Siedzieć, nie robić nic - Ładne Bebe

Siedzieć, nie robić nic

Tylko w tym roku wydaje cztery nowe książki – dwie dla dzieci, jedną dla młodzieży i reportaż o randkowaniu. Detektywistyczna seria „Kocia Szajka” okazała się bestsellerem i ustanawia nowe rekordy na rynku wydawniczym (dziewięć tomów w trzy lata, prawie ćwierć miliona sprzedanych egzemplarzy). Niedawno do sklepów trafiła kolekcja ubrań dla dzieci z Morfeuszem, Komandosem i Bronką od Cieślarów, w planach jest serial z kocimi bohaterami.

Rozmawiamy z Agatą Romaniuk – pisarką, reporterką, socjolożką, improwizatorką i samodzielną mamą dwóch nastolatków.

„Dziękuję za wiadomość. Do końca roku nie ma mnie w pracy, więc niestety na nią nie odpowiem”. Taki mail dostałam, gdy napisałam do ciebie z prośbą o rozmowę. I pomyślałam sobie: „Wow! To tak się da?”.

Terapeuta, który doprowadził mnie do podjęcia decyzji o półrocznym urlopie, dał mi zadanie: usiądź na podłodze i nic nie rób przez 15 minut. Nie czytaj, nie głaszcz kota, nic nie oglądaj. To było nie do zniesienia! Postanowiłam, że będę nieobecna dla rzeczy, których nie chcę teraz robić. Odpuszczę targi książki, ale pojadę do małej biblioteki w Wiśle, dokąd mało kto dojedzie, i będę ćwiczyć jogę na trawie, bo mam z tego więcej radości. Chcę, żeby to, co robię, dawało też radość innym.

Myślałam, że po tak intensywnym okresie robisz całkowity reset od pracy zawodowej. Da się w życiu robić wyłącznie to, co się lubi?

Jeszcze nie wiem. Zaplanowałam to tylko do końca roku, nie do końca życia. Nie jestem osobą, która by się dobrze czuła bez pracy. Ale zobacz: jest godzina jedenasta, spędziłam poranek, siedząc sobie na rynku w Wiśle. Mogłabym być w biurze od ósmej, więc może to jednak jest reset? A teraz piję kawę w bibliotece w filiżance z Pippi Langstrumpf.

Wiem, że to jedna z ulubionych bohaterek małej Agaty. Myślisz, że książki czytane w dzieciństwie wpłynęły na to, jaką jesteś dorosłą osobą, kobietą, pisarką?

Jestem o tym przekonana. Nie miałam dostępu do tylu treści kultury, ile dziś dzieci mają do wyboru. Czytanie było moim głównym ładunkiem kulturalnym. Jako mała dziewczynka przyjeżdżałam do mojej prababci właśnie tutaj, do Wisły. Siedziałam na werandzie starego drewnianego domu, a gdy babcia szła na targ i nie chciała, żebym jej się plątała między nogami, przychodziłam do biblioteki. Pamiętam starą bibliotekarkę, która mnie wpuszczała i pokazywała: „Zobacz, tu są książki dla dzieci, możesz sobie grzebać i wybierać”. I tak się zaczęło, najpierw Pippi i pozostałe książki Astrid Lindgren. Pamiętam długie deszczowe wieczory, gdy na tej werandzie czytałam wszystkie tomy „Ani z Zielonego Wzgórza”. Ona chciała pisać książki i oczywiście ja też chciałam pisać książki, szczególnie romanse.

Mimo tych marzeń wybrałaś ścieżkę naukową. Czy równolegle pisałaś?

Pisałam już jako nastolatka. W liceum publikowałam wiersze i inne krótkie formy w „Świecie Młodych” i „Filipince”. Wydawało mi się jednak, że nie mam wystarczającego talentu. Pomyślałam, że w życiu trzeba się zająć czymś konkretnym, i poszłam na socjologię. Trafiłam do Polskiej Akademii Nauk, co wydawało mi się ukoronowaniem marzeń. Zajmowałam się metodologią badań. Chciałam zostać najmłodszą profesorką socjologii w Polsce. Wcześnie, bo w wieku 26 lat, zrobiłam doktorat – z paradygmatu kognitywnego w badaniach. Ale rozczarowało mnie życie w Akademii.

