Nowe rozdanie

Trzy rozmowy na jeden temat

Samia wyciągnęła na ten rok dwie karty Tarota, są jej wskazówką. Małgosia odbudowuje dom, poprzedni spłonął wraz ze wszystkim, co miała. Rzeczy okazały się nieważne. Jadzia jest na Florydzie. Po trudnej operacji dzielnie stawia pierwsze kroki.

Masz w życiu dużo szczęścia, kiedy możesz zacząć od nowa, bo chcesz. Scenariusze są jednak różne. Czasem nowe rozdanie wydarza się, mimo że wcale tego nie planowaliśmy. W styczniowym trójgłosie, jak zwykle w tym cyklu, historie są różne. Punkty wyjścia do siebie nie przystają, ale puenty są blisko. Miłej lektury.

*

Małgosia jest fizjoterapeutką od spraw kobiecych, miłośniczką gór, natury i aktywności w terenie. Prowadzi blog Górska Mama, organizuje akcję Mamy w Góry!, pomaga kobietom w powrocie do zdrowotnego dobrostanu i zachęca mamy do górskich wypadów z dziećmi. Mieszka razem z trzyletnią córką Gają i mężem w Bielsku-Białej, gdzie przeniosła się, by być bliżej gór. Kilka tygodni temu stracili w pożarze dom. Jak się wstaje po takim doświadczeniu? 

Nagle zniknął wasz dom, wasze miejsce. Pomyślałam, że to takie wydarzenie, po którym trudno hamuje się towarzyszące mu emocje, a obok jest małe dziecko i trzeba być w formie do działania. Jak się czujesz? 

Myślę, że każdy w różnych momentach życia ma jakieś sprawy, miejsca, ludzi, którzy tworzą jego constans. Taką stałą najczęściej jest dom w szerokim tego słowa znaczeniu. To bezpieczne miejsce, do którego można wrócić, i ludzie, którzy dają temu miejscu energię, ale dla mnie to też azyl i niemal świątynia. Odbudowuję się w nim po wyprawach, po długim dniu w pracy, w chorobie i gorszych chwilach. I zapraszam drogie mi osoby, które mając dostęp do mojego domu, w pewnym sensie mają go także do mojego życia. Informacja o pożarze dosięgła mnie, kiedy byłam na drugim końcu Polski. Nie wierzyłam, że to możliwe, przecież pół godziny przed tym zdarzeniem rozmawiałam z mężem i córką przez telefon. Wszystko było wtedy w porządku. Zazwyczaj nie tracę panowania nad sobą, ale dwie wiadomości: „mieliśmy pożar” i „jesteśmy cali” spowodowały, że najpierw zapadłam się w sobie z szoku, a potem rozedrgałam, chcąc jakoś działać, połączyć się, choć w moim położeniu było to niemożliwe.

Dzieliło was kilka godzin jazdy.

Potrzeba kontroli sytuacji na miejscu, a zarazem jej niemożność były dla mnie frustrujące. To były długie godziny, ale też szok, z którego nie zdawałam sobie sprawy. Koncentracja na tym, aby zorganizować podstawy na ten i kolejne dni trzymała mnie w napięciu i pozwalała na normalne funkcjonowanie. Na poziomie świadomym dobrze radziłam sobie z sytuacją, byłam racjonalna, spokojna. Na poziomie ciała byłam osłupiała. Przez tydzień nic nie przechodziło mi przez usta, nie byłam w stanie normalnie jeść. Grzegorz, mój mąż, miał tak samo. To jest niesamowite uczucie, kiedy tracisz bazę, ale jednak zdajesz sobie sprawę, że masz wszystko, bo nikomu nic się nie stało, wszyscy są zdrowi i w całym zamieszaniu możesz omijać szpital. Na tym się skupiliśmy. Straciliśmy dom, ale wciąż byliśmy my jako rodzina i to, co robimy na co dzień. Chcieliśmy normalnie pracować i zależało nam, żeby Gaja miała swój codzienny rytm przedszkolny. Jestem pewna, że między innymi to nam dało poczucie normalności w tym chaosie, choć odbiło się później. Tzw. normalność, czyli choćby wyprasowana koszula, bycie wyspanym czy też działającym na takim poziomie jak zazwyczaj wymagało ogromnej ilości energii. Inne filary naszej równowagi to wspaniali ludzie, z których życzliwej obecności i wsparcia nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Gaja nosi w sobie tamto zdarzenie?

