rodzeństwo rodzice mówią

Jak od początku budować dobre relacje między rodzeństwem

Rozmowy z rodzicami o wyzwaniach i radościach wielokrotnego rodzicielstwa

Jak od początku budować dobre relacje między rodzeństwem
Archiwum bohaterów

Czas ciąży bywa tym, kiedy górę bierze beztroska, a na wewnętrznym horyzoncie tańczą różowe jednorożce. Jednak dla mnie, która na drugie dziecko zdecydowała się, podglądając zaprzyjaźnione rodziny i myśląc o dobru wszystkich bliskich, początek drugiej ciążowej tury naszpikowany był obawami. Postanowiłam sprawdzić, czy jest w nich choć ziarnko prawdy i nauczyć się na cudzych sukcesach i błędach.

Na kilka tygodni przed drugim porodem postanowiłam wziąć byka za rogi i skonfrontować się z tym, co często nurtuje rodziców kolejnych dzieci: własnymi obawami dotyczącymi przyszłości. Czy dzieci się polubią? Czy rzeczywiście starszy będzie miał w młodszym kompana? Nie chciałam zaserwować pierworodnemu traumy upadku z piedestału, bałam się, czy aby różnica wieku (niecałe 3 lata) nie będzie zbyt duża, i o to, jak sobie poradzimy – my, starzy, zmęczeni intensywnym życiem z dwuipółlatkiem rodzice. Oczywiście tego przewidzieć nie sposób, ale można, a nawet trzeba świadomie kształtować relację między dziećmi. Dowiaduję się tego z lektury „Rodzeństwa bez rywalizacji” Adele Faber i Elaine Mazlish, ale o praktyczne, choć anegdotyczne, dowody na udane budowanie relacji między rodzeństwem postanowiłam spytać też kilkoro doświadczonych rodziców. Oto efekty mojej kwerendy u czterech rodzin ze stażem rodzicielskim obejmującym od 2 do 16 lat.

Głos oddałam kolejno Marysi – dyrektorce w wydawnictwie Edipresse, Janowi Szczycińskiemu – przedsiębiorcy z branży VR (wirtualnej rzeczywistości), Kaśce i Marcinowi, którzy pracują odpowiednio w strategii reklamy i mediach, oraz Magdzie, technolożce żywności, która razem z mężem promuje zdrowe, sezonowe jedzenie. Ich historie ułożyły się w mozaikę możliwych postaw, z których przebija wielka uważność na potrzeby dzieci.

Marysia, mama 7-letniego Ignasia i 4-letniej Łucji

Emocje

Na początku ciąży nic mnie nie niepokoiło. Głównie dlatego, że Ignaś, starszy brat Łucji, przez pierwsze dwa lata życia nie był dzieckiem wymagającym emocjonalnie, do zmian podchodził łagodnie. Natomiast im bardziej ciąża postępowała, a my coraz więcej rozmawialiśmy o tym, co będzie, tym bardziej emocje pojawiające się w domu wpływały na niego. Do dziś zastanawiam się, czy wynikło to z powiększania się rodziny, czy może z jego wieku, bo w końcu okres od 2,5 roku do 3 lat jest bardzo intensywnym czasem zmian rozwojowych.

Zaczęliśmy się zastanawiać, co zrobić, jeśli tych emocji przybędzie, i jak sobie poradzimy, jeśli będziemy mieć w domu noworodka i złoszczącego się tym faktem prawie trzylatka. Stąd decyzja, żeby przy okazji innej konsultacji poradzić się specjalisty. Pani psycholog podkreśliła, zresztą tak jak wszyscy, z którymi o tym rozmawialiśmy, żeby koniecznie skupić się na starszym dziecku, bo młodsze tak naprawdę jeszcze długo potrzebować będzie głównie opieki w najdosłowniejszym, fizycznym sensie: nakarmienia, bliskości mamy, odpowiedniej ilości snu, w mniejszym zaś – uwagi, skupienia, rozmowy. Tak bardzo się tym przejęliśmy, że z perspektywy czasu zastanawiamy się, czy nie przesadziliśmy, bo Ignacy nadal jest dość skupiony na swoich potrzebach.