Dlaczego?

To był totalny patriarchat i feudalizm, oczekiwano, że będę parzyć kawę. W moim instytucie na 112 osób były dwie przed czterdziestką – ja i kolega. Pamiętam, jak dostałam szokującą podwyżkę w wysokości 11,20 zł brutto. Wiedziałam, że przez kolejne przynajmniej 15 lat będę parzyć tę kawę i pisać tzw. wykony, czyli teksty, które raz na rok trzeba złożyć przed profesorem, aby zaliczyć etat.

Jednak uwierzyłaś, że pisanie może być sposobem na życie. Co się wydarzyło?

Gdy mój mąż dostał kontrakt w Australii, pojechałam z nim i umieszczałam wtedy wpisy na Facebooku, krótkie depesze, jak się tam żyje. Odezwała się do mnie redaktorka „Wysokich Obcasów”, że to jest dobre i czy mogłabym napisać dłuższy tekst reporterski. Byłam przekonana, że nie mam żadnego warsztatu, aby to zrobić. Gdy wróciłam do Polski, poszłam do Polskiej Szkoły Reportażu. Okazało się, że moje wykształcenie badawcze bardzo pomaga, bo reportaż też wymaga umiejętności zdobywania informacji, ich weryfikacji, sprawdzania faktów, szukania historii, potwierdzania danych. Zresztą jest to bardzo naturalna dla mnie forma opowiadania świata. Pamiętam, że do PSR trzeba było napisać list motywacyjny. Zgłosiło się tam dużo ludzi, którzy już gdzieś publikowali, a ja miałam tylko te straszne teksty o polityce agrarnej, więc napisałam w liście, że bardzo bym chciała już nie pisać o liczbach, tylko o ludziach.

Dziś piszesz i o ludziach, i o kotach, i reportaże, i prozę, i powieści detektywistyczne dla dzieci. Czy ma dla ciebie znaczenie, w jakim gatunku się poruszasz, czy operujesz faktem, czy fikcją?

Wcale. Zależnie od tego, czy masz przygotować ciasto, sushi, czy bigos, używasz innych składników, inaczej do tego podchodzisz, szatkujesz albo mieszasz, doprawiasz, kogo innego chcesz nakarmić i z innej okazji, ale radość jest podobna i ogólnie umiejętności też są podobne, prawda? Tak samo podchodzę do pisania.

Skończyłam teraz książkę, jakiej jeszcze nie pisałam: gorzko-zabawną, eseistyczno-felietonową o najgorszych randkach świata. I kilku udanych. Usiadłam do niej z zupełnie innym zamiarem niż do książki prozatorskiej, przy której planuję sobie drabinkę, wymyślam postaci, nadaję im imiona. A tutaj: go with the flow! Z reportażem jest jeszcze inaczej. Najpierw kiszę, wędzę albo marynuję fakty. I dopiero gdy wszystkie są zebrane, mam rozłożone fotografie i listy, zaczynam pisać. Jest to dla mnie zupełnie naturalna rzecz, po prostu przełączam się na inny tryb.

To dla mnie, reporterki, bardzo ciekawe, ponieważ nie potrafię pisać o czymś, co się nie wydarzyło.

Fikcja ma tę niesamowitą zaletę, że podchodzisz do niej jak do reportażu, ale potem możesz zrobić wszystko, czego w nim nie wolno. Możesz kogoś zabić albo kogoś spotkać, albo dodać mu psa, albo słowa, których nie wypowiedział. To jest wolność. Chociaż moja fikcja ma zawsze zaczyn w rzeczywistości. Powieść, którą teraz piszę, a która ukaże się w przyszłym roku, zaczyna się od tego, że podejrzałam pewną scenę w Bolonii, na Piazza Maggiore, w pierwszych dniach wojny ukraińsko-rosyjskiej. Usłyszałam krótki dialog i on stał się dla mnie punktem wyjścia. Jako czytelniczka też szukam takiej prozy, w której się mogę przejrzeć, zrozumieć emocje postaci i ich relacje. Nawet gdy piszę dla dzieci o kotach, to one są całkowicie ludzkie, a ich przygody – realne. Moje koty nigdy nie polecą na Marsa i nie będą mieć mieczy świetlnych. Tworzę świat, w którym dzieci zaakceptują gadające koty, ale też mogę odnaleźć siebie. Są zachwycone, że miejsce, skąd pochodzi Kocia Szajka, istnieje naprawdę, można tam pojechać, dotknąć różowego jelonka, zajrzeć do kociej kryjówki i zjeść tę kanapkę ze śledziem.

