in vitro Książki dla dzieci patronat medialny

Ta książka naszym dzieciom po prostu się należała!

Rozmowa z Narine Szostak, autorką książki „Mamo, a co to jest in vitro?”.

Ta książka naszym dzieciom po prostu się należała!

To nie fanaberia, ani produkcja dzieci. Nie kara boska czy polityczna karta przetargowa. In vitro to dla wielu długa, trudna i świadoma droga do rodzicielstwa, gdy zmagamy się z chorobą niepłodności. Jakimi słowami opowiedzieć o niej dziecku, by wreszcie ten temat oswoić? Jak go normalizować? Rozmawiamy z Narine Szostak, autorką książki „Mamo, Tato – a co to jest in vitro” i aktywistką. 

Stoję w księgarni przy półce. Mam przed sobą wiele tytułów, które pomogą mi, jako rodzicowi, wytłumaczyć dziecku czym jest rak, przemijanie, niepełnosprawność. A czym jest in vitro? Do niedawna: cisza. Od teraz pustkę tą wypełnia opowieść Narine Szostak, która napisała pierwszą książkę dla dzieci krok po kroku wyjaśniającą, czym jest procedura in vitro. To mogła być pułapka, bo jak odpowiednio zbalansować temat, jak ważyć słowa by nie przytłoczyć medycznymi terminami, ale też nie uprościć lub zinfantylizować tematu? Czuję, że gdy ktoś pisze książkę prosto z serca,  bazując na własnym doświadczeniu odpowiednie słowa przychodzą same. Ja, choć ciężar in vitro nie jest mi prywatnie obcy, czuję w tej książce lekkość i próbę szczerej, dostosowanej do wieku rozmówcy konwersacji. Córka Narine z pewnością nie usłyszy bzdur o kapuście i bocianach…!

Takim pierwszym zderzeniem dla [mojej córki] ze słowem in vitro, był moment, kiedy już rozumiała nieco więcej i zobaczyła moje zastrzyki. To była taka nasza rodzinna chwila prawdy. Postanowiłam, że spróbuję swoich sił i wyjaśnię jej tę metodę, by małymi krokami wprowadzić do jej dziecięcej świadomości fakt istnienia czegoś takiego jak niepłodność.

Narine, Twoja książka „Mamo, Tato, a co to jest in vitro?” otwiera pole do dyskusji. Wpadłaś na to, jak o in vitro opowiedzieć, by nie wystraszyć i nie przytłoczyć. Taką książkę mogła napisać tylko mama, która sama przeszła długą drogę w staraniach o dziecko. Czy pomysł na książkę pojawił się, gdy chciałaś opowiedzieć córce o waszej drodze do rodzicielstwa? Gdy nagle okazało się, że nie ma książek, nie ma słów, nie ma instrukcji…

Muszę podziękować ci za to, że czytając moją książkę, wyczułaś lekkość. Bardzo mi na niej zależało, kiedy planowałam pisanie. To nie jest proste ani łatwe zadanie, kiedy piszesz książkę, czy w ogóle tworzysz cokolwiek, nie mając inspiracji w postaci punktu odniesienia. Po prostu czujesz, że niezależnie od tego, jak bardzo zadbasz o niuanse, i tak znajdą się osoby, które skrytykują albo co najmniej, będą wiedziały lepiej jak należało to zrobić, żeby było idealnie. Tymczasem we mnie z miesiąca na miesiąc coraz bardziej rosła potrzeba podarowania mojemu własnemu dziecku książki na temat metody, dzięki której mogła przyjść na świat. Moja córka urodziła się dzięki in vitro, w wyniku pierwszej procedury, drugiego transferu. Od drugiego roku życia uczestniczyła w naszych dalszych zmaganiach z niepłodnością i kolejnymi procedurami. Jeździła ze mną i mężem do kliniki, widziała jak robię sobie zastrzyki, była też niestety świadkiem trzech spontanicznych poronień moich kolejnych ciąż. To były trudne dla nas momenty, ale zawsze staraliśmy się jej z mężem tłumaczyć, wyjaśniać na tyle, na ile jej malutka głowa była w stanie zrozumieć. Teraz mam już na liczniku w sumie sześć procedur in vitro i 8 nieudanych transferów.

