rozmowa o macierzyństwie

Razem z dzieckiem dostałam odwagę

Rozmowa o macierzyństwie z Kasią Struss

Razem z dzieckiem dostałam odwagę

 

Kasia Struss opowiada Annie Sańczuk o tym, dlaczego modeling zamieniła na macierzyństwo, o ucieczce z Nowego Jorku do prostoty i zwyczajności, oraz o sile do zmiany, którą czerpie z relacji z córką.

Znacie Kasię Struss, onieśmielającą supermodelkę z okładek modowych magazynów na całym świecie i pokazów mody sławnych projektantów, uczestniczkę ekscytującego nowojorskiego życia i paryskich tygodni mody? Ja spotkałam się z Kasią Strusińską, charakterną dziewczyną z Ciechanowa, w dżinsach i czarnym męskim tiszercie, bez makijażu i z letnimi piegami na uśmiechniętej twarzy. Doskonale naturalną i zwyczajną. W warszawskiej kawiarni rozmawiamy o jej dorastaniu na wybiegu, o tym, że teraz sama jest mamą 2-letniej Alice i wreszcie bierze swój los we własne ręce. Pandemia zaskoczyła ją z córką w Polsce, dokąd przyjechała pracować nad swoją marką naturalnych kosmetyków i… została na długie miesiące w ciechanowskim domu rodziców. Za chwilę wraca do nich, a na razie mamy chwilę namysłu nad tym, co się zdarzyło ostatnimi laty w jej życiu. Na rozmowę o macierzyństwie zdecydowała się dopiero teraz, bo wreszcie czuje, że może sobie na to pozwolić, jest bardziej niezależna i pewna swojej drogi, niż kiedykolwiek, i nie boi się już zostać sprowadzona do roli „mamuśki”. Od razu mówi mi, że najbardziej nieznośne są dla niej te nazbyt wygładzone, przesłodzone obrazki macierzyństwa. To pięknie wygląda na zdjęciach, a przecież nawet tzw. bezproblemowa rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Każda historia macierzyństwa jest inna, bo każde dziecko jest inne.

Kiedy czekałam na ciebie, patrzyłam na okładkę polskiego „Vogue’a” z twoją koleżanką, Moniką Jagaciak, i przypomniałam sobie, jak nieoczekiwanie kontrowersyjne okazało się to zdjęcia – z jednej strony w komentarzach pojawiło się dużo aplauzu, z drugiej – zaskakująco dużo niechęci, że to „nie na miejscu”, „fuj”, „dlaczego ona jest taka wystrojona, skoro karmi” etc.

Niesamowite, że w 2020 roku mierzymy się nadal z tym, że karmienie piersią to jest skandal. Dla mnie to nie do pojęcia, bo to tak podstawowa, piękna w swojej istocie czynność, budująca najważniejszą w naszym życiu więź. Być może chodzi o to, że na okładce modowego pisma piersią karmi niemowlaka pięknie wystylizowana „modelka”? I jest to tak mocne zerwanie z konwencją, które niektórych szokuje? Ale modelki też są ludźmi! Czasami są matkami i mają prawo być z tego dumne. Dla mnie karmienie piersią nie było łatwe, na początku bolało, z czasem stało się znośne, ale cieszę się, że udało nam się z Ala osiągnąć w tej sprawie „porozumienie”. W Stanach podejście do karmienia piersią jest bardzo pruderyjne i nie jest dobrze widziane w przestrzeni publicznej, co budzi mój stanowczy sprzeciw. Uważam, że to naturalna sprawa, nie ma w tym nic złego i należy to zaakceptować, ponieważ kobieta karmiąca powinna się czuć komfortowo. Czasami musi nakarmić dziecko w kawiarni, bo ono jest głodne. I co teraz – matka będzie się zastanawiać, czy kogoś tym nie urazi?! Jak ktoś nie chce, niech nie patrzy! Taka jest moja opinia. Nie ma też powodu, żeby młoda matka siedziała cały czas w domu. Razem z moim narzeczonym, Francoise, robiliśmy wszystko, żeby nie zamykać się w czterech ścianach, chodziliśmy z małą do restauracji itp. Na początku to było łatwe, potem, kiedy skończyła rok, nie dało się już spokojnie zjeść z nią lunchu, było bieganie między stolikami. Teraz znów jest lepiej. Jak dziecko ma się nauczyć bycia w sytuacjach społecznych, jeśli nie wychodzi poza dom?

