rozmowa o macierzyństwie

O początkach

Rozmowa z Kasią Roj

O początkach

Bo w poczuciu wielu kobiet cała ulotność macierzyństwa tkwi właśnie w nich – w początkach. A te trwają krótko i są jednym z najsilniejszych doznań emocjonalnych znanych człowiekowi. O początkach rozmawiam z Katarzyną Roj, mamą półrocznej Kory.

Nie, to nie będzie rozmowa o trudach macierzyństwa, ani o towarzyszącym mu zmęczeniu. To opowieść o skupieniu się na chwili, docenieniu jej i czerpaniu z niej siły. Ale przede wszystkim o ogromnej radości i świętowaniu. Moja bohaterka to mądra i wrażliwa mama. Dlatego spotkanie z nią należy do najbardziej inspirujących i wzruszających rozmów o macierzyństwie, jakie miałam okazję kiedykolwiek przeprowadzić. Przejrzyjmy się w jej lustrze.

Zapraszam do rozmowy z Katarzyną Roj.

Kilka miesięcy temu urodziłaś córkę. Opowiedz, jak się czujesz jako mama? Jak przeżywasz to nowe doświadczenie?

Macierzyństwo ma strasznie wysoką amplitudę i wiele niebezpieczeństw, również natury językowej. Łatwo popaść w banał lub, co gorsza, w znane nam klisze, gdy przez zmęczenie nieuważnie dobieramy słowa. Na pytanie „jak jest” rzucam najczęściej odpowiedzi, jakby wypowiadane przez inną osobę. Gdzieś już je słyszałam i wtedy robi mi się głupio. Bo chciałoby się to wszystko opowiedzieć po swojemu. Najczęściej odpowiadam jednak, że „super” i co weselsze koleżanki mówią, że nie takiej odpowiedzi się spodziewały. Bo taki dzidziuś to jednak wysiłek.

Bo tak jest. A jednak tobie łatwo to przychodzi. Jak to możliwe?

My akurat bardzo szybko weszliśmy w tempo. Śpię wtedy, kiedy śpi Kora. Dużo spaceruję z chustą, bo dziecko noszone nie płacze. I ciągle się przytulamy, śmiejemy. Pamiętam, że na początku najbardziej uderzyła mnie ta cała powtarzalność czynności, do czego zupełnie nie byłam przyzwyczajona. Dosłownie zasypiałam nad przewijakiem, zmęczona i znudzona jednocześnie. Ale z każdym miesiącem życie z niemowlakiem nabiera tzw. nowych kolorów. Takie dziecko potrafi zmienić się przez noc i nabrać nieznanych wcześniej umiejętności.

Jednak cała ta nowa sytuacja powoduje, że swobodnie oddychasz i żyjesz pełnią piersią.

Bo to wielkie szczęście, gdy rolą rodzica jest tylko pielęgnacja i wspieranie w rozwoju. Można narzekać na nieprzespane noce czy frustracje swoje i dziecka, ale to nieuczciwe względem tych rodziców, którzy mają dzieci wymagające lub niepełnosprawne. Lub kilkoro dzieci. Takie rodzicielstwo ma wysoki, emocjonalny i fizyczny koszt. Gdy dziecko rozwija się prawidłowo, choćby w swoim tempie, to naprawdę można się życiowo wyluzować. I pozwolić sobie, żeby być szczęśliwym. Mnie w każdym razie to było bardzo potrzebne.

Czy to znaczy, że wcześniej trudniej było o tę swobodę, o to szczęście?

Chyba trudniej. Pracowałam dużo, przez co ulegałam olbrzymiemu rozproszeniu, czułam się bankrutem czasowym. Stałam się niespokojna i podejrzliwa. I nagle to fizyczne oddalenie mnie otrzeźwiło. Do tego pojawiła się na świecie dziewczynka, która wprowadziła do niego dużo radości. Czas dzięki temu zaczął inaczej przepływać. To taki nowy start, który matka może dzielić ze swoim dzieckiem. Rozbieg trwa krótko z perspektywy całego życia, bo tylko okres niemowlęcy. I jest to rodzaj święta, w którym świat zewnętrzny idzie ci raczej na rękę. Nic więc dziwnego, że zmienia się do niego stosunek i planuje życie od nowa. Podoba mi się taka perspektywa, bo w tym scenariuszu dziecko nie wypełnia luki, a bardziej staje się współtowarzyszem nowego etapu. Choć dla innych rodziców okres niemowlęcy może być tylko przerwą w życiowym dystansie. I to też jest ciekawe, że nie ma jednego scenariusza na rodzicielstwo.

