Samodzielni rodzice

Trzy rozmowy na jeden temat

Samodzielność jest siłą. Daje wiele możliwości. Popycha do działania. Samodzielny, znaczy też umiejący o siebie zadbać. Czy samodzielne rodzicielstwo jest właśnie o tym? Czy nadal po rozstaniu bywamy samotnymi rodzicami?

Bohaterów do tych rozmów szukałam na Fb. Na moje ogłoszenie, że chciałabym nawiązać kontakt z samodzielnymi/samotnymi rodzicami, zgłosiło się 6 kobiet (panowie nigdy nie odpowiadają na moje poszukiwania, czego bardzo żałuję) i padło jedno pytanie: czym różni się rodzic samodzielny od samotnego? Przypomniałam sobie wtedy słowa psycholog Agnieszki Stein z naszej rozmowy o rozstaniuWarto mieć relacje z innymi dorosłymi, na których można liczyć. To jest ważne dla każdego dorosłego, a zwłaszcza dla rodzica, bo to ładuje akumulatory. W tym kontekście lubię określenie samodzielny rodzic, nie samotny.

Nie znalazłam samotnych rodziców. Przedstawiam wam trójkę samodzielnych: Ewę, Olgę i Krzyśka. Wszyscy umieli o siebie zadbać, a jak wiadomo, wtedy łatwiej jest być rodzicem, zwłaszcza tym jedynym w domu.

*

Ewa jako jedyna z tej trójki nie jest po rozstaniu z drugim rodzicem dziecka. Tego związku nigdy nie było. Było lato, które zmieniło jej życie. Decyzje, które na całym jej życiu zaważyły. Ewa jest samodzielną mamą Teodora, dwuipółletniego przedszkolaka, fana Świnki Peppy i straży pożarnej. Jest siłą i sprawczością, tak ją widzę odkąd znam jej historię. 

Co czułaś decydując się na samodzielne macierzyństwo?

W głowie miałam głównie dwie myśli: Dam radę. Przecież zawsze daję radę. Zrobię wszystko, by dziecko nie zmieniło mojego życia. Nadal będę aktywna. Oczywiście nie miałam wtedy pojęcia, na co się piszę. Teraz już wiem, że nie zawsze muszę dawać radę, że moje życie jednak się zmieni, że ja się zmienię. Ale do tego musiałam dorosnąć. Zrozumienie tego zajęło mi ponad 2 lata.

Jak się do tego przygotowałaś? 

Wydawało mi się, że podchodzę do wszystkiego na luzie, ale jednak sporo było tych przygotowań. Po pierwsze chciałam dowiedzieć się jak najwięcej na temat przebiegu porodu i samego połogu. Pytanie nawet najbliższych koleżanek, które urodziły tylko jedno dziecko, nie miało dla mnie sensu, bo one mogły mówić tylko o swoim jednorazowym przeżyciu. Pytanie matki, która ostatni raz rodziła ponad 30 lat temu też wydawało mi się bezcelowe. Oglądałam więc np. serial dokumentalny „Porody” dostępny na Ipli. Szybko doszłam do wniosku, że najciężej porody przechodzą kobiety, które traktują siebie jak księżniczki. Wiedziałam więc, że poradzę sobie dużo lepiej, bo nie lubię się ze sobą cackać (śmiech). 

