My, rodzice, mamy swoje wyobrażenia na temat naszych dzieci i tego, jakim są rodzeństwem. Widzimy piękną, silną więź, ale życie każdego dnia weryfikuje ten obraz. Dlaczego? Relacja między rodzeństwem to jeden z najtrudniejszych układów. Warto się jej przyjrzeć bliżej i przestać mierzyć się z własnymi oczekiwaniami, a zacząć być wsparciem.
Rozmowa z Agnieszką Stein, psycholożką
Paulina Filipowicz: Zaczniemy od tego, czym jest rodzeństwo.
Agnieszka Stein: To są dzieci, które mają tego samego rodzica lub rodziców. Rodzeństwo jest określane przez biologiczne pokrewieństwo i nic więcej.
Tyle że lubimy do tej definicji dodawać znacznie więcej.
Mamy dużo pozytywnych obrazów, które wiążą się z tym terminem. Opowiadamy sobie idealistyczne wizje, a prawda jest taka, że jeśli zapytać dorosłe osoby o relacje z rodzeństwem, to nie jest już tak pięknie. Z drugiej strony jest nacisk, że trzeba mieć kolejne dziecko, że dziecko nie powinno być jedynakiem, ponieważ stereotypowo źle nam się to kojarzy. Mówimy, że jedynacy są skupieni na sobie, nie dzielą się itd. Tymczasem prawda często jest taka, że dzieci, które mają rodzeństwo, są dużo bardziej skupione na sobie niż jedynacy, bo muszą wszystko wywalczyć.
Mimo wszystko chcemy myśleć, że nasze dzieci będą się przyjaźnić i wspierać.
To jak w przedszkolu: dziecko z kimś się przyjaźni, z kimś jest mu dobrze, a za kimś nie przepada. My w dorosłym życiu też tak mamy, że nie z każdym nadajemy na tych samych falach. Tymczasem oczekuje się, że rodzeństwo – niezależnie od tego, jaką jest kombinacją osobowości – ma się świetnie dogadywać. A to raczej niemożliwe. Dzieci łączy relacja i więź, bo spędzają ze sobą dużo czasu i mieszkają razem, ale to nie gwarantuje, że będą dla siebie kimś bliskim.
To relacja narzucona.
Partnera sobie wybieramy. Jeśli chcemy mieć dziecko, to znów jest nasza decyzja. Później, kiedy chcemy kolejne, też my o tym stanowimy, nie nasze pierwsze dziecko. Ono znajdzie się w relacji, która nie była jego wyborem. A jest ona trudna z wielu powodów. Choćby dlatego, że brat czy siostra, niezależnie, co się zrobi, zostanie, nie da się od tej relacji odpocząć. Poza tym, gdy któremuś z nich jest ciężko i chce do mamy, to ona jest jedna; to ta sama mama.
Są badania, które mówią, że dziecko przygotowuje się do relacji z rodzeństwem, będąc w kontakcie z innymi dziećmi, jeszcze przed pojawieniem się brata czy siostry. Tymczasem rodzice często myślą, że jeśli dziecko będzie miało rodzeństwo, to dzięki tej relacji nauczy się funkcjonować z innymi dziećmi. A jest odwrotnie. To, czego dziecko nauczy się w kontakcie z innymi dziećmi, może zastosować w relacji z rodzeństwem, która jest najtrudniejsza.
W przedszkolu można odpocząć od kolegi, w domu odpocząć od brata czy siostry to już nie jest takie proste. Mieszkanie z drugim człowiekiem pod jednym dachem jest trudnym doświadczeniem. Generuje sytuacje problemowe, konfliktowe i napięte, nawet kiedy nam na kimś zależy. Dla dzieci, które nie mają narzędzi, to jest jeszcze trudniejsze. Potrzebują naszego wsparcia.
Jaka jest nasza rola?
Budowanie relacji i więzi z każdym z dzieci. Na to mamy wpływ i jesteśmy za to odpowiedzialni. Nie mamy natomiast kontroli nad relacją naszych dzieci.
Ale na co dzień na nią oddziałujemy, często ją utrudniamy.