Narodziny rodziny czteroosobowej

Szybko okazało się, że emocjonalna sinusoida była głównie naszym udziałem – za każdym razem, gdy rodziło się któreś z naszych dzieci, towarzyszyło nam dużo stresu czy niepewności, ale i totalny haj. I pewnie to on sprawił, że uczucie do młodszego dziecka narodziło się naturalnie i nie trzeba było nad nim pracować. Zawsze wiedziałam przy tym, że chcę mieć przynajmniej dwójkę dzieci, więc wraz z pojawieniem się Łucji ten wymarzony obraz po prostu się dopełnił. W rozszerzeniu rodziny i powitaniu nowego jej członka od początku byliśmy razem, we trójkę, włączaliśmy Ignacego we wszystko. Pierwsze dwa tygodnie po powrocie ze szpitala spędziliśmy sami, bez gości i odwiedzin, żeby okrzepnąć jako czteroosobowa rodzina.

Pani psycholog doradziła nam też patent z prezentem od młodszego dziecka, które „obdarowuje” starsze w momencie swojego pojawienia się. Ignacy wspomina to do dziś za każdym razem, gdy wyjmuje swoją straż pożarną. Myślę, że sprawiła, że te pierwsze dni, kiedy byliśmy zajęci przyziemnymi sprawami typu „gdzie postawić wanienkę” czy „o której kłaść spać noworodka”, miał ciekawe zajęcie. To było dla mnie ważne, by nie czuł się odesłany do innego pokoju na seans na YouTube, a jednocześnie miał poczucie, że dostał coś atrakcyjnego. Ignacy w pierwszej chwili spojrzał na Łucję, zdziwił się, że jest taka mała, a potem zajął się strażą.

Wydaje mi się ważne, by oprzeć się pokusie „zrobienia czegoś” ze starszym dzieckiem, oddania go na chwilę pod opiekę babci czy niani. Strasznie istotne jest to, żebyśmy byli w tym procesie razem. Dzięki temu dziecko czuje się częścią nowego układu, zaczyna się przyzwyczajać. Miałam też uczulenie na mówienie „Cicho, bo ją obudzisz”, „Nie przeszkadzaj!”. Naszą rolą jest wyprowadzenie dziecka po cichu z pokoju, a nie strofowanie go. Może dlatego nigdy nie doświadczyliśmy sytuacji niechęci czy agresji syna w stosunku do córki? Nawet kiedy zdarzały się związane z nią wybuchy emocji, to skupiały się na rzeczach nieożywionych lub na nas. Nigdy nie usłyszałam „Ale ta siostra jest głupia, weźcie sobie ją”.

Relacje

Początki były oczywiście rollercoasterem, niewyspanie i wyczerpanie poważnie się do tego dołożyły. Bardzo jednak starałam się, żeby spędzać z Ignacym mnóstwo czasu sam na sam – wychodzić z nim na spacery, bawić się, czytać, co nie zawsze jest łatwe, gdy ma się przy piersi  malutki „tobołek”. Ale też pierwsze dwa miesiące są nieco prostsze, gdy tobołek głównie śpi i je. Wraz z pojawieniem się faz czuwania i oczekiwań wobec rodziców, sprawy się komplikują (śmiech). Zdarzały się pojedyncze sytuacje, kiedy karmiłam Łucję, a Ignacy musiał akurat skakać tuż obok po łóżku albo wchodzić na mnie, mimo że sekundę wcześniej skończyliśmy zabawę. Na szczęście nie było ich wiele, po kilku tygodniach przeszły, a emocje rozbudzone w trakcie mojej ciąży, po narodzinach Łucji wcale nie przybrały na sile.

Różnice

Czy kocham ich oboje tak samo i za to samo? Chyba nie. Nie wiem, czy wynika to z kolejności pojawienia się na świecie czy z płci, ale może na Ignasia – moje pierwsze, wyczekane latami dziecko – patrzę z nieco większą czułością. Z kolei od córki pewnie więcej wymagam, bo widzę w niej siebie i chcę, by uniknęła jakichś moich błędów, co w obliczu jej wieku wydaje się idiotyczne. Chłopiec jest dla mnie kosmitą, innym rodzajem ludzkim, więc patrzę na niego z nieco innej perspektywy. Ale może właśnie dlatego obsesyjnie staram się dbać o sprawiedliwość, co aż budzi wesołość niektórych naszych przyjaciół. Żartują, że oboje dzieci karmiłam piersią po 18 miesięcy, żeby było po równo. Ale wydaje mi się, że te wszystkie zabiegi wyszły nam na dobre: jestem naprawdę zadowolona z tego, jak wygląda związek między naszymi dziećmi. I tak jak wiele z ich zachowań nas przeciąża, tak patrzenie na tę relację jest takie doładowujące! Chociaż oczywiście się kłócą, to jest między nimi mnóstwo czułości, która daje mi prawdziwe energetyczne doładowanie w rodzicielstwie.