Córka sama z siebie zauważyła, że in vitro jest częścią waszego życia?

Takim pierwszym zderzeniem dla niej ze słowem in vitro, był moment, kiedy już rozumiała nieco więcej i zobaczyła moje zastrzyki. To była taka nasza rodzinna chwila prawdy. Postanowiłam, że spróbuję swoich sił i wyjaśnię jej tę metodę, by małymi krokami wprowadzić do jej dziecięcej świadomości fakt istnienia czegoś takiego jak niepłodność. Dawno temu postanowiliśmy z mężem, że będziemy wspierać metodę in vitro, mówić o niej i szerzyć świadomość o niepłodności, dla nas to było więc coś naturalnego. Zależało nam na tym, żeby nasze dziecko żyło ze świadomością nie tylko o metodzie in vitro, ale również o wielu innych ważnych społecznie sprawach, mam tutaj na myśli różne konfiguracje rodzin i związków. Szukałam książek i nie znalazłam ani jednej na polskim rynku o in vitro. Rozmawiałam z kobietami – mamami dzięki in vitro – które bardzo jasno wyrażały swoje potrzeby, a zarazem ograniczające je czynniki, które dostrzegały, że nie mają narzędzi, aby opowiadać swoim dzieciom o tej metodzie. Kluczowym momentem jednak był czas, kiedy o in vitro zrobiło się głośno ze względu na pojawiający się w dyskursie społecznym temat przywrócenia refundacji. Wielu – niestety – wyzbytych z człowieczeństwa ludzi, wyrażało się o tej metodzie co najmniej bezdusznie. Nie chciałam, aby moje dziecko było nazywane „sztucznym”, bądź gorzej, i dlatego postanowiłam napisać tę książkę właśnie dla nich, dzieci i dla rodziców dzieci urodzonych dzięki tej metodzie. Żeby dać im narzędzie do normalizacji i wprowadzenia tematu in vitro do swoich rozmów w gronie rodzinnym. Dzieci są sprytne i inteligentne, rozumieją znacznie więcej, niż nam się wydaje. Uważam, że tak samo jak ważna jest edukacja emocjonalna dzieci, ważne jest również mówienie o in vitro w sposób normalny, bez zbędnego balastu czy udziwnień.

Żyjemy w kraju, w którym nie dziwi mnie to, jak wielu rodziców dzieci urodzonych dzięki in vitro nie mówi o tym fakcie nawet najbliższym osobom z rodziny.

Zacznijmy od tego, że nie każdy chce i musi opowiedzieć o tym swojemu dziecku. Czasem ta droga, wręcz walka jest tak bolesna, że już nie chcemy do wspomnień wracać.

W książce jest wstęp, w którym piszę do rodziców, aby najpierw sami się zapoznali z treściami w książce i dopiero potem zdecydowali, czy w ogóle są gotowi i chcą mówić swoim dzieciom o in vitro. Nie każdy może, mimo, że może chcieć i to jest jak najbardziej ok! Jeśli twoja sytuacja społeczna całkowicie wyklucza otwartość w kwestii in vitro – to to jest ok nie chcieć poruszać tego tematu. Zresztą, każdy powód jest dobry, nie oceniam tego i nie chcę w żaden sposób uprawiać graduacji. Żyjemy w kraju, w którym nie dziwi mnie to, jak wielu rodziców dzieci urodzonych dzięki in vitro nie mówi o tym fakcie nawet najbliższym osobom z rodziny. Znam osobiście wiele historii, w których pary ukrywały leczenie, z różnych względów. Sati była w środku, można powiedzieć kotła niepłodności i in vitro, naturalnie zadawała pytania a my podjęliśmy z mężem decyzję, że chcemy jej o tym opowiedzieć.

Uważam, że ważniejsze jest odpowiedzenie sobie na pytanie „Po co?” niż „Czy?”. Każda para ma swoje osobiste powody, swoje „po co” i swoje „czy” I każdy może sięgnąć po książkę w odpowiednim dla siebie momencie. Sama musiałam przepracować wiele bólu wynikającego z niepłodności, jeszcze 7-8 lat temu bałam się tej metody, nie miałam wiedzy, szukałam chorobliwie przyczyn… Często mówię, że niepłodność jest niekończącym się maratonem. Trzeba swoje wybiegać, wypłakać, wykrzyczeć, wywrzeszczeć, żeby opaść z sił do tego stopnia, że nie masz już wyboru, po prostu musisz zacząć dbać o siebie. Pomyślałam też, że mój wynikający z niepłodności ból wcale nie musi przejść na moje dziecko. Zdecydowałam zmienić narrację, co nie było wcale takie proste, ale czułam wewnętrznie, że ten ból jest tylko mój, a moja córka zasługuje na życie bez tego bagażu. Ale, na to potrzeba czasu.