 

 

Czym się w swoim macierzyństwie najbardziej rozsmakowujesz?

Naturalnością całej sytuacji. I tym, że największą satysfakcję mogę czerpać z korzystania z własnych zasobów. Dlatego też jestem oczarowana fenomenem laktacji i faktem, że jestem ssakiem. Wywalczyłam to w drugiej dobie szpitalnej, i od tamtej pory wszędzie i o każdej porze – to nasza dewiza. Jest to mądre, przyjemne i wygodne. Na razie spotykam się z bardzo sympatyczną reakcją otoczenia, pełną szacunku i ogólnego wsparcia. Matki, które to przeżyły, robią maślane oczy. Bo karmienie piersią to takie małe mindfulness i na tym polega ta przyjemność. I jeszcze jedno, jest za darmo. A mi najbardziej smakuje to, czego nie można kupić. Brzmi to górnolotnie, ale chodzi o bardzo proste rzeczy, jak czas, miłość, wyobraźnia, poczucie humoru. Małe, dobrze rozwijające się dziecko nie potrzebuje więcej. A produkcja własnego pokarmu wszystko jeszcze upraszcza.

Co jeszcze cię fascynuje?

Ta niesamowita ekonomia wymiany, o której wiedzą wszyscy rodzice. Rzeczy wędrują od domu do domu, co często nie jest diagnozą mizernego statusu społecznego, a raczej zrównoważoną konsumpcją. Jest to wielki przywilej wczesnego etapu macierzyństwa. Myślę, że proces socjalizacji dużo w tym namiesza, tymczasem staram się o tym nie myśleć. Znam rodziców, których nie stać na wakacje, więc zabierają swoje dzieci na biwak do lasu. Są dla mnie wielką inspiracją.

Masz raczej lekki stosunek do rzeczy, prawda?

Bo te, którymi się otaczamy, mają tajemniczy wpływ na naszą performatykę. Bardzo mnie to interesuje. Czytam właśnie Prawo dziecka do szacunku Janusza Korczaka, który już w 1928 roku podkreślał, że trzeba uważać, jak wprowadzamy rzeczy do życia dziecka: żebrak rozporządza do woli jałmużną, dziecko nic nie ma własnego, musi zdać sprawę z każdego otrzymanego za darmo do użytku przedmiotu. Nie wolno podrzeć, złamać, zabrudzić, nie wolno podarować, nie wolno odrzucić niechętnie. Ma przyjąć i być zadowolone. Wszystko w oznaczonym miejscu i czasie, rozważnie i zgodnie z przeznaczeniem. Może dlatego ceni bezwartościowe drobiazgi, które budzą zdziwione politowanie: rupiecie – jedyna naprawdę własność i bogactwo sznurka, pudełka, paciorków. Dużo myślimy o tym, czego i jak nauczyć nasze dzieci, a prawda jest taka, że możemy się uczyć o sobie nawzajem.

Cofnijmy się na chwilę. Opowiedz, jak wspominasz swoją ciążę i poród.

Ostatnie tygodnie spędziłam w szpitalu, co wspominam trochę jak dziewczyńską przygodę. Było nas sześć i byłyśmy poddawane codziennym rytuałom przeróżnych pomiarów i badań. Mieszało mi się w głowie Królestwo von Triera, Orange is the New Black i Uciekające kurczaki; widziałam w nas te przejęte kurki, które co jakiś czas próbują wywalczyć przestrzeń dla siebie i swoich indywidualnych potrzeb. Najdziwniejsze były noce, wtedy na nasz oddział docierały spazmatyczne krzyki rodzących. Leżałam w ciemności i słyszałam, jak w milczeniu wszystkie przełykamy ślinę. Tak poznałam uczucie trwogi, które jest czymś granicznym i niesamowitym, mieszanką strachu i ekscytacji.

Pomimo silnej motywacji, ciąża zakończyła się cesarskim cięciem. Na początku nie miało to dla mnie znaczenia, potem bardzo żałowałam, że nie udało mi się pozyskać tego doświadczenia. Pamiętam strach związany z utratą kontroli nad swoim ciałem i jego bezwładność. Leżałam w sali wyłożonej szmaragdowymi kaflami i widziałam zniekształcony obraz całego procesu w srebrnej lampie, która wisiała nad stołem. No i wtedy ten krzyk. Nigdy nie przeżyłam niczego mocniej jak w tamtej chwili.

