Miss dobrego samopoczucia

Rozmowa o macierzyństwie z Daviną Reeves-Ciarą

Jeśli w twoim życiu dzieją się rzeczy trudne, posłuchaj historii tej dziewczyny. Urodziła czworo dzieci, nie w szpitalu, ale w domu. Wyjechała z rodzinnego USA i zaczęła trochę od zera, na polskiej wsi, w mieszkaniu, w którym skrzypiały stare drzwi i hulał wiatr. W Stanach zdobyła tytuł Miss, ale w jej życiu nie wszystko było różowe. Doświadczyła cierpienia, utraty bliskich. Dziś pokazuje, czym jest życie spełnione. Inspiruje, śmieszy, wzrusza i motywuje. Czy już poznaliście Davinę Reeves-Ciarę?

W dwa tygodnie przybyło jej 70 tysięcy subskrybentów. Niemożliwe? Davina ma szczęście do spektakularnych sukcesów i niemniej spektakularnych życiowych zwrotów akcji. Zdobyła na przykład koronę Miss Nowego Jorku, a obecnie wiedzie życie, które zupełnie nie przypomina American dream. To raczej bajka o powrocie do natury, prostoty, pięknych relacjach. O wsi, rezygnacji ze szkoły i postawieniu na rodzinny dom. Z pustyni w Arizonie trafiła do prowincjonalnej Polski. Z samotnej dziewczyny z problemowej rodziny stała się spełnioną mamą czwórki: Ilii (8 lat), Iny (5 lat), Niu (3 lata), Noa (14 miesięcy) i szczęśliwą żoną. Z wziętej komercyjnej modelki zmieniła się w joginkę bez makijażu. Z bywalczyni nowojorskich fast foodów stała się ekspertką od zdrowego żywienia. Mało? Remontuje własnym sumptem 500-metrową poniemiecką willę na Dolnym Śląsku. Pomaga mężowi w pracy eksperta żywieniowego, i sama „uzdrawia” ludzi jako Therapeutic Mama. Tysiące kobiet kocha jej luz, energię, brak skrępowania i „maski” w sposobie bycia. Brytyjski poeta William Golding napisał kiedyś, że kobiety mają dar multiplikacji, powiększania i mnożenia wszystkiego, co do nich trafi. Davina udowadnia, że się nie mylił. Poznajcie wyjątkową mamę, która jest spełniona, gotowa dawać dobro i śmiać się z własnych potknięć. Nauczy was, jak to robić!

*

Czy jesteś dla swoich dzieci taką mamą, o jakiej sama marzyłaś?

Jestem na pewno o wiele bliżej bycia taką mamą, jaką bym chciała. W przypadku mojej własnej mamy, brakowało mi jej obecności, dlatego wyrosłam w poczuciu, że dla dzieci trzeba przede wszystkim być: słuchać ich, siedzieć z nimi, czytać im. Potem to zaczęło narastać, czułam, że muszę ciągle coś z dziećmi robić, jakoś je zadowalać, i trochę pobłądziłam. Takie dawanie siebie na 100% dzieciom jest bardzo męczące. Zrozumiałam, że moja mama była przede wszystkim niedostępna emocjonalnie. Chodzi więc nie tyle o to, by być z dziećmi non stop, co być dla nich i być z nimi blisko. Dlatego niekiedy pozwalam im wchodzić sobie na głowę. Ale po pewnym czasie mówię też NIE, bo mam teraz bardzo wyraźnie narysowane własne granice.

Jesteś zwolenniczką wychowania bez kar, nakazów, zakazów… Jak ci się to udaje z czwórką dzieci?