Pierwsze dni były trudne, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że Gaja utożsamia się tak bardzo z tym mieszkaniem. W dzień ignorowała rozmowy i pytania, nie rozmawiała z nami, ale nocami płakała, uderzając głową w ścianę, bijąc pościel, nas i krzycząc, że „nie ma domu”. Dookoła skarżyła się, że straciła swoje miejsce. Z nami stała się nierozłączna i nie odstępuje nas na krok. Ósma rano w niedzielę, tańce w piżamach, muzyka, śmiech – kto się spodziewa pożaru o tej porze? Gai zachciało się pić, poszła do kuchni po kubek i przybiegła do mojego męża przerażona, mówiąc o trzaskach w garderobie. To ona zaalarmowała tatę i dzięki niej Grzegorz od razu reagował. Wszystko działo się na ich oczach, w zawrotnym tempie. Gaśnica oraz inne domowe sposoby nie pomogły, podczas gdy już czekali na straż pożarną. Nie można było ryzykować dłużej. Mąż wziął Gaję na ręce i wyszli z domu tak, jak stali. Na ulicy obcy ludzie okryli moją córkę kocem, wzięli do siebie na śniadanie, ubrali, przytulili, zaopiekowali się jak swoim dzieckiem. Początek pożaru, czekanie w bezpiecznym miejscu, leżąc bez ruchu na podłodze, podczas gdy Grzegorz podejmował próby zagaszenia i ewakuacja – to dużo przeżyć dla trzylatki. Przez pierwsze tygodnie tułaliśmy się nieco i przedefiniowaliśmy wtedy dla niej pojęcie domu. Dom to my. Dom to rodzina. Tam, gdzie jesteśmy, jest nasz Dom. Dzisiaj tu, jutro tam, ale ważne, że razem. Jesteśmy nomadami, mamy dach nad głową, ale zmieniamy teraz często adres. „Nomadami? Dobra” – odpowiedziała Gaja. Te dni osłodziły jej też prezenty, które napływały od serdecznych osób, i stworzyły klimat Świąt już w listopadzie. Ta huśtawka emocjonalna dopiero teraz powoli się wycisza.

Czasem nie mamy świadomości, jak coś jest dla nas ważne. Zaskoczyło cię poczucie straty po czymś, co spłonęło? 

Straciliśmy sporo wartościowych rzeczy, ale nie mieliśmy w ogóle poczucia, że to tragedia. Sprzęt można odbudować, zdrowie już nie zawsze. Kiedy przypominało mi się coś, co miało dla mnie znaczenie, sentymentalną wartość, jak zdjęcia i skarby z dzieciństwa, pamiątki z podróży, skrzynka pamięci, którą stworzyłam dla Gai tuż po jej narodzinach, czy rzeczy, które pozostawały od pokoleń w naszej rodzinie, jak książki po prababci – puszczałam szybko te małe smutki. To już nie wróci. Ale zachowały się drewniane narty, robione przez mojego dziadka! Czasem chcę zaoferować komuś, że coś mu dam, pożyczę, po czym przypomina mi się, że już tego nie mam. To jest zabawne uczucie. Cieszę się, że nasze rzeczy krążyły, miały drugie i trzecie życie, żałuję, że nie było ich więcej! Oczywiście są też rzeczy, które ułatwiają realizację tego, co nas cieszy, ładuje akumulatory. Góry to nasz drugi dom i eksplorowaliśmy je na wiele sposobów, od chodzenia i biwaków, także z Gają, przez wspinanie, jazdę na rowerze, bieganie, alpinizm, skitouring czy latanie. Teraz od zera musimy uzupełnić zasoby sprzętowe. Z drugiej strony okazało się, że na co dzień wiele rzeczy nie jest potrzebnych i staram się uważnie uzupełniać te braki, aby nie utonąć w zbędnych sprzętach. Ten podróżny minimalizm, jaki teraz zachowujemy, daje dużo lekkości także w innych obszarach. Będziemy o to dbać.

