Jedziemy na jednym wózku

mamy emigrantki w czasach pandemii

I bach. Znaliście to z seriali o apokaliptycznych scenariuszach, zrealizowanych za grube miliony. Albo z książek, które zazwyczaj czyta się tylko raz, a potem kurzą się w dziale fantastyki w osiedlowej bibliotece. Tylko, że fiction stało się non fiction, zupełnie nie zważając na to, kim jesteśmy i gdzie mieszkamy. Pod lodowcem czy pod palmą. Pytamy was, mamy w różnych zakątkach świata, jak się trzymacie i jak sobie radzicie.

Boleśnie demokratyczny to wirus, wpycha się nieproszony do blokowisk i luksusowych willi, hula od Azji po Europę jak po pustej autostradzie. Szybko, brawurowo, niebezpiecznie. Nie było tego w planach i Googlowych kalendarzach na tę raczkującą wiosnę. Intruz o skomplikowanej nazwie i niezbadanej genezie rozkłada nasze życiowe grafiki na łopatki, sprowadza nas ze szczytów drabin do parteru, redukuje je do prostych pytań: gdzie zrobić zapasy, czy starczy nam leków, czy kupić wodę w Żabce z maską czy jeszcze bez? Różnimy się i dzielą nas tysiące kilometrów, ale mam wrażenie, że wszyscy jedziemy właśnie na jednym wózku, choć to raczej jazda zwariowanym roller coasterem. Dziś mamy emigrantki nie zapytam o to, jakie muzea czy sklepy poleca w okolicy, ani jakiej warto posmakować kuchni. Pędzimy tym samym wagonikiem i tak samo chcemy z niego wysiąść. Nie wiemy, dokąd dojedziemy, ale też czuję, że ta przymusowa podróż nas czegoś nauczy, o czymś przypomni.

Jak jest w waszych krajach? Jak wspierają się ludzie, jak wy sobie radzicie i jakie macie przemyślenia w tej nowej sytuacji? Oto 6 mam, które pytam o sytuację w ich krajach. #staythefuckhome to nasz wspólny mianownik. Co jeszcze?

*

DOROTA JEDNAC-PRUSKO, HISZPANIA

W obecnej chwili (16 marca) w Hiszpanii jest 9 tys. zarażonych, 40% wymaga hospitalizacji. W samym Madrycie, gdzie mieszkamy, jest prawie 5 tys. osób, w stolicy zmarło ponad 200 osób. Zarażony jest już m.in premier Hiszpanii i prezydent Madrytu.

Rząd Hiszpanii długo nie reagował, za co został słusznie skrytykowany. 11 marca zamknięto wszystkie placówki edukacyjne z dobowym uprzedzeniem, rodzice mieli 24 godziny na załatwienie opieki lub prośby o urlop. Na drugi dzień zdecydowano zamknąć wszystkie inne miejsca, w których wcześniej spotykały się dzieci – baseny, boiska, parki i inne placówki pozaszkolne. Dostaliśmy wytyczne co do prac domowych. W sobotę 14 marca ogłoszono stan alarmowy w kraju, co oznaczało zamknięcie większości firm, pracę zdalną i grupowe zwolnienia. Otwarte nadal są sklepy spożywcze, apteki i sklepy z elektroniką. Jest zakaz spacerów, z domu może wyjść jedna osoba w uzasadnionym celu (zakupy, lekarz, wyprowadzenie psa). Ogólnie nadal jest sporo chaosu i ludzie nie wiedzą dokładnie, co wolno, a czego nie. 

W naszej klasowej społeczności organizujemy rozmowy video lub telefoniczne z dziećmi, osiedlowi właściciele warzywniaków oferują dowóz zakupów do domu. Artyści grają darmowe koncerty w mediach, oferowane są różne gry i zabawy online. Zorganizowana została akcja w social media, by narysować i wkleić w okna tęcze, na znak jedności i dobrych myśli. Mieliśmy też ustaloną godzinę na oklaski z okien, wspierające wszystkich ludzi, którzy nadal muszą pracować, jak ci ze służby zdrowia.

Ale to już powoli zaczyna gasnąć. Dookoła jest taka niewygodna cisza i wyczuwa się niepokój. Tydzień temu jeszcze wszyscy świetnie się bawiliśmy i śmialiśmy, siedzieliśmy w parkach i w barach, nagle większość została zamknięta w domach, a ulice opustoszały. Każdy podejrzanie patrzy na każdego, a ludzie coraz częściej wymagają opieki psychologicznej.