Takim abc jest to, co opisały Adele Faber i Elaine Mazlish w „Rodzeństwie bez rywalizacji”. Momenty, kiedy na przykład porównujemy nasze dzieci, ustawiamy w roli ofiary i sprawcy, oczekujemy od dziecka czegoś, co robi drugie, to momenty, w których pokazujemy dziecku, że jego sytuacja jest gorsza, ponieważ ma rodzeństwo. Nie mogę ci kupić klocków, bo mały brat zje. Wykąpię was razem, bo tak mi jest łatwiej. Oczekuję od ciebie czegoś, bo jesteś starsza. To doświadczanie dyskomfortu dlatego, że jest brat czy siostra.
Wywieramy często presję dużymi oczekiwaniami albo lękami wyniesionymi z trudnych relacji z własnym rodzeństwem.
Kiedy jako rodzice mamy dużo oczekiwań, kiedy tworzymy presję, że trzeba się dogadywać, kiedy ignorujemy czyjąś krzywdę, wtedy szkodzimy. Choć myślimy, że wspieramy. Wspieramy, kiedy dbamy o swoją relację z każdym z dzieci, o ich indywidualne potrzeby. Pomagamy im radzić sobie z emocjami, kiedy tego potrzebują.
Przejdźmy przez ten temat od początku. Chcemy mieć kolejne dziecko.
Ta myśl często pojawia się w zależności od tego, jak trudne w obsłudze było pierwsze dziecko. Wymagające – czekamy kilka lat. Im łatwiejsze doświadczenia, tym szybciej rodzi się ta chęć.
Często rodzice martwią się tym, by różnica wieku nie była zbyt duża.
Tu znowu do głosu dochodzą nasze dorosłe przekonania. Moim zdaniem to szkoła nam narzuca, że dzieci mają dobre relacje, jeśli są w podobnym wieku. Rodzice zazwyczaj się niepokoją, kiedy dziecko bawi się z młodszymi, zastanawiają się, czy nie ma problemów z budowaniem relacji. Dużo mówi się o rówieśnikach, o tym, że takie dzieci się dobrze dogadują, i potem rodzice mają podobne oczekiwania w domu.
To nie ułatwia relacji?
Tak może i jest, ale na to trzeba poczekać kilkanaście lat, a najpierw przeżyć ten początkowy okres, w którym jest małe dziecko, kompletnie nierozumiejące tego, co się dzieje w związku z pojawieniem się tego drugiego. Rodzice, którzy mają więcej niż dwoje potomstwa, często mówią, że relacje kolejnych dzieci są najtrudniejsze. To dotyczy zwykle pierwszego i drugiego dziecka – w tej relacji jest najwięcej poczucia, że ktoś komuś coś zabiera, zmienia mu świat. Nierzadko jest tak, że pierwsze dziecko przyjaźni się z trzecim, drugie z czwartym itd. To wiąże się po trosze z napięciem pojawiania się jednego po drugim, a trochę z tym, że różne dzieci różnie pasują do siebie charakterologicznie, i zazwyczaj nie ma to nic wspólnego z ich wiekiem.
Statystycznie w Polsce najczęściej dzieci rodzą się co 2–3 lata.
Ulegamy presji – że nie można za długo czekać, że dziecko będzie nieszczęśliwe, że nie będzie nam się chciało. Nacisk społeczny tak działa, że jeśli chcemy kogoś do czegoś przekonać, to przedstawiamy tylko zalety sytuacji. I często rodzice są potem kompletnie zaskakiwani. Tym, że mama musi leżeć, a dwulatek skacze jej po brzuchu, że on nadal budzi się w nocy, a ona jest zmęczona.
Jeżeli mamy jedno dziecko w domu i jest nam trudno, jesteśmy niewyspani, zmęczeni, mamy poczucie, że się nie dogadujemy, że przerastają nas jego emocje, to brutalna informacja jest taka, że kiedy pojawi się drugie, będzie gorzej.
Ciąża to czas, w którym powinniśmy przygotować dziecko na nową sytuację?
Myślę, że wcześniej. Opieka nad kolejnym dzieckiem wiąże się z tym, że starsze musi się pogodzić, że rodzice nie zawsze odpowiedzą na jego potrzeby w pierwszej kolejności. Jeżeli dziecku jest z tym trudno jako jedynakowi, to będzie mu jeszcze trudniej i będzie potrzebowało na to czasu.