Napisałam niedawno, że gdy kobieta pracuje nad sobą, to pracuje nad całą rodziną. To my tworzymy domowe ognisko, atmosferę w domu. Jeśli działasz w ramach swojego „domowego ogródka”, jak ja to nazywam (dzieci są w nim nasionami), to przy okazji zmienia się i dom. Facet czuje te fale, twój spokój, to, że kochasz siebie. Widzi i to go pociąga. Gdy jesteś piękna dla siebie, zaczynasz być piękna dla niego. Albo na przykład czytasz coś, poświęcasz się czemuś – on sam się zainteresuje, co jest takie ciekawe dla ciebie, w swoim czasie. Naprawdę mówię to z własnego doświadczenia, i z doświadczenia setek kobiet, z którymi miałam do czynienia. Dzieci też się wtedy zmieniają – gdy widzą spokojną mamę, to nie stosują szantażu.

Kiedyś zmuszałam dzieci do różnych rzeczy, dla ich dobra. Na przykład do jedzenia zielonego. Dziś już rozumiem, że to nie działa. Czasem warto odpuścić, pozwolić nie skończyć posiłku, albo dać wejść do wody, by dziecko się zmoczyło, najwyżej potem zmienić skarpetki. Zauważyłam, że im mniej ingeruję, tym mnie samej jest lżej je wychowywać. Dawanie dzieciom większej wolności mniej męczy, chociaż jest też bardzo trudne. Ale dziś widzę, że dzieciom chęć do zdrowego jedzenia pojawiła się sama.

Mama wielodzietna, aktorka, blogerka, prezenterka, terapeutka – pełnisz wiele życiowych ról, a kim dla siebie jesteś przede wszystkim?

Dla siebie jestem przede wszystkim kobietą. Ostatnio skupiam się na codziennym poznawaniu siebie i swojej kobiecej natury. Nie chcę poprawiać mojego męża, zmieniać moich dzieci, by zachowywały się inaczej, nie chcę się stresować i zajmować się poszukiwaniem pracy czy życiem wirtualnym, tylko po prostu żyć, ciesząc się ze swojej kobiecości. Poznanie i akceptacja siebie jest dla mnie punktem wyjścia do akceptacji wszystkiego innego. Prowadzę kobiece kursy i nasz główny temat na spotkaniach brzmi właśnie „Czym jest kobiecość”. Robimy emocjonalne ćwiczenia, uczymy się zostawiać stare traumy, przepracowywać problemy. Działając w kobiecym kręgu, zrozumiałam, że kobieta to nie ofiara, to także nie jest ktoś grzeczny, wypełniający wyobrażenia innych o tym, kim powinno się być. Chciałabym po prostu żyć, ćwicząc jogę, morsując, ciesząc się z moich dzieci – nie tylko wtedy, gdy zachowują się dobrze.

Prowadzisz warsztaty, skąd bierzesz siłę, by dawać tyle innym? Sama nie miałaś przecież łatwego życia.

Widzę to tak, że aby mieć siłę, kobieta najpierw musi coś stworzyć dla siebie, zrozumieć, na co ją stać. Ja urodziłam w domu czwórkę dzieci i to na tym zbudowałam swoje poczucie mocy. Zrozumiałam, że skoro dałam radę to zrobić, to jestem bardzo silna. To jest jakby pierwszy wymiar, a kolejny to dzielenie się. Gdy zaczynasz przekazywać dalej jakieś dobro, energię, inspirację, to do ciebie wraca z pięciokrotną siłą i napędza do kolejnego działania. Na co dzień otrzymuję tyle wdzięczności, miłości, dobrych słów, prezentów od ludzi, którzy mnie słuchają, że popycha mnie to, by robić jeszcze więcej. Sama zobaczysz: ludzie przeczytają twój wywiad i to dobro wróci także do ciebie (śmiech). Ja wiem, że mam powołanie. No i wiem, po co budzę się co rano.

Popełniasz błędy?

Jednym z moich największych błędów w przeszłości były próby robienia kilku rzeczy jednocześnie, przy dzieciach. Na przykład pisanie e-maila. Efekt był taki, że one miały poczucie, że je ignoruję, nie odpowiadam na pytania, a ja się denerwowałam, że mi przeszkadzają… Teraz wyraźnie rozdzielam czas na dzieci i na inne swoje sprawy.