Naszym patentem na kwarantannę z dziećmi jest małe podwórko za domem. W miarę możliwości spędzamy tam sporą część dnia. Mamy również codzienny grafik: posiłki, nauka, organizacja spraw domowych i służbowych. Dziewczynki (7 i 2 lata) świetnie potrafią się ze sobą bawić, co bardzo ułatwia nam ten dziwny czas. Myśle, że przyjdą też te gorsze chwile, płacz i nudy, i tablet, jako że dzieci wyciągają z nas zarówno te najlepsze cechy, jak i te gorsze. Korzystamy też z wirtualnych oprowadzań na stronie www.kulturadostepna.pl oraz ninateka.pl.

Nie myśleliśmy nigdy o powrocie, nie uciekniemy stąd w związku z beznadziejną sytuacją. Do Polski mam nadzieję wybierzemy się jak co roku, na wakacje. Cała ta narodowa kwarantanna pojawiła się nagle, nie mieliśmy czasu na zastanowienie się, czy jesteśmy gotowi, czy mamy zakupy i jakie będą tego konsekwencje, wszystko dzieje się na bieżąco. Do tej pory mówili nam, że nic takiego się nie stało tak, jakby to nas nie dotyczyło, i nagle umierają dookoła ludzie i mamy policyjny zakaz wychodzenia z domów. Człowiek najlepiej funkcjonuje i czuje się, gdy ma swoje obowiązki – taka „niewola” jest bardzo męcząca psychicznie. Każdy jest zdezorientowany i jakby nie wierzy, że to naprawdę ma miejsce. Jeśli można szukać czegoś dobrego, to wskazałabym to, że mamy czas na zaległości domowe, książki i wszystkie nieotwarte do tej pory gry planszowe, i dużo przytulania.

Naprawdę powinniśmy zostać w domach, żeby to wszystko mogło jakoś powoli zacząć się normować. Ale też powinniśmy być w stałym kontakcie z rodziną i przyjaciółmi, czuć, że nie jesteśmy z tym sami. Podziwiam Polskę za szybką reakcję i podziwiam moją mamę, która mieszkając tam, codziennie wspiera mnie telefonicznie, zawsze w tych beznadziejnych sytuacjach potrafi powiedzieć coś pozytywnego i nie daje się zastraszyć, mimo że to starsi ludzie są w grupie największego ryzyka. Gdyby nie ona, oszalałabym chyba. Mówi się, że dopóki czegoś nie stracisz, nie potrafisz tego docenić, i to będzie dla nas trudna lekcja nowej rzeczywistości. Wszystkim, którzy o nas myślą, dziękujemy!

*

ANIA ONOPIUK, HOLANDIA

15 marca dość nagle została podjęta decyzja o zamknięciu do 3 kwietnia szkół podstawowych, liceów i uczelni wyższych. Restauracje i kafejki od godziny 18:00 są pozamykane. To samo dotyczy coffee shopów – tutaj był jakiś najazd na nie i totalne kolejki. Może ktoś dzięki temu porzuci nałóg! Supermarkety są otwarte, wszędzie widać kartki instruktażowe, trzeba trzymać dystans 1,5-2 metra, niektóre sklepy liczą ludzi w środku, żeby utrzymać odpowiednią liczbę. Półki z makaronem, warzywami, mlekiem, masłem, mąką i czipsami są puste. Ciężko jest też kupić środki przeciwbólowe. Pojawiają się plakaty robione przez ludzi namawiające do zaprzestania chomikowania zapasów, tak aby każdy miał szansę kupić to, czego potrzebuje. Sytuacja z papierem toaletowym – wiadomo…

Myślę jednak, że Holendrzy będą trudni do ujarzmienia. Dziś duża część nie poszła do pracy i normalnie park, który zwykle jest pusty, był pełen ludzi, którzy poszli sobie pobiegać i pospacerować. Pozamykane są też świetlice dla dzieci, ale każdy, kto pracuje w służbie zdrowia, policji itp., będzie miał zapewnioną opiekę dla dzieci. Zostają też uruchamiane pożyczki dla biznesów, które ucierpią przez zawieszenie działalności.