Jak przygotować dziecko na to, co się wydarzy?
To nie jest kwestia tego, co się wydarzy, tylko tego, co się właśnie dzieje. Kobieta, mama, potrzebuje większej delikatności, pojawiają się fizyczne zmiany i dzieci pozostawione bez informacji mogą się przestraszyć. Na studiach uczono mnie, by wprowadzać dziecko w temat dopiero wtedy, kiedy ciąża jest już bardzo widoczna. Ja mówię rodzicom, że dziecko też jest członkiem rodziny i ma prawo wiedzieć wtedy, kiedy wszyscy się dowiadują. Nie może być tak, że wszyscy wiedzą, a ono nie. Istnieje wówczas duże ryzyko, że ktoś je zapyta, czy się cieszy, a ono nie będzie wiedziało, o co chodzi.
Dla dziecka ciąża to abstrakcja?
Prawdopodobnie mniejsza niż dla nas. Kiedy rodzice mówią coś dziecku, ono w to po prostu wierzy. Warto pokazać w otoczeniu kobietę w ciąży, potem noworodka. Żywe, namacalne doświadczenie pozwala mu się odnaleźć w nowej sytuacji. Będzie wiedziało, że mama z dużym brzuchem będzie wyglądała tak, a potem dziecko będzie wyglądało tak.
Trudno chyba tylko wytłumaczyć, że to dziecko będzie już z nami na zawsze.
Z tego to nawet dorośli nie zawsze zdają sobie sprawę. Trudno jest im pojąć, że będzie dwoje dzieci i one będą czegoś chciały w tym samym czasie. Rodzice sobie tego nie wyobrażają. To jest też kwestia tego, że często, zanim podejmiemy decyzję o powiększeniu rodziny, nie mamy kontaktu z rodzinami, które przez to przechodzą. Mam poczucie, że osoby, które mają blisko siebie rodziców z dwójką dzieci i mogą z nimi szczerze porozmawiać, są w lepszej sytuacji. Nie trzymają się ładnego obrazka, tylko słyszą, że trzeba się wyspać, by pozwolić ciału wrócić do równowagi po pierwszej ciąży, że małe starsze dziecko wcale nie stanie się samodzielne z dnia na dzień, niczego nie ułatwi.

Najczęściej myślimy o dziecku, a zapominamy o tym, że ciężar tej sytuacji spadnie tylko na nas.
Można się na to nieco przygotować, ale emocjonalnie to jest kompletnie nowa sytuacja. Mamy trudności z byciem uważnymi na samych siebie, trudno być uważnym na jedno dziecko, a teraz, mimo większego zmęczenia, uwagi będzie się domagało także drugie. To bardzo złożone. Ten wzorzec, kilkoro dzieci i jeden rodzic, jest nienaturalny. W czasach łowiecko-zbierackich proporcje dorosłych (dorosłymi były już nastolatki) do dzieci wynosiły 2:1 albo 4:1. Dziecko nie miało tylko jednej ważnej osoby, o którą musiało na dodatek rywalizować, miało takich osób wiele. To my stworzyliśmy nuklearną rodzinę z matką opiekunką. To jest trudne, bo niewykonalne. Stawiamy sobie cel, którego nigdy wcześniej nikomu na świecie nie udało się osiągnąć, a my się stresujemy, że nam się też nie udaje.
I zaczynają się skróty, na przykład przekładamy nasze doświadczenia z pierwszym dzieckiem na drugie i to nie działa.
Często rodzice mają tak, że doświadczenia z pierwszym dzieckiem stają się takim wzorcem, matrycą, którą chcą odtworzyć z drugim. Zdarza się, że mamy przekonanie, że to pierwsze doświadczenie było tym właściwym, i chcemy je powtórzyć; albo przeciwnie, po złych doświadczeniach zakładamy, że zrobimy to inaczej. Wydaje nam się, że w tej drugiej sytuacji wszystko naprawimy, że będziemy mieli szansę wreszcie zrobić to dobrze. Nie bierzemy pod uwagę, że mamy do czynienia z innym człowiekiem, sami jesteśmy inni, wszystko jest inaczej.