I jest to Cieszyn. Dlaczego tam umieściłaś akcję swojej serii?

Gdy jako mała dziewczynka przyjeżdżałam do pradziadków do Wisły i byłam grzeczna, a to się zdarzało bardzo rzadko, dziadek zabierał nas na lody do Cieszyna. To było najbliższe większe miasteczko z rynkiem i lodziarnią. Białe podkolanówki, kokardy we włosach, jechaliśmy na te lody i można było, jak to moja babka mówiła, podziwać się za granico, czyli popatrzeć na czeską stronę. Potem na działce dziadków stanął hotel Gołębiewski… Przestałam tu przyjeżdżać. Ale zawsze miałam ogromny sentyment do Cieszyna. Gdy po raz pierwszy improwizowałam przygody Kociej Szajki, od razu umieściłam tam akcję. W improwizacji zawsze sięgasz po zasoby, które już masz, nie ma czasu się zastanawiać, czy lepsza byłaby Siena, czy Dubrownik.

Może nie wszyscy wiedzą, że „Kocia Szajka” była najpierw historią mówioną.

To była pierwsza sześciominutowa bajka improwizowana, którą opowiadałam dzieciom przez internet jako Pani Wieczorynka w czasie pandemii. Na fali tamtej popularności wydawnictwo zaproponowało mi napisanie książki.

Gdy improwizujesz, zmieniasz głos, robisz miny, udając kapibarę, i to jest śmieszne. Ale po spisaniu okazuje się, że wartość literacka tego jest wątpliwa. Redaktorka powiedziała: „Dzieci kochają serie kryminalne, wydajmy na razie jedną część”. Ona się ukazała w najgorszym momencie pandemii, na premierze nie było ani jednego dziecka. Nie było spotkań. Byłam sama w zamkniętej księgarni, prowadzono jedynie transmisję online. Wydawało mi się, że to zabije tę książkę. A jednak nie. Kiedy już pandemia trochę odpuściła, bardzo dużo spotykałam się z dziećmi i spotykam nadal. Robimy pikniki, ćwiczymy kocią jogę, przygotowujemy maski.

Gdy zapadła decyzja, że powstanie książka, pojechałam do Cieszyna zobaczyć, czy jest tak fajny, jak go zapamiętałam.

I jak?

Jest fajniejszy! Mieszkam w Warszawie, która jest pełna hałasu i chaosu, ma wybite zęby zaklejone nieudanymi plombami lat dziewięćdziesiątych, wieżowcami i jest męcząca. A Cieszyn jest tym idealnym piętnastominutowym miasteczkiem, gdzie wszystko jest pod ręką. Ma zwartą, starą zabudowę, rynek, leży nad rzeką, na wzgórzu. A jednocześnie ma dużo kultury: piękny teatr, stare kino, wspaniałą kluboksięgarnię i wiedeńskie kawiarenki. O rany, przydałby się jakiś pretekst, żeby tu częściej przyjeżdżać! Może dziewięć tomów „Kociej Szajki”? [śmiech]

Nie korciło cię, żeby się tam przenieść na stałe? 

Oczywiście, że tak! Kupiłam poddasze w kamienicy z 1896 roku na ulicy z magnoliami. A ja jestem dziewczyną z warszawskiego blokowiska, więc to mi „robi”. Mam taką sytuację rodzinną, że nie mogę się tam przenieść na stałe. Jeszcze.

Dużo jeździłaś po świecie i mieszkałaś w różnych miejscach, a jednak ciągnie cię akurat tam. 