A dziś, jakie emocje wracają do ciebie, kiedy myślisz o dopiero co urodzonej córeczce?

Często myślę, co działo się z moim dzieckiem, gdy spałam po operacji. Łudziłam się, że ktoś je tulił w moim imieniu, ale szybko pozbyłam się złudzeń, gdy po nocy trafiłam na neonatologię i na własne życzenie poddałam się przyspieszonemu tzw. uruchomieniu. Znów sześć kobiet plus dzieci. Znów krzyki, tym razem noworodków w salce obok, takiej przechowalni, do której trafiają dzieci po urodzeniu. Czasem tam zaglądałam i kładłam rękę na obcych dzieciach. Od razu się uspokajały. Nie wiem, czy tak można, ale dla mnie pociechą jest myśl, że inna matka w ten sposób uspokajała moje. I naprawdę nie rozumiem, dlaczego w takich sytuacjach inicjatywy nie mogą przejąć ojcowie albo inne wskazane osoby. I nie mówię o kangurowaniu, które szczęśliwie jest coraz częściej standardem. Ale właśnie o opiece nad noworodkiem w pierwszych godzinach po cesarskim cięciu. Tak samo nie rozumiem, dlaczego ojcowie byli wypraszani podczas obchodów pediatrycznych, bo rozumiem, że wypraszano ich na czas ginekologicznych. Ale tym gestem odmawia się im informacji o zdrowiu ich dziecka. A w szpitalu widziałam mężczyzn bardzo zaangażowanych, wspierających i bardzo garnących się do opieki nad dzieckiem.

No właśnie, ojcowie. Jak w tym nowym świecie odnajduje się tata Kory, Karol?

Naturalnie. Dla nas paradygmat rodzicielstwa bliskości nie był kwestią wyboru odpowiedniej metody wychowawczej, ale konsekwencją tego, jaki potencjał w sobie dostrzegliśmy. Na pewno oboje się zmieniliśmy, bo wcześniej byliśmy bardzo rozrywkową parą. Ale wciąż ciężko nam to ocenić, bo jesteśmy pod tym niemowlęcym kloszem. Zmianę odczujemy silniej, gdy będziemy musieli zmierzyć się z rzeczywistością na zewnątrz. Myślę, że Karol jest nawet lepszym ojcem niż mężem. Podobno mężczyźni łatwiej budują emocjonalną relację z dzieckiem niż z kobietami. Pewnie dlatego, że nie czują się zakładnikami dziecięcych emocji. Dzieci rozwijają empatię i to rzutuje na relacje w ogóle, dlatego dla wszystkich par jest szansa.

 

 

Jaką jesteście rodziną?

Chciałabym, żeby nasza córka widziała w nas nie tylko rodziców, ale też parę. Cieszącą się swoją obecnością, ale też umiejącą rozwiązywać konflikty między sobą. Moja przyjaciółka powiedziała mi ostatnio, że z dzieciństwa pamięta kłócących się rodziców, ale nigdy godzących się. Wzięłam to sobie do serca. Patrzę na rodziny wokół mnie i widzę, że szczęśliwe to te, w których każdy czuje swoją rolę i jej wartość. To wielki cywilizacyjny sukces, że mężczyźni zaczęli angażować się w bieżące życie swoich rodzin. Na co dzień widzę, ile satysfakcji mężczyźnie daje świadome ojcostwo.

Chciałabym zapytać cię jeszcze o kwestię wsparcie. Mamy małych dzieci bardzo go potrzebują. Moje doświadczenie pokazało, że dla każdego wsparcie może oznaczać coś innego. Jak ty rozumiesz to pojęcie?

Dostrzegłam, że na każdym etapie oznacza dla mnie co innego. W pierwszych dniach była to fizyczna pomoc, gdy każdy ruch krępował ból. Potem potrzebowałam raczej akceptacji. Szukałam ciągłego potwierdzenia, że jestem dobra i potrafię najlepiej zająć się swoim dzieckiem. To jedno z tych niebezpieczeństw, o których mówiłam na wstępie. Bo od matki oczekuje się, że będzie do wszystkich czynności zaprogramowana. Tymczasem kobiety potrzebują wzmocnienia. Tu pięknie można wytłumaczyć, na czym polega partnerstwo, a nawet równouprawnienie. Nie dzielimy się obowiązkami na pół, ale je dywersyfikujemy. Rolą partnera, moim zdaniem, nie jest powtarzanie tych samych czynności, które wykonuje matka, ale wspieranie jej w taki sposób, by mogła je wykonywać i czerpać z tego satysfakcję.