Jak postrzegasz dzisiaj siebie, kilka lat po urodzeniu córki? Kim jest teraz Kasia Struss?

Moja córeczka skończyła dopiero dwa lata, tak więc Kasia Strusińska jest teraz przede wszystkim mamą. Jest też nadal, choć już w mniejszym stopniu – modelką. No i jeszcze Strusińska zaczęła rozkręcać biznes – produkcję naturalnych kosmetyków. Do założenia swojej firmy zainspirowała  mnie właśnie córka, dlatego markę nazwałam ala natural beauty. To dla niej chciałam zwolnić, żyć prościej, spokojniej, bliżej natury. To wszystko zatoczyło koło.

Sama byłaś jeszcze dzieckiem, kiedy zaczynałaś karierę w modelingu…

Tak, byłam kompletnym dzieciakiem i czułam się tak jeszcze nawet, kiedy miałam 21 lat! Śmiało mogę powiedzieć, że dorastałam na wybiegu. I w biegu. Za takie gwałtowne przeskoczenie z dzieciństwa do dorosłości płaci się czasem wysoką cenę, ale ja miałam dużo szczęścia. Jeśli masz dobrych doradców, możesz przejść przez to wszystko bezpieczną stopą, i takich ludzi na swojej drodze spotykałam.

Jakie są niebezpieczeństwa?

Świat patrzy na ciebie bardzo powierzchownie, bo tak traktuje się modelki. Teraz to się troszeczkę zmienia przez social media, modelki mają coraz więcej do powiedzenia, same kształtują swój wizerunek, ale kiedy zaczynałam, byłyśmy tylko „manekinami”. Wielu nie obchodziło, że jesteśmy ludźmi i mamy swoje uczucia. Patrzono na nas wyłącznie przez pryzmat wyglądu, powierzchowności i często brutalnie ją komentowano. Dziś mam świadomość, że będę wychowywać młodą kobietę i bardzo bym chciała, żeby Ala nie wpadła w tę chorą obsesję narcyzmu. Bo kiedy słyszę dziś młode dziewczyny, często jest to tylko: „ja, ja, ja”. Nieustanna koncentracja na sobie. Ich rzeczywistość to ładny obrazek na Instagramie i jak najwięcej lajków, a w rzeczywistości często pustka i smutek.

Twoi rodzice nie bali się wypuścić cię tak wcześnie w świat?

Z dużymi podróżami czekali, aż zdam maturę. Potem nie było już czasu na studia, więc świata uczyłam się w praktyce. Podróże naprawdę kształcą. Dały mi otwartość na inne kultury, środowiska, wiele mnie nauczyły. Nie wiem, co przeżywali wtedy moi rodzice, ale jestem im wdzięczna, że wypuścili mnie w świat. Zawsze byłam rozsądna, a oni mieli do mnie zaufanie, o to chyba w tym chodzi. I udało się, nie miałam większych kłopotów z odnalezieniem się w nowym środowisku, z opieką nad sobą samą w „wielkim świecie”. Nie było dramatycznych zakrętów, które czasem przeżywają młodziutkie dziewczyny, trafiając w środowisko, gdzie jesteś poddawana nieustannej presji i ocenie. Na początku miałam krótkie kontrakty w Europie: w Grecji, Paryżu, dwa tygodnie w Londynie. Potem pojawił się Nowy Jork, gdzie osiadłam. Od pierwszej chwili, kiedy tam przyleciałam, poczułam, że to moje miasto, i zostałam tam na 12 lat. Zamieszkałam na Brooklynie, który jest jak miasteczko w wielkiej metropolii.

