam. Mam jedynie gen polskiej matki, która pilnuje, żeby dziecko „nie wyszło gołe na mróz”, i tyle. Ale Mila ma tak mało radykalnych potrzeb i ich manifestacji, że w ogóle nie mam z czym się tutaj zmagać. Zwykle robi to, co chce. Dla mnie bycie matką to było głównie oduczanie się. To słowo klucz, jeśli chodzi o moje macierzyństwo! Te wszystkie skrypty, które mamy w głowach, które są nam społecznie, kulturowo i rodzinnie wtłaczane, to często straszny szlam. I tego szlamu trzeba się pozbyć. Najtrudniejsze jest wyłączenie krytycznego spojrzenia na młodą osobę, która dopiero uczy się świata, chce odkrywać, dowiedzieć się czegoś o sobie. Czasem coś jej się nie udaje, popełnia błędy, albo nie wie, że coś jest niedobre dla niej. I tak ma być.

Ty w jej wieku wyprowadziłaś się już z domu i zamieszkałaś w internacie przy liceum plastycznym w Gdyni-Orłowie, potem w wynajmowanym z koleżankami mieszkaniu. To jest moment, dzisiaj zwłaszcza, niebezpieczny. Dzieciaki w tym wieku podejmują często ryzykowne zachowania: z seksem, z narkotykami czy innymi używkami. Do tego Internet, który to dodatkowo nakręca. Jak do tego podchodzisz? Kontrolujesz córkę czy stawiasz na zaufanie?

Nie zawiodła go do tej pory, ufam jej. Od kiedy była malutkim dzieckiem, ma w sobie dużo rozwagi, która zawsze wychodziła poza jej wiek. To dziecko, które sobie niczego nie złamało, miało zaskakująco dobre poczucie równowagi i potrafiło się wykaraskać z różnych opałów. Ja też to mam. Pewne moje decyzje mogą się wydawać ryzykowne, ale zawsze staram się je poprzedzić dobrym rozpoznaniem terenu. Mila też zawsze dbała, by nie robić rzeczy, które mogłyby się dla niej skończyć bardzo źle. Nie wiem, jak będzie później. Tutaj dzieci są bardzo chronione i myślę, że gdybyśmy nadal mieszkały w Polsce, Mila miałaby tam dużo więcej swobody.

Zastanawiam się, czy jednak ten nastoletni bunt nie jest dziecku potrzebny, żeby zbudować siebie osobno? To boli rodzica, ale jest dla dziecka jakoś konieczne, nie sądzisz?

Ale Mila zachowuje też swoją odrębność! Ma świadomość, że jesteśmy różne w wielu sprawach. Daję jej tę sferę wolności i samodzielności, a ona mnie uczy innego rozmawiania. Kiedy włączają mi się nerwowe tony w głosie i zaczyna się robić nieprzyjemnie, bo ona czegoś nie zrobiła, coś olała, wtedy Mila mówi: „OK, powiedz mi to samo, tylko spokojniej”. (śmiech)

Ona cię wychowuje!

Tak, właściwie ona mnie wychowuje. I tak też na to patrzę, że w zasadzie to nie doceniamy, że dużo więcej uczymy się od dzieci, niż one od nas.

Jak wygląda teraz jej amerykańskie życie? Masz już w domu Amerykankę?

Nie mam Amerykanki, mam outsiderkę w domu. Taką, którą sama skazałam na wieczne „outsiderstwo”. Mam dziecko, które przeszczepiłam na obcy grunt, i które nie jest już ani polskie, ani amerykańskie.

To strata czy zysk?

Nie wiem. Zależy, jak na to patrzysz. Dla niektórych to coś strasznego, dla innych – to jedyny sposób, w jaki widzą swoje życie. Nie chcą trzymać się sztywnej przynależności do czegoś.

Co twoja córka o tym mówi?