Czyja pomoc i życzliwość najbardziej cię zaskoczyła?

Na pewno zaskoczeniem było dla mnie to, jak przyjęli nas sąsiedzi. Nie spodziewałam się takiego wsparcia właśnie od nich. Potrawy, wypieki, prezenty dla małej – można powiedzieć, że niemal cały blok świętował z nami. Wcześniej nie znałam ich za dobrze. Teraz, gdy dużo czasu spędzamy w domu i okolicy, zawiązuję życie sąsiedzkie. Mamy tu znajomych, którzy są miejskimi piechurami i pokazują nam ścieżki, których wcześniej nie znaliśmy, a mieszkamy tu od kilku lat. Poznajemy okolicę właściwie od nowa. I znów powraca temat własnych zasobów. Bo okazuje się, że interesującego życia szukałam wszędzie, tylko nie wokół siebie.

Wszyscy znamy z kolei tych, którzy poprawiają sobie samopoczucie kosztem innych i próbują wciągnąć nas w spiralę porównań. Najczęściej uciekam od tych rodziców, co wiedzą wszystko najlepiej i są niewolnikami obranej przez siebie metody. Jest mi takich ludzi zwyczajnie żal, bo mam wrażenie, że nigdy nie zrozumieli dobrze siebie i nie są też ciekawi własnego dziecka. Możliwe też, że w życiu nie otrzymali należytego wsparcia i dlatego empatię zastępują metodą.

 

Odkąd zostałam mamą moje relacje z kobietami bardzo się zmieniły. Dzięki nim poczułam się kompletna. Jaki jest twój dialog z mamami i kobietami w ogóle?

Często wspominam naszą magiczną rozmowę na dziedzińcu UFF, knajpy do której udałyśmy się po wernisażu Print Control (Kasia Roj była wtedy w 30. tyg. ciąży – przyp.red.). Zaczarowałaś mnie wtedy i na tym rejestrze utrzymuję się ciągle, dlatego tak ucieszyłam się z twojego zaproszenia. Intymne rozmowy kobiet mają w sobie siłę i coś w rodzaju tajemnicy, przekazywanej sobie z ust do ust, pokolenie do pokolenia. Ja też czuję, że bliżej mi teraz do kobiet, potrafię prawdziwie docenić je i zrozumieć. Mam szczęście otaczać się wspaniałymi matkami, od których mogłam się wiele nauczyć. Wśród nich są nasze matki, moja siostra, najbliższa przyjaciółka. Bardzo dużo wsparcia otrzymałam od moich koleżanek z pracy lub kobiet, które wokół niej orbitują, od artystek, krytyczek sztuki, projektantek. To jest bardzo ciekawe środowisko; życiowe postawy tych kobiet i ich wybory mogą ośmielić i pomóc wyłamać się życiowej sztampie. Wśród ważnych dla mnie kobiet jest też oczywiście ta, od której moja córka wzięła imię. Była znaną wrocławską neurolożką, przepiękną i bardzo mądrą. Swoją diagnozę rozpoczynała od spojrzenia pacjentowi w oczy, a na jego organizm patrzyła całościowo. Miała w sobie olbrzymią uważność, która od początku bardzo mi imponowała. I pomimo wieku, dziewczęcość. Później dowiedziałam się, że Kora w języku greckim znaczy „dziewczę”.

Ostatnie wydarzenia w kraju pokazały, że w kobiecej solidarności tkwi olbrzymi potencjał. Również polityczny. Kobiety nabrały zasłużonej pewności siebie, wynikającej z poczucia własnej wartości. Więc po chwili zastanowienia myślę, że to nie macierzyństwo zmieniło coś we mnie, a rozwijająca się kobieca duma, której bycie matką jest tylko częścią.

Rozmawiałyśmy kiedyś o szczególnej roli snu. Ja podchodzę do tematu praktycznie – bez snu trudno mi się funkcjonuje. Ale też lubię to odcięcie i zapadnięcie się w sobie. Ty postrzegasz sen niemal metafizycznie. Opowiedz o tym coś więcej.