Wiem, że może dziwić, że mieszkałam w Sydney, w Madrycie, w Omanie, w Atlancie w USA, a chciałabym mieszkać w Cieszynie. Ale tam jest wszystko, czego potrzebuję. Czuję się tam kochana, swoja. Jakoś mi się nie ułożyło w miłości, ale zakochałam się w mieście i to jest miłość z wzajemnością.

Wspomniałaś o Omanie. Właśnie tam urodziłaś swojego pierwszego syna. 

Do Omanu pojechałam z kotem w koszyku i brzuchem. Byłam w szóstym miesiącu ciąży. To była wyprawa w nieznane. Teraz jeżdżą tam wycieczki, są przewodniki, ale w 2009 roku niewiele było informacji o Omanie. Mój mąż dostał wtedy kontrakt na dwa lata z możliwością przedłużenia. Pojechał zrobić rozeznanie, sprawdził szpital, rozmawiał z Polką, która tam rodziła, ale ja nigdy wcześniej nie byłam w Omanie. Wiedziałam, że urodzę tam syna i co najmniej dwa pierwsze lata jego życia spędzimy właśnie w tym kraju.

Jak je wspominasz?

Ciąża i poród w Omanie to najwspanialsze wydarzenie nie tylko dla rodziny, ale dla całej społeczności. Obcy ludzie, mijając cię w sklepie czy na ulicy, pozdrawiają cię „błogosławione niech będzie to dziecko”, ale nikt nie dotyka twojego brzucha. W szpitalu do rodzącej podchodzą jak do najważniejszej osoby na świecie, która musi mieć pełny komfort. Do mojego pokoju w szpitalu przylegał drugi, gdzie było miejsce dla osób, które mogły mi towarzyszyć, fotele, kawa, daktyle. Poród tam był dla mnie doświadczeniem intymnym i rodzinnym, niezmedykalizowanym, pełnym uważności, mimo bólu oczywiście. Po porodzie również czułam się zadbana, położne przychodziły, pytały, jak się czuję, głaskały po głowie mnie i dziecko.

Drugiego syna urodziłam w Warszawie, w Szpitalu Bielańskim, w sali otwartej na oścież. Poród przyjmowała młoda lekarka, potwornie przemocowa. Mówiła do mnie: „Nie drzyj się tak, to nie rzeźnia”. To był dla mnie szok. Podobnie było z opieką poporodową. Położna weszła do sali, złapała mnie za pierś i zapytała: „Siara jest?!”.

Pamiętam obawy moich znajomych o Oman: „A jak ty tam będziesz rodzić w tym dzikim kraju, w tym piachu?”. No to ja pytam: gdzie właściwie jest ten dziki kraj?

Znajomych z tobą nie było. Byłaś sama w obcym kraju z noworodkiem. Ten początek macierzyństwa bywa trudny, obarczony samotnością, nawet jeśli bliskich masz na wyciągnięcie ręki. Jak sobie radziłaś?

Było mi szczególnie trudno. Urodziłam Ignasia w sierpniu, w najgorętszym okresie roku, temperatura dochodzi tam do 46-48 stopni. W nocy niespecjalnie spada, utrzymuje się około 40 stopni. Jak prawdziwa matka Polka, kilka dni po porodzie chciałam wyjść z dzieckiem na spacer, oczywiście w nocy, a ono i tak się przegrzało. Byłam więc uwięziona w domu. Dużym, pięknym, z widokiem na papugi, ale byłam w nim całkowicie samotna. Mój mąż wychodził rano do pracy i wracał wieczorem. Dostawałam szału. To był najgorszy okres w moim życiu. Pamiętam, jak kilka tygodni po porodzie przyjechała do mnie Omanka, żona pracownika mojego męża. Rodziła w tym samym czasie, w sali obok. Zobaczyła, w jakim jestem stanie, i powiedziała, że to nie może tak wyglądać. I zabrała mnie do siebie.

Jak to wyglądało u niej?