Jan, tata 16-letniej Poli, 12-letniej Anieli, 10-letniej Tosi, 6-letniego Józia, 4-letniego Ludwika

Chyba zawsze wiedzieliśmy z Anetą, że będziemy mieć dużo dzieci. Może nie co do konkretnej liczby, chociaż na tamtym etapie życia jeszcze wydawało nam się, że jesteśmy w stanie zaplanować pewne rzeczy co do joty (śmiech). Sam mam trójkę rodzeństwa, żona dwójkę, pochodzimy z domów, gdzie dużo się działo i nigdy nie brakowało towarzystwa. Więc chyba po prostu przyszło nam to naturalnie.

Proces przygotowawczy

Pierwsze dziecko mieliśmy 16 lat temu, te początki nieco się już zatarły, ale na pewno z największą uważnością przygotowywaliśmy naszą pierworodną na pojawienie się drugiej córki. Potem było już łatwiej – dzieci starsze miały pierwsze powiększenie się rodziny za sobą, obserwowały ten proces z niejakim zrozumieniem. Wiedziały, że doświadczą zarówno fajnych momentów, jak i trudnych. Nam zależało oczywiście na tym, by odbywało się to możliwie bezproblemowo dla wszystkich. Czy wypracowaliśmy jakieś patenty? Raczej podstawowe, np. uczulaliśmy wszystkich gości, by obdarowywali też symbolicznie pozostałe dzieci, jeśli przynosili prezenty dla noworodka. Czytaliśmy też chętnie książeczki o problemach i wyzwaniach, które wiążą się z posiadaniem rodzeństwa, np. tom z kochanego przez dzieci cyklu o Basi pt. „Basia i nowy braciszek”. Co ciekawe, były to jedne z najulubieńszych lektur naszych córek i synów. Tak przygotowywaliśmy starsze dzieci na pojawienie się młodszego rodzeństwa, że np. Józio, jak zobaczył pierwszy raz w domu malutkiego Ludwika, z szacunkiem określił go mianem „Pana Lu”.

Różnice

Co sprawia, że wszyscy dogadują się ze sobą? Na pewno miks, na który składają się czynniki charakterologiczne, płeć i różnica wieku. Wszystkie nasze dzieci rodziły się w odstępie 2-3,5 roku, co uważam za optymalne, ale wcale tak być nie musi (śmiech). Oczywiście formują się sojusze i pary, ale wcale nie zawsze między dziećmi, które urodziły się tuż po sobie. Wiek gra rzecz jasna dużą rolę, ale też nie jest tak, że nasza 16-latka nie ma żadnej relacji ze swoim najmłodszym bratem. Po prostu dogaduje się z nim inaczej i na innym poziomie, niż ze swoim bezpośrednim rodzeństwem. Możemy to modelować i na to wpływać – na tym w końcu polega wychowanie – coś korygować, podpowiadać i rozwijać, ale finalnie widzę, że nie mamy na te relacje stuprocentowego wpływu.