Przede wszystkim jednak dowiedziałam się o istnieniu kobiet, które pracują jako doule. Umówiłam się więc na spotkanie z jedną z nich i to był strzał w dziesiątkę! Początkowo chciałam z nią porozmawiać, by zdecydować, czy dam radę rodzić w Warszawie, czy też powinnam wrócić na ten czas do rodzinnego Gdańska, żeby mieć wsparcie najbliższej rodziny. Wiadomo, że kobietom podczas porodu towarzyszą nie tylko partnerzy, ale często matki lub przyjaciółki, ale nie mogłam wyobrazić sobie w tej sytuacji własnej mamy. Myślę, że przejmowałaby się wszystkim bardziej niż ja. Żadnej z mojej przyjaciółek również nie chciałam angażować, bo zdaję sobie sprawę, że to zbyt ekstremalne przeżycie. Przez chwilę myślałam również o bracie i ojcu (śmiech). Po konsultacji zrozumiałam, że w tym wszystkim bardzo ważne jest moje samopoczucie, a nie tylko fizjologia i wsparcie techniczne. To mogła zapewnić mi tylko Warszawa. To tu czułam się najbardziej komfortowo. Choć nie ukrywam, że z tyłu głowy miałam historie, które gdzieś mimowolnie słyszałam, że np. po cesarskim cięciu przez 2 tygodnie nie można się ruszyć, co dopiero myśleć o zajmowaniu się noworodkiem i domem. Dwie moje bliskie koleżanki zapowiedziały jednak, że jeśli trzeba będzie wezmą urlop, by pomóc mi po porodzie. Jedna konsultacja z doulą dość szybko zamieniła się w pełen pakiet – zdecydowałam, że to właśnie Iza będzie mi towarzyszyła.

Zaufałaś jej.

Spotkałyśmy się kilka razy, podczas tych spotkań nawiązała się między nami fajna relacja, wspólnie odkrywałyśmy jakie rzeczy pomagają mi się relaksować, jakie mnie wkurzają np. nienawidzę zapachu lawendy, który niektórym kobietom bardzo pomaga w porodzie. Stworzyłyśmy też plan porodu (baaaardzo rozbudowany), ale najbardziej w pamięci utkwiły mi dwa pytania Izy: jakie trzy rzeczy bezwzględnie muszą się wydarzyć podczas porodu? i jakie rzeczy są niedopuszczalne?. Pamiętam, że z tych pozytywów wskazałam: kangurowanie zaraz po urodzeniu, kontakt z bliskimi i dobry humor. Wszystko potoczyło się wedle planu, choć muszę przyznać że to było bardzo trudne 11 godzin!

Poród zaplanowałaś, co dalej? 

Kolejna kwestia to sprawy prawne. Chciałam zabezpieczyć się w taki sposób, by ze strony ojca nie groziło nam nic. Skorzystałam z darmowej pomocy prawnej nieistniejącej już fundacji MaMa, prowadzonej przez Sylwię Chutnik. Radczyni prawna wytłumaczyła mi, że w naszym przypadku najlepszym rozwiązaniem będzie nieustalanie ojcostwa. W rezultacie mój syn w miejscu, w którym wpisuje się nazwisko ojca ma w swoich dokumentach dane kamuflujące, na szczęście nie ma nigdzie słynnych literek NN.

Na końcu musiałam zabezpieczyć się finansowo. Prowadzę działalność gospodarczą, byłam wtedy na tzw. małym ZUSie. Skorzystałam z konsultacji w firmie specjalizującej się w takiej pomocy. Wytłumaczono mi wszystko. W miarę szybko przeszłam na najwyższą składkę, by zapewnić sobie zasiłek macierzyński przez rok w kwocie wyższej niż standardowe 1200 zł.

 

Fot.: T. Szelągowski

Pierwsze tygodnie, miesiące po porodzie są trudne i męczące, jak sobie radziłaś? 

To był bardzo trudny czas. Mój synek nie przybierał na wadze, a ja bardzo chciałam karmić piersią. Być może za bardzo. Coś wyraźnie nie grało, do dziś nie wiem co. Wydaje mi się, że to po prostu było związane z psychiką. Wspierała mnie doula, zaprosiłam też doradczynię laktacyjną. Niby wszystko było ok, ale wciąż miałam za mało pokarmu. Mam wrażenie, że przez pierwszy miesiąc bezustannie siedziałam na kanapie, karmiłam małego, odciągałam pokarm, karmiłam butelką i tak w kółko. W tym wszystkim przynajmniej raz dziennie gościłam znajomych. Niektóre kobiety chcą być w tym czasie same, nie chcą odwiedzin, ani żeby ktokolwiek na nie patrzył. Dla mnie to było zbawienie. Przyjaciele robili mi zakupy i przede wszystkim podnosili na duchu. Ich pomoc była nieoceniona.

Twoja rodzina też była obecna? 

