pracujące mamy

Pracujące mamy: Kasia Warnke

Kariera z dzieckiem u boku

Pracujące mamy: Kasia Warnke

Kasię Warnke podziwiam za pełen profesjonalizm. Jej role teatralne, na deskach m.in. Teatru Rozmaitości, robiły na mnie duże wrażenie. Jak wygląda praca aktorki, kiedy ma się małe dziecko?

Zaczęła grać także na dużym ekranie i w serialach. Stała się popularna i tę popularność w istotny sposób potrafi wykorzystywać dla spraw, w które wierzy. Ponad rok temu urodziła Helenę, początki jej macierzyństwa przypadły więc w samym środku pandemii. Jak wiele zmienia macierzyństwo? Z Kasią rozmawiamy oczywiście online.

*

Kasia Warnke: Dziś mam dzień bez córki, jest u dziadków. Piotrek powiedział: „tylko nic nie rób, wyleguj się, czytaj książkę i odpoczywaj”.

Agata Napiórska: A ty umawiasz się na wywiady…

Dobrze jest porozmawiać z kimś, kto ma podobną perspektywę.

Dużo się zmieniło, od kiedy zostałaś mamą?

Od strony emocjonalnej sprawa wygląda tak, że powstał odrębny człowiek, któremu muszę się pomóc ogarnąć. Denerwuje mnie taki system myślenia, że rodzisz dziecko po to, żeby na przykład „podało ci szklankę wody na starość”. Albo że rodzisz je po to, by stworzyć ekipę, rodzinę, plemię. Rodzina często jest zbiorem przypadkowych ludzi. Rozumiem oczywiście te, które trzymają się razem. Moja też taka jest, jej członkowie lubią się i są do lubienia. Jednak sama jestem indywidualistką, mam silną potrzebę wybierania ludzi, z którymi żyję, miejsca, w którym żyję. Nie chciałabym więc tym schematem tworzenia i budowania rodziny obciążać siebie, ani mojej córki. Aczkolwiek wiem, że może się tak przewrotnie zdarzyć, że ona będzie osobą właśnie rodzinną, potrzebującą takiego otoczenia i wsparcia, będzie chciała budować dużą, wielopokoleniową przestrzeń. I to będzie oczywiście w porządku.

Teraz, po moim rocznym doświadczeniu bycia matką, wiem, że najważniejsze jest to, by dać dziecku poczucie sprawczości, poczucie bycia wysłuchaną. Mam taką ambicję, żeby słyszeć wybory mojej córki, nawet zanim jeszcze zacznie mówić, usłyszeć jej „chcę” i jej „nie chcę”.

A technicznie, jak ta zmiana u ciebie wygląda?

Technicznie to ogromny przewrót. Ten wysiłek odbywa się zawsze kosztem czegoś. Najpierw myślałam, że dam radę zrobić wszystko: zająć się Heleną, związkiem, domem, pracą. Na końcu okazało się, że najbardziej ucierpiał mój sen. A sen jest kluczowy: wolę iść z córką na drzemkę i okazać się wtórną analfabetką, bo dużo mniej przez te drzemki czytam, niż być niewyspana i rozdrażniona.

Nauczyłaś się odpuszczać?

Potrzebna jest zgoda na to, że życie nie będzie już takie jak wcześniej. Dziecko musi się w naszym życiu zmieścić.

Masz niestandardową pracę w dziwnych porach i wymiarach czasu. Zrobiłaś sobie klasyczny macierzyński?

Jeszcze w ciąży otworzyłam nową ścieżkę zawodową. Razem z Kamilą Taraburą zaczęłyśmy pisać scenariusz. W kwarantannie wyjechałyśmy na tydzień, by go dopracować i scenariusz nabrał kształtu. Film będzie prawdopodobnie produkowany przyszłą wiosną. Ten okres macierzyństwa i kwarantanny był dla mnie dobry zawodowo, bardzo wartościowy. Helena miała już pół roku. Wyjechałam na tydzień bez niej i znowu poczułam, że jestem sobą. Był to wspaniały dziewczyński czas, złapałam oddech. Poczułam, że jestem na powrót taką osobą, jaką byłam wcześniej i że to było zablokowane, wycofane. Nie czułam tęsknoty za dzieckiem. Kiedy jestem z córką, jestem z nią w stu procentach. Ale kiedy jestem bez niej, też jestem w stu procentach tam, gdzie jestem. Nie czuję się bez niej, jakby mi ktoś wyrwał kawałek mnie. Chyba po prostu jestem na tyle ukształtowaną osobą, że kiedy wiem, że ona jest w dobrych rękach, jestem spokojna.