Często mówię, że niepłodność jest niekończącym się maratonem. Trzeba swoje wybiegać, wypłakać, wykrzyczeć, wywrzeszczeć, żeby opaść z sił do tego stopnia, że nie masz już wyboru, po prostu musisz zacząć dbać o siebie.

Dzieciom wystarczy odpowiednio podana prawda, szczerość, niekoniecznie milion detali na raz. Mam wrażenie, że warto obserwować dziecko i podążać naturalnie za pytaniami. Są dzieci bardziej dociekliwe, i takie, które temat „zaparkują”. 

Dokładnie. My rodzice jesteśmy naszym dzieciom „winni” czujność i uważność. Każde dziecko dorasta w swoim tempie.  Dla przykładu podam sytuację z rodzinnej kuchni. Moja córka nigdy nie poczuła roweru, ma prawie 7 lat i mimo prób mała nigdy nie tego nie złapała. Ale dorwała deskorolkę i weszła w to jak w masło! Nasłuchałam się porad dotyczących nauki jazdy na rowerze, zrobiłam optymalnie dużo, żeby złapała kontakt z rowerem, ale to nie jest jej bajka. Czy to źle? Mówiąc o czujności i uważności wobec dziecka, mam na myśli jego rzeczywiste potrzeby. Z mówieniem o trudnych sprawach jest bardzo podobnie. Są dzieci, które nie lubią książek, nie chcą czytania na dobranoc czy na dzień dobry, czasami warto poluzować swoje oczekiwania i dać dzieciakom przestrzeń, poczekać, obserwować. To, że jest książka o in vitro, nie znaczy, że zaraz wszystkie in vitro mamy mają ją czytać swoim dzieciom. Ona po prostu jest, mamy tytuł na półce i można po nią sięgnąć w razie potrzeby.

Twoja książka to czuły, otwarty dialog mamy i córki, opowieść krok po roku. Co było w jej pisaniu najtrudniejsze?

Najtrudniejsze w pisaniu tej książki było podjęcie decyzji, o czym ona ma być. I właśnie o te detale, o których mówisz, rozbija się wszystko.
Musiałam zdecydować, czy to ma być książka o emocjach rodziców? O niepłodności? Czy o metodzie in vitro? To wcale nie jest takie oczywiste, zwłaszcza w sytuacji, kiedy nie masz czym się zainspirować, nie masz punktu odniesienia, ale masz w sobie emocje z sześciu procedur i bagaż emocjonalny ze wszystkimi swoimi stratami.  Dla przykładu, w części o pobraniu plemników musiałam podjąć decyzję, czy napisanie w szczegółach o tym, w jaki sposób są one pobierane ma sens? Pomyślałam więc, że pozostawię tutaj pole do decyzji rodzicowi, który czyta tę książkę swojemu dziecku. Napisałam o jednej metodzie, jaką jest biopsja jąder, a tę „bardziej popularną” nazwijmy to w ten sposób, ominęłam, prosząc mojego małego czytelnika o powrót do książki, kiedy nieco bardziej dorośnie. I uważam, że to jest ok. Jeśli wśród czytelników znajdą się tacy rodzice, którzy zechcą powiedzieć swoim dzieciom o metodzie jaką jest pobieranie poprzez masturbację, będą mogli podać te informacje swojemu dziecku w taki sposób, który będzie dla niego odpowiedni. Bardzo trudne było również to, żeby nie brnąć zbyt głęboko w przyczyny niepłodności. Wydawało mi się, że naturalnym byłoby opisanie tych powodów, ostatecznie uznałam jednak, że to wiązałoby się z tłumaczeniem właśnie tych detali, które niekoniecznie muszą się pojawić w tej konkretnej książce. Niezależnie od tego, czy piszesz książkę, czy malujesz obraz, żeby dzieło stało się dziełem, trzeba je kiedyś zakończyć. Ja postanowiłam napisać o metodzie in vitro i cytując klasyka „ta książka naszym dzieciom się po prostu należała!”.