W jakimś sensie zaczynacie od nowa, na jakim etapie jesteście? 

Dzień po pożarze mój mąż podsumował to wszystko, mówiąc „nowe rozdanie”. Tak w pewnym sensie jest. Niemal czysta plansza, budujemy od nowa. Z inną świadomością niż kilka lat temu. Taki twardy reset zmusza do natychmiastowego zadania sobie kilku pytań: co jest dla mnie ważne w życiu? Czego mi teraz potrzeba? Jak chcę, żeby to życie wyglądało? Czemu nie poświęcałam dość uwagi? Zadawaliśmy sobie te pytania wcześniej, ale zawsze było to poczucie, że mamy czas na zmianę, że można sobie na chwilę odpuścić. Problem w tym, że to poczucie jest złudne. Życie dzieje się dzisiaj. Przez chwilę po pożarze czułam niechęć do naszego domu. Chciałam się go pozbyć jak najszybciej, nie oglądać, zapomnieć. Kiedy emocje opadły, zgodnie stwierdziliśmy, że to miejsce bardzo nam pasowało, a przede wszystkim tęskniła do niego Gaja. Po konsultacjach z różnymi fachowcami postanowiliśmy się podjąć totalnego remontu. Spróbujemy pokazać Gai, że da się odbudować. Działamy tyle, ile można teraz. Jeszcze wychodzi z nas potworne zmęczenie i skutki stresu. Spokoju szukamy w górach.

Ludzie po trudnych doświadczeniach często mówią o tym, że znaleźli w nich jakąś wartość, która nadaje inne znaczenie ich życiu. Inni widzą niesprawiedliwość, z którą trudno im się pogodzić. Gdzie ty jesteś?

Każda trudna sytuacja stwarza okazję do sprawdzenia się. Jakim człowiekiem jestem? Jak reaguję i co warto ratować w kryzysie? Zawsze twierdziłam, że Polak podniesie się nawet z popiołów, właśnie to sprawdzamy. Takie wydarzenia weryfikują też wszystkie relacje. Chciałam podziękować wszystkim, którzy nas wsparli w tym najtrudniejszym czasie. Dosłownie ubrali, nakarmili, ugościli. To, jak dużo pomocy nam zaoferowano, nie przestaje mnie wzruszać. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, ile dobrych osób nas otacza. To jest tak budujące, poruszające do głębi i niesamowite, że mimo wszystko jestem wdzięczna, że mogliśmy się o tym przekonać. Wiele osób mówiło nam, że było to dla nich otrzeźwiające doświadczenie: „skoro nawet wam się to przytrafiło”. Odwołam się do słów Olgi Tokarczuk: „Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu. Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości”. Ta czułość odbija się i u nas, daje napęd do działania w tym czasie transformacji. Wydarzyło się coś większego od nas. Ludzie mają wielką siłę, podając rękę. Nasz spokój wynika w dużej mierze z tego, że nie jesteśmy sami. Czujemy to. Straciliśmy to, co materialne, ale dostaliśmy o wiele więcej. To zaszczyt być częścią tak troskliwej społeczności. Dzisiaj cieszymy się, że możemy się do siebie jako rodzina w komplecie przytulić. Resztę odbudujemy. Ostatecznie liczą się tylko ludzie, nie rzeczy. Zawsze to wiedzieliśmy, nie będziemy mieć wątpliwości, kiedy będzie trzeba decydować.

O jakim domu dla was marzysz? 

Marzę o ciepłym, przytulnym miejscu, i takie chcemy stworzyć. Mamy okazję do zmian, jakie nie były możliwe wcześniej – po skuciu wszystkiego przez ekipę remontową, spadły nawet ściany. Startujemy więc ze stanu mniej niż deweloperskiego. Czy to nie jest świetna szansa? Za jakiś czas znowu wpadniemy do naszego Domu późnym wieczorem, zmęczeni po kolejnej podróży, rzucimy nierozpakowane plecaki w kąt i zaśniemy od razu, bo dobre miejsce daje takie poczucie komfortu i bezpieczeństwa, że niemal otula jak ciepłą kołderką. Ale to może być gdziekolwiek. Byle w naszym silnym składzie!

