od czytelników

Od czytelników Ładne Bebe

Magda o lęku przed porodem

Od czytelników Ładne Bebe

Wasze głosy uruchamiają kolejne. Jesteśmy wdzięczne za każdego maila, który do nas przychodzi. Ten od Magdy dotyczy doświadczeń wielu z nas – lęku przed porodem.

Magda napisała do nas po lekturze listu od Kasi, która opisała swój trudny poród. Temat strachu przed porodem wywołuje różne komentarze, często bardzo krzywdzące. Lęk, z którym zostaje kobieta, często ma wpływ na początki jej macierzyństwa. Oddajemy głos Magdzie, mamie dwuletniej Julki.

*

Chciałam opisać moją historię, bo być może są osoby, które zmagają się z podobnymi trudnościami i decyzjami. Czyli lękiem przed porodem. Często się słyszy, że kobiety, które boją się porodu, „załatwiają” sobie jakieś papiery o przeciwskazaniach i idą na cesarkę. Często też mówi się tym bardzo pejoratywnie i piętnuje się kobiety, które tak zrobiły… Traktuje się to tak, że idą na łatwiznę, że nie chcą się męczyć przy porodzie, że to przecież nienaturalne, niezdrowe dla dziecka itd. Ja na szczęście sama nie doświadczyłam tego typu reakcji, ale odczuwałam ogromny wstyd, gdyż właśnie bałam się porodu.

Odkąd pamiętam, kiedy jako mała dziewczynka usłyszałam od mamy, jak wygląda poród i że to boli, byłam tym przerażona – i tak już zostało, kiedy tylko myślałam o macierzyństwie. Będąc w ciąży, miałam świadomość korzyści, jakie płyną z porodu naturalnego, i chciałam sama tak właśnie urodzić. Towarzyszył mi jednak ogromny lęk i obawy. Nie bałam się bólu, bo wiem, że to po prostu trzeba przetrwać i to mija. Bałam się komplikacji dla dziecka i siebie. Bałam się śmierci. Bałam się bezradności i zależności od personelu medycznego. Bałam się znieczulenia, powikłań po porodzie, szytego krocza, hemoroidów i innych strasznych rzeczy, o których słyszałam. Bałam się traumy, którą ma wiele kobiet i koleżanek po porodzie. Bałam się, że jak tylko zaczną się skurcze, będę miała atak paniki i on nie minie… Ataki paniki i stany lękowe towarzyszą mi od wielu lat. Korzystałam z psychoterapii oraz leków. Były lepsze i gorsze momenty. Kiedy byłam w ciąży, nie chciałam brać leków ze względu na dziecko, ale w okolicach 6. miesiąca musiałam do nich wrócić, gdyż było ze mną coraz gorzej. Byłam oczywiście pod opieką terapeuty i psychiatry, który rekomendował mi CC.

Byłam też w szkole rodzenia, rozmawiałam z położnymi, ginekologiem, znajomymi i cały czas nie wiedziałam, co robić. Z jednej strony chciałam urodzić naturalnie, z drugiej – potwornie się bałam. Oczekiwałam od siebie, że będę silna i urodzę naturalnie, że tak powinno być. Gdy ktoś mnie pytał o poród, odpowiadałam wymijająco, bo jak tu się przyznać w zwyczajnej rozmowie, że się boję porodu, że mam stany lękowe i ataki paniki?

W ostatnim miesiącu ciąży jeździłam do szpitala na KTG co drugi dzień, bo pojawiały się lęki, że może dzieje się coś złego z dzieckiem albo ze mną, nie mogłam w nocy spać. Było źle. Miałam umówiony termin CC i zdecydowałam, że jeśli poród zacznie się wcześniej, to spróbuję. Nie zaczął się. Poszłam do szpitala. Umierałam ze strachu, bo CC oczywiście też się potwornie bałam. Nie spałam w ogóle. Kiedy założyłam szpitalną koszulę, umyłam się środkiem dezynfekcyjnym, dostałam chyba jakieś leki, zrozumiałam, o co chodziło w zdaniu „trzeba tylko mieć świadomość, że to jest operacja”.