W naszym kraju niepłodność jest wciąż traktowana jako kara boska, a nie choroba cywilizacyjna. Wkurza mnie to! Mamy prawie 3 miliony osób rocznie z diagnozą niepłodności [...]

Podoba mi się, że od początku wprost nazywasz niepłodność chorobą. Bo, jak każda inna, wymaga leczenia. Normalizujesz pojęcie, które najczęściej słyszymy w kontekście politycznych sporów, walk, kontrowersji… 

No właśnie! To wyobraź sobie wściekłość matki, która jedzie do Sejmu na pierwsze czytanie ustawy o przywrócenie refundacji in vitro i wie, że jej dziecko czeka przed telewizorem, żeby o tym posłuchać i słyszy nagle z mównicy, jak pewna posłanka mówi, że „in vitro to produkcja dzieci” albo otwierasz podręcznik do HiT i czytasz w nich hipotetyczne pytanie „kto bedzie kochał dzieci urodzone w ten sposób?”! Albo gdy ktoś z ambony wykrzykuje, że dzieciaki urodzone „z in vitro” – wyjątkowo bardzo wyprowadza mnie z równowagi to określenie – to dzieci z bruzdami na czole! To są wypowiedzi tak okrutne, że nie można przejść wobec nich obojętnie.

W naszym kraju niepłodność jest wciąż traktowana jako kara boska, a nie choroba cywilizacyjna. Wkurza mnie to! Mamy prawie 3 miliony osób rocznie z diagnozą niepłodności, ale udajemy, że są to osoby grzeszne, a nie chore… Czy my naprawdę w środku Europy nie możemy dyskutować o skutecznych metodach leczenia niepłodności, tylko musimy koniecznie się modlić? Jasne, jak ktoś tego potrzebuje, to przecież nikt mu nie zabrania. Tylko, że są i tacy, którzy potrzebują i chcą opieki medycznej, i ci powinni mieć w pełni refundowany dostęp do leczenia. Koniec, kropka.

W książce napisałam i o tym, i nie bez powodu. Bo wystarczy, że staniesz przed półką z książkami dla dzieci w księgarni, znajdziesz tam książki o wszystkim. O chorobach, nowotworach, o mózgu, jelitach, na wielu rysunkach są pokazywane genitalia, włosy łonowe, organy są nazywane po imieniu, dlaczego więc nie mówić o chorobie niepłodności w sposób otwarty? Nasze wyczekane dzieci, urodzone dzięki in vitro również są narażone na niepłodność. Dlaczego mamy udawać, że czegoś takiego nie ma?

My rodzice jesteśmy tylko ludźmi i bywa nam cholernie trudno w rodzicielstwie. W sposób naturalny i całkiem nieświadomy każdemu z nas zdarza się przerzucić swoje emocje na dziecko, zwłaszcza, kiedy w obiegu pojawia się bolesny dla nas temat.

Nie używasz słowa „walka”. Walka wprowadza element porażki, wygranej, stoczonej bitwy… Ciągle słyszymy „walka o dziecko”. W książce nie czuć ciężaru trudnych emocji, których nie chcemy przerzucić na dziecko. 

Moja niepłodność, Anety czy Krzyśka to nasza walka, a nie naszych dzieci. Bardzo mi zależało na tym, aby niechcący nie wprowadzić elementu parentyfikacji, który może się pojawić, kiedy dziecko usłyszy, że rodzicowi było ciężko, trudno, że walczył, że wypłakała wszystkie łzy… To jest również ten trudny element, o którą pytałaś wcześniej odnośnie książki. Uwierz mi, stanęłam na rzęsach, ważyłam każde słowo, żeby taka sytuacja nie miała miejsca.

