kwarantanna trójgłos

Rodzinna kwarantanna w relacjach rodziców

Trójgłos, czyli trzy rozmowy na jeden temat

Rodzinna kwarantanna w relacjach rodziców
archiwum prywatne

Jak pewnie wielu z was, naszą rodzinę dopadł ostatnio Covid-19. Szczęśliwie przechorowaliśmy go lekko – na tyle, na ile to możliwe, gdy ma się w domu dwuipółlatka i jest się w siódmym miesiącu ciąży. Zaintrygowało nas, jak bardzo wspólna kwarantanna jak w soczewce wydobywa na wierzch prawdy dotyczące funkcjonowania rodziny.

Dla każdego co innego będzie zapewne zyskiem, a co innego kłopotem w czasie izolacji. Dla zróżnicowania przepytaliśmy jeszcze dwie inne rodziny z ich wspomnień z czasu zamknięcia. Jak znosiły kwarantannę z nastolatkami, a jak z przedszkolakami? Przeczytajcie.

 

RODZINA 1

Agata Michalak i Paweł Lachowicz, dziennikarka i psi behawiorysta, rodzice dwuipółletniego Konstantego zwanego Kociem

POCZĄTKI

Szczęśliwie wirus potraktował nas łagodnie. Straciliśmy węch i częściowo smak, byliśmy zmęczeni, ale nie obłożnie chorzy. Dzięki temu mieliśmy dość siły, by odpowiadać na potrzeby energicznego dwuipółlatka – który, nawet jeśli był chory, nie dawał tego po sobie specjalnie poznać, przynajmniej za dnia.

Pierwsze, o co zadbaliśmy – oprócz zapasów jedzenia, rzecz jasna – to zasoby materiałów do prac plastycznych. Babcie karnie dostarczyły nam kolorowanki, mazaki, farby, ciastolinę i nożyczki. Choć nasz syn nie jest jeszcze zbyt wprawnym malarzem, spodobało mu się malowanie na wielkich kartkach rozłożonych na podłodze w salonie, skąd zniknął dywan, zabrany akurat do prania (gdzie utknął, bo nie było go komu odebrać). Wysoko na liście prac plastycznych plasowało się malowanie na pudełkach po pizzy, które zamawialiśmy dla umilenia skądinąd zdrowej diety. Okazało się, że do malowanych w kwadracie prac szczególny dryg ma mój partner (Znacie to? Dziecko obstawione atrakcjami idzie pobawić się samo gdzie indziej, a rodzic dalej w twórczym szale wycina/maluje/wyszywa?). Syn zaś polubił wycinanie z pomocą rodziców, a pewnym momencie spał nawet z nowymi nożyczkami, ułożywszy je troskliwie do snu w łóżeczku z pudełka po butach.

UREALNIENIE

Na czym upływały nam dni? Zamówiliśmy dużo nowych książeczek i odkurzyliśmy trochę zapomnianych, więc o poranku i wieczorami urządzaliśmy sobie długie sesje czytania. Spośród hitów, które podbiły serce Kocia, na prowadzenie wysunęły się „Gruffalo” i „Dziecko Gruffalo” Julii Donaldson, odziedziczony po córkach znajomych stary holenderski klasyk „Pluk z wieżyczki”, nieśmiertelne „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek” Justyny Bednarek, do których wreszcie syn dorósł, oraz „Opowieści Miśka Zdziśka”, średnio rozgarniętego pluszowego misia Basi, ulubienicy przedszkolaków. Ponieważ kwarantanna wywróciła do góry nogami rytm snu naszego dziecka, książeczki okazywały się też pomocne w wymuszeniu popołudniowej drzemki – wystarczająco monotonna lektura i dłuższy tekst potrafiły zdziałać cuda. My sami zresztą chętnie korzystaliśmy z tej okazji do regeneracji, bo covid jak żaden inny wirus potrafi wyssać z człowieka siły.

Obowiązkowe stały się też sesje skoków z kanapy, które pomagały trochę rozładować zakumulowane w dziecku napięcie, wspinaczki na stoły i szafki, a na wyciszenie – puzzle, spośród których najlepiej sprawdzały się kolorowe dinozaury zamówione online ze sklepu Noski Noski.

