Rodziny na emigracji

Trzy rozmowy na jeden temat

We wrześniu zajmuje nas adaptacja. Dużo powakacyjnych zmian narzuciło ten temat bez dyskusji, taki czas. A co jeśli zmiany nie są tylko odpowiedzią na kalendarz roku przedszkolno-szkolnego, a dużym zwrotem akcji w rodzinnych scenariuszach?

Decyzji o zostawieniu wszystkiego, co oswojone, nie podejmuje się impulsywnie. Argumenty za i przeciw pracują w człowieku, zanim spakuje dom, pożegna się z bliskimi i ruszy w świat z emigracyjnym planem złożonym z kilkoma wiadomymi o nowym etapie i wieloma pytaniami, które na odpowiedzi będą musiały poczekać. Doświadczenie to niełatwe, ale chętnych, by zmienić otaczający ich świat, nie brakuje. O tym dziś rozmawiamy. Zapraszam.

*

Zaczynamy z daleka. Daleka pod każdym względem. Paulina z mężem i dwuletnim synem od ponad roku żyją w Japonii. Można więc śmiało powiedzieć, że trafili do mocno innej wersji świata, niż ta z naszego podwórka. Paulina świetnie opisuje tamtejsze życie na blogu, a mnie opowiedziała o swoich obserwacjach na temat japońskich rodzin i życiu w miejscu, do którego nie znasz podstawowego kodu – języka. Można? Można.  

Złapiesz japońskiego byka za rogi? To wykonalne?

Mam nadzieję. Na pewno będę próbować. Ale lekko nie jest. Japonia jest bardzo odmienna kulturowo. Chyba nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo, dopóki tu nie zamieszkaliśmy. Asymilacja też do łatwych nie należy. Japończycy są bardzo mili, ale jednak ciężko wejść z nimi w bliższą relację. Również z powodu języka. Niewielu z nich mówi po angielsku. Ponadto długo byli zamknięci na Zachód. A do tego te wszystkie zasady, w których czasem ciężko się połapać. To wszystko powoduje, że złapanie japońskiego byka za rogi łatwe nie jest. Ale nie takie rzeczy się robiło…

Wy nie mówicie po japońsku, oni nie mówią po angielsku, jak więc się komunikujecie? 

Niestety, japońskiego nie znamy, za co trochę nam wstyd. Ale taka jest prawda i musimy z nią sobie radzić na co dzień. Używamy wszystkich dozwolonych chwytów, czyli translatory głosowe, pisane, wizualne, mimika, gesty i na szczęście możemy liczyć też na pomoc japońskich znajomych. Mimo że Japonia ekonomicznie jest bardzo rozwiniętym krajem, angielski kuleje. Z jego znajomością jest bardzo kiepsko, więc nie znając japońskiego, trzeba się nagimnastykować. Ale jak widać, da się.

Czy to rodzinne miejsce?

Japonia ma mocno konserwatywne podejście do rodziny: kobieta zajmuje się dziećmi, często rezygnując całkowicie z pracy, a mężczyzna zarabia na dom. Niestety, Japończycy pracują bardzo dużo, więc tego ojca wiele w domu nie ma. Na pewno o wiele mniej jest obecny niż w Polsce. Za to weekendy są mocno rodzinne i to widać, np. w parkach, gdzie całe rodziny piknikują.

Ponadto Japonia to kraj kontrastów. Z jednej strony jest mnóstwo udogodnień dla rodzin, np. w restauracjach, nawet w bardzo małej miejscowości, zawsze są naczynia i sztućce dla dzieci, podobnie z krzesełkami. Ale najlepiej byłoby, gdyby dzieci, używając tych naczyń i sztuców, były w miarę cicho i nie przeszkadzały. Raczej nikt nie zwróci nam uwagi, bo Japończycy nie mają tego w zwyczaju, ale będzie się dało wyczuć chłód. Oczywiście, nie wszędzie, ale jednak.

Tacierzyństwo jest o nieobecności, a o czym jest tam macierzyństwo?