Moi rodzice bardzo chcieli, żebym przyjechała z małym do Gdańska. Najlepiej już 2 tygodnie po porodzie. Ja jednak nie miałam siły, skupiałam się  głównie na tym, aby Teoś przybierał na wadze. Niestety nie dostałam od nich wtedy wsparcia, a jedynie hasła: głodzisz go! daj mu mleko modyfikowane. Dla mnie to oznaczało jedynie porażkę. Zdecydowałam więc, że muszę zawiesić kontakt z rodziną dopóki nie uspokoję sytuacji z karmieniem. Pojechałam do rodziny dokładnie cztery tygodnie po porodzie. Spędziłam z nimi kilka miesięcy, głównie na ich działce na Kaszubach. Wciąż było ciężko, bo mały nadal nie przybierał na wadze. Dokarmiałam go, jeździłam do różnych lekarzy i specjalistów, by znaleźć źródło problemu. Pamiętam, że płakał jak tylko odkładałam go do wózka lub łóżeczka. Nosiłam go więc w chuście, spaliśmy razem. Z perspektywy czasu myślę, że to był jeden z tych kluczowych momentów, w których obecność ojca, partnera byłaby niezmiernie pomocna. Wtedy bardzo chciałam pokazać, że dam radę, że się nie poddam. Rodzicom, przyjaciołom, lekarzom. Szkoda, że nie było wtedy obok mnie kogoś, kto pomógłby mi odpuścić albo walczyłby razem ze mną ramię w ramię.

Kiedy mały miał pięć miesięcy dałam za wygraną – zrozumiałam, że dla zdrowia małego i własnego zdrowia psychicznego muszę przestać za wszelką cenę upierać się przy karmieniu piersią. To była trudna decyzja, ale dała mi dużo spokoju, pozwoliła w końcu cieszyć się macierzyństwem. A tak naprawdę ostateczny koniec karmienia piersią nastąpił, gdy mały miał 10 lub 11 miesięcy.

Twój syn ma 2,5 roku, jak wygląda wasze real life? Co jest dla ciebie najtrudniejsze? 

Oj teraz to jest naprawdę ciężko. 2018 rok był z pewnością najtrudniejszym rokiem mojego życia. Mnóstwo nowych wyzwań i sytuacji. Nowy, poważny związek, praca przy kilku projektach jednocześnie i przede wszystkim 2-letnie dziecko, które poznaje granice, uczy się emocji, odkrywa swoją odrębność. Mój syn należy do tych dzieci, które mają w sobie mnóstwo energii i pomysłów. Ma też charakter. To wymaga ode mnie dużej cierpliwości, uwagi i czasu. Jeszcze rok wcześniej mogłam sobie pozwolić na aktywność – wkładałam małego do wózka i miasto było nasze! Chodziłam z nim na wystawy, koncerty, eventy, do knajp, na imprezy do znajomych. Teraz jest to niemożliwe, bo mały nie usiedzi w miejscu, wszystko go interesuje, a ja muszę mieć oczy dookoła głowy.

Momentem bardzo trudnym dla nas i trochę przełomowym był wypadek. Wracaliśmy z moją znajomą z kawiarni. Od domu dzieliło nas może 300 m. Teoś nagle, mimo mojego: stój!, wbiegł na ruchliwą Puławską. Uderzył go samochód. Kiedy usłyszałam huk, mój świat stanął, a ja byłam pewna jednego. Jakimś cudem jednak mój syn wyszedł z tego z ułamanymi dwoma ząbkami i guzem na czole. Uzmysłowiłam sobie wtedy, że żyję w ciągłym pędzie – wstaję rano, skupiam się na tym, by przygotować małego do przedszkola, odwożę go, lecę do pracy, potem znów pędzę, by zdążyć przed zamknięciem przedszkola, spędzam 2-3 godziny z małym i razem z nim zasypiam. A gdzie w tym wszystkim czas na zajmowanie się domem, znajomych, związek i najważniejsze, gdzie w tym wszystkim ja?! Bo to przecież ja muszę mieć siłę, by zajmować się małym. Wzięłam na siebie zbyt dużo pracy, zbyt dużo projektów i w pewnym momencie zrozumiałam, że dłużej tak nie wytrzymam. Wiem, że mój syn nie może patrzeć ciągle na zmęczoną mamę. Zrezygnowałam z części projektów. Skupiam się teraz na tym, by spędzać jak najwięcej czasu z małym, ale też przypominam sobie, co lubię robić i to po prostu realizuję. Wdrażam w życie hasło: szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Muszę naładowywać się energią, by mieć siły, które potem przekażę Teosiowi.