Rozumiem, że ktoś ci wtedy pomaga?

Oczywiście, otrzymuję mnóstwo pomocy. Mam dwie nianie. Mam wspaniałego męża, teściową, sąsiadów, przyjaciółki. To ogromne szczęście, że mogę na nich liczyć.

Na warsztatach, które prowadzisz, rozmawiacie między innymi o trudnych doświadczeniach kształtujących kobiety. Czy ty swoje traumy z dzieciństwa masz już przepracowane?

Na pewno ten proces trwa. Każdy kolejny turnus u mnie to hasła: „wybaczyłam mamie, wybaczyłam tacie”. Jednak słowa wybaczenia to nie wszystko, nie chodzi o to, by je wypowiedzieć, bo wybaczenie idzie z góry. Ważniejsze jest, by zrozumieć swoje emocje: co czułam, gdy ojciec bił moją mamę? Następny krok to gotowość, by zadawać pytania, konfrontować. Zaczynam to robić i pytam mojego tatę o trudne rzeczy, które przez lata były u nas w rodzinie tabu. Dlaczego nas krzywdził? Czemu zabronił mi kontaktu z ciocią, moją jedyną rodziną po śmierci mamy? Myślę, że przede mną jeszcze długa droga w pokonywaniu tej traumy, w końcu nadal jestem w Polsce, mój ojciec w USA, a wyjechałam chyba właśnie dlatego, by przed czymś uciec.

A kim w twoim życiu była siostra? Oglądając wasze wspólne filmy, można odnieść wrażenie, że jesteście blisko, choć różnicie się nieco.

Siostra była moją jedyną przyjaciółką. Jest ode mnie młodsza 13 miesięcy, nikogo innego nie miałam, gdy przechodziłyśmy przez traumę. Razem przeżyłyśmy śmierć mamy, ucieczkę taty… Nie miałyśmy innej rodziny, żadnego wsparcia psychologa, nic – dlatego niestety cały proces odreagowywałyśmy na sobie, a byłyśmy przecież małymi dziewczynkami. Ona była „tą grzeczną”. Kłóciłyśmy się strasznie, krzywdziłyśmy słowami, nawet biłyśmy. Siostra była jednak moim jedynym wzorem i lustrem. Myślę, że do dziś mamy w sobie ślad po tych okropnie trudnych czasach, ale można powiedzieć, że powoli wyszłyśmy na prostą. Dziś to właśnie moja siostra dba o stały kontakt, odwiedza mnie tutaj i podtrzymuje nasze relacje.

Jak na dziewczynę z ciężkimi wspomnieniami wydajesz się niezwykle pogodna. Ciągle się uśmiechasz, żartujesz. Nawet z czegoś wstydliwego potrafisz zrobić świetny materiał i jakoś obrócić to w żart. Jak ty to robisz?

Odniosłam w życiu tyle porażek, że doświadczenie mi pomaga. Zostałam Miss Nowego Jorku, ale już następnego dnia skompromitowałam się, udzielając obciachowego wywiadu w telewizji. Tak było za każdym razem – osiągałam jakiś sukces, na przykład w mistrzostwach w siatkówce, a następnego dnia przychodziła jakaś wielka próba. Gdy się osiąga tyle sukcesów bardzo młodo i zarazem przeżywa tyle porażek, ile ja, jedynym rozsądnym wyjściem jest potraktować to wszystko jako lekcję. Lekcję pokory oczywiście. Dziś wiem, że wpadka w telewizji była po to, bym się czegoś nauczyła, bym zatrudniła managera, który nauczy mnie, jak udzielać wywiadów. To służy mi do dziś, bo często występuję na żywo. Nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny i trzeba tylko nauczyć się korzystać z trudnych doświadczeń jako lekcji.