Przychodzą nam też do głowy takie pomysły, by jak najszybciej usamodzielnić starsze, choć nadal małe dziecko.
Mam poczucie, że dziecko uczy się samodzielności, bo tego chce i potrzebuje, a nie po to, by rodzicowi było łatwiej. Warto o tym pamiętać. To nie dziecko jest dla nas, tylko my dla dziecka. I brat nie jest dla dziecka, tylko dla nas, to nasza decyzja. Wszyscy żyjemy w jednym domu i dobrze jest się wspierać i sobie radzić, ale to nasza decyzja, ile jest dzieci, i to my powinniśmy wziąć na siebie jej konsekwencje.
Od pierwszego spotkania. Jak je zaplanować?
Mama z dzieckiem się rozstają, mama rodzi drugie dziecko i po kilku dniach rozłąki się spotykają. Czyje potrzeby są na pierwszym miejscu?
Starszego dziecka.
Właśnie o tym warto pamiętać. Nie pokazujmy mu od progu nowego członka rodziny, tylko skupmy się na nim. Ono ma potrzebę przywitania się z mamą, jest stęsknione. Chce opowiedzieć, co się wydarzyło, coś pokazać. A jeszcze przychodzą goście i wszyscy zwracają uwagę tylko na to młodsze, ignorując starsze albo sprowadzając je wyłącznie do roli rodzeństwa: co myślisz o młodszym bracie? Tymczasem starsze dziecko chce, by było jak wcześniej, aby ważne było ono i jego sprawy.
Czyli przedstawienie rodzeństwa to nasza potrzeba?’
Tak, zakładamy, że najciekawsze jest nowe dziecko. Tyle że to nasza perspektywa. Dla starszego ważniejsze może być powiedzenie: tęskniłem, wydarzyło się to i to itd. Może być tak, że będzie bardzo ciekawe, kto leży w łóżeczku, ale to wcale nie jest oczywiste. Ważne, aby być z nim w tym momencie, odpowiedzieć na jego potrzeby, za chwilę przecież nie będzie na to wystarczająco czasu. Poczekajmy na nie, niczego nie przyspieszajmy, to i tak się wydarzy.
Czy te pierwsze miesiące to czas, w którym powinniśmy być uważniejsi na potrzeby starszego dziecka?
Młodsze wymusza opiekę i to nie podlega dyskusji. Ze starszym jest tak, że jeżeli nie skupimy się świadomie na jego potrzebach, to łatwo nam będzie przyjąć taką perspektywę, że to już duże dziecko, że powinno zrozumieć. A to zwykle powoduje, że ono radzi sobie jeszcze gorzej, ponieważ nie otrzymuje pomocy.
Jest taki efekt psychologiczny, polegający na tym, że kiedy się urodzi drugie dziecko, to pierwsze wydaje się nagle niesamowicie duże, chociaż jest na przykład dwulatkiem.
Warto, jeśli prosimy kogoś o pomoc, poprosić o zajęcie się młodszym dzieckiem i skupić się na starszym.
Chodzi o to, by widzieć potrzeby starszego dziecka. Kiedy dwoje dzieci płacze, to nie zawsze trzeba najpierw podejść do młodszego. Spójrzmy, czy starsze nie jest stale odsyłane – przecież zamiast odsyłać je z kimś, możemy poprosić o przypilnowanie młodszego.
Przez pierwsze miesiące mama jest centrum konfliktu. Lżej przechodzi się przez to w rodzinach, w których rodzice dzielą się opieką. Tam, gdzie nie ma takiego podziału i wszystko robi mama, dziecko nie jest przyzwyczajone do sytuacji, w której ona nie może. Tam, gdzie ów podział jest, nie ma takiego odruchu, że kiedy małe dziecko płacze, to od razu biegnie mama. To wiele upraszcza.
Jeśli jego potrzeby nie zostaną zaspokojone, czuje się zazdrosne o rodzeństwo?
Dotychczas, kiedy dziecko o coś prosiło, dostawało to, tymczasem słyszy: nie, nie teraz. A ono tego potrzebuje, rośnie więc w nim napięcie i częściej o to prosi. To nie ma nic wspólnego z zazdrością ani tym, że nie chce dać czegoś drugiemu dziecku, tylko z tym, że ono chce tego dla siebie.