Bycie fair

Zarządzanie różnicami charakterów to chyba zresztą nasze największe wyzwanie jako rodziców: szukanie kompromisów w sytuacjach konfliktowych, dochodzenie do porozumienia, troska o potrzeby każdego, choćby były sprzeczne… Pandemia to nasiliła, bo konflikty trzeba rozwiązywać od razu i na miejscu. No i oczywiście troska o subiektywne poczucie sprawiedliwości wśród dzieci! Wydaje mi się, że jesteśmy racjonalnymi ludźmi, ale zdarza się wcale niemało sytuacji, gdy ta racjonalność bierze w łeb – bo to, że my wiemy, nawet „z linijką”, że jest „po równo”, nie ma znaczenia wobec dziecięcych emocji. Z poczuciem krzywdy trudno dyskutować – bo ktoś czuje, że musiał więcej razy rozładować zmywarkę, a ktoś, że inne dziecko wyjeżdżało częściej niż on. Wtedy żadne przeliczanie na nic się nie zda. Staramy się zatem na wiele sposobów tłumaczyć, pokazywać różne strony medalu. W takiej gromadzie nigdy nie będzie tak, że każdy dostaje tyle, ile mu się należy. Ale z drugiej strony, to jest też okazja do budowania samodzielności, troski o swój interes. Zachęcamy nasze dzieci, by dbały o siebie, o swoje granice, naturalnie z poszanowaniem potrzeb innych. Na wyzwanie wobec indywidualnego poczucie sprawiedliwości składa się ileś elementów: logistyka wyjazdowa, ale i chociażby mieszkaniowa. U nas tylko najstarsza córka ma swój pokój, malutki. Reszta musi się dzielić. Na szczęście Pola wykazuje duże zrozumienie i odstępuje go rodzeństwu na nocowanki – a raczej odstępowała, przed pandemią. I to bez walki.

Rodzina w pandemii

No właśnie, pandemia. Nie ukrywam, że w minionym roku na pierwszy plan wybił się aspekt logistyczny. Mogłoby się wydawać, że kiedy działają szkoły i przedszkola, nasza rola jako rodziców sprowadza się do bycia taksówką. Teraz okazuje się, że ponieważ starsze dziewczyny są już w dużej mierze samodzielne, a przedszkole jest blisko, był to nasz najmniejszy problem. Największym okazało się zapewnienie wszystkim sprzętu do nauki zdalnej (musiałem go pożyczyć z biura) i przestrzeni do pracy. Trzy najstarsze dziewczyny z przerwami na wrzesień i październik są z nami w domu non stop. Pół biedy, kiedy dzieje się to, gdy działa przedszkole – ale podczas ostatniego lockdownu czy przez 2,5 miesiąca wiosną zeszłego roku przyjęliśmy po prostu survival mode, jak to określił mój przyjaciel z Czech. Trzeba było jakoś zarządzać energią najmłodszych chłopaków! Pracować najwygodniej byłoby nam chyba w nocy. Z drugiej strony, to siedzenie w domu całą siódemką nieoczekiwanie rozwinęło i pogłębiło nasze relacje. Czasem w sposób trudny, czasem mniej, ale staram się dostrzec jakieś pozytywy. Mamy chociażby głębszy kontakt ze starszymi dziećmi. Bo też jest nas na tyle dużo, że sami się ze sobą nie nudzimy. Święta w małym gronie dla nas i tak oznaczają siódemkę osób przy stole, zrobiliśmy to raz już przed pandemią, powtórzyliśmy bez bólu w tym roku. Wakacje w tym gronie – super! Oczywiście wolelibyśmy z kimś, ale sami też dajemy radę. Dlatego pewnie trochę mniej niż standardowe rodziny zwracamy się po wsparcie na zewnątrz.

Kasia i Marcin, rodzice 11-letniego Antka i 7-letniej Mani

Obawy

Kasia: Czego baliśmy się przed pojawieniem się Mani? Tego, że zabraknie nam czasu, by poświęcić obojgu dzieciom wystarczająco dużo uwagi, a właściwie – że będziemy tak uwikłani w opiekę nad dzidziusiem, że przestaniemy wystarczająco dużo uwagi poświęcać Antkowi. Tego, czy uwago-miłość rozłoży się pomiędzy dwójkę dzieci po równo. Sama mam troje rodzeństwa i bardzo mocno utrwalone w głowie teksty typu „Jesteś starszy, bądź mądrzejszy”, „Ustąp siostrze”, „Twoja siostra ma taki porządek, a ty co?”. Miałam intuicję, że mogę zacząć automatycznie je odtwarzać. Dlatego szybko sięgnęłam po książki Faber i Mazlish: „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” i kontynuację, „Rodzeństwo bez rywalizacji”. Przy całej ich naiwności bardzo je sobie cenię, bo przykłady w nich są nader namacalne. Jeszcze długo do nich wracałam.