Zobaczyłam, że omańskie kobiety są w centrum babińca: otoczone przez siostry, ciotki, kuzynki. Przez pierwsze 40 dni po porodzie w ogóle nie wracają do swojego domu, do męża, tylko jadą do matki albo siostry. Inne kobiety przeprowadzają je po siostrzeńsku przez połóg. Buthaina była po tym porodzie w zupełnie innym stanie psychofizycznym niż ja. I to było dla mnie szokiem – takie proste rozwiązanie. Oczywiście, jest ono możliwe także dlatego, że kobiet jest tam po prostu dużo. Oman ma bardzo wysoką dzietność. Buthaina miała cztery siostry, osiem kuzynek, jej mama pięć sióstr. A ja miałam jednego o 13 lat młodszego brata, który w dodatku był w Polsce. Moja mama nie ma żadnej siostry, moi synowie też nie. Pojechałam z Buthainą do tego domu, natychmiast jedna z kobiet wzięła ode mnie Ignasia na ręce, inna zrobiła mi pedicure, obiad czekał ugotowany. Trafiłam do kręgu kobiecej solidarności, prawdziwego, pierwotnego siostrzeństwa.

Włączyły cię w swój świat?

Nie w pełni, bo jednak nie pochodziłam z ich rodziny, ale dane mi było tego zakosztować. Tym trudniej było mi wrócić do tego pustego domu. Po jakimiś czasie zatrudniliśmy lankijską nianię. Nawet nie po to, żeby się zajmowała Ignasiem, bo ja nie miałam nic innego do roboty, ale żebym po prostu nie była tak bardzo sama.

Pomogła ci w tej samotności?

To też było ciekawe doświadczenie, bo ona pracowała wcześniej w omańskich domach, w których niania jest służbą. Oczekuje się, że będzie spała przy łóżeczku dziecka na podłodze, by być na każde jego zawołanie. Gdy matka karmi albo sama zajmuje się dzieckiem, to niania ma siedzieć w kucki na korytarzu. To było dla mnie niewyobrażalne. Proponowałam, żeby przychodziła tylko na kilka godzin, a ja będę jej płacić pełną stawkę. Namawiałam, by siadała ze mną przy stole. I to z kolei dla niej było nie do przejścia. Czuła się strasznie skrępowana. Była wspaniała osobą, całkowicie oddaną Ignasiowi, spędzałyśmy razem wiele czasu, ale ta rozpadlina kulturowa między nami była bardzo duża.

Czy w tamtym czasie pisałaś coś do szuflady, czy było to nieistotne albo niewykonalne?

Pisałam wtedy książkę socjologiczną o Omanie, chciałam ją wydać po powrocie do Polski. A gdy wróciłam, pomyślałam: kto by chciał to czytać, te wszystkie wykresy i tabelki. I napisałam książkę reporterską „Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu” – historię o ludziach, a nie o liczbach. To był mój debiut książkowy, wydawnictwo miało trochę wątpliwości. Macierzyństwo i miłość w egzotycznym kraju, o którym nic nie wiadomo, kogo to zainteresuje? Stwierdzili, że jeśli się sprzeda 5 tysięcy egzemplarzy, to będzie super, a sprzedało się 60. To było przedziwne, ale czytelnicy, a zwłaszcza czytelniczki przeglądały w się niej jak zwierciadle. Czy na pewno nasz system, kultura, relacje są takie super?

Wydaje mi się, że wychodzimy z wyższościowego podejścia względem krajów islamskich.

Tak, bardzo europocentrycznego. Wydaje nam się, że nasz model życia jest najlepszym, jaki wymyślono. Po doświadczeniu życia w Omanie nie jestem już tego taka pewna. Zaczęłam przyglądać się temu, na co się zgadzamy w relacjach w Polsce, w Europie. Nie uważam, że tamten model jest idealny. Nie chciałabym mieszkać w kraju, w którym obowiązuje szariat. Ale też nie jestem szczęśliwa, że mieszkam w Polsce, gdzie można nie płacić alimentów, a można porzucić ciężarną żonę bez żadnych konsekwencji wynikających z tego faktu. W Omanie jest to nie do pomyślenia. Nie dlatego, że to penalizowane, tylko uważane za niebywale niehonorowe zachowanie. Moje omańskie koleżanki pytały mnie, co się dzieje, gdy jakiś mężczyzna się tak zachowa, co na to jego rodzina, jego honor? I jak na to odpowiedzieć? Zapisuje się na Tindera i tyle.

Czy to doświadczenie wpłynęło na twoje macierzyństwo?