Z CZEGO ZDALIŚMY SOBIE SPRAWĘ

Na szczęście oboje z Pawłem nie mieliśmy w czasie ścisłej izolacji żadnych zleceń, które musielibyśmy realizować między zabawami z dzieckiem – mój partner, psi behawiorysta, nie pracuje, jeżeli nie może opuścić domu. Doradzał wprawdzie przez telefon – i muszę powiedzieć, że byłam zaskoczona liczbą tych rozmów – ale przy dwójce dorosłych w domu udawało nam się dość skutecznie „rozprowadzać” dziecięcą energię – z jednym wyjątkiem, o którym poniżej.

Mnie zlecenia dziennikarskie ułożyły się nader łaskawie i tylko raz musiałam poprowadzić zdalnie spotkanie autorskie. Kwarantanna uświadomiła nam, że naprawdę dobrze nam się ze sobą przebywa, jeśli odpadają stresy polegające na żonglowaniu zleceniami i czasem spędzanym z dzieckiem. To chyba największy stresor i zarzewie konfliktów w naszym związku: pogodzenie niby-elastycznych czasów pracy z opieką nad synem i pracami domowymi. Gdy nagle oboje byliśmy w tym obecni w równym stopniu, zniknęło napięcie, a dziecko, od którego nikt nie wymagał niczego prócz uczestnictwa we wspólnych zabawach i zajęciach, przestało stosować bierny opór wobec ubierania się czy wychodzenia z domu. Nie udało nam się odpieluchować Kocia, na co po cichu liczyłam, ale za to posuwamy się naprzód w sygnalizowaniu potrzeb…

TRUDNOŚCI

W tej sytuacji najtrudniejsze było samo zamknięcie i niemożność rozładowania energii na zewnątrz. Choć za oknem padał śniegodeszcz, marzyły nam się spacery nad Wisłą i wycieczki do lasu. Nie pomagał też zaburzony sen syna, który przez kilka dobrych dni kwarantanny budził się o 5:55 i realną odmianę przyniosła dopiero zmiana czasu.

Ja żałowałam też, że mój syn jest jeszcze za mały na wspólne oglądanie filmów, bo ten czas aż się prosił o takie sesje na kanapie.

REFLEKSJE

Co dała nam ta cała kwarantanna? Chyba głównie docenienie wspólnego czasu i swojego towarzystwa. Bezcenne jest poczucie, zwłaszcza w obliczu rychłego pojawienia się kolejnego dziecka, że z Pawłem nadal możemy na siebie patrzeć, konflikty przegadywać, a z wariactw syna śmiać się do rozpuku. To tchnęło we mnie, umęczoną ciążą i przednówkiem, jakąś nową energię. Poza tym zyskaliśmy kilka nowych patentów na zabawy, zatęskniliśmy za zewnętrznym światem, rozczuliliśmy się kilka razy wzruszającymi przesyłkami od bliskich w formie fizycznej (dary pozostawione na progu) lub wirtualnej (filmiki od przyjaciół Kocia) i ogarnęliśmy klika rzeczy w mieszkaniu, do których nie mogliśmy się zabrać od tygodni. Tym niemniej dobrze, że to już za nami!

RODZINA 2

Ania Sańczuk i Darek Klimczak, dziennikarka oraz autorka i dziennikarz radiowy. Rodzice 15-letniej Mileny i 12-letniej Niny. Ania i Milena zachorowały na Covid-19 w połowie marca, Darek i Nina pozostali zdrowi.

Czy w tym czasie coś się uwypukliło, czego się o was dowiedziałaś?

Ania: Moje dzieci od dłuższego czasu uczą się w domu, w ciągu minionego roku zdarzyło się nam kilka razy wyjechać we czwórkę na odludzie, gdzie dziewczyny miały nadal zajęcia online, więc byliśmy już przetrenowani. Trudno, żeby otworzyły się przed nami nowe przestrzenie, bo tę próbę, podczas której niektórzy orientowali się, że nie są w stanie ze sobą wytrzymać, a inni, że wręcz przeciwnie, funkcjonują całkiem dobrze, mieliśmy już za sobą. Jak się okazuje, wszyscy się lubimy i dobrze ze sobą czujemy, chociaż regularnie się na siebie wydzieramy. Lubimy spędzać ze sobą czas. Własnej przestrzeni chyba najbardziej brakowało mnie.

Do czego była ci potrzebna?

