Ozdrowieniec

na pamiątkę izolacji domowej

Ozdrowieniec
Kasia Karaim-Baranowska

Jutro ten tekst pewnie by nie powstał. Dziś towarzyszy mi wciąż kilka myśli, które rozgościły się w głowie podczas tych dziesięciu dni izolacji. Zachorowałam na covid. Na prośbę redakcyjnych koleżanek po 10 dniach chcę ten temat oswoić sobie i wam. 

Najpierw było zdziwienie. Jak to ja? Nosząca maseczki i myjąca ręce, niechodząca na wesela, komunie, galerie i msze. Tak, znalazłam się widocznie nie w tym miejscu co trzeba, a może po prostu za często całowałam dzieciaki, wracające w radosnych podskokach z placówek. Nie wnikam, od początku pandemii zawierzyłam własnemu rozumowi i intuicji. Kicham na teorie spiskowe, nie oglądam telewizyjnych reportaży, które w zależności od przyciskanego numerka na pilocie albo straszą i sieją panikę, albo oblepiają nas słodkim optymizmem made in TVP. Nie bójmy się, ściągnijmy maski jak pan Rysio – właśnie wrócił z hucznego wesela, a teraz ostentacyjnie nosi na szyi maseczkę jednorazową (dynda mu tak od marca). Ściskając w Żabce puszkę witaminizowanego energetyka, przeskakuje przez pleksi ku kasjerce. Całuję rączki. No, prawie.

Potem był ból głowy, którego intensywności nie umiem opisać nawet dziś, coś jakby kilka młotów pneumatycznych postanowiło urządzić zawody, który pierwszy przebije się przez beton. Poleżę. Nawet parę maili dam radę wysłać, nawet tekst po dwóch przeciwbólowych napisać. Brak smaku i zapachu, osłabienie. Tu lampka zapala się nieśmiało, sobotni lekarz w klinice prywatnej zamiast wypisać mi skierowanie na tomografię, wygania do szpitala.

Godzina w deszczu przed szpitalem zakaźnym, podejrzane pustki, cisza. Dwie godziny w izolatce, a mąż w samochodzie (tak, zapomniałam telefonu) i konsternacja. Pani tu nie pasuje do objawów. W TV powiedziano wyraźnie: kaszel, gorączka, duszności. Ja proszę panią jak mam migrenę, to też tracę węch. Jak pani zrobimy test, zaraz każdy będzie myślał, że tak można, z ulicy – słyszę. Bez skierowania z rejonowej. No, wstyd.

Oczekiwanie na wynik. Jak nie zadzwonimy w niedzielę, to jest negatywny. W poniedziałek odprawiamy dzieci do placówek – uff, czyli nie covid. Gdy po godzinie dodzwaniam się dla formalności do szpitala, słyszę chwilę ciszy w słuchawce. Dodatni. Że co? Wchodzę w tę telefoniczną grę komunikacyjną między sanepidem i przychodnią. I uwaga, tym razem to nie ja muszę się dodzwonić – sami dzwonią do mnie kilka razy tego dnia i razem, po omacku, rozszyfrowujemy, co autor miał na myśli, czytając na głos ulotkę i rozporządzenie z ministerstwa. Bo wie pani, tu nie wszystko jest logiczne. Zauważyłam. Dziękuję pani, która czeka kilka godzin z wpisem do bazy i daje mi czas na spakowanie się i zmianę adresu. 10 dni bez rodziny, albo 20 dni izolacji dla nich, jeśli zostanę z nimi. Pierwszy raz nie gubię się w liczbach, mamy pięć minut na decyzję.

Kolejne dni to cisza i pustka w kawalerce. Włącza mi się syndrom matki ogarniaczki trapionej bezsensownymi dylematami w stylu: a co będą jedli? Jak ona nadrobi szkołę? Jak on zrobi mizerię, gdy nie ma śmietany i jogurtu? Jak wyrzuci śmieci, skoro nie może wychodzić? Czy jest jedzenie dla kotów? Bez sensu, co?

Nie lubię tej ciszy, choć tyle razy o niej marzyłam. Izolacja uczy mnie, że jestem zwierzęciem stadnym, po dwóch dniach cisza świdruje mi w głowie, choć cisnę radio i festiwalowe filmy na hotspocie, który ledwo zipie. Wyślij SMS o treści halo, a damy ci w prezencie 5 GB internetu. Biorę to, będzie na kolejny film i maile. Pracuję.

Uśmiecham się, machając przez szybę do policjantów, dobrze, że to parter. Są codziennie. Gdy pytają, czy czegoś mi nie trzeba, mam ochotę głupio zażartować, że zjadłabym ciastko z dobrą kawą. Kawę przynosi mi codziennie mama, zresztą, czy to nie zrządzenie losu, że ma niewynajętą kawalerkę w tym samym bloku? Codzienna paczka na wycieraczce to nasz rytuał. Kawa w kubku po lodach, obiad, jabłka. Uzbieram ich ze dwa kilo. Wciąż nie wrócił mi apetyt.

Co jeszcze zapamiętam? Jednorożca rzygającego tęczą, nie wiem, kto wymyślił ten filtr na Messengerze, ale robi furorę wśród sześciolatków. Rozmowa z równoczesnym wyrzutem tęczy z otworu gębowego, najlepiej. Z dziećmi łączymy się często i w sumie wolę jednorożca od gadającej pizzy. Ale się dziewczyno wyśpisz, korzystaj! Nie mogę zasnąć od kilku dni, ale to ta pełnia – lubię na nią zwalać moje problemy ze spaniem.

Wreszcie ta przyjazna i obowiązkowa apka, owoc ministerstwa cyfryzacji, która daje mi 20 minut na wykonanie zadania. Zrób sobie selfie. Prześlij, a pośmiejemy się razem. OK, ale dlaczego o 7 rano?

Czemu pisze ten tekst? Bo moje dziecko zapytało mnie: mamo, a co jak w szkole się dowiedzą, że miałaś covid i będą się ze mnie śmiali? Bo gdy piszę o tym na moim Instagramie, odzywa się kilku znajomych, że też mają, ale w sumie to głupio się przyznawać. Że to z mojej strony odwaga. To ja mam ochotę zapytać, czy boisz się przyznać, że przechodziłaś ospę?

Piszę, bo zaczynamy wariować, odbijając się jak szalona piłka w squashu: od paniki po totalne olewanie. Od robienia zapasów makaronu po weselicha na 150 osób. Ja idę środkiem.

Tak, reszta rodziny nie miała objawów. Nosimy nadal maseczki. Dziś wróciłam do domu.

Dodaj komentarz