rozmowa o macierzyństwie

Rozmowa o macierzyństwie z Agnieszką Stein

Od początku założyłam, że jak najdłużej nie będę wychowywać mojego dziecka

Rozmowa o macierzyństwie z Agnieszką Stein
archiwum rodzinne

Pójścia do liceum nawet nie rozważaliśmy. Licealista spędza więcej czasu w szkole niż ja w pracy, potem przychodzi do domu i jeszcze chcą od niego, żeby coś robił. Dzieci są zmęczone i nie mają czasu na życie i rozwój, bo muszą odrabiać pańszczyznę – opowiada mi Agnieszka Stein. Na łamach Ładne Bebe wielokrotnie pytałyśmy ją o kwestie wychowawcze. Dziś zapytałam ją o jej prywatne doświadczenie.

Psycholożka i autorka książek, współtwórczyni terapeutycznego Bliskiego Miejsca – Agnieszka Stein dla wielu z nas jest ważnym, wspierającym głosem w rodzicielskich trudach. Prowadzi konsultacje i warsztaty dla rodziców, a na Ładne Bebe mogłyście przeczytać niejedną poświęconą kwestiom wychowawczym rozmowę z nią. Do mojego macierzyństwa dorastałam z jej książkami pod pachą. Agnieszka Stein to także mama, i to z doświadczeniem imponującym takim jak ja żółtodziobom – jest bowiem mamą 18-letniego Sergiusza.

Trudno było mi przygotować się do tej rozmowy, bo Agnieszka Stein nie opowiada o swojej prywatności. Chciałam wiedzieć, jakie jest jej doświadczenie rodzicielstwa. Z czym osoba, która dla innych jest autorytetem, sama się mierzyła jako mama? Kiedy jej było ciężko, a co przynosiło radość? Jak na jej rodzicielstwo wpłynęło rozstanie z mężem i wyprowadzka z domu na wsi do wynajętego pokoju w Warszawie? Posłuchajcie tej opowieści, w której macierzyństwo łączy się z zaczynaniem od nowa i budowaniem własnej ścieżki zawodowej.

Kim jest ta kobieta, która pomaga innym rodzinom?

Najwięcej o sobie opowiedziałam, kiedy z Gosią Stańczyk pisałam „Wioskę”. Nie mam wyraźnych wspomnień z początków macierzyństwa. Byłam koło trzydziestki. Pamiętam, że jak mój syn był malutki, Polska weszła do Unii, to był 2004 rok. Mieszkaliśmy na wsi, w drewnianym starym domu, w którym woda była ze studni. Pracowałam wtedy w okolicznym domu dziecka. Wszystko działo się wolno, zegarki były mało ważne.

To był początek twojego myślenia o tym, że potrzebna jest wioska, żeby wychować dziecko?

To było doświadczenie, które mi pomogło, bo na wsi relacje między ludźmi wyglądają inaczej niż w mieście. Ale myśl o wiosce przyszła później, kiedy już pracowałam w Warszawie. Wcześniej takich pojęć jak rodzicielstwo bliskości po prostu nie znaliśmy. Kiedy wyszłam za mąż, dostaliśmy propozycję, żeby mieszkać w domu klubu jeździeckiego i opiekować się nim. Bliskość przyrody nam odpowiadała. Szukaliśmy strategii na życie i taka nam wtedy przyszła do głowy. Do Warszawa wróciłam, kiedy mój syn Sergiusz miał trzy lata. Rozstaliśmy się z mężem. Stwierdziłam, że łatwiej będzie mi w Warszawie. Miałam tu różnych ludzi, których znałam wcześniej. Tu się urodziłam, tu mieszkałam prawie 30 lat. Odnowiłam kontakty, znalazłam pracę. Zaczęłam nowe życie.

Miałaś do czego wrócić?