Do psychicznej regeneracji – do tego, żeby usłyszeć własne myśli, nie być w ciągłej interakcji. A moje córki chcą cały czas być z nami! Mamy wielkie mieszkanie, 85 metrów, ale i tak cała nasza czwórka plus dwa koty ląduje najczęściej w naszym łóżku. Jak ktoś usunie się na bok, by pobyć chwilę w samotności, reszta podąża za nim. Ciekawe, że moje nastolatki wciąż tak bardzo potrzebują fizycznej bliskości mamy. Krzyczą na mnie i ciągle mają do mnie o coś pretensje, ale potem przychodzą się poprzytulać i mówią: „Ojejku, jaka jesteś ciepła!”, „Tu jest tak przyjemnie, chcę z tobą posiedzieć w tym łóżku” (śmiech).

A jak na rodzinną dynamikę wpływało to, że jedna z twoich córek pozostała zdrowa?

Dla mnie to było przykre, że młodsza Nina, która jest największym przytulaskiem, omijała mnie szerokim łukiem. Wciąż jest na prawach tej malutkiej, chociaż ma już 12 lat. Jest czułą i uroczą osóbką, ale w trakcie naszej izolacji bywało tak, że już-już do mnie podchodziła, po czym nagle sobie przypominała o wirusie i odskakiwała jak oparzona. Albo omijała mnie po szerokim półkolu, popatrując spode łba. Mamy taki rodzinny rytuał, że od zawsze czytam obydwu na głos. Wybieram takie książki, żeby mnie też było ciekawie i przyjemnie, więc ostatnio czytamy ostatni tom wspomnień Gerry’ego Durrella z Korfu: trzeci po „Mojej rodzinie i innych zwierzętach” oraz „Moich ptakach, zwierzakach i krewnych” tom „Ogród bogów”. W pierwszym lockdownie oglądaliśmy razem brytyjski serial na ich podstawie, od pewnego czasu czytamy książki, co wygrywa nawet z elektronicznymi gadżetami. Wszyscy rzucają to, co akurat robią i biegną posłuchać. Więc kiedy czytałam dzieciom w kwarantannie, Nina nie siadała jak zwykle obok, zahaczając o mnie nogą albo ręką, tylko dalej, na podłodze koło łóżka.

Nabraliście jakichś innych pandemicznych zwyczajów?

Kiedy już poczułam się lepiej i skończyło się przymusowe polegiwanie, wymyśliłam, że będziemy codziennie robić sesje jogi, żeby odkleić się trochę od ekranów. To było bardziej rozciąganie niż szczególnie wymagające asany, bo nie miałam tyle siły, ale rozciąganie bardzo dobrze nam wszystkim robiło. Zwoływałam ich codziennie na pół godziny, Nina dostawała jedyną rodzinną matę i ćwiczyła na najbardziej wysuniętej pozycji, reszta na ręcznikach na dość twardej podłodze. Mój mąż Darek był zachwycony, chociaż jest sztywny jak kij (śmiech). Domagali się potem codziennych sesji. Z Niną było trudniej, bo ma ogromne problemy z koncentracją, więc ciągle a to wylewała kotu wodę z miski, a to ściągała coś ze stołu. Wolałaby pewnie posiedzieć z telefonem w ręku, ale dawała się karnie ściągnąć na ćwiczenia, skoro cała rodzina szła. Co najśmieszniejsze, na koniec, przy pozycji śavasany, wszyscy zasypiali! Po tym naprężaniu i rozciąganiu mięśni po prostu odpływaliśmy na turbodrzemkę. Darek z Mileną chcieliby kontynuacji, ale od kiedy wróciłam do pracy, to stało się trudniejsze. Na pewno natomiast będziemy do tego wracać w weekendy. Graliśmy też w scrabble – Milena okazała się naprawdę błyskotliwym graczem! Ja ze swoim, skądinąd sporym zasobem słów, się do niej umywam.

A co wam najbardziej doskwierało?