Z zewnątrz wygląda to bardzo kolorowo, ale modeling to naprawdę ciężka praca. Wiecznie na walizkach, w samolotach i rozjazdach. Nie jest to życie najbardziej sprzyjające założeniu rodziny. Niełatwo w takich warunkach o trwały związek i wzięcie odpowiedzialności za drugiego człowieka.

Od początku wiedziałaś, że chcesz mieć dziecko?

To były odległe plany, bo mając dwadzieścia kilka lat i ciągle pracując, nie myślałam o tym. Dopiero zbliżając się do trzydziestki, zaczęłam mieć poczucie, że trzeba ten szalony galop zwolnić, że chcę czegoś innego od życia. Praca nie dawała mi już spełnienia. To były świetne lata, ale w międzyczasie dorosłam. Także do posiadania dziecka. Chyba obudził się we mnie ten słynny „instynkt macierzyński”. Modeling jest jednak bardzo powierzchowny, a dziecko dało mi „głębię”, prawdziwy sens życia. Może brzmi to jak cliche, banał, ale taka jest prawda. I to mimo tego, że bycie mamą to nie sam lukier i miód.

Cofnijmy się do momentu, kiedy dowiedziałaś się, że będziesz mamą. Co to znaczy dla modelki, która żyje od kontraktu do kontraktu i jest rozliczana z wyglądu? Nie da się przecież utrzymać tego tempa i wymogów.

Już rok wcześniej ciut wyhamowałam. Moje ciało intuicyjnie przygotowywało się na to, co ma nadejść. Ciąża była w planach, więc kiedy dowiedziałam się, że to teraz, poczułam, że wszystko układa się właściwie. Wtedy zaczęły we mnie zachodzić różne zmiany, np. poczułam, że jednak mój ukochany Nowy Jork nie jest dla mnie dobry. Nie wiem, czy to ja dorosłam, czy zmieniłam priorytety w życiu, ale nagle miejski moloch stał się dla mnie toksyczny. Odczuwałam wypalenie tym miastem, jakby zabrało ze mnie całą energię. Ono żyje intensywnie, pędzi i to długo wydawało mi się bardzo pociągające, nakręcało mnie, ale nagle zaczęło strasznie męczyć. Natężenie bodźców, tłok, spaliny, hałas, tempo przytłaczało. I to mimo tego, że mieszkałam na Greenpoincie, pomiędzy starą Polonią a hipsterami, gdzie jest trochę spokojniej, są klimatyczne kawiarnie, zieleń. Lepiej niż Manhattan, ale i tak miałam dosyć. Włączyło się myślenie, że muszę zapewnić córce zdrowsze środowisko wokół.

Jak to się przełożyło na twoje życie zawodowe? W tej profesji jesteś przecież tak dobra, jak twoja ostatnia kampania reklamowa.

To prawda, dlatego tak ważne – i trudne – jest umieć sobie powiedzieć: „czas się zatrzymać”. Dla mnie priorytetem nie była już praca modelki. Zdecydowaliśmy przeprowadzić się do Szwajcarii. Mój narzeczony, Francoise, jest Szwajcarem, który wychował się w Stanach, więc to był oczywisty kierunek, a ja chciałam być w Europie, bliżej rodziców i Polski. On też uwielbia Europę, więc nie musiałam go ciągnąć na siłę. Jest ekonomistą, osobą kompletnie spoza branży, nie rozumie do końca mojego showbiznesowego świata i to jest fajne. Taka naiwność, ale słodka, podoba mi się to.

