od czytelników

Od czytelników Ładne Bebe

Kasia o porodzie

Od czytelników Ładne Bebe
Archiwum prywatne

Napisała do nas Kasia: „To, co mnie spotkało, było jednocześnie jednym z najpiękniejszych wydarzeń w moim życiu, jak i jednym z najbardziej traumatycznych. Dojście do siebie zajęło mi trochę czasu, wiele nocy przepłakałam ze strachu przed śmiercią, wiele spędziłam z córką wtuloną do piersi”.

Kasia na co dzień tworzy kobiece kolekcje w dziale projektowym jednej z marek. Jest mamą Antoniny. Napisała do nas o swoim porodowym doświadczeniu. Skomplikowanym i trudnym do ułożenia, całe szczęście ze szczęśliwym zakończeniem. „Wracając do tej historii, zawsze płaczę z wdzięczności, z miłości i ze szczęścia” – napisała Kasia. Poznajcie jej historię.

*

OD KASI

„Jesteś młoda, zdrowa, urodzisz bez problemu naturalnie” – mówili mi członkowie rodziny. „To prawda!” – myślałam. Pod koniec ciąży do porodu podchodziłam zdroworozsądkowo. Na nic się nie nastawiałam. „Zrobię tak, jak zalecą mi lekarze, biorąc pod uwagę dobro dziecka” – mówiłam.

Zbliżał się termin jednej z kontrolnych wizyt u ginekologa. To był 38 tydzień ciąży i dzień moich 28 urodzin. Co może pójść nie tak? Przecież cała ciąża przebiegała książkowo, a wyniki wszystkich badań jak zwykle były wzorowe. Ubrani wyjątkowo odświętnie pojechaliśmy z mężem na wizytę do lekarza, myślami jednak byliśmy już w ulubionej knajpie, by świętować moje urodziny. Położna podłączyła KTG, a my otworzyliśmy menu w telefonie, żeby wybrać dania, jakimi będziemy się delektować już za chwilę! Nagle w pokoju zaczął wyć przeraźliwie głośny alarm. Przybiegła położna, by zobaczyć zapis KTG. Na chwilę zamarłam. Alarm wył dalej. Położna nerwowo kazała zmieniać mi pozycje. Przewracałam się na jeden bok, zaraz na drugi. Nic to nie dawało. Nagle przed oczami miałam mojego lekarza, który stoi przy sprzęcie, wydającym z siebie ten okropny dźwięk. Nastała cisza.

Lekarz odpiął pasy zaciśnięte na moim brzuchu i powiedział: „Natychmiast do szpitala!”. Świat stanął dla mnie w miejscu. Nie miałam nawet odwagi zapytać, co się dzieje. Mąż przejął inicjatywę rozmowy z lekarzem a ja czułam, jak trzęsę się ze strachu. Nie wiem jak, ale po chwili byłam już na dyżurce w szpitalu. Personel wiedział, że przyjadę, i nie marnując czasu wysłano mnie na serię badań.

Zdążyłam się uspokoić, kiedy po około 2 godzinach od incydentu u lekarza leżałam już w sali porodowej. Podłączono KTG oraz kroplówkę z oksytocyną. Wszystko było dobrze. Położna sprawdziła rozwarcie: 1 cm. Pomyślałam wtedy: „urodzę za 2 dni”. Wiedząc, jak głodny musi być mój mąż (bo przecież szykowaliśmy się na wspólną urodzinową wyżerkę w restauracji), wysłałam go, by coś zjadł. Zostałam sama w pokoju. Zamknęłam oczy i zaczęłam przypominać sobie lekcje oddychania ze szkoły rodzenia. Nagle znowu to usłyszałam. To był on! Ten sam okropny dźwięk, co na wizycie u mojego lekarza…

Nie zdążyłam zastanowić się nawet, co teraz będzie, a do pokoju wbiegło 5 osób z przenośnym łóżkiem. „Pani Kasiu, będziemy wykonywać zabieg cesarskiego cięcia, proszę podpisać dokumenty” – zwróciła się do mnie jedna z lekarek. Za parę chwil jedna z osób zdejmowała mi już ubranie, a druga wkłuwała się z wenflonem w moje ręce. Pierwszy raz w życiu nie poczułam nawet bólu od wkłucia igieł.