Podjęłaś ważną decyzję i jesteś szczera ze swoim dzieckiem, wie o tacie. 

Teoretycznie mogłam nie mówić ojcu mojego syna o ciąży. Zdecydowałam się na to jednak, bo lubię prawdę. Już na samym początku pomyślałam sobie, że jeśli moje dziecko zapyta, kto jest jego ojcem, chcę go poznać, to ja chcę mieć dla niego gotową odpowiedź. Wyobrażałam sobie wtedy, że będą mieli systematyczny kontakt, choćby za pomocą mediów społecznościowych. Nie do końca to się udaje, nic na siłę. Nie mają teraz ze sobą praktycznie żadnej relacji. Choć mój syn mówi tata na widok zdjęcia swojego ojca. Sporadycznie dostaję wiadomości od niego z prośbą o przesłanie zdjęć syna. Robię to. Dwa lub trzy razy panowie mieli rozmowę wideo. Ale to tak naprawdę nic nie znaczy. Inny język, inna kultura. Możliwe, że w odległej przyszłości zdecyduję się na wyjazd do jego kraju. Zapewne nastąpi to szybciej niż jego przyjazd do Polski. Zobaczymy. Na nic się nie nastawiam.

Czasem kiedy jest bardzo ciężko, myślę sobie dlaczego wszystko musi być na mojej głowie?! Przecież należą nam się choćby jakieś pieniądze od ojca! Szybko wtedy przychodzi otrzeźwienie – skomplikowane procedury międzynarodowe, jego nienajlepsza sytuacja finansowa. To w ostateczności mogłoby mi przynieść jakieś bardzo drobne pieniądze, a wymagałoby ode mnie dużego zaangażowania. Poza tym, jeśli coś bym dostała, musiałabym też coś dać. A w tym momencie nie wyobrażam sobie np. by mały miał spędzić ze swoim ojcem czas.

Jakie masz wsparcie, bez którego byłoby naprawdę ciężko? 

Jest kilka osób, miejsc i rzeczy, które w tym moim trudnym czasie bardzo mi pomagają. Tula, pozwoliła nam na realizację wielu aktywności. Jest z nami zawsze podczas podróży. Zapewnia bliskość i spokój.

Przedszkole. Przypadkowo odkryłam Przedszkole Kraina Emocji. To miejsce, w którym mojego syna spotyka bardzo wiele ciepła i dobrej energii. Wiem, że jest pod dobrą opieką, a kiedy mam jakieś wątpliwości, zawsze mogę przyjść, porozmawiać i otrzymać konkretne wskazówki, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach.

Niania. To jedna z przedszkolanek. Staram się przynajmniej raz w miesiącu, a czasem częściej zapraszać ją, by zajęła się Teosiem. Dzięki temu mogę spędzić czas z moim partnerem, pójść do kina, restauracji. To czas dla nas.

Rodzice. Udało mi się wynegocjować z nimi kilka dni, w których spędzają czas ze swoim wnukiem, a ja odpoczywam: jadę do Warszawy lub na krótki wypoczynek. Taki swobodny czas bardzo wiele dla mnie znaczy.

Partner. To on uzmysławia mi pewne błędy, zależności. Przynosi mi spokój, odpręża. Jest.

Od roku jesteś w związku, trudno było wejść ci w związek jako samodzielnej mamie? Jak wygląda wasza układanka?

Nigdy nie byłam mamuśką na siłę poszukującą tatusia dla dziecka. To nie jest takie proste. Z dnia na dzień nikt nie staje się ojcem. Cieszę się oczywiście, że Teoś ma w swoim otoczeniu męski wzorzec. To bardzo ważne dla rozwoju dziecka.