Wynajęłam u kogoś pokój, potem drugi pokój, potem mieszkanie. Nie jest łatwo znaleźć coś z małym dzieckiem – ludzie nie chcą z nim dzielić mieszkania, być ich współlokatorem. Miałam jakąś pracę i tak to powoli szło. To był bardzo trudny czas. Jeden z najtrudniejszych. Prawdopodobnie byłam w depresji. Każda trudność, którą udawało mi się pokonać, pomagała mi iść dalej. Miałam przekonanie, że skoro do tej pory nam się udawało, to na wszystko znajdzie się rozwiązanie. Nawet jak było trudno, to za jakiś czas udawało się coś zrobić, żeby było jednak trochę łatwiej.

Co cię wtedy trzymało?

To, że masz dziecko, bardzo pomaga. Ale też inni ludzie, którzy byli przy mnie i wierzyli we mnie. Trochę pomogła mi terapia. Trochę mama, trochę dziewczyny mojego brata. I kilku moich znajomych, do których mogłam pojechać, wypłakać się, dostać wsparcie. W opiece nad Sergiuszem pomagała mi teściowa. Miałam taką pracę, że czasami pracowałam do późna, i on u niej nocował. Syn ją uwielbiał. Zaczęłam rozwijać się zawodowo, wyjeżdżałam i robiłam warsztaty w innych miastach. Bez mojej teściowej nie byłoby to możliwe. Gdyby nie ona, Sergiusz miałby grafik osób, które się nim opiekują. A tak wiedział, że z przedszkola go odbieramy albo ja, albo babcia. Tak samo było z nocowaniem, dwa miejsca, a nie więcej. Dzisiaj babcia jest dla niego bardzo ważną osobą. Mało która babcia ma taką relację z wnukiem. Kontakt z tatą Sergiusza urwał się mi się dawno temu, ale oboje jego rodzice byli wsparciem. Sergiusz bardzo ich lubi i ma z nimi relację. Wsparli mnie też moi rodzice – były momenty, że mieszkaliśmy u nich tydzień-dwa. Jedno mieszkanie wynajmowane już było wypowiedziane, a drugiego jeszcze nie było. To oni pomogli mi znaleźć pierwsze samodzielne mieszkanie dla mnie i Sergiusza. Wiedziałam, że jakby działo się coś podbramkowego, mogę do nich wrócić i nie muszę się gdzieś błąkać.

Spotkałaś się z tym, że twoje ówczesne decyzje były wtedy oceniane?

Są ludzie, którym się nie wszystko zawsze podoba, ale moje otoczenie akceptowało, że to jest w 100% moje życie. Moi rodzice pewnie mieli swoje pomysły na to, co powinnam zrobić, żeby było mi łatwiej, jednak nie wywierali na mnie żadnej presji. Martwili się, ale nie mówili mi, co mam robić.

Opowiedziałaś o relacji Sergiusza z twoją byłą teściową. Jak tobie się z nią układało?

Było różnie. Trudno powiedzieć. Nie miałam z nią takiej bliskiej relacji, żeby gadać głęboko o tym, co się zdarzyło między jej synem a mną. Tata Sergiusza trochę funkcjonował w jego życiu – nie wnikam w to, jak dużo. Spotykali się, kiedy syn był u babci. Jego tata nie funkcjonował w moim życiu i myślę sobie, że to jest z jednej strony łatwiejsze. Nie musiałam się z nim układać. Ludzie mają bardzo różnie i dla jednych coś jest trudniejsze, bardziej skomplikowane lub łatwiejsze. Dla mnie było łatwiejsze, że mogę sama podejmować decyzje. Nie musiałam negocjować, jak ma wyglądać nasze życie.

Rozstanie z ojcem dziecka to wachlarz emocji. Nie chcesz o nich opowiadać?

To jest już dla mnie bardzo stara historia. To było 15 lat temu i niektórych spraw już nie pamiętam. Mogłabym jakoś zrekonstruować historię tego, co tam się działo, ale w międzyczasie tyle się rzeczy wydarzyło, że tamto już jest odległe.

Zmiana życia z wiejskiego na miejskie była dla ciebie i Sergiusza trudna?