Jak się wspieramy? Powstają grupy na Facebooku dla rodziców, gdzie można podzielić się pomysłami na spędzanie czasu z dziećmi w domu. Ludzie wymieniają się linkami, podrzucają inspiracje.

Nigdy nie myśleliśmy, żeby wracać do Polski, mamy tutaj swoje firmy, trójka naszych dzieci chodzi do tutejszych szkół. Liczymy, że wszystko się uspokoi. Na pewno Ziemia złapie oddech. Mam nadzieję, że otworzymy się bardziej na nasze rodziny i sąsiadów. Zatrzymamy się w tym codziennym pędzie i znajdziemy czas na bycie razem.

*

JUSTYNA BIAŁCZAK, NIEMCY

Hej, tu Berlin. Niemiecki rząd przywrócił granice z Austrią, Francją, Szwajcarią, Luksemburgiem i Danią. Podjęto również decyzję o zamknięciu szkół, przedszkoli, klubów, placów zabaw oraz atrakcji turystycznych, w których może znajdować się powyżej 10 osób. Restauracje i kawiarnie mogą funkcjonować do godz 18, jednak większość właścicieli podchodzi do sprawy poważnie i rozsądnie, dlatego decydują się na zamknięcie swoich lokali do odwołania. 

Moje odczucia wobec panującej sytuacji w Berlinie są bardzo mieszane. W sklepach nadal są tłumy ludzi, brakuje produktów, takich jak papier toaletowy, mydło do rąk, środki do dezynfekcji, sucha żywność (makarony, mąka, suchary itp) i przetwory. Jeden z większych dyskontów niemieckich ogłosił, że zamyka kilka swoich supermarketów, ze względu na braki towaru w magazynach. Jednakże życie w Berlinie toczy się jak co dzień, ludzie spacerują, pracują, znaczną zmianą jest zdecydowana większa liczba samochodów na drogach, transport publiczny jest z dnia na dzień ograniczany do minimum. 

Żeby nie zwariować w domu z trzylatkiem, zaopatrzyliśmy się w kilka gier jak memory, łowienie rybek czy domino. Klocki Lego również są świetnym „zabijaczem” czasu. Obecnie połowa naszej sypialni jest wyklejona plakatami z ninja!

Jest nam bardzo przykro, że nie możemy podróżować do Polski, być razem i wspierać naszych najbliższych w tym trudnym okresie. Jednak Berlin jest naszym domem już od prawie 5 lat i nawet przez chwilę nie myśleliśmy o powrocie do Polski. Niemiecka służba zdrowia jest świetnie przygotowana na tego typu sytuacje, testy na Covid-19 są wykonywane natychmiastowo w przypadku podejrzenia zarażenia, bądź kobiet w ciąży, które są szczególnie objęte wzmożoną opieką medyczną. 

My podchodzimy do sytuacji bardzo poważnie. Razem ze Stasiem zostaję w domu, mój mąż wciąż czynnie pracuje, jednak ogranicza kontakt z ludźmi. Nasze przedszkole zostało zamknięte na 5 tygodni. Staramy się razem z innymi mamami pomagać sobie nawzajem i naprzemiennie opiekować się maksymalnie trójką lub czwórką dzieci, żeby każda z nas miała chociaż jeden dzień w tygodniu na zorganizowanie wszystkich obowiązków domowych i zawodowych.

Świat stanął na głowie, nie ukrywam, że jestem zaniepokojona szybkim rozwojem sytuacji i drastycznymi krokami podjętymi przez wszystkie kraje na świecie, ale wierzę, że uda nam się opanować wirusa. Potrzebujemy czasu, ale również współpracy. Stąd mój apel do wszystkich: proszę zostań w domu! To idealny czas dla tych, którzy żyją szybko, a mogą teraz na chwilę zwolnic i odpocząć. Mimo że wirus sieje grozę, my cieszymy się, że możemy spędzić więcej czasu razem, wybrać się do lasu na spacer czy chociażby poprzytulać się na kanapie, oglądając bajkę. Sytuacja zmusiła nas do kwarantanny, jednak nie odbierajmy tego czasu jako kary, wręcz przeciwnie – to chwila, w której musimy (jako rodzice) wykazać się kreatywnością i pokładami cierpliwości dla naszych pociech. 