Siedzenie sobie na głowie – bo każdy chciał mieć przestrzeń dla siebie. W dodatku na pewnym etapie kwarantanny każde z nas było w pracy lub szkole. Moja starsza córka miała jednocześnie covid, anginę i egzaminy online do liceum. Mnie też bardzo doskwierało to, że dziewczyny strasznie wciągają się w świat zapośredniczony – bo nie ma od tego ucieczki. Nawet będąc w domu, nie jestem w stanie – i nie chcę – kontrolować, czy uczą się, czy grają w gry. Młodsza jako osobowość, która potrzebuje mocnych bodźców, jest nawet bardziej wciągnięta w świat wirtualny. Co ciekawe natomiast, zauważyłam, że moje dzieci oglądają stare kreskówki z okresu wczesnego dzieciństwa. Słyszałam od znajomych, że to dość powszechne zjawisko wśród dziewczynek. Może mają potrzebę powrotu do bezpieczniejszego czasu sprzed tych wszystkich problemów? Ninka obejrzała po dwa razy wszystkie sezony „Kaczych opowieści”. Milena za to dużo klasyki, którą sama sobie wybierała, np. „Titanica” czy „Dumę i uprzedzenie”. Wciągnęła też z przyjemnością serial „Sherlock” z Benedictem Cumberbatchem. Wszyscy bardzo chcieliśmy się wyrwać z zamknięcia, każdy w kółko powtarzał, że chce do lasu. Więc wybraliśmy się tam, jak tylko stało się to możliwe.

RODZINA 3

Lidia Klein i Thomas Salem Manganaro, wykładowcy akademiccy pracujący w Stanach, rodzice 5-letniego Salema i 7-miesięcznej Bowie. Całą pandemię przeżyli w Stanach, gdzie długo panowały znacznie bardziej rygorystyczne obostrzenia niż w Polsce. 

Co najbardziej doskwierało wam w pandemicznym zamknięciu i tzw. pracy zdalnej ?

Bezsprzecznie „praca” w domu z dziećmi. Obydwoje pracujemy na uczelni, więc musieliśmy prowadzić zajęcia i to były naprawdę niezapomniane chwile. Przez pierwsze tygodnie nagrywaliśmy wykłady, zamykając się w toalecie, bo to najbardziej dźwiękoszczelne pomieszczenie w domu. Studenci męża nie wiedzą, że rozważania o XVIII-wiecznej literaturze brytyjskiej nagrywane były na kiblu, moi natomiast, że głos nagrany pod koniec jednego z moich wykładów, to nasze dziecko jęczące „Mamo, chcę kupę”, bo na szczęście nie znają polskiego.

Czy w czasie zamknięcia coś się w waszych relacjach rodzinnych uwypukliło, czegoś się o was dowiedziałaś albo coś sobie przypomniałaś? 

Myślę, że jeśli chodzi o nasze relacje rodzinne, to nic się nie zmieniło: denerwują nas te same rzeczy, kłócimy się w takiej samej częstotliwości i dalej – mimo wszystko – lubimy spędzać razem czas. Jeśli chodzi o to, co z nas „wyszło” w czasie lockdownu, to chyba najciekawsze były te pierwsze tygodnie ogólnoświatowej paniki, kiedy nie było wiadomo, co będzie, papier toaletowy był cenniejszy niż złoto, a w supermarketach została juz tylko pizza z ananasem. Byliśmy zaopatrzeni nieźle, bo zorientowaliśmy się wcześnie, ale nie wiedzieliśmy, na ile mają starczyć te zapasy. I mimo że mogłam wylegiwać się niczym królowa na stertach papierowych ręczników, stres potencjalnych niedoborów pozostał. W tym samym czasie w Stanach byli na stypendium nasi bliscy znajomi z Polski, którzy nie zdążyli kupić podstawowych rzeczy, więc mąż podrzucił im jakiś (mikroskopijny, żeby nie było, że jesteśmy takimi zacnymi ludźmi – nie jesteśmy) przydział. Pamiętam, że o ile papierem podzieliłam się bez żalu, to już kasza gryczana (towar deficytowy i pożądany przez Polaków w Stanach) wzbudziła we mnie takie emocje, jakby to była ostatnia kromka chleba na bezludnej wyspie. Innymi słowy: nie chciałabym mieć siebie za towarzyszkę w sytuacji prawdziwego kryzysu.

Jak twoje doświadczenie powtórnego macierzyństwa w pandemii miało się do pierwszej ciąży, porodu i pierwszych tygodni z córeczką? 