Nie wiem czy metafizycznie, ale na pewno bardzo poważnie. Kolekcjonuję wiedzę o praktykach i zwyczajach związanych ze snem, nie tylko ludzkich. Sama zawsze lubiłam spać i czerpałam dużo satysfakcji z przesypiania części swojego życia. W śnie zawsze czułam się bezpiecznie, do tego stopnia, że jako dziecko w ten sposób uciekałam od odpowiedzialności. Popołudniowa drzemka najczęściej oznaczała, że coś przeskrobałam. Nudę i złą passę też zawsze staram się przespać. To zdrowy i darmowy haj, będący jednocześnie wartościową informacją o nas samych i naszych tęsknotach. To też jedyny moment, w którym jestem sama dla siebie. Ja też lubię to odcięcie i zapadnięcie się w sobie. Czytam teraz starą książkę Sen napisaną przez Werę Sztabową. Radzieccy naukowcy z lat sześćdziesiątych szukali takiego rozwiązania dla snu, w którym człowiek bardzo szybko by się regenerował. Pracowali między innymi nad prototypem łóżka, w którym głowa miałaby pewne oparcie, a całe ciało zanurzone byłoby w ciepłej wodzie. Śpiący mógłby odpoczywać nie odczuwając ciężaru własnego ciała, uwolnionego od działania grawitacji. Eksperymentatorzy uważali, że odpoczynek w tych warunkach mógłby być niezwykle intensywny, przez co czas snu mógłby być radykalnie skrócony. Chodziło o zwiększenie wydajności ludzkiej pracy, choć byłoby to idealne rozwiązanie dla młodych rodziców. Takich eksperymentów jest dziś oczywiście znacznie więcej, co pokazuje, że wielogodzinny sen jest po prostu rodzajem nowego luksusu.

Jak widzisz swoją rodzinę za kilka lat?

Bardzo trudne pytanie dla kogoś, kto nie żyje zgodnie z listą marzeń i założonymi celami. Ale na pewno chciałabym, żebyśmy tworzyli całość i jednocześnie rozwijali się jako indywidualności. Żebyśmy wspierali się w realizacji swoich potrzeb i fantazji, i czuli się bezpiecznie. Myślę, że to jest największa wartość rodziny, bezpieczeństwo. Często kojarzone jest z nudą, choć tak naprawdę to największy gwarant dobrej zabawy.

Nie potrafię wyobrazić sobie twarzy mojej córki za kilka lat, co jest chyba powszechnym zjawiskiem. Ale pewnie jak na nią za kilka lat spojrzę, będę potrafiła wciąż dostrzec w niej tego niemowlaka, z którym teraz żyję. Podobnie jest z przyszłością. Gdy staram się ją sobie wyobrazić, wychodzi mi projekcja moich bieżących potrzeb. Taka alternatywna teraźniejszość. Mam więc nadzieję, że przyszłość pozytywnie mnie zaskoczy. Jestem ciekawa też, czy pojawi się w niej kolejne dziecko. Na razie wydaje mi się, że nie jest możliwe, by podzielić swą uwagę, miłość, siłę. I ten rodzaj intymności, który udało się wytworzyć z Korą. Z drugiej strony wiem, jak dużo daje mi relacją, którą mam z siostrą. I żal byłoby nie dać dziecku możliwości takiego doświadczenia.

Czy masz jakieś obawy dotyczące przyszłości?

Chciałabym, żeby czas, w którym teraz się znajdujemy, trwał jak najdłużej. Boję się, że wszystko minie zbyt szybko i nie zdążę się tym nacieszyć. Staram się jednak, by strach, ze względu na jego niszczycielską moc, nie był częścią mojej codzienności. Choć mówią, że jest nieodłącznym elementem każdego rodzicielstwa. Obawiam się, że jak każda matka, będę musiała nauczyć się z nim żyć.

 

 

Rozmawiała: Bożena Kowalkowska

Zdjęcia: Kasia Kaleta*

*Kasia Kaleta jest zaprzyjaźnioną sąsiadką bohaterki wywiadu. Jej zdjęcia są zapisem ich nowej, zbudowanej relacji.

 

Katarzyna Roj

Absolwentka Filozofii i Historii Sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego, kuratorka wystaw, autorka wielu tekstów poświęconych współczesnej kulturze materialnej i redaktorka publikacji związanych z designem. Odpowiedzialna jest za program galerii Dizajn BWA Wrocław, w którym stawia na eksperyment, budowanie relacji i refleksję o ludzkich potrzebach.