Historie trzech miłości

Trzy rozmowy na jeden temat

Słowa dzisiejszych rozmówców są poruszające. Ale nie jest to o tkliwości. Jest w nich piękna siła, którą mamy my rodzice. Siła kochania. Nie wiem, czy jest coś ważniejszego, co może dostać dziecko na tym świecie.

Pierwsze godziny po urodzeniu mojego syna to chaos. Szaleństwo w głowie, nie pamiętam, bym czuła. Nie czuło też moje ciało, które poszarpane operacją nie potrzebowało żadnego znieczulenia. Ból mieszał się z czułością. Czułość z histerią. Dezorientacja to słowo, które wydaje mi się zupełnie nietrafioną próbą złapania tego co się działo. To był chyba szok. Kilkanaście godzin później wdrapałam się na wysoki parapet, by zaciągnąć roletę, bo wschodzące słońce drażniło maleńkiego Gucia. Nie miałam pojęcia, że to niebezpieczne, że powinnam była kogoś poprosić, zadziałał instynkt. Dziki. Silny. Ten wynikający z miłości. Bo, choć wtedy, w całym tym hałasie w mojej głowie, nie miałam jeszcze o tym pojęcia, to zaczęła się właśnie jedna z dwóch największych i najpiękniejszych historii miłości w moim życiu. Druga przyszła spokojniej, delikatniej, może bezpieczniej dla mnie. Dokładnie, tak jak spokojniej przyszła moja córka.

Każda historia miłości ma swój początek. Nasze refleksje na ich temat są nasiąknięte intymnością doznań. Choć te miłości mają różne tła, wszyscy moi rozmówcy mówią o tym samym. Tam, gdzie pojawia się dziecko, razem z nim przychodzi uczucie, którego nie da się porównać do żadnego znanego wcześniej. Towarzyszy mu wewnętrzny przełom, troska, uważność, radość, czasem strach, niemal zawsze zmęczenie. Dziś o takich miłościach, których nie wkłada się w ramy, Jędrka do Matyldy, Edyty do Hani i Marysi do Michaliny. Dziękuję, że podzieliliście się ze mną swoimi historiami.

*

Lubię męską perspektywę na rodzicielstwo, bo choć cele mamy te same, to często korzystamy z innych narzędzi. Jędrek, tata trzyletniej Matyldy, swoimi decyzjami obala szereg stereotypów o ojcostwie i bajek o niemocy, o tym, że czegoś się nie da, albo o tym, że ktoś nam nie daje możliwości. Miłość do córki przyszła szybko i przewartościowała wiele w jego życiu. 

Powiedziałeś: myślałem że mam miłość w sobie od początku, po czym się okazało że wcale nie. T o dobry punkt wejścia do naszej rozmowy. Wprowadź nas proszę.

Byłem przy porodzie, masowałem, trzymałem za rękę, popłakałem się, przeciąłem pępowinę, itd. Wiem że to, co czułem gdy zobaczyłem moją córkę na piersi mojej żony po raz pierwszy to na pewno była miłość. Tak samo, jak przez kolejne tygodnie trzymałem córkę kiedy spała na mnie, jak się pierwszy raz do nas uśmiechała, czy kiedy puszczała prześmieszne bąki przez sen. Pamiętam, że jadąc do sklepu popłakałem się, bo leciała w radiu jakaś piosenka o miłości i wyobrażałem sobie, jak to będzie kiedy ona się kiedyś zakocha. Ale przy tym, co czuję do niej teraz, kiedy ma 3 lata i 2 miesiące, wydaje się że to była płytka, szczeniacka miłość. Tak jak dojrzewa moja córka, tak dojrzewają moje uczucia wobec niej.

Jak to było, kiedy twoja partnerka była w ciąży? Co się z Tobą działo? Czułeś, już swoje dziecko? 