Wyjechałaś na tydzień i dziecko zostało z ojcem.

Tak. Potrzebowałam tego. Przez to niedosypianie i ten ciągły alert, czułam, jakbym straciła część siebie. Mieliśmy za sobą już większe wyzwanie: tydzień po tym, jak wróciłam ze szpitala po porodzie, pojechałam na festiwal do Gdyni na premierę filmu „Pan T.” w reżyserii Marcina Krzyształowicza, w którym zagrałam. Na dwie noce. Próbowałam się wyspać i jednocześnie wyjść do ludzi. Byłam chyba w szoku. Rzeczywistość mieszała mi się ze snem. Piotrek (Piotr Stramowski, również aktor – przyp. red.) też był w szoku, bo został z córką sam. Dobrze nam to jednak zrobiło: on poczuł się wiarygodnym opiekunem, przekonał się, że sobie radzi. A ja poczułam, że nie jestem w tym rodzicielstwie sama. Intuicyjnie dobrze to wymyśliliśmy, choć wiele nas to kosztowało.

I co, wyspałaś się wtedy?

Ani wtedy, ani teraz. Wtedy w Gdyni czułam się jak po narkotykach. Odciągnięta od karmienia, w wielkiej sali, przed wielkim ekranem, jakiś bankiet, jakieś sprawy, jacyś ludzie. Wyrzut adrenaliny i emocji, bo życie się o mnie upomniało.

„Odciągnięta od karmienia, w wielkiej sali, przed wielkim ekranem, jakiś bankiet, jakieś sprawy, jacyś ludzie. Wyrzut adrenaliny i emocji, bo życie się o mnie upomniało”.

 

Potem pracowałaś też na planie.

Tak, w kwarantannie zrobiłam film „Pętla” z Patrykiem Vegą. Było to dla całej ekipy duże obciążenie psychiczne i w dodatku atakowano nas za to, że pracujemy. Ciekawe, że dziś, kiedy pandemia na dobre się rozkręciła, plany zdjęciowe pędzą. Potem nie dostałam kolejnych propozycji aktorskich, miałam więc dużo czasu dla dziecka. Wszystko płynie spokojnie. Gdybym miała zdjęcia, wiem, że jakoś byśmy sobie musieli poradzić. Piotrek dużo teraz pracuje, ale też jest bardzo aktywnym ojcem, więc jest w tym równowaga.

Myślisz, że to, że zostałaś matką, wpłynęło na to, że teraz masz mniej propozycji aktorskich?

Nie sądzę, choć wiadomo, że jako aktorka jestem oceniana pod względem atrakcyjności. A po ciąży dochodzi się do siebie rok. Jeśli nie ma się powikłań hormonalnych, to mniej więcej po roku wraca się do swojego rozmiaru, twarz zaczyna wyglądać podobnie jak kiedyś. Być może więc było tak, że myślano o mnie: „teraz nie, bo ona jest w tej chwili w gorszym stanie”. Od kilku miesięcy już wiadomo, że wyglądam jak przed ciążą: poszłam na pokaz mody w kusej sukience, więc odtrąbiono, że wróciłam. Wiem, że to brzmi paskudnie, ale takie są realia mojego zawodu. Jednak naprawdę nie sądzę, że ta cisza ma coś wspólnego z pojawieniem się mojej córki – ja tak po prostu mam: pracuję co jakiś czas intensywnie, potem mam przerwę. I potem znowu pracuję. Biorę jednak udział w małych projektach. Ostatnio zrobiliśmy „Dziady” w oknie na Mickiewicza. Było to niezwykłe, nieco punkowe doświadczenie.

