od czytelników

Od czytelników Ładne Bebe

Ania o samorealizacji

Od czytelników Ładne Bebe

„Po wielu latach przemyśleń, w sierpniu 2019 roku postanowiłam zrealizować swoje marzenie, aby zostać tłumaczem przysięgłym języka francuskiego (z wykształcenia jestem filologiem, znam 7 języków obcych, bo w dzieciństwie mieszkałam 10 lat w Izraelu i wychowałam się w międzynarodowym środowisku)” – napisała do nas Ania Wilczyńska, mama trójki.

Bardzo lubimy dostawać od was wiadomości, że chcecie podzielić się swoją historią. List od Ani rozpalił w nas motywację do realizacji własnych ambicji. Ania udowadnia, że nie trzeba rezygnować z siebie, nawet kiedy jesteś mamą gromadki małych dzieci.

Od Ani

Od 2015 roku jestem mamą na pełnym etacie – najpierw urodziła się Ludwika, dwa lata później Florian, a w pandemicznym roku 2020 roku Gustaw. Oto moja historia.

Po wielu latach przemyśleń, w sierpniu 2019 roku postanowiłam zrealizować swoje marzenie, aby zostać tłumaczem przysięgłym języka francuskiego (z wykształcenia jestem filologiem, znam 7 języków obcych, bo w dzieciństwie mieszkałam 10 lat w Izraelu i wychowałam się w międzynarodowym środowisku).

Zdałam egzamin wstępny i dostałam się na roczne podyplomowe studia IPSKT (Interdyscyplinarne Podyplomowe Studium Kształcenia Tłumaczy) na Uniwersytecie Warszawskim i… poczułam wiatr w żaglach. W domu między książkami dziecięcymi znalazło się miejsce na moje specjalistyczne słowniki i kodeksy. Praktycznie co weekend miałam zajęcia na uczelni. Mocno zmotywowana, wstawałam wcześnie rano i przy dźwiękach ulubionego RMF Classic jechałam z torbą z laptopem i notesami na Powiśle. W tym czasie mój mąż zostawał z dziećmi: okazało się, że „Tata gotuje najlepiej na świecie” (zamawiali sobie pizzę lub dania kuchni indyjskiej 😉 i że spędzają świetnie czas, spacerując godzinami po lesie. Po powrocie do domu zaczytywali się w serii książek Wojciecha Mikołuszki: „Z Tatą w przyrodę” i „Tato, a dlaczego”. Ja natomiast odkryłam, że świetnie odnajduję się w gronie studentów, umiem rozmawiać nie tylko o pieluszkach i ekomarchewce, a mój umysł ciągle potrafi być błyskotliwy i bystry. Do tego mogłam zamienić domowe dresy na eleganckie francuskie stylizacje. Odżyłam.

W ciągu tygodnia niczym bajkowy kopciuszek opiekowałam się dziećmi, a wieczorami jak księżniczka siedziałam w książkach, żeby chłonąć ogrom wiedzy i specjalistycznej terminologii m.in. z zakresu prawa i finansów. Ten głód wiedzy sprawiał, że moja twarz stawała się promienna i radosna.

Kim jest tłumacz przysięgły? Jest to osoba zaufania publicznego, zaprzysiężona przez Ministra Sprawiedliwości, która ma wiedzę i uprawnienia umożliwiające jej tłumaczenie i poświadczanie dokumentów (takie są wymagane przez urzędy i instytucje publiczne). A w praktyce? Podam banalny przykład: jeśli urodziłaś dziecko we Francji i potrzebujesz przetłumaczyć akt urodzenia na język polski, to kierujesz się do tłumacza przysięgłego. Nie powiedziałam najważniejszego: aby zostać tłumaczem przysięgłym trzeba zdać egzamin państwowy, a jego zdawalność jest na poziomie 30% i dlatego też te studia są po to, aby zdobyć wiedzę i zdać.

Moja nauka miała zorganizowany tryb, a raz w tygodniu wychodziłam na miasto, żeby się uczyć, bo do starszaków przychodziła opiekunka. Na całe 3 godziny. To był dla mnie prawdziwie „prywatny czas”, nawet na moim profilu na Instagramie oznaczałam posty #mójczassolo, zachęcając inne mamy do wyjścia z domu, dla siebie. A jako że w międzyczasie zaszłam w trzecią ciążę, to te wyjścia z domu były na wagę złota.