Kiedy wracałam do Polski, miałam wyobrażenie, że stworzę wokół siebie siostrzany babiniec. Gdy już urodziłam Antosia, mojego drugiego syna, w ogóle mi się to nie udało. W Warszawie wszyscy żyją szybko. Weź się umów na szybką kawę z kimś, kto mieszka na drugim końcu miasta.

Mieszkam we Wrocławiu, gdzie mam ten sam problem. 

Gdy pomieszkuję w Cieszynie, widzę, że to się może udać. Odległości są mniejsze, dziewczyny kończą pracę o szesnastej, a pięć minut później są już na podwórku z dziećmi.

W Omanie masz niemal pewność, że któraś z bliskich ci kobiet będzie mieć małe dziecko w tym samym czasie co ty. Zawsze któraś z tych licznych kuzynek jest w ciąży. Gdy urodziłam Antosia, żadna koleżanka nie miała małego dziecka.

Znów byłaś sama. 

Byłam samotna, ale w inny sposób. Skoro nie było przy mnie ludzi, zajęłam się uczestnictwem w kulturze. Z dzieckiem chuście zobaczyłam wszystkie wystawy, jakie były w tym czasie w Warszawie, chodziłam do kina, odwiedziłam parki, w których wcześniej nie byłam. Byłam samotna w tłumie. Szczęśliwie Antoś był bardzo spokojnym dzieckiem. Obserwowałam też zmianę: nie krzywiono się nigdzie na to, że przychodzę z małym dzieckiem. Z pierwszym synem, gdy wróciłam do Polski, nie było tak miło. Pamiętam, jak nas wyproszono z księgarni Czuły Barbarzyńca, bo mały popłakiwał w chuście. Dziś to nie do pomyślenia.

Pisałaś, gdy mały siedział w tej chuście? Ja nie byłam w stanie poprawnie złożyć zdania po polsku w okresie niemowlęcym moich dzieci.

Mój pierwszy syn budził się, gdy słyszał przewracaną kartkę w książce. To było straszliwe, niewiele byłam w stanie przy nim zrobić. Kiedy natomiast kładłam Antosia zimą w wózku w ogródku, to musiałam sprawdzać, czy go nie zaśnieżyło, bo minęła piąta godzina, jak spał. I do dziś tak śpi, więc myślę, że wiele zależy od „modelu”. Gdy on spał, czytałam i pisałam mnóstwo, głównie reportaże. Chodziłam na spotkania z rozmówcami z dzieckiem w chuście lub pisałam teksty, które miały niewielu bohaterów. Nie miałam biurka, pisałam przy stole kuchennym, mieszając jednocześnie zupę łokciem. Nocami i w pociągach.

Wolny zawód wymaga dużo samozaparcia. Jak go łączysz z samodzielnym wychowywaniem synów?

Mój mąż odszedł dość niespodziewanie. Powiedział, że się zakochał, zabrał jedną parę majtek i tyle go widzieliśmy. Teraz uczestniczy w wychowaniu chłopców w dużo większym zakresie, ale wtedy faktycznie zostałam sama. Miałam w głowie taki film, że dla dzieci nic się nie zmieni, wszystko będzie ogarnięte, a ja będę tak samo, jeśli nie lepiej, umalowana, pięknie ubrana i nie będzie widać po mnie żadnej słabości. Książki będą się ukazywać jak w zegarku i ciasto będzie dwa razy w tygodniu upieczone. Na szczęście bardzo mądra terapeutka powiedziała mi, że tak być nie może. Jeśli nie pokazuję dzieciom swojego smutku, słabości, zmęczenia, to nie daję im przestrzeni na ich własne uczucia, na przykład żałobę po tym, że nasza rodzina się rozpadła.

I co zrobiłaś?