Kobiety często rezygnują z pracy i zajmują się dziećmi na pełen etat. Dbają o ich edukację, która w Japonii jest bardzo ważna. Dzieci od najmłodszych lat chodzą na różnego rodzaju zajęcia, żeby nie zostać w tyle. W dobrym tonie jest zapisanie dziecko na zajęcia sportowe, zanim skończy rok. I matki ogarniają tę rzeczywistość. Poza tym, mam wrażenie, że w wychowaniu trochę panuje chłód. Nie ma aż tak dużo czułości, przytulania. A przynajmniej w miejscach publicznych. Może w domu wygląda to inaczej.

Jesteś mamą pracującą, za to twój mąż zajmuje się dzieckiem na pełen etat, zamieszaliście w japońskim porządku.

Niestandardowy podział ról wzbudza zdziwienie i trochę niedowierzanie. Zwłaszcza, że syn nie chodzi do żłobka i tata zajmuje się nim cały dzień. Znajoma Japonka powiedziała nam kiedyś, że w japońskiej rodzinie na taką opcję w ogóle nie byłoby szans. Ale umówmy się, taki podział ról i w Polsce jest niecodzienny.

Jest też z tym związanych sporo zabawnych sytuacji. Żeby chłopaki się nie nudzili, chodzą 2 razy w tygodniu na zajęcia na basenie. A tam same mamy z dziećmi i mąż z synem. Nie dość, że się wyróżniają pochodzeniem, to jeszcze taka niestandardowa konfiguracja. Ale co ciekawe, na zajęciach coraz częściej pojawiają się ojcowie zamiast matek. Pewnie im suszą głowę, że skoro ten biały ojciec może, to ty też (śmiech).

Czego powinniśmy nauczyć się od Japończyków?

Na pewno cierpliwości, superorganizacji i kultury osobistej, która tu jest na bardzo wysokim poziomie. Japonia jest też bardzo bezpiecznym krajem, co przy posiadaniu dzieci ma ogromne znaczenie. Mnóstwo dzieci w Japonii, w tym w ogromnym Tokio, dojeżdża do szkoły samodzielnie.

Twój syn ma 2 lata, uważasz, że to dobry wiek na adaptację w innym świecie?

Do Japonii przyjechaliśmy, jak syn miał 10 miesięcy, więc Polski nie pamięta. Chyba dla niego Japonia bardziej kojarzy się z domem. Niestety (śmiech). A tak serio, myślę, że dla niego jest to świetne doświadczenie. Nie jestem zwolenniczką teorii, że dziecko, które jest małe, niczego nie będzie pamiętać. Wręcz przeciwnie, to właśnie w takim młodym wieku kształtuje się mnóstwo zmysłów. Mnogość doświadczeń, styczność z inną kulturą, jedzeniem, zachowaniami, językiem wpływają bardzo pozytywnie na takiego małego człowieka, pobudzają ciekawość, kreatywność. I widać, że jednak przesiąka japońskim klimatem. Kiedy byliśmy w Polsce na wakacjach, przed wejściem do przymierzalni syn ściągnął buty, bo tak się robi w Japonii. Mam nadzieję, że tego japońskiego kurczowego trzymania się reguł nie weźmie sobie do serca tak bardzo.

Dziękuję za rozmowę. 

*

Ania, mama trójki dzieci i żona Amerykanina, opowiedziała mi o życiu w USA, które poznała już bardzo dobrze. Widzi zalety i wady. Uwaga, wyobraźcie sobie, że nasze macierzyńskie urlopy to luksus w porównaniu z tamtejszymi realiami kobiet. Rozmawiałyśmy o tym, jak żyje się rodzinom za oceanem i o tym, że można połączyć w dzieciach dwa światy, nawet jeśli mówimy o dwóch kontynentach. 

Jaką miałaś wizję swojego amerykańskiego snu? 

Chyba nie miałam do końca jakiejś wyidealizowanej filmami wizji, wiedziałam, że jako Polka prosto z Łódki „fresh off the boat” (jak nazywa się emigrantów takich jak ja), i w dodatku po studiach humanistycznych z polskiego uniwersytetu, będę miała utrudniony start, na pewno bardziej niż rówieśnicy tutaj. Zwłaszcza, że po ślubie z obywatelem amerykańskim, droga do pełnej dokumentacji i pozwolenia na prace wcale nie była ani prosta ani szybka. Po przylocie na stałe tutaj, czekałam kilka miesięcy na zieloną kartę, nie mogłam nic robić, nawet wynająć samochodu, czy wypełnić aplikacji o kartę kredytową itd.