Co możemy zrobić, by nie przelało trudnych emocji na rodzeństwo?
Warto wziąć te emocje na siebie – właściwie one są skierowane do nas. Nie zostawiajmy dziecka z tym. Jeśli mu pomagamy, łatwiej mu jest nie kierować tego na rodzeństwo.
Jak buduje się relacja między dziećmi?
Więź może się budować bardziej lub mniej konstruktywnie. Po drodze mogą się pojawiać trudności, ale ona i tak się buduje. Nawet rodzeństwa, które się kłócą, szarpią, na ogół na zewnątrz trzymają się razem. Tęsknią za sobą, kochają się itd. Konflikty nie są informacją o ich więzi. To informacja, że są małymi dziećmi, że jest im trudno i z czymś sobie nie radzą.
Jest rodzeństwo, jest konflikt.
Konflikt nie zaczyna się dopiero wtedy, kiedy krzyczą i się biją. Cały czas mówimy o konfliktach.
Pomówmy o sytuacji, kiedy krzyczą i się biją.
Dzieci mają różne temperamenty. Niektóre nie mają potrzeby wyrażania się w ten sposób, ale jest dużo takich dzieci, które ją mają.
Kim my, dorośli, jesteśmy w takiej sytuacji?
Możemy wejść i próbować rozsądzać. Często jednak nie wiemy, co się stało, kto zaczął, o co poszło. Nie zawsze przecież dziecko, które najgłośniej krzyczy, jest najbardziej pokrzywdzone albo starsze jest bardziej przemocowe. To pierwsza sytuacja, w której byłoby to niesprawiedliwe. A druga jest taka, że jeśli rozsądzimy spór, dziecko, które uznaliśmy za winne, zacznie się czuć pokrzywdzone. To prowadzi do kolejnej sytuacji i zaczyna się błędne koło. Najczęściej robimy to starszemu dziecku – nie rób tego, bo jesteś starszy itd. – i ono się czuje pominięte, niezrozumiane, napięte, nieszczęśliwe, i potrzebuje to odreagować. Pojawia się w nim myśl, że gdyby nie było tego małego, rodzice stanęliby po jego stronie; to brat lub siostra jest powodem jego nieszczęścia.
To co robić?
Nie stawać po żadnej stronie. Głównie zadbać o bezpieczeństwo, jeśli jest taka potrzeba. Można spytać dzieci, co się stało, ale nie w celu rozsądzenia, tylko po to, by one tym opowiadaniem mogły upuścić trochę emocji. Najczęściej nic więcej nie trzeba.
Bez puenty wychowawczej?
Mam poczucie, że ona zwykle nic nie daje. Jeśli ktoś ma inne narzędzia, to z nich korzysta, ale dzieci ich nie mają i co wtedy taka uwaga robi? Nic. Obawiam się też, że takie wykłady powodują, że różne problemy schodzą do podziemia. One się dzieją, ale my już o nich nie wiemy. Jeśli dorośli przedstawiają swoje oczekiwania, czego chcieliby, by dzieci nie robiły, to one najczęściej robią to po kryjomu. W trudnych sytuacjach ingerencja wychowawcza typu dziel się, bądź miły itp. niczego nie załatwia.
Czym właściwie są awantury między dziećmi?
To nierzadko sytuacja, w której dzieci nas nie potrzebują. Większe zwykle same potrafią ją rozwiązać. Często wkraczamy nie dlatego, że dzieci realnie nas potrzebują, ale dlatego, że mamy poczucie, że taka jest nasza rola. Znowu nasza potrzeba staje przed potrzebą dzieci. Wniosek, jaki z tego wyciągają, jest taki, że odpowiedzialność za ich porozumienie leży po stronie rodziców; że nie muszą same do niego dochodzić, bo przyjdą rodzice i zrobią to za nie.