To był okres lęku, niepewności, ekscytacji, energii, wszystko w jednym. Napięcie. Przeczytałem jedną książkę o rodzicielstwie, ale wystarczyła mi do tego, żeby móc z żoną (wówczas dziewczyną) rzeczowo rozmawiać na temat rodzicielstwa. Czułem się jakbym jechał z bardzo stromej górki na rowerze bez hamulców: najpierw czujesz, że kontrolujesz sytuację, wszystko jest jakoś opanowane, ale w pewnej chwili masz świadomość, że już nic nie jest w twoich rękach. Jedyne, co ci zostaje, to trzymać się i niczego nie zepsuć.

Śmiesznie się na ten czas patrzy przez pryzmat bycia rodzicem. Gadaliśmy o rodzicielstwie trochę w próżni, bez świadomości tego całego ładunku emocjonalnego. Mówiliśmy sobie: będziemy robili to i to, i już. Potem wpadł inny człowiek i stwierdził że jednak nie, nie pasuje mi to za bardzo. Trzeba od zera. Ale też sporo rozmawialiśmy o tym, jak nie możemy się doczekać aż ją poznamy. To był wspaniały okres.

Wiem, że dzieci wzruszają, rozczulają i pobudzają nasze emocje, ale to, co mnie w waszej relacji totalnie dotyka, to to, że jesteś tatą obecnym. Twoja żona pracuje, Ty działasz po godzinach, a córka ma cię przy sobie. Jak podejmuje się taką decyzję?

Kiedy postawiłem sobie w odpowiedni sposób wybór, to decyzja była oczywista. To jest moje pierwsze i może jedyne dziecko, ono będzie takim małym, bezbronnym bobasem tylko przez 2-3 lata. To są wyjątkowe 2-3 lata w jej życiu, i potencjalnie w moim. Jednocześnie, co ja takiego innego ważnego mam do zrobienia w tym czasie? Przeprowadzenie kolejnej kampanii reklamowej, która może zwiększy sprzedaż jakiegoś batonika o 15% przez 9 miesięcy? Zarobienie kilka tysięcy złotych więcej, po to żeby opłacić opiekuna, który zniknie z jej życia bezpowrotnie kiedy pójdzie do przedszkola?

Robiłem w życiu wiele ciekawych rzeczy, ale akurat tego nie robiłem. Stwierdziłem że lepiej zrobić to porządnie. Miałem rację, to że mogliśmy jej towarzyszyć w tych pierwszych 3 latach było dla mnie olbrzymim przywilejem.

Co największego odkryłeś dla siebie, dla Was przez tę miłość? 

Odpuściłem sobie własne ego, stałem się niezbędnym elementem czegoś większego – naszej rodziny. Odkryłem w sobie nieznane wcześniej pokłady empatii i wrażliwości. Nie tylko na to co przeżywa moja córka, ale też na to co przeżywa moja żona, co przeżywają dziadkowie naszej córki. Bez tego ten okres byłby o wiele trudniejszy.

Są momenty, kiedy nasze największe miłości wystawiają nas na próby, jak radzisz sobie, kiedy bywa trudno? 

Rozumiem to pytanie dwutorowo. Jak sobie radzę kiedy jest mi trudno w relacjach z moją córką? Zasypuję ją zrozumieniem, empatią i miłością. Rozumiem np. to, że wybuch złości jest elementem rozwojowym, tak jak płacz był 3 lata temu. Że czasami chodzi o przedmiot złości, ale często o same rozładowanie emocji. Nie wymagam od niej posłuszeństwa, tylko szukam z nią kompromisu. Czasem krzyk i walka to wynik przemęczenia, wtedy inaczej reaguję i dążę do uspokojenia i wyciszenia. Nigdy nie wyszukuje u niej złośliwości czy działania w złej wierze – ona nie jest jeszcze zdolna do tak złożonego rozumowania – i myślę, że samo to już wiele dobrego robi dla naszych relacji.