A czy to nie jest trochę kwestia twojego amerykańskiego podejścia do życia i luzu? Pamiętam, jak spotkała cię przykra sytuacja w pociągu, konduktor był dla ciebie mało wyrozumiały. Większość Polaków reaguje na takie sytuacje oburzeniem, w końcu bezdusznie potraktowano kobietę w zaawansowanej ciąży.

Myślę, że moja reakcja na trudne sytuacje, to nie kwestia amerykańskiego usposobienia, bo nawet wielu Amerykanów postąpiłoby na moim miejscu inaczej. Ta historia, o której mówisz – gdy kupiłam pomyłkowo bilet na Pendolino innego dnia i konduktor zamiast zaoferować wymianę biletu, kazał mi wysiąść i biec do innego pociągu – wynika z mojego założenia, by właśnie wszelkie złe doświadczenia zamienić w lekcje. Gdy rozpoczęłam nagrania do serialu „Żmijowisko” (zdjęcia odbywały się daleko od mojego domu na Dolnym Śląsku), nauczona doświadczeniem pamiętałam, by uważnie rezerwować bilety, by robić to samodzielnie, na spokojnie. I nie w nocy, kiedy jestem zmęczona i łatwo o pomyłkę. Dzięki porażkom masz szansę nie powtarzać już tych samych błędów.

Gdy stałaś się osobą medialną, łatwo było ci zaakceptować niemiłe rzeczy, które o sobie czytałaś?

Prawda jest jednak taka, że gdy ludzie coś krytykują, to zazwyczaj tkwi w tych zarzutach odrobina słuszności. Myślę o komentujących nasze życie jak o życzliwych znajomych, nie jak o wrogach. Ludzie się dziwili, że mamy nieogrzewany dom, mając małe dzieci, że chodzimy w kurtkach: mnie to nie przeszkadzało, ale jak w czymś tkwisz, to często tego nie dostrzegasz. No i zastanowiłam się, że może faktycznie czas coś zmienić, pchnąć sprawy do przodu.

I co, urządziliście się już?

W ciągu roku udało nam się dokonać wspaniałych rzeczy. Prawie skończyliśmy remont, to dla mnie naprawdę niesamowite. Mamy nowe okna, drzwi, ogrzewanie podłogowe, panele słoneczne. Młodsze dzieci mieszkają w trójkę w jednym pokoju, najstarszy Ilia ma swój. Od kiedy remont się posunął, mamy faktycznie dużo cieplej w domu, dzieci mniej chorują.

Jak dzieci reagują na twoje morsowanie, trenowanie jogi na śniegu?

Czasem morsują ze mną! (śmiech). Mój synek Niu ostatnio się rozebrał z zamiarem wejścia do zimnej wody. Jak miałam mu wytłumaczyć, że ja mogę, a on nie? Pozwoliłam więc, żeby spróbował. Sam stwierdził, że woda jest za zimna i wrócił do domu (śmiech).

A jak uczysz dzieci samoakceptacji, że wygląd nie jest najważniejszy? To chyba niełatwe, gdy się jest mamą-miss i modelką.

Gdy przy moich dzieciach ktoś wchodzi w temat oceny wyglądu, to ja go od razu ucinam. Trzeba przede wszystkim reagować, gdy dzieci zaczynają się porozumiewać między sobą, używając szczególnych epitetów, odnosząc się do wyglądu. Ja i moja siostra kłócąc się w dzieciństwie, bardzo się obrażałyśmy. Często sobie mówiłyśmy, że ja jestem gruba, a ona głupia… Dzieci nie są świadome, jak te małe wbijane szpilki robią potem wielką krzywdę. Mój syn miał okres, gdy często przezywał siostrę. Gdy słyszałam jego krzyki „jesteś głupia!”, strasznie mnie to ruszało. Oczywiście usłyszał to w szkole. Bywało, że nawet dorośli w dobrej wierze wypowiadali wartościujące oceny w obecności dzieci. A dzieci nie chcą być chwalone, mój syn nie chciał chodzić do szkoły, bo właśnie obawiał się tych ocen. Czuł, że jednego dnia go pochwalą, a drugiego on będzie wytykany jako antywzorzec dla kolegi. Dlatego zabrałam go ze szkoły i od kilku miesięcy praktykujemy Edukację Domową.