Dla mnie CC było okropne. Kiedy usłyszałam, że dziecko urodziło się o 9:05, byłam w szoku, że to trwało tylko 5 minut, bo miałam wrażenie, że to cała wieczność. W trakcie skoczyło mi ciśnienie, było mi gorąco i miałam trudności z oddychaniem. Pani pielęgniarka mnie uspokajała, że wszystko jest dobrze i głaskała mnie po głowie, to było kojące. Usłyszałam, że z dzieckiem jest OK i ktoś przyłożył mi ją na sekundę do policzka. Cieszyłam się, że był tam mój mąż, że on widział naszą córeczkę dłużej. Byłam przerażona i oszołomiona. Dopiero po chwili, kiedy już byłam sama na sali pooperacyjnej i ciśnienie mi się uspokoiło, przywieźli mi córeczkę. To był ten moment, kiedy poczułam spokój, radość, wdzięczność i wielkie szczęście. Córeczka leżała spokojnie, przyłożono mi ją do piersi i ona ssała! Byłam bardzo szczęśliwa. Wydawało się, że to, co najgorsze już za mną. Niestety, każdy dzień przynosił kolejne nieprzyjemne niespodzianki.

Gdy zeszło znieczulenie i oszołomienie, pojawił się ból w miejscu rany, odchody połogowe, osłabienie takie, że nie mogłam się normalnie podnieść, nie byłam w stanie wziąć prysznica samodzielnie, nie mówiąc o chodzeniu. A tu przecież jeszcze malutkie dziecko, którym trzeba się opiekować. Szok.

Dziecko nie przybierało na wadze pomimo karmienia piersią – trzeba było je dokarmiać butelką. Jak to?! Miałam poczucie, że wszystko idzie nie tak. Miałam pomoc laktacyjną, ale jakoś to nie szło. Ściągałam pokarm laktatorem, a tam nic nie leciało, zupełnie! W nocy, w łazience coś we mnie pękło, szlochałam tak, że obudził się mój mąż. Miałam poczucie, że skoro nie mogę jej nakarmić piersią, to w ogóle nie mogę być jej matką, że jestem bezużyteczna dla tej małej istotki. Byłam w rozpaczy, miałam wrażenie, że umieram od środka i że nikt i nic nie jest mi w stanie pomóc. Leżałam na łóżku i moje ciało się trzęsło, bałam się, że zaraz oszaleję.

W szpitalu położniczym nie było tego dnia możliwości konsultacji z psychiatrą. Po tym, jak udało mi się skontaktować z moją psychiatrą, wyszłam na żądanie, zwiększyłam dawki moich leków. W domu było odrobinę lepiej, ale dalej pojawiały się ataki paniki, problemy z laktacją – nawał i mleko nie leci. Wydawało mi się, że nie dam rady tego wszystkiego udźwignąć. Mijały dni i niewiele się poprawiało. Zaczęłam mieć bóle głowy i wysokie ciśnienie. Po perturbacjach trafiłam znowu do szpitala z ciśnieniem 200/100. Mogłam być przyjęta z córeczką, ale miałam być przypięta do maszyny na stałe. Jak to, jak mam się z tym zajmować malutką córeczką?! Teraz Pani zdrowie, jest najważniejsze – usłyszałam. Byłam tam tydzień. Wreszcie ciśnienie się stabilizowało, a wyższe dawki moich leków zaczynały działać, czułam się trochę lepiej. Ataki paniki miałam już tylko raz dziennie… Po jakimś czasie mogłam powiedzieć, że wyszłam na prostą i było coraz lepiej.

Nie wiem, jak by było, gdybym rodziła naturalnie, ale wiem, że w tamtym czasie to była dobra decyzja. Ktoś mi powiedział, że czas połogu jest tak trudny, że lepiej sobie nie dokładać jeszcze traumy porodowej i ja się z tym zgadzam. Myślę, że to, co pomogło mi w tych trudnych momentach, to wsparcie wspaniałych osób, które miałam wokół siebie – rodziny i przyjaciółek, oraz spotkania po drodze: ginekolog, doradczyni laktacyjna, która przyjechała do mnie do domu o 21:00, psychiatra, do której mogłam zadzwonić i poradzić się przez telefon, położone w szpitalu. Miałam to szczęście, że spotykałam osoby wspierające i chętne do pomocy. To, czego mi zabrakło, to być może możliwości rozmowy, usłyszenia historii innej kobiety – mamy, która przeszła podobną drogę, z której doświadczeń mogłabym czerpać.

Magda

*

Czułyście lęk przed porodem? Jak sobie poradziłyście?

Listy do redakcji przysyłajcie na adres: paulina.filipowicz@ladnebebe.pl

Interesują nas wszystkie wasze przemyślenia dotyczące rodzicielstwa.

Dodaj komentarz