Czy trudno było mi wejść w związek? Pamiętam, kiedy zaczęłam swoją przygodę z randkowaniem. Oczywiście najtrudniejsza była logistyka. Na szczęście zaczęli pomagać przyjaciele, którzy zostawali z małym, kiedy ja szłam na spotkanie. Czasem było trudno, bo mały płakał, nie chciał się ze mną rozstawać. Wychodziłam jednak. Zdarzały się sytuacje, w których mężczyźni proponowali randki w towarzystwie małego, albo nawet na randki ja, on, mój syn i jego dzieci.

W tym momencie jestem w szczęśliwym związku. Nie mieszkamy razem, ale często dzielimy ze sobą codzienność. Nasze plany zawsze muszą brać pod uwagę Teosia. Jego potrzeby, nastroje. To trudne, kiedy my chcemy być sami, kiedy chcemy skupić się na budowaniu naszej relacji. Mój partner ma super kontakt z Teosiem. Choć czasem nie do końca jest w stanie zrozumieć moje podejście do wychowania, jest przy mnie i pomaga mi jak może. Robi zakupy, nosi, bawi się Lego, pokazuje mu swoją kolekcję winyli, daje mu przemyślane prezenty, zabiera na sanki i zostaje z nim, kiedy ja po prostu muszę być sama. To wystarczy. Jest dobrze.

Co wynagradza ci wszystkie trudności? 

To głównie małe gesty, a od jakiegoś czasu słowa. Teoś lubi mi czasem zrobić masaż pleców. Czasem, jak wracamy do domu, mówi: idę do kuchni, ty sobie odpocznij. Wczoraj mieliśmy natomiast taki dialog: Ja: Jak się nazywasz? T: Teodor Salamon. Ja: A jak ja się nazywam? T: Mamusia kochana.

Dziękuję, za rozmowę. Wszystkiego dobrego dla was.

*

Olga, od roku samodzielna mama siedmioletniego Gutka, napisała mi o swojej sytuacji tak: w ostatnim roku uczyłam się wszystkiego od początku, jak mały człowiek zaliczający kolejne etapy rozwoju. Tkwiłam w nieznośnym rozkroku, a że przez 9 lat miałam jednak dość przewidywalne życie, to powiedzmy sobie szczerze: jest to strasznie obciążające i meczące. Ale nie da się ominąć tego etapu.

Po trudnym czasie przyszedł spokój. Gutek, o którym Olga mówi, że jest chodzącą radością, ma dwa domy i dwoje rodziców obok. Opowiedziała mi jaką musiała przejść drogę i jak zadbała o siebie. Jej słowa są bardzo wspierające.

Jakie masz refleksje rok po rozstaniu z tatą swojego dziecka? 

Mocno oberwałam, ale żyję. To była najlepsza decyzja dla całej naszej trójki (uwierz mi, Synu!). Najtrudniejszy rok w moim życiu. Najbardziej wymagający i nieprzewidywalny. Dostałam zadyszki, jestem zmęczona, ale szczęśliwa, bo oswoiłam swoje lęki, demony i chyba raz na zawsze uporałam się ze swoja krnąbrnością. Czuję olbrzymią siłę, a co za tym idzie – mam duży apetyt na nowe. Powoli coraz wyraźniej klaruje się nasze nowe życie, powoli czuję grunt pod nogami. Pierwszy raz w życiu czuję się panią sytuacji, ufam sobie, poznałam się z każdej możliwej strony – znam swoje najciemniejsze zakamarki, ale pojawiła się też dojrzałość, spokój i cierpliwość, nauczyłam się być sama ze sobą, dla siebie. w końcu. Nie boje się już, bo znam swoje możliwości i swoje ograniczenia. Na nowo zakochałam się w swoim synu, który wielokrotnie mnie uratował w tym roku.

Jak podzieliliście się opieką nad Gutkiem? 

W temacie opieki nad Gutkiem śmiało możesz dać nam order. Gutek mieszka ze mną, ale Michał codziennie odbiera go z przedszkola i spędza z nim 2-3 godziny. Co drugi weekend Gutek jest u taty, od piątku do niedzieli.

Ma dwa domy, dwa pokoje i oboje rodziców blisko siebie, jak doszliście do tego układu? 