A czy przez to, że zostałaś matką, jesteś odbierana inaczej jako aktorka? Bierze się pod uwagę to, że zradykalizowałaś swoje emocje lub przeciwnie: złagodniałaś?

Chyba jestem postrzegana jako niezależna i dość radykalna w wypowiedziach osoba. Niektórzy pewnie mieli nadzieję, że przez macierzyństwo złagodnieję. Ktoś zapytał mnie, czy teraz inaczej zagrałabym w „Chyłce” – grałam tam osobę z zaburzeniami, która poświęca szczęście dziecka w imię własnych celów. Powiedziałam, że zagrałabym tak samo. Drażnią mnie takie wnioski, że skoro urodziłyśmy dziecko, jesteśmy kimś innym. Uważam to za niezdrowe myślenie. Odbiera się nam w ten sposób naszą tożsamość. Odkąd uzyskałaś świadomość, pracujesz przecież na to, kim jesteś. Oczywiście urodzenie dziecka jest wielkim wstrząsem psychicznym. Można mówić, że jest wspaniałe, można mówić, że straszne, ale z pewnością jest intensywne. W Polsce rzadko mówi się o tym, że urodzenie dziecka może być strasznym doświadczeniem.

Jak myślisz, dlaczego?

Wszystko owiane jest nimbem Matki Boskiej – wspaniałej, łagodnej siły matczynej miłości. A przecież mnóstwo jest depresji wokół ciąż, porodów. Przez presję pozytywnego myślenia o macierzyństwie, kobiety czują, że nie mają prawa mówić o problemach. A ponosimy wielkie koszty, tym wyższe, że oczekuje się, że dla nas, kobiet, posiadanie dzieci jest czymś naturalnym. Nienaturalne natomiast jest ich nie mieć. Uważam, że jest pewien rodzaj transgresji w akcie narodzin. To stan bliski śmierci, ciało komunikuje nam swoje możliwości pozapsychiczne. To, że człowiek ma swoje granice, jest bardzo ważne, jeśli chodzi o tożsamość, i one w okresie ciąży, porodu, połogu są naruszane. Zdrowiej byłoby rozpatrywać macierzyństwo jako przestrzeń, w której mamy prawo do przeżycia wstrząsu. To przecież wysiłek niemalże ponad ludzkie siły. A wciska nam się teksty w stylu: „teraz dopiero jesteś kobietą. Powinnaś czuć się sobą”.

Tak ci mówiono?

Ciągle mnie pytają, czy już się czuję całkowicie matką. Nie wiem, co by to miało znaczyć: jestem przecież Kasią Warnke, której doszło doświadczenie w postaci macierzyństwa. Nie mam innych poglądów, innej osobowości.

A nie zmieniło się twoje spojrzenie na równouprawnienie? Twój mąż też został ojcem, ale pewnie nie zadaje mu się tych wszystkich pytań. Matkę się pyta: wyszłaś z domu sama, to z kim zostało dziecko?

Zdarza mi się to. Wiem, że między pokoleniem naszych rodziców i nami zaszły ogromne zmiany. Akurat moje i Piotrka doświadczenia z domu są takie, że ojcowie na wczesnym etapie niemowlęctwa zajmowali się dziećmi na równi z matkami. Przejmowali nocne karmienia, czuli się pewnie. Mamy są dumne z ojców, w tamtych czasach było to wyjątkowe. W naszym pokoleniu widzę, że mężczyźni zaczynają być na tym polu ambitni. Piotrek chyba nawet był nieco zazdrosny na początku, że mam intensywniejszą relację z córką, co było przecież naturalne. Wciąż jednak szokuje mnie recepcja społeczna osoby, która została matką, i tej, która została ojcem. Kiedy byłam w ciąży, obcy ludzie chcieli dotykać mojego brzucha, zadawali mi pytania o fizjologię, pytali, czy mam mdłości itp. Kiedy stałam wieczorem w szpilkach podczas premiery, w sytuacji towarzyskiej, przy nieznanych mi osobach, byłam traktowana jak wór na dziecko. Nagle przestawałam być aktorką, a byłam ciążą na dwóch nogach. Jakby mój mózg miał zamienić się w stację badawczą brzucha. Czułam się osaczona mackami społecznymi. W szpitalu z kolei miała miejsce nagonka na karmienie piersią.