*

Jadzia ma cztery lata i chce stanąć na równe nogi. Żeby to było możliwe, musi przechodzi przez bolesne operacje, a po nich dzielnie ćwiczy. Strach przed pierwszym krokiem na zoperowanej nodze? Pokonany z sukcesem. Niechęć do ciężkiej ortezy? Walka trwa. Ta dziewczynka ma siłę. Jej rodzina też! O tym, jak intensywnie zaczęli ten rok, opowiada nam mama przyszłej baletnicy, Joanna. 

Rok zaczynacie na Florydzie, ale wasz wyjazd nie ma nic wspólnego z noworocznym wypoczynkiem. Opowiedz proszę, dlaczego tam jesteście. 

W 4 urodziny naszej młodszej córki Jadzi zabraliśmy najbardziej potrzebne rzeczy i ruszyliśmy w podróż, która ma dla nas wiele wymiarów i znaczeń. Będzie trwała bardzo długo, co najmniej 4 miesiące, ale jej rezultaty zostaną z nami już przez całe życie nasze i naszych dzieci. Podczas tej podróży noga Jadzi zostanie wydłużona o 5 cm z brakujących na dziś ponad 7 cm.

To nasza druga wizyta w USA w tym celu. Rok temu przylecieliśmy do West Palm Beach, aby przejść najbardziej skomplikowaną, z koniecznych w naszym przypadku, operacji zwaną SUPER LEG. Podczas jednej operacji Jadzia miała poprawione biodro, kolano i kostkę. Celem tegorocznej operacji było usunięcie „hardware” i zamontowanie gwoździa wewnątrz nogi wraz z czujnikiem, który będzie bezinwazyjnie, bez aparatu przebijającego skórę, wydłużał kość. Takie rozwiązanie jest stosowne w medycynie estetycznej m.in. w Chinach, gdzie podczas jednego procesu wydłużania można uzyskać do 10 cm wzrostu na obu nogach jednoczenie! Taaak! Ludzie robią to, bo chcą być wysocy.

Dzieci też były operowane w ten sposób?

W ubiegłym roku wiedzieliśmy kilkoro dzieci w wieku 9 lat, u których także zastosowano tę samą metodę – jednak dochodziło do łamania kości. Aby zapobiec temu i móc operować tak małe dzieci jak Jadzia, wymyślono sposób – zamiast wkładać aparat do kości, montuje się go na niej. Po zamontowaniu tego sprzętu przecięto kość i pod skórą zamontowano czujnik reagujący na impuls elektromagnetyczny, który w odpowiednich odstępach czasu będzie rozsuwał kość udową, dawał czas na nadbudowania tkanek i trzymał wszytko w odpowiedniej pozycji. Tym sposobem 3 razy dziennie otwieramy naszą wielką skrzynię, szukamy czujnika – jest zaznaczony na skórze – tak! Tak po prostu, przykładamy do niego wielki ster i włączamy go na 1,5 minuty. W tym czasie rozsuwamy kości o 0,25 mm – po trzech sesjach dobowo daje nam to 0,75 mm!

Aby osiągnąć wymarzone 5 cm, potrzebujemy koło 67 dni. 27 marca będziemy celebrować jak szaleni!

Jak Jadzia znosi te sesje?

Podczas takiej sesji leży spokojna i nic nie czuje. Zupełnie nic! Po każdej takiej leżance robimy ćwiczenia, aby rozciągać mięśnie. Kluczowa będzie rehabilitacja. Zatem, tak jak już mówiłam na początku, efekty tej wyprawy zostaną z nami na całe życie.

Jej droga do sprawności jest długa i bolesna. Mając tak trudne doświadczenia, można pozostać czterolatką, czy to raczej przyspiesza dorastanie? 