Zacznijmy od tego, że nasz syn jest wyjątkowy. Jest siłą. Dzięki niemu oboje przetrwaliśmy ten rozwód. Jest niesamowicie mądrym i wrażliwym chłopcem. Myślę, że to jego dojrzałość i miłość do nas sprawiły, że tematy wychowawcze są dla nas bardzo łatwe i oczywiste. Podążamy za nim. Chcemy odpowiedzieć na jego potrzeby, stąd mamy bardzo elastyczny układ. Moja relacja z synem jest bardzo silna, to ja jestem jego punktem odniesienia, więc czas ze mną obfituje w zupełnie inne doznania niż czas z tatą. Stąd nasz syn tak chętnie zmienia domy. Michał jest supertatą, z super męskimi zajawkami, u ojca Gutek robi ognisko, strzela z wiatrówki, gra na perce, jeździ do wujka Marka na motory, czy chodzi na basen.

Jesteśmy kompletni, gdy działamy wspólnie. Uzupełniamy się. Jestem spokojna, bo wiem, ze Michał daje Gutkowi wszystko to, czego ja nigdy bym nie umiała mu dać. Finalnie nasz syn jest szczęśliwym dzieckiem, i czuje maks atencji ze strony obojga rodziców. Małżeństwo nam nie wyszło, ale łączy nas ogromna miłość do naszego syna. Ten wspólny mianownik jest gwarantem udanej współpracy.

Wszystko działa? 

Czasami mikrokonflikty są, jasne! Ja muszę ustalić wszystko już, natychmiast, a Michał ma swoje misiowe tempo. To generuje rożne napięcia miedzy nami, ale to już nieodzowny element damsko-męskiej relacji (śmiech). Grunt, że szybko dochodzimy do konsensusu.

Fot.: archiwum prywatne

Jakie wsparcie jest dla ciebie najważniejsze? 

Jestem otoczona wieloma bliskimi mi ludźmi. Świadomość, że nie jestem sama jest kluczowa dla komfortu mojego codziennego życia. Obecny stan zawdzięczam tym, którzy w tym roku bardziej lub mniej świadomie przybliżyli mnie do nowej rzeczywistości: Gustawowi, mojej kochanej Mamie, Pyzie, Norbertowi, Agacie, Sarze, Kai, Ani, Jankowi, Szymonowi. Dziękuję. To właśnie Gustaw i moi ludzie odnaleźli mnie w tej rzeczywistości, oni wypełnili lukę pod tytułem samotność, otoczyli mnie troską, miłością, wsparciem – żyjemy w jakiejś żoliborsko-bielańskiej komunie.

Powiedziałaś, że ostatni rok był bardzo trudny, ale teraz czujesz, że odnajdujesz się w tej nowej rzeczywistości, gdzie szukać siły? 

W sobie, oczywiście w asyście przyjaciół, rodziny. Nikt inny nie przeżyje życia za Ciebie. Po podjęciu tak trudnej decyzji, jaką jest rozwód, która de facto rujnuje ci chwilowo (!!!!!) życie, trzeba dać sobie taryfę ulgową.

Co powiedziałabyś sobie sprzed roku?

Masz prawo nie wiedzieć, masz prawo nie mieć planu, masz prawo płakać, bać się, lęki maja prawo cię sparaliżować – i to jest naturalna kolej rzeczy. Masz prawo popełniać błędy, dokonywać złych wyborów, masz prawo smakować różnych rzeczy chociażby dlatego, żeby się dowiedzieć, że nie są dla ciebie. Daj sobie czas! Bądź dla siebie wyrozumiała, zrób coś dla siebie, znajdź czas dla siebie. Przeżyjesz, ten zawrót głowy jest po coś! Nie stworzysz nowej siebie w 5 minut, tym samym nie ułożysz sobie na nowo życia w tak błyskawicznym tempie. Nie da się. Wyjście ze strefy komfortu jest trudne i bolesne – face it! 

Dobrze to usłyszeć. Dziękuję za rozmowę. 