Myślę, że nadal bardziej ceni Europę jako miejsce i jako model życia. Często zastanawiamy się, czy będziemy mieszkać dalej tutaj, czy wrócimy do Europy, i gdzie wtedy będziemy żyć. Dla niej powrót do Warszawy jest już w zasadzie niemożliwy. Uważa ten rozdział za zamknięty, powrót nie byłby jej do niczego już potrzebny. Natomiast jest bardzo otwarta, żeby mieszkać gdzie indziej, np. w Berlinie, albo we Włoszech czy Londynie. Jest fanką brytyjskich aktorów i ostatnio jej zainteresowania geograficzne są powiązane z zainteresowaniami kinematograficznymi. Uwielbia Benedicta Cumberbatcha! Zaczyna do niej docierać, że każde miejsce ma zalety, ale też ograniczenia. Koncept, że można te miejsca czasem zmieniać, wcześniej budził w niej opór, teraz zaczyna być dla niej bardziej zrozumiały.

„Tak, właściwie ona mnie wychowuje. I tak też na to patrzę, że w zasadzie nie doceniamy, że dużo więcej uczymy się od dzieci, niż one od nas”.

Jak na dorastającą Milę wpłynęło to, że wyszłaś niedawno za mąż za swego amerykańskiego partnera? To zmieniło coś między tobą a córką?

Niczego to nie zmienia, bo żyliśmy juz w patchworkowej rodzinie od jakiegoś czasu. Odebrała to bardzo naturalnie i spokojnie. My z Adamem też nie robiliśmy z tego jakiegoś niesamowitego zamieszania. To miało być wydarzenie, któremu nie towarzyszy napięcie, ani specjalna pompa. I tak było. Myślę, że to, jacy jesteśmy, w dużym stopniu rezonuje w naszych dzieciach. Jeżeli ja jestem spokojna, to dziecko też jest spokojne. Jeżeli mam w sobie dużo napięcia, lęku, stresu, to zawsze będzie się to udzielało mojemu dziecku. Obojętnie, czy ono jest jeszcze w moim brzuchu, czy jest nastolatką. Dlatego ślub nic nie zmienił. Wsparcie, które Mila miała w polskiej rodzinie i przyjaciołach, zostało w dużej mierze uzupełnione przez rodziców i rodzeństwa Adama, którzy traktują ją „jak swoją”. Podchodzą do niej z wielką miłością, uwagą, troską.

Rozumiem, że twój partner jest dla niej bardziej kolegą niż opiekunem w stylu ojcowskim.

Czy ja wiem? To on pamięta, o której obudzić ją do szkoły, albo, że trzeba jej kupić coś, co się zepsuło. Albo zabrać ją na deskorolkę i nauczyć na niej jeździć. Adam robi takie rzeczy, które normalnie robiliby jej ojciec i ojczym. Przez rodziców Adama jest nazywana wnuczką i sama zwraca się do nich: babciu, dziadku, natomiast już w stosunku do niego nie potrzebuje określać tego tak jednoznacznie, mówi do Adama po imieniu. Ja też chyba lubię takie nie do końca zdefiniowanie relacje, kiedy nie masz takiego utwardzenia w konkrecie, które przecież też może wpływać na nas różnie. Widzę, że ona również ma w sobie dużo otwartości i zrozumienia dla tego, jak rzeczy mogą się mieć. Gdybyśmy nadal były w Polsce, to pewnie bardziej skupiałybyśmy się na walce ze sobą – co jej wolno, czego nie wolno. A tu jesteśmy razem wobec emigracji. To nas umocniło, jako mamę i córkę. Jesteśmy bardzo emocjonalnie ze sobą związane.

Jesteś taką matką, jaką chciałaś być?