Jak to wygląda w praktyce?

Ilia był w drugiej klasie, gdy zaczęliśmy edukację domową. Na tym etapie nie trzeba wiele, więc w domu jest uczony przeze mnie angielskiego i ma trzy razy w tygodniu treningi judo, które bardzo lubi. Raz w miesiącu jedzie na tydzień do świetlicy we wsi Bolkowo, gdzie jest fundacja zajmująca się edukacją. To świetne rozwiązanie dla Ilii, on uwielbia towarzystwo innych dzieci, zwłaszcza starszych, bo się wtedy nie nudzi. Przez tydzień tam śpi i odbywa zajęcia edukacyjne, jak na obozie, z innymi dziećmi, i to jest super. Bardzo korzysta zwłaszcza z obecności starszaków z czwartej i piątej klasy.

Mieszkacie na wsi, więc pewnie dużo czasu spędzacie na zewnątrz. A zabawki?

Nienawidzę zabawek… Przy czwórce dzieci nawet nie kupując niczego, obrastałam w tony rzeczy, bo dostawaliśmy mnóstwo prezentów. Zabawki kojarzą mi się z czymś, co jest radością na krótko, zazwyczaj dużo kosztuje, a potem leży i zabiera miejsce, lub co gorsza – psuje się. Koleżanka podarowała moim dzieciom luksusowe sterowane auto, które popsuło się po dwóch dniach. Potem słyszałam tylko płacz niepocieszonych dzieci, znajomej też było przykro. Dlatego ostatnio oddałam 99% naszych zabawek z plastiku. Kupujemy tylko książki. Mamy też Lego i zostawiliśmy dosłownie kilka dobrych jakościowo zabawek, dom jest teraz czysty. I tak dzieci wolały bawić się na przykład wielkim kartonowym pudłem po suszarce. Na co dzień sporo czasu spędzają na zewnątrz. Ostatnio chcieli wchodzić po kolana do wody, a przecież jest zima… No cóż, pozwalam im, najważniejsze to porządna ochrona, dobre zimowe buty (śmiech).

A jaka jest najważniejsza lekcja, jaką dajesz swoim dzieciom?

Bardzo wyraźnie wymagam, by dzieci szanowały mój czas. Od wieczora do ósmej rano jest czas dla mnie i wszyscy wiedzą, że nie wolno mi wtedy przeszkadzać, bo piszę czy odpoczywam. Jestem tutaj bezkompromisowa. Po prostu uprzejmie, spokojnie i stanowczo mówię, że teraz jest czas dla mnie. Dzieci to rozumieją, wiedzą, że choć czasem mój głos jest twardy, to mówię do nich bez agresji. Wiedzą, że potem, gdy będziemy razem, to będę dla nich w 200%.

Dziękuję ci za rozmowę i mam nadzieję, do zobaczenia na jednym z turnusów!

*

Davina Reeves-Ciara – urodziła się w Teksasie. Jest aktorką i prezenterką, w przeszłości pracowała jako modelka i zawodowa siatkarka. Obecnie mieszka na Dolnym Śląsku, gdzie zamieszkała z mężem Irkiem Ciarą, ekspertem od zdrowego żywienia, Polakiem poznanym w USA. Gra w serialu „Żmijowisko”, prowadzi autorskie turnusy „Krąg Kobiet”, oraz kanał na YouTube „Therapeutic Mama”, na którym omawia zagadnienia związane z rozwojem osobistym, macierzyństwem, zdrowiem, porodami domowymi. Z Irkiem mają czworo dzieci urodzonych w domu. Ostatni poród odebrał bez pomocy położnych mąż Daviny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.