Przykład z dzisiaj: wyszliśmy z przedszkola o 13:15 zamiast o 12 jak było w planie. Jeszcze po drodze zahaczyliśmy o plac zabaw na którym się tak dobrze bawiła że nie chciała z niego iść. Ja byłem bez śniadania, spragniony, zmęczony (trudna noc) i chciałem wrócić do domu zrobić obiad i zdrzemnąć się przed pracą. Mogłem ją po prostu podnieść i zabrać z tego placu, zamiast tego o 14:50 ustaliłem z nią że idziemy za 5 minut. Po 5 minutach poprosiła jeszcze o 2, to też jej dałem. Wciąż nie chciała iść, to powiedziałem jej, że potrzebuję iść, że chcę żebyśmy szanowali swoje potrzeby. Rozumiem że się super bawi, ale ja też potrzebuję się zająć swoimi sprawami i… powiedziała OK. Dwie minuty później byliśmy w drodze. Bez krzyku, bez przemocy, bez płaczu, po prostu zrozumienie.

A ta druga trudna strona? 

Druga sprawa, to jak sobie radzę kiedy jest mi trudno z odpowiedzialnością i zmęczeniem, które są związane z moim trybem życia. O wiele gorzej. Opieka między 7-14 i praca między 16-24 powodują że jestem ciągle zajęty. Zaniedbuje swoje zdrowie. Wizyty u lekarza przekładam pod najmniejszym pretekstem. Przytyłem. Kondycję fizyczną mam złą. To, co nazywamy self care, wydaje się być fanaberią, kiedy na drugim końcu jest córka i jej potrzeby. Mam nadzieje wrócić do opieki nad sobą. Przynajmniej nie odpuściłem terapii, z czego bardzo się cieszę. Czuję też duże wykluczenie społeczne przez to, że w każdy wieczór pracuję, a weekendy są prawie wyłącznie na sprawy rodzinne.

Dla mnie chyba ostatecznie najtrudniejsze jest to, jakie rodzicielstwo jest nieustanne, to jak nie daje nam złapać tchu. Nieważne czemu poszedłem spać o 2, jak ona wstaje o 7, to ja mam być dla niej dostępny. Ma rację, ale wciąż mi trudno w praktyce się z tym pogodzić.

Matylda jest w trakcie adaptacji przedszkolnej, to znaczy, że wyfrunie z gniazda. Jak Ci z tym? 

Adaptacja jest tygodniowa, w poniedziałek idzie już do przedszkola na 6 godzin sama. Jeszcze rok temu, kiedy koledzy opowiadali mi o tym, jak płakali po tym jak im dziecko poszło do przedszkola, to nie wierzyłem. Przecież mają w końcu czas dla siebie! Jednak mamy przez ten trzyletni okres taki intensywny, unikatowy wgląd w drugiego człowieka i go tracimy. Dziecko zaczyna mieć swoje sprawy, odrębne doświadczenia, relacje, w które nie jesteśmy wtajemniczeni. Jest to dla mnie emocjonalne odstawienie, coś co było w moim życiu cały czas przez ostatnie 3 lata zniknie. Teraz ich rozumiem. Ale też nie mogę się doczekać co u niej teraz będzie się działo, i nie mogę się doczekać tego że będę mógł mieć życie poza dzieckiem i pracą.

Dziękuję za tę rozmowę. Powodzenia na nowym etapie!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

*

Edyta jest mamą od ponad roku, od kiedy znalazły się z Hanią. Choć żadna nie mogła mieć takiej pewności, to spotkanie nie mogło się nie zdarzyć. Edycie miłość do córki dała siłę. By działać, by czekać, by przejść przez wszystkie procedury adopcyjne. To taka miłość, która znajduje drogę do najważniejszego człowieka. 

Edyta, czy twoja historia jest o takiej miłości, która wyprzedza moment spotkania, żeby on w ogóle mógł się wydarzyć? 

Kochaliśmy Hanię na długo przed tym, zanim pierwszy raz ją zobaczyliśmy. Tylko ta miłość mogła nas zmobilizować do tego, żeby jej szukać i tylko ona mogła dać nam siłę. Tej tęsknoty nie da się opowiedzieć słowami.