Marcin: Ja bałem się tego, czy nasze rozwiązania lokalowe się sprawdzą. Ale w zasadzie chyba miałem niewiele obaw, bo nie spodziewałem się, jak bardzo drugie dziecko zmienia sytuację. A przecież wydawałem się sobie całkiem doświadczonym rodzicem.

Przygotowania

Kasia: Przed pojawieniem się siostry staraliśmy się sprowadzić to Antkowi do konkretów: mówiliśmy o tym, że rośnie w brzuchu, pokazywaliśmy, gdzie będzie stało jej łóżeczko. Opowiadałam mu, że będziemy się z nią bawić albo że pojedzie z nami na spacer w wózku. Kiedy zaczęło się kupowanie tego całego dzieciowego szpeju, próbowałam wciągać w to Antka.

Marcin: Ja z kolei pamiętam, jak zasiedliśmy do wyboru zabawek, z których już wyrósł i które może przekazać siostrze. Był w tym nawet dość szczodry.

Pierwsze spotkanie

Kasia: Marcin przyszedł mnie odwiedzić w szpitalu i jakimś cudem przeszmuglował tylnymi drzwiami Antka, chociaż oficjalnie dzieci nie mają wstępu na porodówkę. Pierwszym jego odruchem, zupełnie niereżyserowanym, było pocałowanie siostrzyczki w nosek. To było takie wzruszające! Ale z drugiej strony mamy też zdjęcie zrobione tuż po powrocie ze szpitala, kiedy Antek stoi obok dzidziusia z miną, która mówi: „To ona tu zostanie już na zawsze?!”. Z jego perspektywy to pewnie wyglądało tak, że długi czas narastało napięcie i oczekiwanie, aż w końcu urodziło się dziecko, więc spodziewał się, że to oznacza nareszcie koniec imprezy. A tu nie nastąpiło żadne przesilenie.

Marcin: Nie pamiętam, żeby Antek był szczególnie zazdrosny o pojawienie się siostry, żeby reagował na nią nadmiarowo albo cofnął się w rozwoju.

Kasia: Chyba tylko chował mi się pod koszulkę, udowadniając, że on też jestem moim dzidziusiem. A może zachowaliśmy w pamięci same dobre rzeczy? Bo większych napięć związanych z pojawieniem się Mani nie pamiętam. Byliśmy chyba dość czujni i staraliśmy się dzielić uwagę. Kiedy nie mogliśmy oboje bawić się tylko z nim, pilnowaliśmy, żeby któreś z nas mogło, żeby zapewnić Antkowi atrakcje tylko dla niego. Kiedy był już nieco starszy, organizowaliśmy mu atrakcyjne wyjazdy solo. Może któregoś dnia na kozetce okaże się, że był strasznie zaniedbany, ale mam nadzieję, że nie!

Marcin: Pamiętam, że byłaś bardzo uważna na jego potrzeby!

Kasia: Byłam, bo Antek był przez nas wyczekany, ukochany i byliśmy cali dla niego przez ponad 4 lata. Na poważnie czułam, jak trudne i bolesne może być pojawienie się nowego obiektu uczuć. W „Rodzeństwie bez rywalizacji” jest takie niezwykle obrazowe porównanie: autorki sugerują, żeby sobie wyobrazić, że twój mąż bierze sobie drugą, młodszą żonę, z którą musisz się teraz wszystkim dzielić. To pomaga uzmysłowić sobie, jak trudne emocjonalnie może być pojawienie się rodzeństwa dla starszego dziecka.

Wyzwania

Marcin: Kiedy Mania już podrosła, do rangi prawdziwego problemu urosła dla mnie kwestia bycia sprawiedliwym. Staramy się bowiem uczyć nasze dzieci, że „sprawiedliwie” wcale nie znaczy „po równo”. A dla nich właśnie tak. Często bywałem bezradny wobec tego, że moje dzieci uważały, że skoro 3-letnia Mania dostaje zabawki dla maluchów, to takie same należą się 7-letniemu wówczas Antkowi. Teraz z kolei 7-letnia Marysia jest gotowa zjeść na kolację trzy parówki i o mało ich nie zwrócić, bo Antek zjada właśnie tyle.