Jadzia już w momencie pojawienia się na świecie zahipnotyzowała wszystkich na sali swoimi oczami. Wiele razy mówiono mi, że jest to „stara dusza” i chyba coś jest na rzeczy, bo znacznie odbiega od tego, jak myślą i zachowują się jej rówieśnicy. Zapewne doświadczenia, przez jakie musi przechodzić, budują jej osobowość, hart ducha, a w połączeniu z jej uporem to mieszanka wybuchowa. Zadziwia nas jej świadomość tego, co ją otacza, rozumienie celowości każdej z procedur, jakim jest poddawana, i ogromne zaufanie, jakie do nas ma, choć musieliśmy na nie zasłużyć. Podczas pierwszej operacji i 6 tygodniach w gipsie od pasa w dół wiele razy mówiła „Mamo, ale obiecywałaś, że będzie inaczej… Mamo, wytłumacz, dlaczego muszę teraz z tym leżeć tak długo”.

To właśnie w tamtym momencie podjęłam decyzję o całkowitej szczerości i transparentności z trzylatką. Wiele opracowań mówi o tym, że mózgi dzieci maja takie same możliwości przetwarzania informacji, pojemność znacznie większą niż my dorośli, wiec dlaczego z tego nie skorzystać? Takie świadome i dorosłe traktowanie Jadzi przyniosło wyłącznie dobre rezultaty. Znacznie łatwiej jest ją do czegokolwiek przekonać, nawet jeśli coś będzie bolało.

Jak to będzie, kiedy Jadzia stanie już na równych nogach? 

Jak to mówi dziewięcioletnia siostra Jadzi, Helena: „Będzie mogła tańczyć, biegać i nie będzie się denerwować, że wszystko to musi robić w bucie, który waży tyle, ile jej cała noga. I „dzieci nie będą się nią tak zaciekawiały”, to chyba mówi wszystko.

Trudno mi sobie wyobrazić tę chwilę, czasem nawet łapię się na tym, że całkiem zdrowe dzieci biegające na boso wyglądają dla mnie jakoś nienaturalnie… (śmiech). Nie chcę sobie tego wyobrażać teraz, będę cierpliwie czekać.

Joanno, wiem, że walka o zdrowie córki pokazała ci nową ścieżkę, w której chcesz się realizować – postanowiłaś pomagać innym rodzicom, opowiedz o tym proszę. 

Już pierwsza zbiórka dla Jadzi udowodniła mi, że proszenie o pieniądze jest strasznie trudne. Zdecydowaliśmy się przyjąć pozytywny ton w każdym naszym poście, treści zbiorki i w każdej akcji, jaką organizowaliśmy. Połączyliśmy dwa hasła, które słychać w naszym domu każdego dnia: Jadzi „Mogę wszytko” i moje: „Siła jest kobietą”, i tak powstał bardzo silny kierunek, w jakim poszła nasza komunikacja. Na naszym FB i Insta trudno zobaczyć Jadzię, która jest biednym dzieckiem potrzebującym pomocy. Przeciwnie – potrafi, pomimo krótszej nogi, jeździć na koniu czy tańczyć w szkole baletowej jako pierwsza niepełnosprawna dziewczynka. Nie chcemy, aby kiedykolwiek, jak dorośnie, trafiła na teksty czy zdjęcia, które zakwestionują to, że może wszytko. Taką zbiórkę prowadzi się ciężej, ale ludzie, którzy trafiają na nasze strony, zostają z nami już cały czas. Śledzą nasze poczynania, piszą setki wiadomości i dopingują.

Doradzamy innym rodzicom w podobnej sytuacji. Zrobiłam szkolenie dla rodziców, którzy zbiórkują, i pokazałam im, jak dzięki takiemu przekazowi można zaangażować media i ludzi z pierwszych stron gazet. Można zbiórkować z godnością – tak, mówię tutaj o godności, bo prowadzenie zbiorki, czy chcesz czy nie chcesz, z niej odziera. Musisz wyhodować pancerz, aby nie reagować na pytania: „Ciągle żebrzesz? Dlaczego nie wyprzedasz tego, co masz, skoro brakuje ci na operację?”. Mamy jeszcze drugie dziecko, które pod żadnym pozorem nie powinno mieć gorzej dlatego, że prowadzimy zbiórkę i ratujemy to drugie. Tak urodził się pomysł doradztwa rodzicom, wymyślania im kampanii, co i jak należy pisać, jak robić filmy, zdjęcia w social mediach.