*

MARTA DZIOK-KACZYŃSKA, WIELKA BRYTANIA

Sytuacja zmienia się niemal z dnia na dzień. W mojej dzielnicy nie widziałam większych zmian, ale od dobrych kilku dni spędzam czas głównie w domu. Podczas mojej ostatniej wizyty w ścisłym centrum, zwykle zatłoczona stacja Victoria była dużo luźniejsza, a lokale z jedzeniem świeciły podczas lunchu pustkami. Dużo osób pracuje z domu, wśród moich znajomych większość. W sklepach brakuje papieru toaletowego (ale jest dostępny w corner shopach) i płynu do dezynfekcji rąk. Puby i restauracje są otwarte, chociaż rząd zaleca ich unikanie. Instytucje kultury w większości same się zamykają. Odwoływane są wakacje i loty do krajów, które zamknęły granice. Banki wysyłają informacje, że nie będzie kar za zaległe spłaty kredytów. 

W moim otoczeniu wszyscy po prostu są uważni na nawet drobne przeziębienia i jeśli mają wątpliwości co do własnego zdrowia, unikają innych. Znajomi są też wyrozumiali i proponują pomoc z zakupami. Zaczynają się jednak rozmowy o potrzebach wspierania lokalnych biznesów, tak aby przetrwały kryzysową sytuację. Z mojego doświadczenia po 14 latach w Wielkiej Brytanii nie czuję wielkich zmian. Uważam to społeczeństwo za ogólnie życzliwe.

Nie było do tej pory potrzeby spędzania z dzieckiem 24 godzin w domu. Przedszkola i szkoły były otwarte. Zamykają się od piątku. Ponieważ moja córka jest jeszcze mała (14 miesięcy) nie odczuwam tego czasu dużo intensywniej niż zwykle, do żłobka chodzi tylko dwa dni w tygodniu.

Nie mam tendencji do emocjonalnych reakcji i staram się podchodzić do tej sytuacji na chłodno. Spokój (nie obojętność, ale właśnie spokój) jest bardzo niedocenianą reakcją w epoce social media.

*

ELŻBIETA TUCHALSKA, TAJLANDIA

W Tajlandii temat koronawirusa jest obecny mniej więcej od połowy stycznia. Teraz, czyli w połowie marca, sytuacja zdecydowanie się zmienia i to wcale nie na lepsze. Przez ponad dwa miesiące obowiazywało całkiem sporo zaleceń. Początkowo wdrożono pomiary temperatury dla turystów z Chin i zalecano unikania zatłoczonych miejsc. Praktycznie w każdym publicznym miejscu w Bangkoku pojawiły się informacje o przestrzeganiu higieny rąk i unikaniu dotykania twarzy. Wiele centrów handlowych, sklepów i biurowców wprowadziło dość ostry reżim dbania o czystość. Odkażano niemal wszystkie przyciski, poręcze oraz powierzchnie dotykane przez ludzi. Ogólnodostępne są odkażacze do rąk – są niemal wszędzie. Ludzie mają zwyczaj nosić maseczki, które są dodatkowo zalecane w miejscach publicznych i w przypadku wystąpienia objawów grypy.

W marcu sytuacja nabrała przyspieszenia. Wprowadzono kwarantanny dla mieszkańców, którzy podróżowali do krajów wysokiego ryzyka. Całkiem sporo prywatnych szkół postanowiło wtedy przejść kwarantannę, ponieważ wiele rodzin w czasie ferii podróżowało do Korei i Japonii. W szkole moich dzieci codziennie była mierzona temperatura. Dzieci z wynikiem 37,5 stopni C były odsyłane do domu. Temperaturę mierzy się również w biurze mojego męża. Zdarzyło się, że pracownik, który wyszedł na przerwę, nie mógł wrócić na stanowisko pracy.

Odwołano różne wydarzenia i wprowadzano nowe ograniczenia dla turystów. Obecnie Tajlandia wprowadza bardziej radykalne środki. W tym tygodniu (dokładnie od 18 marca) zamknięto wszystkie szkoły i uniwersytety, wiele punktów rozrywki i usług. Znane mi miejsca pracy szykują się do przejścia w tryb pracy zdalnej. Zamknięto jedną prowincję. Zdecydowano o odwołaniu państwowego święta Songkran (tajski Nowy Rok). Obchody zostały odłożone w czasie.