My rodzice jesteśmy tylko ludźmi i bywa nam cholernie trudno w rodzicielstwie. W sposób naturalny i całkiem nieświadomy każdemu z nas zdarza się przerzucić swoje emocje na dziecko, zwłaszcza, kiedy w obiegu pojawia się bolesny dla nas temat. Zależało mi na tym, żeby moja książka była czuła na takie właśnie detale. Dlatego ciągle powtarzam, że znacznie istotniejsze jest to, po co chcemy rozmawiać z dzieckiem o in vitro, a nie czy w ogóle rozmawiać. Na pewno warto, aby rodzice sprawdzili w zakamarkach swoich emocji swoje potrzeby. I co bardzo ważne, nie wszystko na raz. Warto dozować wiedzę, warto książkę czytać po kawałku.

Piszesz prostym językiem, trochę jakbyśmy przysłuchiwali się rozmowie. Ten język to też twój sposób na to jak odczarować tak złożony i trudny temat?

Kocham prostotę. Prostotę wypowiedzi, relacje bez drugiego dna, uwielbiam pierwotne emocje, lubię płakać w kinie, nie udawać, że coś mnie nie boli.. Zaczęłam opowiadać o in vitro mojej córce – tak na poważnie – jak miała nieco ponad cztery latka. Starałam się tłumaczyć te wszystkie medyczne procedury w prosty sposób i z odpowiednią tonacją głosu. Ton, spokój w głosie rodzica, równowaga wewnętrzna są bardzo szybko wychwytywane przez dzieci. One odbierają nie tylko słowa, ale gesty, uśmiech, ton i barwę głosu. Możemy opisać dziecku wizytę u lekarza w taki sposób, żeby je oswoić z przekazem, albo wprowadzić element niewiadomej czy nawet lęku. Ty odbierasz książkę, jako napisaną prostym językiem, a ja kilka razy zostałam zapytana, czy oby na pewno to jest język odpowiedni dla dziecka i czy koniecznie trzeba napisać słowo „macica”?

Jako bardzo trudne wspominamy momenty, kiedy po kolejnych transferach test nie pokazywał dwóch kresek… [Córka] pytała, więc i tutaj musiałam wybrnąć z sytuacji. Kiedy ja wiedziałam już, że transfer jest nieudany, a ona przykładała głowę do mojego brzucha i mówiła mi, że słyszy tam bobasa rozpadałam się wewnętrznie na kawałki, ale i z tego musiałam jakoś wybrnąć.

Aha, czyli jak dziecko, to musi być… „domek w środku mamy”?? (śmiech)

Nie umiem napisać słowa „macica” inaczej niż stosując słowo „macica”. To tak, jakbyśmy cały czas nazywali waginę „kuciapką” czy „muszelką”. Niektórzy rodzice nigdy nie przekroczą tej granicy, ale moją rolą nie jest ocenianie ich. Jestem neutralna wobec ich decyzji, natomiast osobiście wybieram nazywanie waginy waginą i tego uczę moją córkę.

Jako bardzo trudne wspominamy momenty, kiedy po kolejnych transferach test nie pokazywał dwóch kresek… Ona pytała, więc i tutaj musiałam wybrnąć z sytuacji. Kiedy ja wiedziałam już, że transfer jest nieudany, a ona przykładała głowę do mojego brzucha i mówiła mi, że słyszy tam bobasa rozpadałam się wewnętrznie na kawałki, ale i z tego musiałam jakoś wybrnąć. Prostota okazywała się najlepszą metodą. Mówiłam po prostu, że tego nie niestety nie można usłyszeć, ale doktor ma super sprzęt, który pokazuje wszystkie bobaski w brzuchu i że tylko on może potwierdzić czy usłyszany przez nią głos był na pewno głosem bobasa czy też dźwiękiem wcześniej zjedzonej pizzy (śmiech). Kłamstwem byłoby, gdybym powiedziała, że Sati widziała zawsze tylko uśmiechniętą mamę, znającą wszystkie odpowiedzi. Bardzo dużą rolę odgrywał w oswajaniu in vitro mój mąż, który wkraczał w najbardziej newralgicznych momentach, dawał mi przestrzeń do wypłakania smutku. On też czasami bez ogródek odpowiadał, że rodzice nie znają wszystkich odpowiedzi.

Z jakimi stereotypami, legendami wokół in vitro się spotkałaś? Gdzie jest największa potrzeba edukacji w tym temacie?