Syn wie, że mieszkaliśmy na wsi, ale samej zmiany nie pamięta. Miał wtedy 2-3 lata i nie wydaje mi się, że był zagubiony. Wcześniej przyjeżdżaliśmy przecież do Warszawy, nocowaliśmy u moich rodziców. A dla mnie to był powrót do domu, do miasta, w którym się wychowałam. Wiesz, mieszkanie na wsi to był fizyczny wysiłek – tam jest tak, że jak się zrobi dziura w dachu, to się wchodzi na dach i się go naprawia. Pali się w kuchni drewnem, które trzeba narąbać. Więc życie w mieście przyjęłam jako ulgę. Oczywiście psychicznie to było trudne, bo to była zmiana, stres, niepewność, ale była też ulga, że tyle trudności życia codziennego odeszło. Zwykle wyjście po chleb było łatwiejsze. To też mi bardzo pomogło.

Miałaś ciążę bez taryfy ulgowej?

Drewno trzeba było porąbać, więc bez. Ale to też było tak, że miałam wioskę, sąsiadów. Jak tylko przyjechałam ze szpitala, przyszli zobaczyć dzidziusia. Kiedy czegoś potrzebowałam, to byli ludzie, którzy się z nim pobawili, i on się tam dobrze czuł – z nimi, z ich dziećmi. Siedziałam u nich w kuchni i gadaliśmy albo robiliśmy jakieś wiejskie rzeczy, a on się tam bawił. Zbieraliśmy truskawki. Dziś częstym doświadczeniem matek jest bycie samej z małym dzieckiem, facet w pracy, ona zamknięta w chacie cały dzień – poza tym, że wyjdzie na plac zabaw. Doceniam to, że byłam cały dzień wśród ludzi i z ludźmi, przy ich wiejskim życiu. Trochę się pracuje, trochę się obiad robi, trochę się pójdzie do sąsiadów pogadać, trochę ktoś tam potrzebuje pomocy, to idzie się pomóc. Tak bardzo we wspólnocie. Wychodziliśmy zbierać ziemniaki, a Sergiusz leżał w koszyku w przyczepce na traktorze i spał. Raz, że to było łatwiejsze, a dwa, że pokazało mi to, jak ważne są takie rzeczy i to, że ma się ludzi wkoło.

Mimo to wyjechałaś.

W Warszawie było łatwiej szukać pracy, tu jest dużo więcej możliwości, do koloru do wyboru – próbowałam kolejnych rzeczy: drugie, trzecie miejsce pracy… I tu była babcia, która mogła się zająć Sergiuszem. Jakbym została na wsi, musiałabym go wysłać do żłobka albo do kogoś, do sąsiada. Miasto to wyższe zarobki. A na wsi przy domu naprawdę do niektórych rzeczy potrzebne są dwie osoby. Myślę, że gorzej jest być samotnym rodzicem na wsi. Gospodarstwo, nawet bez zwierząt i dobytku, to jest zbiorowy biznes. Jak coś jest do zrobienia, ludzie się zwołują, przychodzi 3-4 sąsiadów i robi się razem to, czego samemu się nie dało.

Powiedziałaś, że powrót do Warszawy przyniósł ze sobą rozwój zawodowy.

Był taki moment, w którym pracowałam na umowę zlecenie. Zobaczyłam, że ZUS, który jest do tej umowy doliczany, jest dwa razy wyższy, niż ten, który zapłaciłabym, gdybym miała działalność gospodarczą. Otworzyłam ją więc i kolejne kroki były podyktowane tym, że jestem osobą, która ma firmę, a nie osobą, która szuka pracy na etacie czy zlecenie. To była duża rzecz, która wpłynęła na różne moje wybory. Wzięłam udział w dofinansowanym przez miasto szkoleniu dla osób otwierających firmę: 2 miesiące warsztatów o biznesie, o księgowości, o kontaktach z klientami. Potem należało napisać biznes plan i dostawało się kasę na rozpoczęcie działalności. Niektóre rzeczy, których się wtedy dowiedziałam, wykorzystuję do dziś. A to było 10 lat temu.