*

Krzysiek ma w tej trójce najdłuższy staż samodzielnego rodzicielstwa. Zaczynał, kiedy Majka miała 5 lat, teraz ma 14 i dzielnie walczy z wyzwaniami siódmoklasistki. Przez te 9 lat był tatą obecnym, choć nie na co dzień. Zbudowali mocną relację, która nie wymaga wspólnego dachu 7 dni w tygodniu. Pamiętam nasze rozmowy sprzed 9 lat, nie byłam wtedy jeszcze rodzicem i trudno było mi dobrze zrozumieć jego obawy. Teraz już wiem o tym znacznie więcej. 

Pamiętam, jak po rozstaniu mówiłeś o tym, że najważniejsza jest dla ciebie relacja z Majką. Byłeś tym tatą, który nie odpuszczał, nie chciałeś stać się wujkiem. Opowiedz o tym proszę.

Ja zawsze byłem z Majką blisko. Uwielbiałem chodzić na długie spacery z wózkiem, potem codzienne poranne wyprawy do przedszkola, place zabaw, nauka jazdy na rowerze, wieczorne czytanki przed snem… Odnalazłem się w tym i dobrze się w tym czułem. Po tym, jak się wyprowadziła bardzo mi tego brakowało. Zostały mi weekendy, które w pełni zagospodarowałem i zajęcia w tygodniu: taniec, jazda konna, itp. Ja chciałem, Kaśka, mama Majki, nie protestowała. Sytuacja idealna w takim położeniu. Dlaczego nie odpuszczałem? To proste – z miłości. Bezwarunkowej.

Majka ma dwa domy, dwa światy?

One się uzupełniają. Mój świat wydaje się przyjemniejszy, bo to świat oparty na przyjemnościach i w mniejszym stopniu obowiązkach. W nim nie ma codziennego pośpiechu. Nasz wspólny świat to kina, teatry, wyjazdy nad rzekę i na działkę do znajomych, gry planszowe i rozmowy o życiu, szkole, sytuacjach z rówieśnikami. To też ewoluuje. Świat dziecka zastąpił świat nastolatki. Trzeba się z nim mierzyć i się go uczyć.

To trudne?

Trochę tak. Wyzwania i problemy, które są z nim związane coraz bardziej zbliżają się do mojego świata. Drzwi do tego dziecięco powoli się zamykają. Żal mi go, bo lubię i bezpiecznie się tam czuję.

Grafiki: Krzysztof Rogalski,

Fot.: archiwum prywatne

Co jest wyzwaniem w tym procesie dorastania Majki? 

Teraz największym wyzwaniem jest zachowanie bliskości i zaufania, które wypracowaliśmy przez te wszystkie lata. To praca. Przekraczanie swojego tygodniowego zmęczenia, wymyślanie, planowanie, nie zawsze łatwe rozmowy, a czasami spontan i wrzucenie na luz, bo my się lubimy. Bardzo. I czasami złościmy. Krótko.

Jakie wsparcie jest dla ciebie kluczowe w samodzielnym rodzicielstwie? 

Kluczowe wsparcie dla samodzielnego ojca? Nigdy się takim do końca nie czułem. Wszystkie grubsze problemy staramy się przegadywać wspólnie z Kaśką. Ona ma swój świat z Majką, ja swój, ale one siłą rzeczy się przenikają. Więc się wzajemnie wspieramy. Jesteśmy mimo wszystko połączeni. Do końca. Oboje się staramy i wynikiem tych starań jest fajna, mądra dziewczyna, która zmienia się z nastolatki w młodą kobietę, i chyba to jest najlepszym podsumowaniem tych wszystkich lat.

To pozytywna, wzmacniająca puenta.

Pewnie można było coś zrobić bardziej i lepiej, czegoś nie robić, albo nie mówić, ale są emocje, które czasami, wbrew rozsądkowi biorą górę. Jest wrażliwość pokryta tatuażami blizn i poranione uczucia, liżące rany w ciemnym pokoju. Jest deszcz, ale i piękne słońce. Pamiętając o tym, robię dalej swoje. Najlepiej jak się da.

Dzięki za rozmowę. 

*

Jesteście samodzielnymi rodzicami? Jakie macie wsparcie? Co jest dla was kluczową kwestią w tym układzie?

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.