Położyli mnie. Nie umiem opisać, jak wtedy się czułam. Strach o zdrowie i życie mojego dziecka był tak ogromny, że nie zdołałam się nawet zastanowić, czy boję się operacji – bo tym właśnie jest cesarskie cięcie. „Czy możemy zaczynać?!” – powtarzały lekarki. Na sali rozległo się wtedy najgłośniejsze „TAK”, jakie w życiu słyszałam. Przerażona, złapałam za rękę anestezjologa i zapytałam: „A jeśli ja to wszystko będę czuła?”. Odpowiedział mi wtedy z uśmiechem na twarzy: „Już dawno jest Pani rozcięta! Wyciągamy dzidziusia”.

To były najdłuższe minuty mojego życia. Czekałam na płacz mojego dziecka. Nagle usłyszałam lekarki:„O! To dziewczynka!” i płacz mojej córki. Kamień spadł mi z serca. Po chwili pierwszy raz zobaczyłam moje dziecko. To, jak wielką odczułam wtedy ulgę, jest nie do opisania!

„Wszystkiego najlepszego! Dostała Pani najlepszy prezent, jaki można sobie wymarzyć, piękną, zdrową córeczkę!” – powiedział anestezjolog. „To prawda!” – pomyślałam zalana łzami. Stało się! Mamy urodziny tego samego dnia, a w naszych datach królują te same cyfry! Czy to nie magia? Jest 11.09.2019 roku, godzina 22:20 na świat przychodzi moja córka Antonina, dokładnie dwie godziny wcześniej, 28 lat temu rodzę się ja.

Po wszystkim trafiłam na salę pooperacyjną, gdzie czekał na mnie już mój mąż z córeczką. „Niezły numer mi zrobiłaś!” – powiedział. Bo przecież wysłałam go, by zjadł, a kiedy wrócił, po 25 minutach, położna powiedziała mu: „Proszę się przywitać z córeczką!”. Wtedy myślał, że to żart i w sumie trudno mu się dziwić.

Następnego dnia rano z sali pooperacyjnej trafiłam do pokoju numer 13. Nie żebym była przesądna, ale nie ucieszył mnie ten fakt. Po prostu nie lubię trzynastek! Z godziny na godzinę czułam się coraz gorzej. Kilka razy przyszła położna podać mi paracetamol, mówiąc, że ból, który odczuwam, jest zupełnie normalny.

Zbliżał się wieczór, a ja czułam się tragicznie. Co 30 minut wzywałam pilotem położną, która widząc mnie po raz kolejny, była już nieuprzejma. W końcu jakimś cudem udało mi się ściągnąć lekarza, który miał obchód. „To normalne, że się Pani źle czuje!” – powiedziała wyjątkowo nieprzyjemna pani doktor. Tłumaczyłam jej, że rozumiem, ale ledwo oddycham! Bolała mnie cała klatka piersiowa. Czułam się, jakby przygniótł mnie słoń, nie mogłam nawet podnieść ręki, bo brakowało mi sił. Pani doktor, twierdząc, że panikuję, podała mi relanium. Zasnęłam.

Obudził mnie płacz mojego dziecka. W pokoju było już jasno. Wezwałam pilotem pomoc. Ku mojemu niezadowoleniu przyszła ta sama położna, co wieczorem. Nie prosiłam już o lek przeciwbólowy ani o reakcje lekarzy, prosiłam ją, by zajęła się moim dzieckiem, bo ja po prostu nie jestem w stanie tego zrobić. Pamiętam, jak wtedy na mnie patrzyła. Jakbym była rozkapryszonym bachorem, który myśli, że ten pilot wzywa służbę. Zaczęła się ze mną wykłócać, że mam wstać do dziecka. W pokoju pojawił się w końcu mój mąż. Tymczasem ja dosłownie więdłam. Czułam się już tak źle, jak wyglądałam.

Położna poprosiła mojego męża, by pomógł jej mnie spionizować. Kiedy tylko moja głowa znalazła się w pozycji pionowej, zemdlałam. Chwilę później leżałam już na przenośnym łóżku, a nad moją głową widziałam 6 lekarzy. Wiedziałam już, że jest źle. Zabrali mnie na badanie – wszystko w biegu. Słyszałam, jak omawiają widok USG na monitorze: „Tu jest… i tu też” – mówili. Wszystko było mi już obojętne. Nagle jeden z lekarzy zwrócił się do mnie: „Pani Kasiu, niestety musimy natychmiast Panią operować”.