Nie jestem tak postrzegana, a bycie przedsiębiorczynią to główny filar mojej pracy. Nie jestem psychoterapeutką, to jest pomyłka. Główną część mojej pracy przed pandemią stanowiły warsztaty, na które jeździłam do różnych miast. Teraz to są edukacyjne kursy online, warsztatowe formy robione zdalnie, webinary, szkolenia dla profesjonalistów, skierowane do grup. Żeby to ogarnąć, współpracuję z różnymi ludźmi, przede wszystkim z Gosią i Bartkiem Stańczykami. Bartek jest człowiekiem od działki organizacyjno-biznesowo-marketingowej, on to trzyma w ręku i to ogarnia, sprzedaje. Ja prowadzę spotkania, wymyślam nowe projekty, jest w tym spory kawałek biznesowy. Lubię to. Założyliśmy Bliskie Miejsce, kierują nim trzy dziewczyny, przez chwilę byłam razem z nimi. Wcześniej też prowadziłam biznes, w którym zatrudnionych było kilkanaście osób.

Ważny i duży w mojej pracy jest też kawałek pisarsko-autorski. Potrzebuję, żeby było różnorodnie. A pisać się uczyłam, kiedy z Małgosią Strzelecką założyłyśmy stronę „Dzikie Dzieci”, gdzie chciałyśmy popularyzować pewną perspektywę i podejście do dzieci. W szkole pisanie było dla mnie najgorszą rzeczą. Małgosia Strzelecka robiła redakcję moich tekstów: „nie wiadomo, kto w tym zdaniu jest podmiotem”, „to jest za długie”, „nie wiem, o co ci chodzi”. Potem powstało wydawnictwo Mamania, nadszedł czas na pierwszą polską książkę o rodzicielstwie bliskości. Nikt, kto pisze pierwszą książkę, nie umie pisać. To dziewczyny z wydawnictwa mnie nauczyły jak się to robi i bardzo jestem im wdzięczna za to. Były mega wsparciem wtedy.

Osobiste doświadczenia rodzicielskie są w twojej pracy pożywką i materiałem badawczym czy starasz się to rozdzielać?

Praca z rodzinami i prywatne doświadczenie to są dwie rzeczy, które się wspierają. Łatwiej było mi wspierać rodziców dzięki temu, że miałam swoje doświadczenie, ale też łatwiej było mi z moim dzieckiem przez to, że poznaję wiele sytuacji, w jakich można z dzieckiem być. Widzę na przykład, że najczęstszą trudnością rodziców jest dziwienie się typowym zachowaniom dziecka, ponieważ nie widują innych dzieci i mają wyobrażenie, że tylko ich dziecko robi różne rzeczy. W pracy mogę posłuchać i pooglądać wyzwania, przed jakimi stawia nas rodzicielstwo. I nie mam takich rozterek w odniesieniu do mojego dziecka, bo jak się osłucham i wrócę do domu, to nie widzę niczego ekstremalnego – ani w jedną stronę, ani w drugą.

Czy to znaczy, że miałaś rodzicielstwo bez kryzysów?

Największy kryzys w naszym rodzicielstwie wywołała szkoła publiczna i system edukacji ze swoimi pomysłami, a poza tym nie było tam nic takiego, co mogłabym nazwać kryzysem. Mam trójkę młodszego rodzeństwa, więc już wcześniej zmieniłam pieluchy, kąpałam, karmiłam. Pamiętałam to. Kiedy opiekowałam się moim synem, miałam odczucie, jakbym się po prostu opiekowała kolejnym dzieckiem, nie pierwszym. Nie uczyłam się z drżeniem rąk przewijać. Oczywiście, pojawienie się każdego człowieka to jest zmiana i nowe doświadczenie, bo to jest właśnie nowy człowiek. A druga rzecz, która mi bardzo pomagała, to to, że od początku założyłam, że jak najdłużej nie będę wychowywać mojego dziecka, tylko towarzyszyć mu w życiu. I właściwie nigdy nie zdarzyła się potrzeba, żeby go wychowywać. Niedługo będę wolna. Nie będę mamą dziecka, tylko dorosłego człowieka. Jak rozmawiam z rodzicami, to im mówię, że wielu rzeczy, które robią, mogliby nie robić. Są stratą czasu. Rodzice chcą nauczyć dzieci rzeczy, które można poznać tylko przez doświadczenie. Dziecko musi pożyć, żeby się ich nauczyć.

