od czytelników

Od czytelników Ładne Bebe

Paulina o ciąży pozamacicznej

Od czytelników Ładne Bebe
Archiwum prywatne

„Dziewczyna z podejrzeniem ekstry – takie zdanie na swój temat usłyszałam, siedząc w szpitalnej izbie przyjęć. Pomyślałam wtedy, jak bardzo niefortunne jest to stwierdzenie. Wiedziałam, że tak właśnie w slangu lekarskim nazywana jest ciąża ektopowa, a prościej – pozamaciczna”. Tak zaczyna się historia Pauliny.

Paulina, logopedka, mama 3-letniego Huberta zapytała, czy zainteresuje nas jej historia, a potem opowiedziała, co przeszła, będąc w drugiej ciąży, w której ból straty mieszał się z walką o życie, by nie stracili jej najbliżsi. Dziękujemy za ten list i zostawiamy go dla was, mając nadzieję, że stanie się wsparciem w trudnych momentach.

OD PAULINY

„Dziewczyna z podejrzeniem ekstry” – takie zdanie na swój temat usłyszałam, siedząc w szpitalnej izbie przyjęć. Pomyślałam wtedy, jak bardzo niefortunne jest to stwierdzenie. Wiedziałam, że tak właśnie w slangu lekarskim nazywana jest ciąża ektopowa, a prościej – pozamaciczna. Mój organizm był rozchwiany. Z jednej strony czułam się, jakbym była w ciąży, z drugiej – czułam ogromny niepokój i wiedziałam, że nie jest dobrze. Dwa tygodnie wcześniej, gdy zobaczyłam dwie kreski na teście, pomyślałam, że wszystko idzie według planu. Mamy już synka, 3-latka. Od września pójdzie do przedszkola, będę mogła odpocząć i cieszyć się kolejną nadchodzącą rodzicielską przygodą. W przeciągu tygodnia zdążyłam już zaplanować, gdzie postawimy łóżeczko, kiedy powiemy o tym rodzinie, i obliczyłam nawet przewidywany termin pojawienia się nowego życia na świecie.

Niestety sprawy bardzo szybko zaczęły się komplikować. Poziom hormonu Beta hCG nie przyrastał prawidłowo, a dwóch ginekologów nie było w stanie zlokalizować miejsca, w którym znajduje się ciąża. To były najtrudniejsze dwa tygodnie w naszym życiu. Pisząc „nasze”, mam na myśli mojego męża, który widział, w jakim strachu funkcjonuję, oraz synka, który na pewno czuł te wszystkie trudne emocje. Żyliśmy nadzieją, że może jednak wszystko skończy się lepiej niż myślimy. Przejrzałam chyba wszystkie artykuły i fora, więc wiedziałam, co może się wydarzyć. W końcu zostałam skierowana do szpitala, a ponieważ oddziały patologii ciąży w naszym dużym mieście były przepełnione lub przekształcone w Covidowe, wybraliśmy się do podmiejskiego szpitala z całkiem dobrymi opiniami. Cały mój pięciodniowy pobyt polegał na porannym badaniu, informacji, że nadal nigdzie nie widać ciąży i trzeba czekać do kolejnego USG.

Czułam ból po prawej stronie, który promieniował na całą nogę. Informując o tym fakcie lekarzy, słyszałam, że ciąża będzie raczej po lewej stronie, bo tam znajduje się ciałko żółte. Moje sygnały jako pacjentki były po prostu pomijane. Niestety także podczas obchodu musiałam usłyszeć od (wydawało mi się, że doświadczonej) pani doktor: czy już się wypłakałam, albo: po co te łzy, skoro wiedziałam od początku, że jest źle. Przyznam szczerze, że takie komentarze i fakt, że mój mąż nie mógł wejść i chociaż złapać mnie za rękę, nie pomagały w przetrwaniu tego czasu. Po trzech dniach poinformowano mnie, że najlepszą formą pomocy byłoby podanie mi tak zwanego metotreksatu. Niestety taka opcja istniała tylko w dwóch szpitalach, a póki co w żadnym z nich nie było dla mnie miejsca. Byłam pod opieką lekarzy, a jednak czułam się bezsilna i bałam się o swoje zdrowie, a nawet życie. Ciąża pozamaciczna może skutkować pęknięciem jajowodu i krwotokiem… Chyba nie muszę pisać, co mogłoby wydarzyć się dalej.