Kasia: Nasze obawy o równy podział uwagi niestety też nie rozwiały się wraz z wiekiem. Do dziś jest to nasze stałe źródło poczucia winy. Kiedy wracam z pracy i wiem, że muszę pomóc Antkowi w lekcjach, mam straszne poczucie winy, że zamknęłam się z nim na dwie godziny i nie spędziłam jakościowego czasu z Manią. Wydaje mi się, że to się nigdy nie skończy.

Codzienna koegzystencja

Kasia: Kiedy widuję rodzeństwa, które bez przerwy się leją, wyzywają i robią sobie na złość, to wydaje mi się, że nasza para współegzystuje całkiem pokojowo. Zdarzają im się momenty zabawy i czułości. Z drugiej strony, Antek miewa potrzebę pokazania siostrze miejsca w szeregu, ustawia ją i sztorcuje, że jest mała i nic nie umie. Może dlatego Mańka przestała już do niego aspirować? Za to od niedawna chciałaby mieć te same przywileje co on: własnego smartfona i samodzielne wyjścia z domu.

Marcin: Ja sobie myślę, że dla Antka sprawy Mani mogą być wciąż zbyt dziecięce – a z kolei różnica wieku między nimi jest zbyt mała, by wyzwolić w nim naprawdę opiekuńcze uczucia. Może za to wyjdzie jej to na dobre w przyszłości, bo potrafi zaskoczyć mnie takimi tekstami, jak: „Chciałabym, żeby mój brat był milszy, to bardzo przykre, kiedy on robi to i to”. Chyba mało która siedmiolatka ma taki poziom emocjonalnej samoświadomości.

Kasia: Czytamy właśnie „Dzieci z Bullerbyn” i dzięki nim jest jej chyba łatwiej skanalizować takie uczucia. Bo przecież Lasse i Bosse to okropne rozrabiaki, które robią dziewczynom same psikusy!

*

Magda, mama 2-letniej Jadzi i 3-miesięcznej Janki

Przed pojawieniem się Janki starałam się nie martwić na zapas – zawsze tak robię! Szczególnie, że sama mam 2 lata starszą siostrę i nigdy specjalnie nie rywalizowałyśmy. Jedyne, czego się nieco obawiałam, to potencjalny regres – tego, że Jadzia będzie znowu chciała być karmiona piersią, bo odstawiłam ją w trakcie ciąży z Janą. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Jadzia widzi, jak karmię, mówi „mama, cium cium, Janka”, pokazuje na moje piersi, więc raczej odnotowuje w ten sposób fakt, że to Janeczka je. Może była na tyle mała, że już nie pamięta, jak sama była na piersi? Moja obawa wzięła się z tego, że znam przypadek, gdzie przy takiej samej różnicy wieku nastąpił totalny regres starszej dziewczynki, która wróciła do bycia karmioną piersią – i jest przy tym bardzo zazdrosna o młodsze dziecko. Generalnie uważam, że nie ma co martwić się na zapas, bo dzieci przejmują od nas nerwy i emocje.

Przygotowania

Staraliśmy się przygotowywać Jadzię na spotkanie z młodszą siostrą, tłumacząc jej, co dzieje się z moim brzuchem, że rośnie tam „dzidzia” – dość szybko to podłapała i wyglądało, że bardzo jej się podoba. Mieliśmy kilka książeczek na ten temat, chętnie je z nami czytała. Na jakiś tydzień przed porodem spotkaliśmy na placu zabaw panią, która miała dzieci z identyczną różnicą wieku, i to ona podała nam pod rozwagę pomysł, żeby kupić prezent, który młodsza „przyniesie” starszej. Tak też zrobiliśmy, ale w naszym przypadku sprawdziło się to średnio: Jadzia w ogóle nie zwróciła na niego uwagi (śmiech). Dostrzegła za to Janeczkę, od razu podeszła do niej i zaczęła ją głaskać, a nawet przyniosła jej swoje zabawki! Pierwsze tygodnie minęły dość bezproblemowo, dopiero po jakimś miesiącu Jadzia zaczęła dostrzegać, że siostra odbiera jej mamę i zrobiła się nieco zazdrosna. Na szczęście poza incydentalnym zdzieleniem Janki po głowie, wzmożoną złość czy potrzebę atencji okazywała nam, a nie siostrze. Teraz problem niemal zniknął. Zresztą, sama nie jestem pewna, czy to potrzeba uwagi Jadzi jest większa, czy też może to ja muszę tę samą ilość czasu podzielić między obydwie. Może dlatego wydaje mi się bardziej absorbująca?