Skąd w tobie ta wiedza?

Często mieliśmy w domu małe psy i koty. Skoro pies czy kot nauczył się sam sikać w odpowiednie miejsce, to dziecko nie jest głupsze od tego zwierzątka. Kontakt ze zwierzętami mi pomógł, bo wszystkiego, czego potrzebują do życia, uczą się same. Obserwowałam moje małe dziecko: dać mu zaufanie i mu nie przeszkadzać w rozwoju okazało się wystarczające. A kiedy syn był starszy, to nie trzeba było zmieniać nic, tylko kontynuować to, co robiłam. Jestem człowiekiem, który nie przepracowuje się. Szukam sposobów, jak sobie ułatwić życie. Wiele rozwiązań bliskościowych, jak na przykład spanie z dzieckiem, ułatwia codzienność, zdejmuje z rodzica presję, że coś musi. Mam na wsi przyjaciółkę, która mieszkała niedaleko nas i z którą spędzaliśmy wtedy dużo czasu. Jej syn jest starszy o 2 lata od Sergiusza i też był dzieckiem, które spało z rodzicami, było dużo karmione piersią i miało dużo swobody. To także mi pomogło.

Pogadajmy chwilę o waszym doświadczeniu ze szkołą. Co było wyzwaniem?

Najtrudniejsze były rzeczy, które się działy między dziećmi. Sergiusz mocno przeżywał i reagował na konflikty. Dużo go to kosztowało. Potem mnie dużo to kosztowało, bo się stresowałam, co tu dzisiaj się wydarzy. Budziłam się rano z myślą „Co znowu?” i bolał mnie brzuch. W szóstej klasie zabraliśmy się stamtąd. Sergiusz poszedł na jeden dzień na próbę do innego miejsca i powiedział, że nie wraca do swojej szkoły. Nawet po worek z kapciami nie chciał pójść. Trafił więc do takiej domowej szkoły, w której było kilkanaścioro dzieci i nauka na zasadach edukacji domowej. Pójścia do liceum nawet nie rozważaliśmy, Sergiusz nie chciał wracać do żadnej szkoły. Ale ja też tego nie rozważałam, bo żeby wejść do liceum z klasami, to trzeba znowu wchodzić w to koło wyniku, ocen, itd. Poza tym typowy tryb nastolatka to jest spanie do 12-13:00 i siedzenie wieczorem, a żadne liceum nie funkcjonuje w takich godzinach. W liceum, w pierwszej klasie było 12 przedmiotów. Licealista spędza więcej czasu w szkole niż ja w swojej pracy, potem przychodzi do domu i jeszcze chcą od niego, żeby coś robił. Dzieci są zmęczone i nie mają czasu na życie i rozwój, bo muszą odrabiać pańszczyznę.

Jak wygląda edukacja domowa na etapie szkoły średniej?

Patrzę, jak Sergiusz się rozwija, uczy, a szkoła mu nie zawraca głowy. Kręci go język angielski. Mam wrażenie, że w pandemii używa więcej angielskiego niż polskiego. Bardzo dużo robi z ludźmi online po angielsku. Gada, pisze. Moja sąsiadka, która jest anglistką, mówi, że on mówi lepiej po angielsku niż ona. Filmy oglądamy też po angielsku. Po zwykłej szkole, po szóstej klasie mówił pojedyncze słowa. Zrobił to sam. To jest jego drugi język, równoległy. W październiku w tej edukacji domowej zdał egzamin z angielskiego na szóstkę. Z miejsca, bez problemu. Z tymi zadaniami, z ćwiczeniami z gramatyki też sobie poradził, choć się tego nie uczył, nie robił ćwiczeń – po prostu dużo używał języka.

Masz dużego syna i widzisz, co się dzieje ze światem. Niepokoisz się?