Znalazłyście się. Był w tym procesie taki czas, żeby zatrzymać cały ten piękny, a może trudny chaos, który się dział, żeby móc spokojnie poczuć, że to wszystko jest naprawdę? Czy to może wcale nie było potrzebne? 

Momentów spokojnych, pełnych refleksji i zatrzymania, było mnóstwo. W końcu cały ten czas to było czekanie. My sami byliśmy jednym wielkim czekaniem. Ale to nie był chaos. Raczej tęsknota, taka z którą musieliśmy się nauczyć żyć. Niepewność. Ale i ogromne zaufanie i wiara w to, że w końcu się odnajdziemy. Miłość. Chyba tylko miłość potrafi dać taką nadzieję. Bo gdybym chciała dziś spojrzeć na to racjonalnie, to przecież tego się nie da zrozumieć i wytłumaczyć, że nagle dwoje dorosłych ludzi szaleńczo zaczyna czuć, że gdzieś w tym wielkim świecie jest ich dziecko i że oni muszą je odnaleźć. To się dzieje, ale to praktycznie przez cały czas jest bardzo nierealne. Nawet dzisiaj, nawet teraz.

Jesteś mamą od ponad roku, jaka to jest teraz miłość? Przeszła jakąś metamorfozę? 

Wciąż jest dla mnie cudem. Moja córka jest dla mnie cudem. Darem. Łapię się na tym, że przejdę z nią koło lustra i czasami jestem zdziwiona, że ją niosę. Że jest. Ta miłość jest teraz spokojniejsza, ale z każdym dniem coraz silniejsza. Rok to tak bardzo krótko. Ja się jeszcze nią nie nacieszyłam. Ona się zmienia, dorasta, każdego dnia umie i potrafi coraz więcej. Staram się jej w niczym nie przeszkadzać, niczego nie przyspieszać, zwyczajnie być obok, przytulać, reagować na jej płacz i śmiech, odpowiadać na pytania. Im bardziej ją poznaję, tym bardziej się w niej zatracam. Taki mały człowiek to niesamowity cud.

Co dostajesz od córki? 

Wszystko. Ona mi dała moje własne spełnienie i spokój. Pozwoliła mi się w życiu w końcu zatrzymać. Ja już nic więcej teraz nie muszę. Uczy mnie uważności i cierpliwości. Przytula jak nikt inny na świecie. Nadała sens wszystkiemu, co do tej pory robiliśmy i o co się staraliśmy.

Jak przeżywasz trudne momenty macierzyństwa, zmęczenie, za którym często czai się niecierpliwość, albo frustracja? 

Początki faktycznie były trudne, bo powiedzieć, że życie się zmienia, to jak nic nie powiedzieć. Ja jestem osobą mocno poukładaną, pedantyczną, zbyt drobiazgową. Chociaż może powinnam użyć formy przeszłej, że byłam (śmiech).  W pewnym momencie musiałam odpuścić i wybrać priorytety. Musiałam na nowo wszystko sobie w głowie ułożyć. Teraz, kiedy jestem zmęczona, po nieprzespanej nocy, zwyczajnie idę spać w czasie, kiedy Hania ma drzemkę. Odpoczywam. Czytam. Leżę. Kiedyś starałabym się w tym czasie jak najwięcej posprzątać i ugotować, wyprać, wyprasować, odpisać na maile, zrobić zaległe zdjęcia, itd. Ważna jest równowaga, wtedy nie ma frustracji. Popołudnia, które Hania spędza z tatą, ich własne rytuały (zwłaszcza te związane z wieczorną kąpielą – ja się w to zupełnie nie wtrącam), moje wieczorne wyjścia do kina, czy na wino z przyjaciółkami. I dużo luzu. Musiałam się tego nauczyć, ale dzisiaj już wiem, że odkładanie na miejsce zabawek, które za chwilę i tak będą rozrzucone po całym pokoju, czy wycieranie małych rączek z lustra jest zupełnie pozbawione sensu. Lepiej obok odcisnąć własną dłoń i cieszyć się tą chwilą.