I nagle w marcu wybuchła pandemia. Skończyły się wyjścia do kawiarni, zamknięto biura i przedszkole i cała nasza rodzina znalazła się na 65 metrach kwadratowych na home/kids office. Na balkon wprowadziła się piaskownica, a bujak ze zjeżdżalnią na środku salonu skutecznie zastąpił plac zabaw. W tej trudnej sytuacji jeszcze bardziej się zmobilizowałam: zaczęłam planować posiłki na cały tydzień, a wieczorami dla relaksacji ćwiczyć pilates i jogę. Te nawet 15-20 minut ćwiczeń okazały się nową definicją luksusu. Bardzo zależało mi na ukończeniu studiów. Egzaminy końcowe zdawałam w zaawansowanej ciąży, a odbierając dyplom, byłam z siebie bardzo dumna, ponieważ mimo przeciwności losu dotarłam do końca studiów, a poczucie, że zainwestowałam w siebie, dodawało mi skrzydeł.

Na państwowy egzamin (pisemny i ustny) w Ministerstwie Sprawiedliwości czekałam rok od złożenia wniosku (bo z uwagi na pandemię zostały wdrożone restrykcyjne limity osób przystępujących do egzaminu). Bałam się, że „zapomnę” wszystkiego, czego się nauczyłam. W dodatku urodziłam Gucia i jak to mówię, miałam wrażenie, że mam „mózg zalany mlekiem”.

W styczniu 2021 roku przystąpiłam do 4-godzinnego egzaminu pisemnego, mając w domu półrocznego bobasa. Specyfiką tego egzaminu jest fakt, iż pisze się go odręcznie, co w dzisiejszych skomputeryzowanych czasach jest wyzwaniem. Skorzystała na tym moja córka, bo szykując się do tego egzaminu, codziennie kolorowałam z nią kolorowanki, aby wyćwiczyć dłoń. Polecam ten patent. Zdałam ten tak wymagający egzamin pisemny i zostałam zakwalifikowana do części ustnej. Na spacerach ze śpiącym Guciem po Ogrodzie Botanicznym w Powsinie słuchałam na okrągło podcastów i wiadomości we francuskich mediach. Musiałam przestawić moje myślenie na język francuski. I udało się! Zdałam! W dodatku z trójką dzieci poniżej 5 roku życia!

Proces zdobycia nowych kwalifikacji zajął mi w sumie 2 lata, ale nie żałuję żadnego dnia. Na niektóre sprawy nie miałam wpływu – jak na przykład na pandemię, która wydłużyła proces formalny – ale jestem pewna, że poświęcając czas na podniesienie własnych kwalifikacji, skorzystałam nie tylko ja, ale też cała rodzina. Okazało się, że tworzymy zgraną drużynę, która gra zespołowo. Wisienką na torcie jest uroczystość zaprzysiężenia, która będzie miała miejsce 2 września.

Zbliża się nowy rok akademicki, nie wiem, czy będą w nim lockdown’y, ale wiem na pewno, że jeśli czujesz, że chciałabyś się rozwinąć, to nie ma czasu do stracenia, bo warto walczyć o swoje marzenia, warto walczyć o siebie: „Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, cze­go nie zro­biłeś, niż te­go, co zro­biłeś. Więc od­wiąż li­ny, opuść bez­pie­czną przystań. Złap w żag­le po­myślne wiat­ry. Podróżuj, śnij, od­kry­waj” – Mark Twain.

Ania Wilczyńska, mama Ludwiki (6 lat), Floriana (4 lata) i Gustawa (1 rok)

PS. Załączam grafikę, którą stworzyła na moje zamówienie znajoma, młoda graficzka Lidia Ryczek, przedstawia mnie uczącą się w kawiarni. Na stole obowiązkowo kodeks i dziecięce zabawki tak bardzo obecne w moim życiu.

*

Na wasze maile czekamy pod adresem: paulina.filipowicz@ladnebebe.pl

Dodaj komentarz