Wypieram to trochę. Jak sobie myślę, że nasza planeta i ludzie mogą nie istnieć, to wypieram to. Staram się żyć teraz jak najlepiej potrafię i wspierać w tym syna tu i teraz – w jego życiu, na tym etapie, na którym jest. Nie siedzimy w mainstreamie. Nie chodzimy w niektóre miejsca, nie oglądamy telewizji, Sergiusz nie chodzi do zwykłej szkoły. Są oczywiście takie miejsca, gdzie to nowe ustawodawstwo dotyka i rusza, i wchodzi w nasze życie. Ale jest też dużo miejsc, gdzie ono nie wchodzi i mamy przestrzeń na własne decyzje i wybory w ramach tego, co się dzieje. Minister Czarnek znowu coś mówi, a myślę sobie, że to musi w końcu trzasnąć, pracują na to. Po każdej głupiej decyzji czekam, ile miejsc w edukacji domowej przybędzie. Ile uczniów w edukacji domowej przybyło przez pandemię?! Okazało się, że nauka zdalna jest tak skonstruowana, że lepiej, żeby dziecko samo w domu się uczyło. Moim zdaniem YouTube jest lepszym systemem edukacji niż ta cała szkoła. Skończyły się czasy, w których jedynym źródłem wiedzy był nauczyciel.

Odczuwasz swoje rodzicielstwo jako samotne?

Teraz jest trochę tak, jakby u mnie mieszkał współlokator. To, że nie mieszkam z drugim dorosłym, nie oznacza, że jestem samotna i nie mam relacji z innymi dorosłymi. Jak potrzebuję empatii i pocieszenia, to idę do innych dorosłych. Ale jest też tak, że kiedy leżałam z gorączką, to moje nastoletnie dziecko chodziło po zakupy, robiło zupę i podawało mi do łóżka. Teraz, jeśli nie chce mi się robić jedzenia, to proszę, żeby syn zrobił obiad i dla mnie, albo żeby mi zrobił tosta. To nie jest relacja, w której ja opiekuję się małym dzieckiem, tylko razem sobie żyjemy, ustalamy różne rzeczy. On kupuje coś do domu, coś do komputera, coś tam ogarnia, żeby działało. W wielu rodzinach, w parach, gdzie ludzie żyją pod jednym dachem, nie da się do partnera pójść po wsparcie, i kobiety chodzą po nie do przyjaciółek albo do sióstr, nie do facetów. Mitologizujemy bycie w związku do miejsca, gdzie dzieją się rzeczy wspaniałe. Zakładamy, że kiedy ludzie się rozstają, zaczyna się patologia, dzieci nagle są przymuszone do bycia odpowiedzialnymi za dorosłych. Tak nie jest. Jesper Juul powiedział, że 80% kobiet w Polsce jest samotnymi matkami.

Bywały momenty, w których chciałaś, żeby do waszej rodziny dołączył drugi dorosły?

Nie wiem. Ludzie żyją różnie. Ja żyję tak i jest mi dobrze, ale nie jestem wróżką. Dominująca narracja jest taka, że trzeba sobie „ułożyć życie” i mieć nowy związek. Zwłaszcza kobiety mają dużo przekonań, że jeśli nie mają nikogo, to ich życie jest mało warte, że dziecko tego potrzebuje, albo że relacje z bliskimi, przyjaciółmi to nie to samo. Powinno się kogoś mieć. Kogoś, kto nauczy dziecko męskiej perspektywy. A co to jest męska perspektywa? Nie dowiedziałam się niczego, co by mnie przekonało. Jeśli męska perspektywa ma być tym, że faceci nie rozmawiają o emocjach i wypierają pewne rzeczy, to ja dziękuję bardzo. Można się naoglądać filmów o toksycznej męskości i wystarczy. Tak samo nie wierzę w kobiecą perspektywę.

To jak to jest mieć duże dziecko-współlokatora?