Zajęłaś się też godnością małych pacjentów. 

Mały pacjent w Polsce nie jest traktowany jak dorosły. Tutaj ciągle pobieramy krew – „Niech pani trzyma, ja to zrobię szybko, ona i tak nie będzie pamiętać”, albo – na zdjęciu RTG: „Teraz nie możesz się poruszyć, to zabronione!”.

Nasze doświadczenia w szpitalu w USA pokazały, że małym pacjentem można zajmować się inaczej i nie potrzeba na to setek tysięcy złotych. Potrzeba tylko używać właściwego języka, kilku zabawek i kredki, aby wytłumaczyć, co się będzie działo. Dzieci, które są spokojniejsze, dochodzą do siebie po operacji znacznie szybciej, proces leczenia trwa 3 razy szybciej. Wszystko zaczyna się w głowie!

Opowiedz o twojej fundacji.

Przed wylotem założyłam wraz z mamą chrzestną Jadzi fundację, której nazwa mówi sama za siebie: Fundacja Dignify! Ma ona przywracać godność małego pacjenta, jego rodziców, rodzeństwa i innych członków rodziny. Chcemy stworzyć nową jakość opieki nad chorymi i ich rodzinami, pełną empatii, szacunku, godności i uważności na potrzeby emocjonalne jako wsparcie procesu leczenia. W naszym kraju mało kto zajmuje się np. mamą, która dowiaduje się, że musi porzucić pracę, bo jej dwuletnie dziecko zachorowało na cukrzycę, a w jej miejscowości nie ma żłobka, który zapewniłby pomiary cukru co kilka godzin.

Jurek Owsiak robi wspaniałą robotę, organizując sprzęty do ratowania dzieci i dorosłych, my chcemy dać umiejętności tym, którzy rozmawiają, tłumaczą i przytulają nasze dzieci w tych trudnych chwilach. Nie zawsze są to tylko lekarze i pielęgniarki, najczęściej jesteście to wy, najwspanialsi rodzice świata. Nasza strona www to: projectdignify.com. Mówimy o tym jako o projekcie, bo zaangażować powinno się więcej stron, nie tylko lekarz i rodzic. Potrzebujemy tutaj firm, marek, innych fundacji, instytutów badawczych, form szkoleniowych, bo pracy jest dużo. Bądźcie z nami, obserwujcie, bo za chwilę startujemy z nową stroną, komunikacją i dużą kampanią. A jeśli chcecie dołączyć, napiszcie do nas osobiście.

*

Podąża za tym, co ją fascynuje, i zaprasza kobiety do przygód. Powołała do życia Escuela Mandragorę – wirtualną szkołę dla współczesnych wiedźm i czarodziejek. Uczy kobiety, jak pracować z Tarotem, jak słuchać intuicji, otworzyć się na świat snów i roślin. Przypomina o mądrości kobiecego cyklu menstruacyjnego. Współtworzy wydarzenie Sabat Kobiet. Szczęśliwa kobieta u boku mężczyzny i mama 3,5-letniej Mai. Poznajcie Samię, która odkryła w sobie wiedźmę. 

Odkryć w sobie wiedźmę to znaczy stać się inną kobietą niż tą, którą się było? 

I tak, i nie. Dla mnie to proces odkrywania samej siebie i objęcia szerszym ramieniem różnych cząstek siebie. Obejmuję też te warstwy, które były żywe przed tym odkryciem, bo przecież wciąż się z nich składam. Ale dla mnie odkrycie wiedźmy jest równoznaczne ze zmianą świadomości, poszerzaniem pola widzenia i czucia. Każde doświadczenie w życiu zewnętrznym i wewnętrznym mnie zmienia, codziennie staję się inną kobietą niż tą, którą byłam. No bo co mamy na myśli, mówiąc „wiedźma”, „wiedźma we mnie”? Dla mnie to pewna jakość, ta cząstka, która czasem działa nielogicznie, która słucha intuicji, rozmawia z przyrodą, płynie z cyklicznością, to również część mnie, która widzi niektóre procesy jako część wielkiej całości. To taka cicha starucha, która nie potrzebuje mówić i tłumaczyć, co i jak. Wie i tyle. Wie, co jest dla niej dobre, wie, gdzie chce pójść, zna swoje potrzeby. Czasem się zgubi po to, żeby się odnaleźć i odkryć nowe ścieżki w ciemnym lesie.