Dzieci są tu i teraz, a po chwili już się bawią. To my, dorośli, często patrzymy na to jak na coś większego. Niech będzie dla nas wskazówką, że jeśli dzieci po 3 minutach krzyku same zaczynają się bawić, to może warto uwierzyć, że uda im się rozwiązać problem we własnym zakresie. To jest budowanie kompetencji u dzieci. Bardzo często naszymi działaniami pokazujemy, że w dzieci nie wierzymy.
Dzieci mają narzędzia do wychodzenia z takich sytuacji?
Najczęściej tak. Wtedy zwykle dobrze sobie radzą z wychodzeniem z sytuacji konfliktowych w przedszkolu albo na podwórku.
Jak uczyć je dobrego radzenia sobie z takimi sytuacjami? Co w ogóle znaczy „dobre radzenie sobie”?
Dzieci najwięcej uczą się, obserwując rodziców. Obserwują nasze konflikty i to, jak sobie radzimy w trudnych sytuacjach. Gdy doświadczają jakiegoś konfliktu z nami, patrzą na nasze zachowanie i dostają lekcję, jak się to robi. Od tego, jak z nimi załatwiamy sprawę, zależy, jak później będą sobie radziły w podobnych okolicznościach z innymi. Oto pytanie, które powinien sobie zadać rodzic: czy potrafię tak przejść przez konfliktową sytuację, aby każda osoba została wzięta pod uwagę? Często tkwimy we wzorcach siłowych – kto jest silniejszy, ten wygrywa – a przecież nikt nie chce być przegranym, konflikt więc zostanie. Albo idziemy na kompromis. Rzadko mamy do czynienia z sytuacją, w której dwoje ludzi wspólnie się zastanawia, o co chodzi w konflikcie, i stara się go rozwiązać.
Kochamy nasze dzieci tak samo?
Oczywiście, że nie, bo każde dziecko jest inne. Boimy się jednak, że to coś złego. W naszej kulturze mamy bardzo mocno zakorzenione przekonanie, że miłość jest wyłącznie jeden na jeden, że różne relacje rywalizują ze sobą. To dzieje się nie tylko na poziomie dzieci. Gdy pojawia się pierwsze, przychodzi do głowy myśl, kogo kocha się bardziej: partnera czy dziecko, potem – pierwsze dziecko czy drugie itd. W naszej kulturze relacje są przedstawiane jako coś, co rywalizuje ze sobą. Do tego stopnia, że ludzie za jeden z mierników miłości uważają zazdrość o inne relacje. A to szkodzi.
Mam poczucie, że uznajemy jakiś wzorzec miłości i relacja, która nam bardziej do niego pasuje, jest przez nas postrzegana jako ta, w której miłości jest więcej albo która jest mocniejsza. Czujemy jakiś przymus, by powiedzieć, kogo kocha się bardziej. A ja sądzę, że miłość to nie jest konstrukcja, która zawiera w sobie taką właściwość jak mniej lub więcej. Co to znaczy, że się kocha bardziej? Że jest łatwiej, przyjemniej, że się bardziej chce spędzać czas?
A jeśli tak jest?
Porównywanie relacji nie ma sensu.
Rozmowa pierwotnie ukazała się na ladnebebe.pl w 2017 roku. Została zaktualizowana przez Agnieszkę Stein.
Agnieszka Stein jest psycholożką. Od 1999 roku pomaga dzieciom i ich rodzicom radzić sobie w różnych sytuacjach. Udziela pomocy rodzicom zagubionym w gąszczu obecnie dostępnych, często wzajemnie sprzecznych porad i zaleceń. Pomaga im czerpać radość z rodzicielstwa i osiągać równowagę między potrzebami wszystkich członków rodziny. Współpracuje z przedszkolami i ze szkołami, doradza nauczycielom. Specjalizuje się w pracy w nurcie rodzicielstwa bliskości, a więc za podstawowy czynnik skutecznej opieki rodzica nad dzieckiem uważa ich wzajemną relację. Jest autorką dwóch książek dotyczących rodzicielstwa bliskości: „Dziecko z bliska” i „Dziecko z bliska idzie w świat”, a także poradnika „Akcja adaptacja. Jak pomóc sobie i dziecku w zaprzyjaźnieniu się z przedszkolem”; ukazał się też wywiad rzeka z Agnieszką pod tytułem „Potrzebna cała wioska”.