Sergiusz wkłada dużo rzeczy w moje życie, a ja wkładam w jego. Ja się od niego mnóstwa rzeczy uczę. O życiu i wartości też się od niego uczę. Opowiedział mi ostatnio o tym, że jak jest w kraju system partyjny, to ludzie automatycznie się polaryzują ku skrajnościom, omijając centrum. Głosują na skrajne partie, ponieważ są przekonani, że jak zagłosują na tę pośrodku, to ci z drugiej strony wygrają. Zapytałam go, skąd to wie, odpowiedział, że jest kanał na YT, gdzie ludzie opowiadają o ciekawych rzeczach. Jest fajny kanał o wątkach w literaturze i czasem mnie pyta, czy obejrzę z nim nowy odcinek, jest jakiś o grach i o filmach. Na przykładzie Czechowa wie, że jak pistolet jest w pierwszym akcie, to musi wystrzelić w ostatnim – czyli po konstrukcji filmu można wnioskować, że to ważna rzecz i trzeba ją zauważać. Gdyby chodził na polski, to nie wiem, czy by to zapamiętał.

Rodzic, który nie myśli, że jego podstawowym zadaniem jest wychowanie dziecka, później, kiedy ma 18-letnie dzieci, nie ma poczucia porażki wychowawczej. Bo nie na wychowaniu opierała się relacja rodzicielska – dobrze cię rozumiem?

Pytaniem jest, czym miałoby być to poczucie porażki? Nigdy nie miałam takiej myśli, że mam Sergiusza wyposażyć we wszystko. On może sam się wyposażać, może brać ode mnie to, co akurat mam sama. Nie weźmie ode mnie czegoś, czego nie mam. Na niektóre rzeczy potrzeba czasu. To nie jest tak, że ja mu to dam w paczce i on już na dzień dobry to łyknie, tylko weźmie tyle ile chce i potrzebuje. Bierze też od innych ludzi, układa sobie to w głowie. Nie miałam takiego celu, żeby wyprodukować jakiegoś określonego człowieka, albo żeby on był skończonym człowiekiem w wieku 18 lat, bo nikt nie jest. Ale umie, potrafi, rozumie w sobie rzeczy, których dorośli czasami nie potrafią, nie rozumieją. To, czy ludzie gdzieś widzą porażkę, zależy od ich wyobrażenia. Może jakby ktoś usłyszał, że Sergiusz wstaje o 14:00 i kładzie się o 2:00 w nocy, to by powiedział, że to porażka. Mnie pomaga to, że ja w inne rejony kieruję uwagę. Patrzę, że jest człowiekiem, który nie ma kłopotu, żeby czuć się dobrze ze sobą, wie, co dla niego jest ważne, potrafi o siebie zadbać, ma relacje w życiu, które są dla niego fajne i satysfakcjonujące – i potrafi o nie dbać. To jest warstwa, która jest ważna. A nie to, że rzuca kurtkę w domu, gdy do niego wejdzie. Takie rzeczy ja też robię.

Zdarza ci się tęsknić za czasem, kiedy był dzieckiem?

Nie. Tamten czas był wtedy. Teraz jest teraz i jest nam dobrze. Wszystko szybko mija i ani się obejrzymy – mamy dorosłego człowieka. Bycie z małym dzieckiem wymaga dużo więcej wysiłku. Jak mi się nie chce zrobić obiadu, to Sergiusz pójdzie do sklepu i sobie coś zrobi. To jest łatwość. Nie ma warstwy obsługowej, tylko można sobie razem żyć.

Dziękuję ci za rozmowę.

Agnieszka Stein – psycholożka, autorka książek, m.in. „Dziecko z bliska”, „Potrzebna cała wioska” i „Nowe wychowanie seksualne”. Pracuje, wspierając dzieci, rodziców i specjalistów współpracujących z dziećmi. Związana z Rodzicielstwem Bliskości i Porozumieniem bez Przemocy. Wiedzę przekazuje podczas licznych kursów i webinarów Rodzicielstwo Bliskości dla Profesjonalistów, które organizuje razem z Gosią Stańczyk. Lubi odpoczywanie w przyrodzie, czytanie, rysowanie i rozmowy. Spędza też dużo czasu z nastoletnim synem, oglądając wspólnie seriale i grając.

Dodaj komentarz