Gdybyś miała swoje macierzyństwo sprowadzić do jednego słowa, to byłoby to… 

Wdzięczność.

Dziękuję!

 

*

Marysia zawsze chciała być mamą, Michalinę urodziła ponad rok temu. Macierzyństwo pozwoliło jej osiąść dokładnie w tym miejscu, w którym zawsze pragnęła być. Miłość, której obie doświadczają, rośnie każdego dnia, i jak mówi moja rozmówczyni, czyni jej życie pełnym. 

 

Powiedziałaś mi, że zawsze pragnęłaś dziecka, i że była w Tobie pustka, która zniknęła po porodzie, opowiedz proszę o tym. 

Odkąd pamiętam, pytana o to, co chce robić i kim być w przyszłości, mówiłam zdecydowanie: mamą. Chciałam mieć dużą rodzinę i prowadzić dom. Wyobraziłam sobie i zaplanowałam to tak, że w wieku 25 lat będę miała co najmniej jedno dziecko. Jak to zazwyczaj bywa, z moich planów niewiele wyszło. Byłam w wieloletnim, dość skomplikowanym związku i nie czułam się na tyle bezpiecznie, żeby zachodzić w ciąże. Studiowałam. Z każdej strony byłam atakowana pytaniami: co dalej?, jak chcesz się rozwijać?, naprawdę nie masz ambicji do pracy?… Nadeszło rozstanie, staże i prace w naprawdę fajnych, rozwijających mnie miejscach. Mimo to, nie czułam żadnej satysfakcji. Robiłam to wszystko z obowiązku. Po dwóch latach bycia samotną (które teraz z perspektywy bardzo doceniam) poznałam Adriana i wszystko się zmieniło. Czułam się bezpiecznie, wiedziałam, że będzie wspaniałym tatą. Kiedy urodziła się Misia poczułam, że jestem w miejscu w którym zawsze miałam być. Ogarnął mnie spokój, radość i miłość tak ogromna, że ciężko ją opisać. Poczułam się bardzo kobieco, zaczęłam bardziej wsłuchiwać się w siebie i w swoje instynkty.

Co czułaś, będąc w ciąży? 

Na początku, kiedy się dowiedziałam poczułam lekki stres. Jak sobie poradzimy, czy to nie za szybko, czy na pewno się uda. Bałam się reakcji mojej rodziny. Lekarka do której poszłam powiedziała mi żebym się zbytnio na nic nie nastawiała, bo jest jeszcze bardzo wcześnie. Najbardziej bałam się chyba powiedzieć mamie, na początku była mocno zdziwiona, później jednak ogarnęła ją radość i od tamtego momentu jest dla mnie niesamowitym wsparciem – jak cała moja rodzina. W ciąży odczuwałam ogromny spokój, bardzo dobrze się czułam. Nie mogłam się jednak doczekać momentu, w którym moje dziecko pojawi się na świecie. Zwłaszcza końcówka dała mi w kość, Michalina była całkiem dużym bobasem.

Pamiętasz te uczucia, które towarzyszyły waszemu pierwszemu spotkaniu? 

Byłam zdeterminowana rodzić naturalnie, bez znieczuleń. Panicznie bałam się igieł i wszelkich zabiegów, na samą myśl robiło mi się słabo. Michalinie nie śpieszyło się na świat, tydzień po terminie pojechałam na KTG i powiedziano mi, że albo podają mi oksytocynę i czekamy ale mam mieć na uwadze, że prawdopodobnie i tak skończy się zabiegiem albo za trzy godziny mam cesarskie cięcie. Wpadłam w histerię ale koniec końców zdecydowałam się na cesarskie cięcie. Był to chyba mój pierwszy krok ku zrozumieniu, czym jest ta miłość. Pokonałam swój największy strach po to, żeby ona pojawiła się bezpiecznie na świecie. Nigdy nie byłam osobą, która by płakała lub często się wzruszała. Kiedy dostałam ją na ręce, ze szczęścia płynęły mi niekontrolowanie łzy. Mówiłam jej, że tak dobrze ją widzieć, że ją kocham, że wreszcie się widzimy i że bardzo na nią czekałam. Był to jeden z najszczęśliwszych dni mojego życia.