Z zawodem jednak do końca nie zerwałam. Dziś ciąża nie kończy kariery modelki. Kobiety będące matkami wywalczyły sobie szacunek branży, nie przeszkadza im to w karierze. Mam koleżanki, które taką decyzję miały za sobą, i były to pozytywne historie. Do tego stopnia, że będąc matkami, zaczynały dostawać więcej ciekawych propozycji. Kwestia zwolnienia tempa to był mój wybór – po urodzeniu możesz zrobić przerwę, a możesz pracować dalej tak samo. Ja zdecydowałam się na totalne oczyszczenie z mody na czas ciąży. Miałam dosyć życia na wybiegu, zajęłam się przygotowaniem przeprowadzki do Szwajcarii. Kiedy tam przyjechaliśmy, była wiosna, lato, na wyciągnięcie ręki miałam jezioro i góry. Wiem, że nie każda kobieta ma możliwość, żeby w ciąży zająć się głównie sobą, tym bardziej doceniam, że mogłam to zrobić. Wyciszyć się, zbliżyć do natury, ćwiczyć jogę. Jadłam dobre jedzenie i spełniałam tzw. ciążowe zachcianki, np. pożerałam ogromne ilości lodów i croissantów. Jeździliśmy trochę po Europie i korzystając z tego, że jesteśmy blisko, odwiedzaliśmy rodzinę. To był przepiękny czas w moim życiu.

Po ciąży musiałaś przejść na dietę, żeby wrócić do przysłowiowej „figury modelki”?

Nigdy nie byłam na diecie, mam w genach błyskawiczną przemianę materii i zmagam się z odwrotnym problemem: muszę dbać o to, by nie chudnąć za bardzo. Kiedy karmiłam piersią, zaczęłam gwałtownie chudnąć. Pierwsze miesiące życia Alice to było takie zamieszanie, że nie miałam kiedy ugotować sobie obiadu, a mała wysysała ze mnie każdą ilość kalorii. Wciąż próbuję przytyć! Zapewniam cię, że modelka może być za szczupła. Modeling coraz bardziej odchodzi od skrajnej chudości, mamy czasy body positive – to jest zdrowe podejście i chciałabym przekazać je także swojej córce.

Czekając na dziecko, każda z nas tworzy sobie w głowie różne wyobrażenia na temat bycia matką…

A potem jest wielkie „bum” i nic nie jest takie, jak to sobie wyobrażałyśmy (śmiech). Tak naprawdę trzeba przez to przejść samemu. Nasz początek z Alą to był jeden wielki chaos i brak czasu na cokolwiek. Dobre było to, że po kilku tygodniach mała przesypiała całą noc – tak, wiem, że jesteśmy szczęściarzami. Byliśmy więc względnie wypoczęci, a kiedy rodzic jest wypoczęty, może unieść niespodzianki i niepokoje, które przynosi każdy dzień. Wszystko było nagle tak inne, była euforia i magia, ale pojawiały się też lęki. Odkrywałyśmy się z Alice powoli. Pozwoliłam sobie ponieść się tej fali, nie zaglądałam do książek i poradników, nie porównywałam, bo wiem, że to może psychicznie wykończyć świeżo upieczoną matkę. Robiłam to, co podpowiadało mi ciało i intuicja. Kiedy przychodził stres, bo np. dziecko płakało, a ja nie wiedziałam, jak mu ulżyć, starałam się zatrzymać i wsłuchać w siebie. To działa! Przynajmniej u mnie. Z rozmysłem nie poszliśmy na kurs szkoły rodzenia i w ogóle mi tego nie brakowało.

Co było najtrudniejsze? Z czym się zmagałaś?