Widzę tu raczej pytanie: czy jestem osobą, jaką chciałabym być? Bycie matką to dla mnie część większej całości. Uważam, że nie można być fajną osobą i niefajnym rodzicem jednocześnie. Nie da się tego oddzielić. Jeżeli mam jakieś zastrzeżenia do siebie, to jako do człowieka w ogólności. Macierzyństwo to dla mnie w dużej mierze oduczanie się rzeczy, które zostały mi narzucone, a które uważam za zupełnie niepotrzebne, a czasem szkodliwe i złe. Weźmy chociażby ocenianie wyglądu dzieci. Spróbuj nie oceniać wyglądu swojego dziecka, wyzwolić się od tego całkowicie! To wielka praca nad sobą. Nie jest tak, że kultura pozwala ci wejść w dorosłe życie w ogóle bez potrzeby oceny. Nie tylko wyglądu, ale i czyichś wyborów życiowych, preferencji estetycznych. Czasem myślę, że wyjechałam na drugi koniec świata po spokój. Po to, żeby nie tkwić w konflikcie poprzedniej relacji. I ten pobyt tutaj jest też uwalnianiem się od ciśnienia spowodowanego oczekiwaniami innych osób. Mam nadzieję, że zanim Mila wejdzie w całkiem samodzielne życie, zdążę się już kompletnie wyluzować i nie wywierać na nią presji. (śmiech)

Wyjeżdżając, miałyście szansę skupić się na sobie i to wyszło wam na dobre.

Zawsze miałam obawę, że nastoletnie dzieci występują wyłącznie w opcji „zostaw mnie w spokoju”. Odcinają się, nie chcą już, żeby je przytulać, rozczulać nad nimi. Ku mojej wielkiej uldze, z moją nastolatką nadal dużo się przytulamy. Mila mówi, że przytulanie jest bardzo ważne dla człowieka, bo ładuje baterie, poprawa humor, uspokaja emocjonalnie. To nasz rytuał powtarzany kilka razy dziennie, kiedy mijamy się w kuchni czy w pokoju. Czasami się kłócimy, ale potem też się przytulamy (śmiech). Czyli wszystko jest w normie. Nie najgorszej. Wystarczająco dobrej.

 

*

Agata „Endo” Nowicka (ur. w 1976 r. w Gdańsku) – ilustratorka, autorka komiksów, kuratorka wystaw. Założyła i współprowadziła agencję polskich ilustratorów ILLO. Współpracuje z prasą i reklamą. Autorka komiksu „Projekt: Człowiek”, współautorka i pomysłodawczyni (wraz z Aleksandrą Hirszfeld) kobiecego komiksu erotycznego „Istota”. Jej rysunki publikują m.in. Wysokie Obcasy, Vogue Polska, The New Yorker, New York Times, TIME, Village Voice, Wall Street Journal, The Washington Post, Die Welt. Jej prace znalazły się m.in. w Taschen’s Illustration Now!, American Illustration Book and Communication Arts Annual, 1000 Portrait Illustrations. Brała udział w wielu wystawach, m.in. All Play No Work – Pigasus Gallery, 2011 Berlin; Malarze Ilustracji – Muzeum Sztuki Nowoczesnej, 2013, Warszawa; Dług/Debt, Living Theatre, 2012 Nowy Jork; Go West! Designforum, 2018, Wiedeń. Od 2005 r. mieszka w Nowym Jorku z córką Milą i mężem Adamem.

 

Anna Sańczuk – dziennikarka, historyczka sztuki, współautorka programów telewizyjnych poświęconych szeroko pojętej kulturze: od literatury po sztuki wizualne. Z Maciejem Ulewiczem prowadziła magazyn KULTURA DO KWADRATU (2014-18 w Polsat News i Polsat News 2). Obecnie tworzą cykl podcastów około kulturalnych i literackich BNP Paribas Talks na Spotify. Stała współpracowniczka magazynów Vogue Polska i vogue.pl, a także festiwali kulturalnych i literackich, m.in. Ciało/Umysł, Big Book Festival, Miedzianka Fest.

*

Pozostałe rozmowy o macierzyństwie znajdziecie tu.

O czyim macierzyństwie chciałybyście przeczytać?

Dodaj komentarz