Macierzyństwo w Stanach to zawsze sport ekstremalny z punktu widzenia Europejczyka, bo nie ma tu urlopów macierzyńskich – parę tygodni po porodzie trzeba iść do pracy, a czasami nawet nie ma i tych paru tygodni. Macierzyństwo bez urlopu macierzyńskiego, z dwójką dzieci i w pandemii to był wyższy poziom hardkoru, zwłaszcza że nie mamy tutaj żadnej rodziny. Planowanie porodu, pomijając lęk przed ewentualnym zarażeniem w szpitalu, to był dla nas kosmos, bo dopuszczalny był tylko jeden odwiedzający: albo dziecko, albo mąż. Oznacza to, że albo 5-latek zostaje sam w domu, albo odwozi rodzącą za chwilę matkę do szpitala. Znalezienie opiekunki dostępnej na telefon w dzień i w nocy, do której syn zdołałby się przyzwyczaić albo chociaż wcześniej ją poznać, graniczyło z cudem. (Wyobrażacie sobie powiedzieć dziecku: „Mama rodzi, tata odwiezie ją do szpitala, a ty zostaniesz na noc z taką ciocią, której nie znasz, ale jest chyba miła, a jak wrócimy, to poznasz swoją nową siostrę, paaaa!”?). I to był chyba nasz największy stres. Na szczęście na ten czas przyjechał do nas teść (25 godzin samochodem!), który w dodatku w momencie, kiedy zaczęłam rodzić w domu, miał akurat rozmowę o pracę.

Druga sprawa to prowadzenie wykładów z niemowlakiem w domu. Córką w pokoju obok zajmował się wtedy mąż. Nieraz w czasie zajęć musiałam go wołać, żeby pomógł mi naprawić wieszający się internet, i tych chwil studenci zapewne nie zapomną: wykład trwa, nagle pojawia się wymięty, niewyspany, zawsze w tej samej brudnej bluzie mąż z naszym wiecznie wymiotującym niemowlakiem na ręku i naprawia komputer.

Nabraliście jakichś pandemicznych zwyczajów?

Pieczemy sami chleb. Piszę to ze wstydem, bo nic mnie tak nie denerwuje, jak ludzie, którzy mówią, że w czasie pandemii byli bardziej produktywni, znaleźli czas na nowe hobby, skupili się na rozwoju osobistym i pogłębianiu samoświadomości, a do tego wszystko to dokumentowali na Instagramie, kiedy większość świata żyła w strachu przed utratą pracy czy chorobą bliskich. Nasze doświadczenia pandemiczne to na pewno bardziej tryb przetrwania niż czas na celebrowanie codzienności – i o ogromnej większości z nich (np. myciu zakupów w wannie w początkach pandemii – tak, tak, też to robiliśmy!) mam nadzieję szybko zapomnieć. Ale owszem, zaczęliśmy piec chleb i liczę, że to nam zostanie.

Jak takie zamknięcie i izolacja od rówieśników wpłynęły na wasze starsze dziecko?

Na sto procent będzie to wiadomo dopiero, jak bombelek dorośnie i wyśle nam rachunek za terapię, ale wydaje mi się, że to nie miało na niego większego wpływu. Wiem, że dzieci znajomych bały się choroby i było im ciężko bez przedszkola, ale nasz syn – który swoje przedszkole lubi – raczej cieszył się z tego, że może spędzić dużo czasu z nami. Choroby też się nie bał. Nie mógł chodzić na balet (a były to jego ulubione zajęcia), ale o dziwo naśladowanie ruchów tancerzy na ekranie też dawało radę.

Jak na waszą rodzinną dynamikę wpłynęło zamknięcie z dzieciakami w domu?

Na pewno jesteśmy gorszymi rodzicami – mniej cierpliwymi, łatwiej się denerwującymi i zupełnie niekreatywnymi. Na domową dynamikę na pewno wpłynęło pojawienie się nowego członka rodziny – iPada. Myśleliśmy, że nigdy go nie kupimy, ale złamaliśmy się, i jak już zupełnie nie dajemy rady, to rodzicielstwo załatwia za nas gra w „dwie kropki” (chyba właśnie się przyznałam, że rodzice nie zadali sobie nawet trudu ściągnięcia czegoś, co chociaż minimalnie poszerza horyzonty…). 

Czy cokolwiek można uznać za korzyść z tej sytuacji?

Myślę, myślę i nie mogę wymyślić. 

*

A czy wy macie jakieś przemyślenia dotyczące funkcjonowania waszych rodzin, na które wpłynęły kwarantanna lub lockdown? Chętnie poczytamy, co ten dziwny czas zmienił w waszych życiach.

Dodaj komentarz