Z czasem. Mała budziła się w dzień co 15, 20 minut i wykańczała mnie niemożność ułożenia sobie dnia. Na nic nie było czasu! Nagle z błogiego oczekiwania, nicnierobienia, skupienia na sobie, wpadłam w tornado zdarzeń, w którym łatwo się zagubić. Nie masz kiedy się umyć, ubrać, zjeść. Ani minuty dla siebie – to był dla mnie, mamy z pierwszym dzieckiem, prawdziwy szok. Nikt mnie na to nie przygotował! Praca modelki to też dziki pęd, ale zawsze po intensywnej robocie miało się ten tydzień wytchnienia i ładowania baterii. Tutaj – nic z tego. Francoise po kilku dniach z nami musiał wrócić do pracy, a ja zostawałam sama ze wszystkim i z poczuciem, że odpowiedzialność za tę małą istotę będzie już ze mną na zawsze. To było chyba najcięższe do uniesienia. No i jest kupa roboty przy dziecku. Tak naprawdę, nie zdajemy sobie z tego sprawy, dopóki to na nas nie spadnie. Nie wiem, jak mamy trójki dzieci sobie z tym radzą. Podziwiam je, bo dla mnie podróż nawet z jednym dzieckiem to koszmar. Po dwugodzinnym samotnym locie z Alą, czuję, jakbym postarzała się o 10 lat. Przez pierwsze 2 tygodnie ratowała mnie moja mama, ale kiedy wyjechała, musiałam na nowo nauczyć się rytmu bycia z Alice. Dziś uważam, że ten pierwszy rok był zaskakująco łatwy dla nas, bo dopiero drugi, kiedy Ala zaczęła być aktywna, stanowił prawdziwie trudną pracę rodzicielską. Na początku dziecko tylko leży i wiadomo, gdzie można je znaleźć, a kiedy rusza w świat, to już nie da się go zatrzymać. Ala jest niesamowicie ruchliwa i lubi stawiać na swoim. To prawdziwy zodiakalny lew i kiedy słyszy słowo „nie”, wpada we wściekłość i rozpętuje istny huragan.

Czy macierzyństwo spełniło twoje wyobrażenia?

Wydaje mi się, że każdy ma ogromne plany przed pojawieniem się dziecka, a później życie to weryfikuje. Nie da się tego, od A do Z, zaplanować. Chciałabym być kiedyś dobrą koleżanką mojej córki, ale teraz żyjemy z dnia na dzień, zbieramy doświadczenia. Zaskoczyło mnie, że rodzicielstwo jest trudniejsze, niż mówią. Nawet koleżanki między sobą nie rozmawiają o tym, jakie to trudne. I w sensie fizycznej obsługi małego dziecka, ale też na kolejnym etapie: wychowania, budowania relacji, kształtowania dziecka, pokazywania, co jest złe, a co dobre. Na przykład Alice nie mówi jeszcze dobrze, na wszystko reaguje płaczem, to taki etap, kiedy nie możemy się jeszcze dobrze komunikować. I to jest frustrujące – ona płacze, a ja nie wiem, czego chce.

Jak sobie z tym radzisz?

Różnie. Kieliszek czerwonego wina wieczorem czasem pomaga (śmiech). Obserwujemy dziecko i razem z nią dorastamy. Tłumaczę sobie, że dla niej jest to nowe i dla nas jest nowe, więc podążamy tą drogą razem.

Kiedy wróciłaś do pracy?

Bardzo szybko. Zaczęłam pracować jakieś 4 miesiące po urodzeniu Ali. Kiedy leciałam pierwszy raz do Paryża, towarzyszyli mi córka i Francoise. Zostali w hotelu, a ja stawiłam się na planie. Średnio raz w miesiącu pozuję i mniej podróżuję, bo nie chciałabym stracić pierwszych lat życia córki. Niektóre dziewczyny pracują wtedy więcej, bo myślę, że często mama ma wtedy nawet więcej energii i motywacji do pracy. Chcesz być najlepszą wersją siebie dla swojego dziecka, a poza tym, praca bywa odskocznią od codziennej rutyny. Znowu zatęskniłam za pracą i teraz, jadąc na sesję, czuję się jak na wakacjach. Nie muszę nic robić, ktoś mnie uczesze, ubierze, zajmie się mną! Uważam, że mamy powinny mieć przerwy od domowej rutyny. To jest zdrowe i dla dziecka, i dla matki. My tęsknimy i doceniamy to, co mamy, a dziecko cały czas nie wisi u matczynej szyi, uczy się swojej niezależności.