Zarządzanie czasem

Ze zmian na co dzień obserwuję przede wszystkim to, że mój czas uległ drastycznemu skurczeniu. Jadzia w ogóle nie chce usypiać z tatą, więc kiedy już ułożę do snu małą, a potem starszą, robi się całkiem późno, a przecież muszę jeszcze znaleźć chwilę na „dorosłe życie”. W nocy Janka budzi się minimum trzy razy – totalnie nie mam siły do niej wstawać – a o 7:30 budzimy Jadzię i tak to się kręci. Cztery czy pięć godzin snu to barbarzyńsko mało! Z drugiej strony, zdecydowaliśmy się, że nie posyłamy Jadzi do żłobka, bo chcieliśmy, żeby dziewczynki spędzały razem dużo czasu, żeby wytworzyła się między nimi bliska więź. Ponadto na razie możemy sobie pozwolić, żeby była z nami w domu – chociażby z tego pragmatycznego powodu, że i tak jestem uziemiona z małą. Wyszłam z założenia, że dzieci z każdym rokiem potrzebują nas, rodziców, coraz mniej. Więc kiedy jeszcze tej potrzeby bliskości jest dużo, chcę ten czas mądrze wykorzystać. Moja mama powiedziała mi kiedyś ważną rzecz: „Jeśli nie będziesz chciała poświęcać uwagi dziecku teraz, kiedy ono najbardziej tego potrzebuje, to ono nie będzie chciało spędzać z tobą czasu w przyszłości”. Nie wykluczamy natomiast, że Jadzia jako dwuipółlatka pójdzie od września do przedszkola. Jest bardzo rozwinięta, prospołeczna i szybko się uczy. Ma też niezły charakterek, myślę więc, że mocno by z tego skorzystała. To takie dziecko, że jak ją wrzucić do wody, to popłynie (śmiech).

Porówynywanki

Złapałam się też na porównywaniu ich obydwu. Przez pierwszy miesiąc ciągle robiłam to w głowie, aż w końcu zaczęłam się upominać, że to bez sensu. Bo o ile Jadzia była nader bezproblemowym bobasem, o tyle Janka miewa kłopoty z brzuszkiem, więc bywają dni, kiedy pomaga tylko noszenie i tulenie. Kiedy zdarzyło nam się to po raz pierwszy, złapałam się na myśli: „No nie, wiedziałam, że tak będzie, Jadźka była taka kochana, nic jej nie bolało, a ciebie musi!”. Ale skończyłam z tym. Łapię się na jeszcze jednym śmiesznym uczuciu, które trudno mi wytłumaczyć: bardzo często patrzę na Jankę i trudno mi uwierzyć, że ona już jest poza brzuchem. Kiedy urodziła się Jadzia, to była tak radykalna życiowa zmiana, że nie sposób było zapomnieć o tym, że ona już jest. A przy drugim dziecku ta obecność jest jakby mniej wyraźna. Często też zdaje mi się, że Janka jest dużo starsza, niż jest w rzeczywistości, i dopiero po chwili przypominam sobie, że ma raptem trzy miesiące. Kiedy Jadzia była taka mała, strasznie na nią chuchaliśmy. Z Janką już tak nie mamy – jestem natomiast dużo bardziej świadoma potencjalnych zagrożeń i dużo mniej beztroska. Jeśli zaś pytasz o to, czy przy pojawieniu się drugiego dziecka miłość się mnoży, czy dzieli, to powiem ci tak: miłość dla dzieci się mnoży, ale jest jej coraz mniej dla ciebie samej i twojego partnera. Prawdę powiedziawszy, nie ma jej prawie wcale. Minęły trzy miesiące, po cichutku liczę, że to się będzie naprostowywało, ale tego czasu na okazywanie miłości partnerowi i sobie samej jest bardzo mało. Oj, jak jego jest mało! I o tym też warto pamiętać i o to walczyć.

*

Czy odnajdujecie w tych wspomnieniach i emocjach siebie i swoje historie? A może u was było kompletnie inaczej? Z ciekawością poczytamy wasze historie o wielokrotnym rodzicielstwie.

Dodaj komentarz