Dzięki temu, że znamy kapelana w jednym z większych szpitali w mieście, udało się załatwić dla mnie miejsce. Miałam po prostu szczęście, że moja rodzina wzięła sprawy w swoje ręce, a ojciec, który dowiedział się o mojej sytuacji, nie zawahał się pójść bezpośrednio do dyrektora szpitala. Czułam nadzieję, ale także złość, że miejsca w szpitalu można załatwić jedynie po znajomości…

W dniu przewiezienia mnie do innego szpitala zaczęłam czuć już naprawdę mocny ból. Zgłosiłam go pani doktor, która bez zerknięcia na mnie nawet kątem oka powiedziała: „To tym bardziej dobrze, że Panią przewożą”. Poczułam się wtedy jak niechciana osoba, ktoś, kogo lepiej, żeby tam nie było, bo tylko sprawia problemy. A byłam przecież w szpitalu, gdzie pomoc człowiekowi jest, a przynajmniej powinna być, nadrzędną wartością. Jadąc karetką, czułam nasilający się ból podbrzusza, a szczególnie prawej strony. Pod szpitalem nie było żadnych innych czekających karetek, więc bardzo szybko udało się przyjąć mnie na izbę. Tam sytuacja stała się dynamiczna. Odpowiadając po raz setny w przeciągu ostatnich tygodni na te same pytania, które dotyczyły poprzedniej ciąży, porodu itp., czułam, że zaraz nie wytrzymam z bólu. Lekarz po wejściu na izbę od razu popatrzył na mnie i wyczuł, że jest źle. Podczas USG usłyszałam to, czego obawiałam się przez cały ten czas: tu już wszystko pływa, ciąża po prawej stronie, pęknięty jajowód, jedziemy na salę operacyjną, szybko. To, co poczułam w tamtym momencie, to mieszanka tak skrajnych emocji, że ciężko to opisać. Z jednej strony pomyślałam: miałam rację, to była prawa strona, czemu mnie nie słuchali, z drugiej strony: co będzie teraz, muszę to przeżyć, mam wspaniałego męża, mam synka, jestem im potrzebna. Bardzo szybko przewieziono mnie na salę operacyjną. Cały ten czas mówiłam tylko, że się boję, że muszę żyć, że chcę jeszcze kiedyś być mamą. Wszyscy starali się mnie uspokoić, dać mi wsparcie, ale widziałam, że sprawa jest poważna i nie ma po prostu czasu. Zdążyłam jeszcze zadzwonić do męża.

Obudziłam się po operacji i poczułam wielką ulgę. Nie chciałam takiego zakończenia, ale przynajmniej już było po wszystkim. Przeżyłam. Dwa dni po operacji, na szpitalnym korytarzu spotkałam położną, która trzy lata wcześniej odbierała poród mojego synka. Usłyszałam od niej bardzo ważne słowa, których trzymam się do dziś: „Ciesz się, że żyjesz, nie płacz, zobaczysz, wszystko będzie dobrze”. Na tamten moment naprawdę dały mi siłę.

Kolejne tygodnie były jak emocjonalna huśtawka. Radość z bycia w domu z moją rodziną,  przy jednoczesnym żalu, że tak się stało. Musieliśmy dojść do siebie. Cała ta sytuacja dotyczyła naszej trójki: mnie, mojego męża i synka. Chciałabym to podkreślić, bo bardzo często na partnera spada rola tego, który musi dać radę i wspierać, podczas, gdy sam jest pokrzywdzony i cierpi.

Nie znam recepty, jak wzorowo radzić sobie z taką sytuacją, jak uporać się z trudnymi myślami, poczuciem straty. Jedyne, co chciałabym powiedzieć i przekazać kobietom, których doświadczenia były podobne do moich, to: bądź dla siebie łaskawa. Nie rób czegoś, co jest ponad twoje siły, nie musisz być dzielna. Nie patrz na to, co ktoś sobie pomyśli. Daj sobie pomóc. Dopiero po wizycie u psychologa zdałam sobie sprawę, że moja żałoba nie obejmuje jedynie straty możliwości bycia teraz w ciąży. Obejmuje ona także utratę narządu i prawie życia.

Chciałabym żyć w świecie, w którym temat ciąży i chęci posiadania dzieci byłby indywidualną i prywatną sprawą każdej osoby. Zadając pytania o to, kiedy ktoś ma zamiar powiększać swoją rodzinę, możemy nieświadomie naruszyć bardzo delikatne kwestie w życiu danego człowieka. Często nie wiemy, jaka historia kryje się w drugiej osobie. Nikt z nas nie spodziewa się, że przyjdzie mu się zmierzyć z trudnymi sytuacjami. Czasami zwykłe pytanie: „jak się czujesz?” jest cenniejsze niż milion górnolotnych słów i porad. Chciałabym, żeby kobiety potrafiły się wspierać. Żeby żadna z nas nie musiała nigdy słuchać komentarzy na temat przeżywanych przez siebie trudnych emocji. Nawiązuję tu oczywiście do lekarzy, położnych i innych służb medycznych pracujących w szpitalach. Chciałabym, żeby żadna kobieta nie czuła się gorsza z powodu swoich trudnych doświadczeń, żeby odkrywała wartość w samej sobie, a nie w ilości czy możliwości posiadania dzieci. Bycie mamą to wspaniała przygoda, ale nie jedyna. Czasami życie pisze nam inne scenariusze, chociaż zupełnie się tego nie spodziewamy.

Paulina Żabska

*

Listy do redakcji przysyłajcie na adres: paulina.filipowicz@ladnebebe.pl

 

Dodaj komentarz