Co odkryłaś dla siebie w relacji z Alice i ze swoim partnerem w roli ojca?

Nie jesteśmy już z Francoise parą wolnych ludzi bez zobowiązań. Jesteśmy drużyną i musimy razem działać. Czasem rodzicielstwo zbliża do siebie partnerów, a czasem wyciąga na wierzch pęknięcia, pokazuje, że to jednak „nie działa”. Jest dla związku niczym test na przetrwanie. My przetrwaliśmy i to w niezłej kondycji. Francoise jest dobrym tatą, od początku angażuje się w te wszystkie drobne prace przy dziecku, zmienia pieluchy itp. Ale najbardziej ujmuje mnie w nim czułość, którą ma dla córki. Bo faceci czasem mają różne uczuciowe bariery, u nas tak nie było. Jeśli chodzi o mnie, to odkryłam masę rzeczy. Cierpliwość. Wydawało mi się, że wszystko chcę mieć natychmiast, już, a zobaczyłam, że jednak umiem być cierpliwa, nie wyrywać się do przodu ciągle. Ale tylko przy dziecku! Zawsze też myślałam, że jestem bałaganiarą, teraz przekonałam się, że umiem być dobrze zorganizowana. Nie ma wyjścia, zwłaszcza, jak się sporo podróżuje z dzieckiem. Tu chusteczki, tam butelka, jeszcze gdzieś książeczki i zabawki, nawet dziesięciu rąk by nie starczyło. Ala ma więcej bagażu w podróży, niż ja.

Jaka jest Alice?

Jest wulkanem energii. Kiedy się urodziła, miała otwarte oczy i od razu wydawała się obserwować rozumnie świat z zadowoleniem. I była spokojna przez te pierwsze dni, ale później ujawniła swój temperament i donośny głos, który towarzyszy nam do dziś. Wszędzie jej pełno, stawia na swoim.

Gdzie jest teraz?

W Ciechanowie, z moimi rodzicami. Przyjechałam w lutym do Polski pracować nad swoją marką i jesteśmy tu do dzisiaj. Francoise odwiedza nas, jak może. Europa to nie Stany, jest blisko wszędzie. Była tęsknota, ale miałam tyle pracy związanej z firmą, że nie myślałam o tym za dużo. To właśnie moja córka dodała mi odwagi, żeby stworzyć coś swojego. Od Alice dostałam siłę, żeby spełniać swoje marzenia. Wcześniej się bałam, nie wierzyłam, że potrafię, ale kiedy pojawiła się ona, powiedziałam sobie: „dam radę. Kto, jak nie ja”. W ciąży zaczęłam eliminować wszystko, co toksyczne. Jedzenie, ale też to, z czym kontaktuje się moje ciało, np. kosmetyki. Konkretne kroki podjęłam po jej urodzeniu.

Firmę rozwijam z polskimi współpracownikami, bo zawsze czułam, że jak biznes, to w Polsce. Wiem, że tu nie jest lekko, także politycznie, ale patrzę na nasz kraj trochę z zewnątrz i wciąż widzę, jaki wspaniały potencjał ludzki i profesjonalny tu mamy. Pomysły są moje, wybieram składniki, ale zawodowcy je łączą i zestawiają we właściwych proporcjach. Postawiłam na prostotę, bo uważam, że dziś wszystkiego jest za dużo. Wykorzystujemy więc w naszych produktach tradycyjne, naturalne składniki: dzika róża, rumianek, jak z domowej apteczki babci, ale zestawiamy je z nową technologią, żeby były bardziej skuteczne. W dzisiejszym świecie jest za dużo konsumpcjonizmu, za dużo się dzieje i trzeba podchodzić do kosmetologii bardziej holistycznie. Poczułam to wyraźnie, wydając dziecko na świat, dostrzegłam, jak bardzo ta delikatna istota jest atakowana zewsząd obrazami, dźwiękami, pobudzeniami. My tego nie widzimy, zatracamy swoją wrażliwość, a do mnie wróciło to właśnie w czasie ciąży. Nigdy nie wpadłam w obłęd konsumpcjonizmu, nie kupowałam zbędnych rzeczy, bo są „modne”. Może to zaskakujące, jak na modelkę, ale zamiast gromadzić buty, torebki i ciuchy, wolałam inwestować w nieruchomości. Jestem dziewczyną twardo stojącą na ziemi i od najmłodszych lat wolałam solidne inwestycje, niż modne kozaczki.