Pierwsze dni, to szaleństwo emocji, hormonów, zmęczenia, czym wtedy jest ta nowa miłość? 

Od momentu, w którym się pojawiła, chciałam mieć ją blisko siebie. W ciągu tych pierwszych dni przewartościowałam praktycznie wszystko. Wiedziałam i czułam, że jestem dokładnie w miejscu w którym zawsze chciałam być. Byłam nią zafascynowana, a opieka nad nią dawała mi wiele radości. Michalina od początkubyła bardzo spokojnym dzieckiem, nie płakała, nie miała kolek. Głównie spała i jadła (czym oczywiście się bardzo martwiłam bo przecież wszyscy mówili, że będzie płakać non stop i będzie miała kolki! (śmiech). Nie czułam zmęczenia i bardzo szybko dochodziłam do siebie po cesarce. W ciągu tych pierwszych dni czułam jedynie szczęście i ogromny spokój. Poznawałyśmy się nawzajem i wypracowałyśmy sobie wspólny rytm. Patrząc na nią czułam ciepło w sercu i wiedziałam, że będę dla niej w stanie zrobić wszystko. A przede wszystkim, że jej
zdrowie, bezpieczeństwo i dobrostan są teraz dla mnie najważniejsze.

Michalina ma ponad rok, ta miłość rośnie razem z nią? Bywa wystawiana na próby? 

Rośnie i to w szaleńczym tempie, chociaż wydawało mi się to niemożliwe. Uczę się o niej i od niej czegoś nowego każdego dnia. Pewnie każdy rodzic to mówi, ale moja córka jest bardzo fajną dziewczynką. Ciekawą świata, bardzo spokojną. Uwielbia tańczyć, oglądać książki i bawić się w akuku. Jest moją ulubioną kompanką do spędzania czasu. Teraz, częściej niż jeszcze parę miesięcy temu, odczuwam zmęczenie ponieważ Michalina ma jedną drzemkę, biega, zagląda w każdy kąt, wyciąga ze wszystkich szaf co tylko może. Kocha wylewać wodę z miski psa. Zdarzyło mi się stracić cierpliwość i podnieść głos. Płakałam potem jak bóbr. Miewam momenty w których dopada mnie frustracja, tęsknie do przyjaciół. Ale wystarczy mi wtedy głębszy oddech i przypominam sobie, że ten czas nigdy nie wróci. Jest absolutnie wyjątkowy, ani się obejrzę a Miśka będzie dorosłą kobietą. Miłość do niej nigdy nie traci na sile, uważam, że dopełnia mnie w niesamowity sposób i dzięki niej moje życie jest po prostu fajniejsze.

Zażartowałaś, że dużo pracy przed Tobą, żeby nie przytłoczyć córki swoim uczuciem… boisz się tego? 

Boję się tego, bo wiem, że będę chciała uchronić ją przed całym światem. Wyręczyć, pomóc, byle tylko była szczęśliwa. A przecież nie tędy droga!
Chciałabym być bardzo mamą do której będzie miała zaufanie, której będzie się zwierzać. W której będzie miała bardzo bezpieczną przystań, cokolwiek się stanie. Wiem, że żeby być taką mamą muszę już teraz nauczyć się panować nad takimi uczuciami jak np. strach o nią. Potrafię czasem w nocy rozmyślać nad tym, jak ja przeżyję jej pierwsze samotne wyjścia (śmiech). Na szczęście jej tata jest tutaj głosem rozsądku i myślę, że będziemy się świetnie równoważyć.

Tego Wam życzę. Dziękuję za rozmowę. 

*

Przyznajcie, że te słowa moich rozmówców są bardzo uruchamiające. Przypominacie sobie teraz początki waszej miłości? Macie ochotę podzielić się z nami swoimi historiami?

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.