Szczęśliwie do tej pory nie mieliśmy pełnej izolacji. Dzieci, a mamy ich troje, zaledwie parę dni temu jeszcze chodziły do szkoły. Jedynie weekendy od stycznia spędzaliśmy w domu i unikaliśmy tłumów. Zrezygnowaliśmy z wielu wyjść w tym czasie. My nadal pracujemy, a kiedy jesteśmy w pracy, dzieci są pod opieką niań. Obawiam się jednak, że to się może zmienić lada dzień. Nasze dzieci zdecydowanie same sobie znajdują patenty na zabicie czasu. Nie mamy w zwyczaju animować ich 24 godziny na dobę. Bawią się często wspólnie, zwłaszcza młodsze, a ich ulubione zabawy to skakanie na poduszkach od kanapy. Układają sobie z nich tor przeszkód! Lubią bawić się kartonami, których mamy dość dużo, bo jesteśmy w trakcie przeprowadzki. Z kartonów robią sobie domy, pojazdy, malują je farbami. Najstarsza córka zrobiła z kartonu wybieg dla chomika. Oprócz tego sprawdzają się zabawy ciastoliną, klockami, kucykami, puzzlami. Wszyscy lubią też malować. Czasem robię sama dzieciom ciastolinę lub masę solną. Szczęśliwie mam zapas balonów wodnych – dzieci bawią się nimi na balkonie lub w wannie.

Ratuje nas też basen, który znajduje się w naszym budynku. Oprócz tego nie unikamy elektroniki. Dzieci mają dostęp do bajek i gier, korzystamy z Netflixa, YouTube’a, iPadów i konsoli. Szkoła się przygotowywała do tego od kilku tygodni. Dzieci mają dostęp do materiałów i nauczyciela przez Google Classroom. Raz w tygodniu dostają teczkę z materiałami do opracowania, np. młodsza córka, która jest w przedszkolu, ma teczkę z rzeczami do malowania i ćwiczenia szlaczków.

Z tego, co obserwuję, większość ludzi stosuje się do zaleceń, choć zdarzają się sytuację typu ucieczka z kwarantanny. Zdecydowanie więcej ludzi nosi maski. Ulice Bangkoku mocno opustoszały. Wielu sprzedawców nie ma klientów. Przez dłuższy czas widać było dość swobodne podejście turystów do tematu. Na wielu forach natykałam się na komentarze, że w Tajlandii nie ma wirusa, że nikt tu o nim nie słyszał. Oczywiście nie jest to prawdą. Wirus od trzech miesięcy jest tu tematem nr 1. Nie chcę komentować politycznej sytuacji i decyzji. Tajlandia polega w dużym stopniu na turystyce. Fakt ten na pewno miał duże znaczenie na początkowe decyzje i reakcje, dużo pisano w prasie o stratach finansowych. W ostatnim czasie wiele decyzji jest wprowadzanych na szybko, niemal z dnia na dzień. Tajlandia szykuje się na trzecią fazę epidemii, choć według niektórych autorytetow (wirusologów), już od dawna znajduje się w tej fazie. 

My czujemy się tu dość bezpiecznie, ale to dlatego, że mamy dość solidne zaplecze w postaci pracy, finansów, dostępu do prywatnej służby zdrowia i uregulowanej sytuacji wizowej.

 

*

PATI LEWICKA, WŁOCHY

Tydzień temu we wtorek miałam, po remoncie, otworzyć mój sklep brafittingowy w Rzymie, zamiast tego musiałam go zamknąć. Wyremontowano też zupełnie nowy sklep w Neapolu, który miałam otworzyć pod koniec marca. Nie byłam przygotowana na to, co przyniósł z dnia na dzień koronawirus. W niedzielę 3 marca zamknięto 11 prowincji na północy, w tym sklepy, bary, restauracje, po 2 dniach to samo ogarnęło całe Włochy. Nie można się przemieszczać z miasta do miasta, nawet samochodem, bo przejazdy są zablokowane przez policje, nawet jeśli idziesz piechotą po zakupy, musisz mieć autocertyfikat, gdzie i po co idziesz.