Nie boisz się o przyszłość córki w chaotycznym, kryzysowym świecie, którego teraz doświadczamy?

Staram się być optymistką pomimo wszystko. Uważam, że teraz mieliśmy pandemiczny „reset” i dobre rzeczy zaczną się stopniowo dziać właśnie przez ten wymuszony zastój. Wielu ludzi się obudziło, doceniło to, co najważniejsze, czyli naturę i relacje.

Alice wychowuje się między kulturami. W jakim języku z nią rozmawiacie? Kim będzie?

Francoise, mimo że jego pierwszym językiem jest niemiecki, do Ali zwraca się po angielsku. Mała chodziła już do szwajcarskiego żłobka, teraz przebywa z dziadkami i kuzynami w Polsce, ma też kontakt dziadkami w Stanach. Przyjechała z podstawowym zasobem angielskich słówek, potem je „zgubiła” i uczy się polskich. I to jest OK, trzeba czasu. Uważam, że dzieci są jak gąbka, szybko przystosowują się do tego, gdzie są. Nasze międzykulturowe życie daje jej więcej korzyści, niż przysparza kłopotów. Ale podejrzewam, że i tak najbardziej będzie się czuła Polką. Bo charyzma i niepokorność w niej są polskie.

*

Kasia Struss – właściwie Katarzyna Strusińska (ur. 1987 r. w Ciechanowie) – polska modelka pracująca w Stanach Zjednoczonych, zajmowała 16. miejsce na liście światowych modelek „Top 50 Models” w 2011 r., w 2010 roku znalazła się na liście Top 20 Modelek Dekady Vogue, jest pierwszą Polką, która wzięła udział w kampanii reklamowej domu mody Dior. Brała udział w kampaniach marek: Miu Miu, Chloe, Alberta Ferretti, Dolce & Gabbana, Gucci, Valentino, Costume National, Jil Sander, Kenzo, Prada, Mulberry. W rankingu na największą liczbę pokazów sezonu wiosna 2009 zajęła pierwsze miejsce. Obecnie czas dzieli między rodzinny Ciechanów a szwajcarski Zurich, gdzie mieszka z partnerem, finansistą Francoise Bilandem oraz ich córką Alice. Pracę w modelingu łączy z prowadzeniem własnej marki kosmetyczno-naturoterapeutycznej ala natural beauty i życiem rodzinnym.

 

Anna Sańczuk – dziennikarka, historyczka sztuki, współautorka programów telewizyjnych poświęconych szeroko pojętej kulturze: od literatury po sztuki wizualne. Z Maciejem Ulewiczem prowadziła magazyn KULTURA DO KWADRATU (2014-18 w Polsat News i Polsat News 2). Obecnie tworzą cykl podcastów około kulturalnych i literackich BNP Paribas Talks na Spotify. Stała współpracowniczka magazynów Vogue Polska i vogue.pl, a także festiwali kulturalnych i literackich, m.in. Ciało/Umysł, Big Book Festival, Miedzianka Fest.

*

Pozostałe rozmowy o macierzyństwie znajdziecie tu.

Dodaj komentarz