Z trudem ci to przyszło?

W szpitalu pielęgniarki przychodziły i pytały: a co tam pani ma w ręku? A miałam mleko następne. No właśnie, nawet ta nazwa: mleko następne. Mleko to mleko. Kiedyś było modne karmienie sztucznym mlekiem, teraz jest ciśnienie, że mleko musi być z piersi. Dlaczego nie ma ulotek i informacji o laktatorach, o tym, że można karmić butelką, że nie każda kobieta musi karmić piersią, że mamy wybór? Nikt mi w tym nie pomógł, nikt nie wyjaśnił. Miałam poranione sutki, płakałam podczas karmienia i dopiero mój mąż rozwiązał sytuację, przywożąc laktator. Myślę, że to nie wynika ze złych pobudek, to tylko złe schematy. Podobnie jest zresztą z aborcją.

To kolejne pole zniewolenia kobiet.

Ostatnio miałam wywiad w Newonce Radio i Kuba Wojewódzki zagadnął mnie: „Ale co to ma być ta aborcja na życzenie”? Co to w ogóle za wyrażenie? Powiedziałam, że nie widzę w tym nic złego. Jest adekwatne, bo aborcja powinna być możliwa na życzenie. Myślę, że cała przestrzeń wokół rodzenia dziecka jest lękowa i atawistyczna. Do wszystkich innych zagadnień medycznych przykładamy naukę, idziemy za nią, słuchamy. Masz wybór w przypadku innych spraw: chcesz operację czy nie chcesz? A w przypadku rodzenia czy karmienia narzuca ci się to, co aktualnie jest modne czy wymagane społecznie. I jest tak wyłącznie na tym polu.

Aborcja, która powinna być dostępna na żądanie, ale zamiast tego się jej prawie zupełnie zabrania, porody wyłącznie naturalne, karmienie tylko piersią…

Brzmi jak z „Opowieści podręcznej”. W takim kraju żyjemy.

„Kiedy stałam wieczorem w szpilkach podczas premiery, w sytuacji towarzyskiej, przy nieznanych mi osobach, byłam traktowana jak wór na dziecko. Nagle przestawałam być aktorką, a byłam ciążą na dwóch nogach. Jakby mój mózg miał zamienić się w stację badawczą brzucha. Czułam się osaczona mackami społecznymi”.

 

Powróćmy jednak na razie do wątku pracy. Twoją pracą jest nie tylko gra aktorska, pisanie scenariuszy, ale też potem pokazywanie się na premierach, eventach, promowanie filmów, istnienie w social mediach. Traktujesz to jako pracę?

W pewnym sensie tak. Zyskuję popularność i zarabiam dzięki temu lepiej. Bycie celebrytą może być pracą. Niektóre profile na IG służą przecież do bezpośredniej sprzedaży rzeczy. Ja tego prawie w ogóle nie robię. Weszłam w show-biznes świadomie, ale właściwie ogranicza się to jedynie do eventów modowych. Zaczęliśmy być z Piotrem popularni jako para, paparazzi polują na nasze zdjęcia. Cóż, jest to pewien wyznacznik popularności. Obejrzałam ostatnio na Netflixie wywiad Lettermana z Kim Kardashian.

Widziałam!

Letterman przeprosił Kardashian na scenie za żarty na temat jej działalności. Przestrzeń social mediów najpierw była wyśmiewana, a teraz okazuje się, że to poważne narzędzie, również politycznie. Popularność można wykorzystać w słusznej sprawie. To, że teraz traktuje się tę sferę poważnie, jest zasługą takich osób jak Kim Kardashian. Dzięki niej pewna niesłusznie skazana na 25 lat pozbawienia wolności kobieta uzyskała ułaskawienie prezydenta. Czyli okazuje się, że taka celebrycka sława może mieć dużą moc w realnym życiu. Kim rozpoczęła studia prawnicze i zamierza się poświęcić tej działalności. Ja też, chociaż wiadomo, że na dużo mniejszą skalę, podtrzymuję to swoje istnienie na Instagramie i robię to świadomie. Chcę mieć możliwość wpływu na ważne sprawy. Oczywiście część moich postów dotyczy głupot, w stylu „o patrzcie, jaki zachód słońca”. Ale mam też swoje idee fix.