Nasze społeczeństwo cały czas myśli o in vitro w kategoriach fanaberii czy zachcianki. Najczęściej spotykam się z „opiniami”, że in vitro to produkcja czy kupno dzieci. Przepraszam za to co powiem, ale głupiego nie nauczysz. Kogoś, kto ma ograniczone horyzonty, wiedzę, wrażliwość, poglądy… No, nie przebijesz się. Ale moim celem jest mówienie o in vitro jako o skutecznej metodzie leczenia niepłodności, i pragnę , aby ten przekaz docierał do tych wszystkich par, które borykają się z niepłodnością i chcą skorzystać z metody in vitro. Uważam, że edukacja seksualna cały czas omija edukację o rozrodczości: bo mówimy o unikaniu niechcianej ciąży – co jest absolutnie rewelacyjne – ale zapominamy mówić o tym, że w obliczu statystyk niepłodności niedługo już nie będziemy mogli mówić już o świadomym planowaniu rodziny w ogóle, bo najzwyczajniej w świecie liczba osób z wyzwaniami płodności przekroczy liczbę osób zdrowych. Tutaj odbiorcami takich edukacyjnych treści oczywiście powinny być w pierwszej kolejności młode osoby.

Mierzenie się z tym co nie nasze, bolesne, trudne nie jest instynktowne i łatwe, ale jeśli nie podejmujemy wyzwania by tematy oswajać, rozrastają się i ubierają w piórka tabu.

No właśnie krąg odbiorców jest szeroki. Marzy mi się, żeby ten temat pojawił się w sposób naturalny i rzeczowy na lekcji w szkole podstawowej. Myślisz, że to odległą perspektywa?

Książka jest zaproszeniem edukacyjnym, zarówno dla rodziców dzieci urodzonych dzięki in vitro, ale również dla tych, którzy chcą edukować i poszerzać horyzonty swoich dzieci, niezależnie od metody poczęcia. Moje marzenia krzyżują się z twoimi w tym aspekcie. Ja również bardzo chciałabym móc poprowadzić zajęcia edukacyjne dla młodzieży w szkołach. Nasze dzieciaki żyją w obliczu wielu wyzwań, z którymi nasze pokolenie nie miało w ogóle styczności. Wiele organizacji robi mnóstwo świetnej pracy wokół edukacji, ale tej pracy wciąż jest bardzo dużo, i zbyt mało rąk ją wykonuje. Potrzeba wielu lat na posprzątanie edukacyjnego bałaganu z pogranicza niewieścich cnót i HiT-owych bzdur. Chce być pełna nadziei, ale na razie uprażyłam sporo popcornu i będę oglądać, co nastąpi dalej.

To nie koniec twoich działań. Jakie masz plany na ten rok związane z normalizacją tematu niepłodności?

Tak, to nie koniec, stworzyłam dwie edycje akcji #JestemN97 – Niepłodność jest bliżej, niż myślisz; wydałam książkę, napisałam i współtworzyłam e-booki. Każdego dnia dokładam gdzieś swoją cegiełkę i jestem w trakcie napisania kolejnej książki. Pracy mam bardzo dużo, na co dzień konsultuję kobiety starające się o dziecko, jestem świeżo po psychologii i w tym obszarze pracuję bardzo intensywnie. W normalizacji niepłodności mamy do wykoniana dużo pracy, ale cieszę się, że mogę ją wykonywać! Jestem szczerze pochłonięta i misyjnie nastawiona do sprawy. Mam nadzieję, że uda mi się krok po kroku zrealizować wszystkie moje cele, ponieważ wierzę w to, że mogą one pomóc innym parom w swoich zmaganiach z niepłodnością.

Ta książka na pewno będzie pomocna w niejednym domu. Dziękuję, że znalazłaś czas na rozmowę!

Mierzenie się z tym co nie nasze, bolesne, trudne nie jest instynktowne i łatwe, ale jeśli nie podejmujemy wyzwania by tematy oswajać, rozrastają się i ubierają w piórka tabu. Stają się zalążkiem nieporozumień i stereotypów. Pytań dzieci na tym lub innym etapie nie unikniemy, warto mieć tę książkę na półce.

 

Książka „Mamo, tato, a co to jest in vitro?” Narine Szostak została objęta patronatem medialnym Ładne Bebe. Książka jest dostępna do kupienia na stronie plodnoscnastart.pl

Dodaj komentarz