Był piątek trzynastego i jedyne, co przyszło mi do głowy, to myśl: „My dwie z 11 września to był sen! To było za piękne, by było prawdziwe. Teraz zostanie tylko jedna z nas”. Zasypiam…

Gdy otworzyłam oczy, widziałam jak przez mgłę. Nie bardzo wiedziałam, gdzie jestem i co się wydarzyło. Witał mnie lekarz słowami: „Pani Kasiu, mamy Panią! Udało się”. Moje oczy napełniły się łzami szczęścia, bo wiedziałam, że jeszcze zobaczę córeczkę. Zaraz z daleka wyłoniły się twarze moich bliskich i tylko po ich minach wnioskowałam, jak źle ze mną było. Lekarz jeszcze szybko tłumaczył mi, że na moim brzuchu leży wielki worek z piaskiem, a rurka podłączona do mojej szyi to krew, którą mi przetaczają. „To był krwotok wewnętrzny, straciłaś 2 litry krwi” – mówił ze łzami mój mąż. Serce stanęło mi w gardle. Nasza córka trafiła na odział neonatologiczny, a karmić chodził ją mój mąż. Nie mogłam jej mieć przy sobie, ponieważ byłam za słaba. Lekarze nie pozwolili mi wstawać z łóżka.

Inaczej wyobrażałam sobie nasze pierwsze dni razem, ale przecież żyłam! Mimo to, w mojej głowie zaczynał się mętlik. Z jednej strony bałam się wziąć głęboki oddech, bałam się ruszyć nogą, zastanawiałam się, czy dotrwam do jutra. Z drugiej strony – myślałam o tym, żeby nie stracić pokarmu, bo przecież zaczęłyśmy już naszą przygodę z KP. Przemiłe położne pomogły mi ściągać pokarm, abym nie straciła laktacji. Robiły to strzykawką, ponieważ byłam w pozycji leżącej, więc laktator tu nie zadziałał. Za każdym razem przepraszały za ból, który muszę znosić. Byłam już cała pokłuta, z każdej możliwej żyły wystawała mi rurka, nawet w brzuchu miałam dziurę, z której wychodził iście przerażający wąż. Myślałam sobie: „nic mnie już nie boli”.

Po kilku dniach trafiłam na zieloną salę, pokój numer… 11! Serce mi rosło, bo 11 to przecież nasza liczba! Musi być dobrze! Chwilę po przeniesieniu się do nowego pokoju, z którym już myślami zdążyłam się zaprzyjaźnić, położna szepnęła: „Proszę się przywitać z córką”. Dotarło do mnie, że wszystko będzie dobrze, że naprawdę się udało! To nie był sen, to wszystko wydarzyło się naprawdę!

To, co mnie spotkało, było jednocześnie jednym z najpiękniejszych wydarzeń w moim życiu, jak i jednym z najbardziej traumatycznych. Dojście do siebie zajęło mi kilka miesięcy, wiele nocy przepłakałam ze strachu przed śmiercią. Wiele spędziłam z córką wtuloną do piersi, czując tylko bezwarunkową miłość. Czy zdecydowałabym się po tym wszystkim na cesarskie cięcie, gdybym mogła, a nie musiała wybrać? Pewnie nie.

Chociaż staram się sobie wytłumaczyć, że równie poważne komplikacje mogą się przytrafić przy porodzie naturalnym! Dochodzę do wniosku, że nie ma „lepszego” sposobu na urodzenie dziecka. Każdy może być niebezpieczny zarówno dla nas, kobiet, jak i naszych dzieci. Każdy może być równie piękny i wyjątkowy. Nie na wszystko mamy wpływ, czasem los ma dla nas po prostu inny scenariusz.

Kasia

*

Jakie są wasze doświadczenia porodowe?

Listy do redakcji przysyłajcie na adres: paulina.filipowicz@ladnebebe.pl

Interesują nas wszystkie wasze przemyślenia dotyczące rodzicielstwa.

 

Dodaj komentarz