Powiedziałam synom, że jesteśmy teraz nowym, trójosobowym organizmem i musimy się wspierać. Mimo że oni byli mali – Ignaś miał osiem lat, Antek cztery – dość szybko dostali swoje obowiązki. Oni nie pomagają mamie, tylko wiedzą, co jest do zrobienia w domu i że to nasza wspólna sprawa. Gdy zrozumiałam, że nie jestem mamą, która musi ogarnąć cały świat, okazało się, że na wszystko jest przestrzeń. Także na pisanie. Oczywiście nadal zdarza mi się zarywać noce, żeby pisać, bo w ciągu dnia ogarniam firmę, która zatrudnia kilka osób, jestem w trójce klasowej, robię obiad, wożę na treningi. Zachwyca mnie, jak ludzie w innej sytuacji życiowej czekają na wenę. Ja nie mogę czekać. Wiem, że między szesnastą a siedemnastą będę mieć slot na pisanie.

Siadasz i piszesz?

No tak. Picasso powiedział, że wena to jest coś takiego, co przychodzi, gdy się siedzi na tyłku i ciężko pracuje. Mam takie samo podejście. Zdarza mi się daydreaming, w ciągu dnia wymyślam sobie sceny, dialogi, ale kiedy już siadam do pracy, to piszę, bo wiem, że mam tę godzinę.

Czyli nie masz problemu z przerażającą białą kartką?

Jadąc dzisiaj z synem autem z Cieszyna do Wisły, wymyślałam kolejne zdania, więc gdy będę miała czas usiąść, to po prostu je zapiszę.

I nie zapominasz?

Mam taką łatwość. Gdybyś mnie teraz zapytała, jak się zaczyna rozdział, który będę dzisiaj pisać, to bym ci powiedziała całe zdanie. A gdybyś mi kazała zaimprowizować fragment „Kociej Szajki”, w którym pojawia się na przykład maszyna do pisania, niebieski fotel i grzejnik, to mówię: „Kot Morfeusz obudził się w niebieskim fotelu, przeciągnął się. Czuł ciepło płynące z grzejnika, na którym wygrzewał się Precelek. Precelek uderzył ogonem o maszynę do pisania, która wydała piskliwy dźwięk…”. Rozumiesz?

Chyba dlatego tylko w tym roku wydajesz cztery nowe książki!

Śmieją się ze mnie, że jestem Remigiuszką Mrozówną literatury dziecięcej.

Jestem zdyscyplinowana. Nie rozumiem przeciągania deadline’u na książkę o dwa lata. Ale to też nie zawsze jest dobre – syndrom dobrej uczennicy. Zawsze muszę być przygotowana na piątkę. Wszystko na tip-top, nigdy się nie spóźniam, to jakiś rodzaj pracoholizmu.

Genialny tytuł książki Agnieszki Drotkiewicz „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” to synteza mojego życia i pewnie wielu innych kobiet piszących. Dopiero staram się nauczyć tego, że mogę usiąść na trawie, wypić kawę i nic więcej. Nie pracować, nie myśleć, nie planować, nie tworzyć zdań. I bardzo trudno jest mi tak wysiedzieć bez poczucia winy, że mogłabym pisać kolejny rozdział.

W pracy biurowej kończysz, wychodzisz, zamykasz drzwi do biura, rano wracasz. A w pisaniu jest tak, że zawsze mogłabyś teoretycznie pisać. Nauczyłam się planować każdy dzień, zakładam z góry, co albo ile napiszę. Wtedy mentalnie „wychodzę”. Nie zastanawiam się „a mogłabym jeszcze pisać…”. Nie, zrobiłam ten mój wykon, mój urobek na dziś i odchodzę do komputera. Daje mi to poczucie kontroli. Dlatego też wzięłam wolne od części obowiązków.

Czego ci życzyć na ten czas odpoczynku?

Żebym jak najdłużej umiała usiedzieć w miejscu.

***

Agata Romaniuk

Socjolożka z doktoratem uzyskanym w IFiS PAN, reporterka. Publikuje między innymi w „Dużym Formacie”, „Piśmie” i „Przekroju”. Autorka książki o kobietach w Omanie. Jako powieściopisarka zadebiutowała w wydawnictwie Agora książką „Proste równoległe”. Pomysłodawczyni i autorka bestsellerowych serii detektywistycznych dla dzieci: „Kociej Szajki”, „Precelka z Kociej Szajki”, „Tola i Bola”.

 

DSC_7791.jpgDSC_8758.jpgDSC_8304_fot.-Aga-Bilska.jpgDSC_8160.jpgDSC_8629.jpg

Powiązane