Jakie?

Stosunek do ciała. Promuję mówienie o seksie, zmysłowości, radości ciała. Pokazuję siebie jako podmiot działania, a nie przedmiot. Seksualność ma być moją mocą. Walczę ze stereotypami. To, że jestem inteligentna, nie musi oznaczać, że jestem nieatrakcyjna. Druga moja krucjata to walka z hejtem. Czasami działam w sprawie zwierząt. Teraz w sprawie aborcji.

Czyli jest to rodzaj pracy społecznej.

Chyba tak. Odpisuję ludziom, prowadzę dyskusje. Pilnuję języka, jakim się porozumiewamy w komentarzach. Nie odpuszczam, łagodzę spory. Mam niewielu hejterów, bo kiedy wchodzisz z hejterem w merytoryczną dyskusję, wyprowadzasz rozmowę poza wysokie emocje i bezpodstawne argumenty, weryfikujesz, to ostatecznie go uziemiasz. Nagle hejt przestaje się opłacać. Staram się więc dać coś światu od siebie, skoro mnie mocniej słychać.

Skoro jesteśmy już przy mediach społecznościowych, nie pokazujecie dziecka.

Staram się panować nad swoim wizerunkiem. Wyznaczam granice i ustalam, co publikuję. Nie wyobrażam sobie pokazywania zdjęć z USG, porodu, zdjęć z pierwszego okresu życia dziecka i takich zaraz po porodzie. Nie oceniam tych, którzy tak robią. Dla mnie to intymny moment bycia z dzieckiem na początku. Poza tym te zdjęcia będą fruwały w sieci do końca świata. Nie dałabym więc dziecku wyboru, skazując je od urodzenia na bycie osobą publiczną. Może moja córka tego nie będzie chciała, będzie miała żal i pretensje? Jednocześnie wiem, że bycie publiczne to kreacja. Tu nie ma prawdy. Nie ujawniam więc publicznie tego, kim naprawdę jestem.

Myślałaś o tym, że chcesz też pokazać córce, że praca jest ważna?

W byciu matką jest się zamkniętą w małych czynnościach. Cokolwiek robisz, robisz przez dziecko i z dzieckiem. Łatwo zapomnieć, co ci się podoba. Gdy musisz iść do pracy, obojętnie jakiej, nagle widzisz, jaki masz nastrój, masz czas dla siebie, przerwę na kawę, papierosa, drogę autobusem. Wchodzisz w konfrontację ze światem. I z tej konfrontacji spływają do ciebie odpowiedzi, kim dla świata jesteś. Dla mnie to ważne. Ale wiem, że są kobiety, które nie chcą pracować, chcą mieć dużo dzieci i zajmować się nimi na pełen etat. I to też jest w porządku. Jest ważne, żeby dziecko odczuwało u matki rodzaj spełnienia, widziało ją szczęśliwą. Dziecko musi widzieć, że życie jest fajne, że mamy na to życie wpływ. Nie może czuć się winne, bo pojawiło się na świecie, a nam przed nosem zatrzasnęły się jakieś zawodowe czy inne drzwi.

Katarzyna Warnke, ur. 1977 w Grudziądzu, aktorka teatralna i filmowa, reżyserka i scenarzystka. Występowała m.in. na deskach Teatru Starego w Krakowie, Teatru Rozmaitości i Teatru Studio. Filmy: Botoks, Pętla, W spirali i wiele innych. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Mieszka w Warszawie

 

Agata Napiórska, ur. 1983 w Grudziądzu, dziennikarka i pisarka. Redaktorka naczelna magazynu „Zwykłe Życie”, autorka książek z cyklu „Jak oni pracują” i „Szczęśliwych przypadków Józefa Wilkonia”. Mieszka w Warszawie

Dodaj komentarz