Włosi nie są zdyscyplinowani, pomimo strasznej liczby ofiar oraz dużej liczby chorych, nie wszyscy stosują się do nakazów. Niestety stan wyjątkowy został wprowadzony zbyt późno, tu umiera 360 osób dziennie. Włosi jak to Włosi, wywieszają flagi, o 12 codziennie ze wszystkich balkonów, robią aplauz dla lekarzy, o 18 śpiewa się piosenki włoskie – zawsze na balkonie lub z okna. Włosi jednoczą się bardzo i w eter poszedł hasztag #andràtuttobene, co znaczy „wszystko będzie dobrze”. Ludzie wierzą, że do 3 kwietnia wszystko minie, ja w to niestety nie wierzę.

Mam trójkę dzieci: Leo ma 10 lat, Jan 5 lat, a Stella prawie 2 lata. Tu szkoła online jest czymś specjalnym i nie każda placówka ją uaktywniła. Niestety nasza nie, więc od 8 do 22 jesteśmy z dziećmi. Mamy taras, więc śpiewamy, tańczymy, robimy barbecue i czekamy na wiosnę. Dzieci są szczęśliwe, że są z nami, Stella jest jeszcze karmiona piersią, więc najbardziej zadowolona jest ona (śmiech). Mój mąż wymyśla wojny na skarpetki, tory z przeszkodami, jest trochę komputera i telewizji – niestety w ciagu dnia (ze starszym synem musimy wyznaczać reguły). Generalnie ważna jest dobra organizacja dnia, a posiadając będącą w trudnościach firmę, nie jest to łatwe – muszę być na telefonie z księgowym, bankami itp. 

Powrót do Polski? Nie. Nie, bo włoska służba zdrowia jest najlepsza. Mam znajome, które mogły wracać, ale polecono im zostać, bo polska służba zdrowia nie jest gotowa na taką skalę epidemii, ale w Polsce na pewno nie dojdzie do takich rozmiarów, bo jesteśmy bardziej karni i zdyscyplinowani. Teraz boję się o firmę i jeśli nie przetrwam, to może po prostu będę musiała wracać. 

Moja refleksja? Jestem mamą, ale też właścicielką biznesu, boję się bardzo o to, co będzie dalej. Zrozumiałam, że nie wszystko można ułożyć i zaplanować, są rzeczy, na które nie masz wpływu. Nieważna jest nowa para butów, a ważniejsza jest kawa z przyjaciółką czy mężem. To wielka lekcja pokory. Nagle mam więcej cierpliwości do dzieci, do męża, wszystko nabrało innych kolorów i smaków, zaczynam doceniać małe, zwykłe rzeczy. Tutejsze media są strasznie krytykowane za rozpowszechnianie paniki, influencerki nagle przestały być śledzone przez paparazzi, bo – tak jak VIP-y i politycy – też się zarażają. Dochodzi do nas, że nikt nie jest nietykalny. Spacery, wolność wyjścia z domu, kawa w barze pod domem, codzienność sprzed 10 dni wydaje mi się teraz luksusem.

Włochy są krajem, w którym dziadkowie są bardzo ważni. Dlatego szokuje nas, że Anglicy niewiele robią za cenę utraty osób starszych. Moje dzieci są smutne, bo od 10 dni nie widzą dziadków, nie możemy ich odwiedzać. Bardzo się boję o przyszłość, o rodzinę, o to, że nie będę mogła wyprawić 5. urodzin Jankowi, o to, że wirus będzie wracał. Boję się, że nie zobaczę tego lata mojej mamy i bardzo się boję, że moja firma nie przetrwa. I to uczucie jest przygniatające, ale tego strachu nie mogę pokazać dzieciom – one muszą wierzyć, że wszystko będzie jak kiedyś…

 

*

W sieci pojawia się fala komentarzy, porad, emocje często biorą górę. Kto lepiej stosuje się do zasad kwarantanny, dlaczego ktoś nadal jeździ komunikacją, dlaczego ktoś robi selfie w parku? Twoje dzieci jadą na chałce z nutellą, a nie na owsiance bio? Siedzą przed kreskówką cały dzień, a nie zwiedzają wirtualne muzea na świecie? Spokojnie. Nikt i nic nam dzieci nie zepsuje. Wspierajmy się, a nie oceniajmy. Wirus przyspieszył, my zwolniliśmy. Trzymajcie się na tym pierwszym biegu i dbajcie o siebie i bliskich. Okazuje się, że odkrywamy w sobie balkonowych muzyków – na koniec ku pokrzepieniu migawka z Włoch:

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.