Co ci w życiu daje Tarot? 

Tarot to dla mnie narzędzie do poznawania rzeczywistości, a co za tym idzie – do głębszego rozpoznania warstw, z których składam się również jako istota zanurzona w świecie. Nie traktuję kart jako narzędzia do wróżenia. To nie moja droga. Fascynuje mnie symboliczny i alchemiczny zapis, jaki znajduję w Tarocie. 78 kart jest dla mnie opisem rzeczywistości – zewnętrznej i wewnętrznej, opisem sił, które przenikają czasoprzestrzeń. Na początku może to wydawać się skomplikowane, jednak zgłębiając ten system, czuję, że poszerza się moje widzenie i czucie świata. To jak nauka nowego języka! Na początku rozumiemy tylko skrawki, pojedyncze słowa (przekazy), a im dalej i głębiej, tym rozmowa staje się coraz bardziej zrozumiała. Praca z Tarotem ułatwia mi komunikację z różnymi częściami rzeczywistości. W swoim życiu nie rozmawiam tylko z ludźmi, ostatnio intensywne dialogi prowadzę z kwiatami i generalnie ze światem roślin. I nie jest to jednostronny monolog tylko rozmowa.

Pamiętasz ten impuls, który pchnął cię w stronę kart? 

Tak. Przyszedł nie wiadomo skąd, ale poszłam za tym głosem. Na 25 urodziny kupiłam sobie karty, choć nie wiedziałam o nich nic. Kojarzyły mi się głównie z wróżkami przepowiadającymi przyszłość. Mimo różnych głosów w środku poszłam za ciekawością i muszę przyznać, że warto było. Teraz jestem w miejscu, gdzie mogę uczyć inne kobiety, jak poruszać się po tym alchemicznym świecie symboli i odnosić go do poszczególnych warstw w sobie. Dzięki temu narzędziu mogę odbyć naprawdę głębokie rozmowy z samą sobą i odkryć w sobie różne tajemnicze zakamarki. Uwielbiam to!

Tarot to bogactwo interpretacji czy karty wskazówki? Co mówisz komuś, kto chce, by postawić mu karty?

Obecnie nie stawiam kart ludziom. Zdecydowanie bardziej poczułam, że chcę pokazywać innym, jak samemu można korzystać z tego narzędzia. Rozkładam wiele procesów na części pierwsze, uczę o energii, o świadomości i sile naszej koncentracji. Dla mnie każda karta to zaproszenie do podróży. Karty są jak bramy do naszej wyobraźni. Za każdym razem możemy zawędrować w zupełnie inne miejsce, bo każdego dnia jesteśmy inni. Jesteśmy w innej energii, inne struny są w nas poruszone. Nie korzystam z gotowych interpretacji, wręcz zniechęcam do tego, żeby w taki sposób uczyć się kart. To ja – moja świadomość teraz, może wniknąć w samo sedno odpowiedzi i wyciągnąć ją na światło dzienne. Dzięki obrazkom poruszana jest nasza podświadomość, pojawiają się odczucia, tropy, skojarzenia, czasem nawet wspomnienia. To są dla mnie ścieżki, które prowadzą do odpowiedzi.

Karty mówią Ci coś o 2020? 

W Escuela Mandragora – wirtualnej szkole dla współczesnych wiedźm i czarodziejek, miałyśmy krąg online, w którym mogłyśmy wyciągnąć dwie karty wskazówki na najbliższy rok. Każda kobieta dla samej siebie. Nie jest to żadna wróżba ani przepowiednia. To raczej osobista podpowiedź, na co zwrócić swoją uwagę, swoją świadomość w trakcie podróży przez kolejne miesiące życia.

Fot. Anita Suchocka

*

O czym są wasze nowe rozdania? Podzielcie się swoimi historiami w komentarzach. Zawsze cieszymy się, kiedy możemy lepiej was poznać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.