Wszystko ruszyło w Chicago. 

Moja pierwsza praca, była w kancelarii prawniczej, zatrudniono mnie jako clerk, pomagałam tłumaczyć z angielskiego na polski formy imigracyjne i składać je w urzędzie. W Chicago, gdzie przeprowadziliśmy się ze względu na pracę męża, moja Polskość przydała się bardzo. Potem ruszyło, rzeczywiście dwoje zdrowych dorosłych młodych ludzi może się szybko dorobić w Stanach. Dość szybko kupiliśmy duże kondominium, mogliśmy podróżować po świecie, nie martwiliśmy się o pieniądze wcale, dojście do takiego komfortu dość szybko, to chyba właśnie ten american dream i to właśnie trochę taki dla młodych zdrowych singli albo dinksów (double income no kids). Schody zaczynają się jak ktoś choruje, albo zakłada rodzinę, wtedy ten american dream dość szybko powszednieje i staje się całkiem zwyczajny, zaczynają się zmartwienia o ubezpieczenia zdrowotne dla rodziny, rachunki astronomiczne ze szpitala, brak urlopu macierzyńskiego i astralne wręcz kwoty za przedszkola i żłobki… długo by o tym.

Zostańmy przy tym proszę, jakich rozwiązań rodzinnych brakuje ci na co dzień w Stanach?

Oprócz instytucji państwowego żłobka i przedszkola, które tutaj są tylko prywatne i bardzo drogie, a edukacja publiczna zaczyna się dopiero od lat 6, brakuje mi urlopu macierzyńskiego! Pracując na pełen etat w dość dużej firmie, której udziały można kupić na giełdzie – posiadając pełen pakiet ubezpieczeń i pracowniczych benefitów – po porodzie dostałam urlop na 12 tygodni. „Temporary disability” (tymczasowe inwalidztwo wskazujące na brak możliwości wykonywania zawodu) na 6 tygodni – płatny 60% pensji, a potem reszta z federalnego zapisu o możliwości „family absence leave” niepłatny urlop z „powodów rodzinnych” nie dłuższy niż 12 tygodni, gwarantujący możliwość powrotu do pracy na to samo stanowisko z tą samą pensją, to wszystko. Urlopu macierzyńskiego po prostu nie ma, prawo nie przewiduje, że matki nie mogą od razu stanąć w gotowości w biurze czy gdziekolwiek indziej. Państwo amerykańskie stać na zapewnienie tego podstawowego prawa, moją firmę również byłoby stać, nie wchodząc za mocno w politykę, chce tylko powiedzieć, że tu świadomość tego, że powinno być inaczej jest dość niska. Płacimy podatki od swoich pensji, i nic ani od pracodawcy ani od państwa nie dostajemy, kiedy tego najbardziej potrzebują nasze rodziny.

A co ułatwia wam życie?

Wydaje mi się, że infrastruktura dla dzieci jest bardziej rozwinięta, jest tutaj od dawna wiec jest pewnie dlatego. Są naprawdę cudowne miejsca, do których można zabrać dzieci: muzea, akwaria, galerie stworzone dla dzieci i budowane z myślą o nich, właściwie w każdym większym mieście, wszystkie wystawy, ekspozycje są interaktywne, uczą poprzez doświadczenie, a nie słuchanie i oglądanie. Poza tym miejsca takie jak biblioteki, każda nawet najmniejsza w najmniejszym mieście ma miejsce oddzielne dla dzieci, są tam nie tylko książki, ale gry, puzzle i inne zabawki, jest kącik do zabawy i interakcji z rówieśnikami, jest zawsze program dla dzieci, czytanka, rytmika etc. Mamy często spotykają się tam na wspólne zabawy i play dates.

Co jest, twoim zdaniem, najważniejsze w procesie adaptacji w obcym miejscu, które ma się stać domem?

Na początku myślałam, że jest to właśnie dom, zakup własnego kąta na ziemi, zapuszczenie korzeni przez jakąś materialną własność. Potem, jak sprzedałam to niby wymarzone, pierwsze mieszkanie i opuściłam Chicago, które miało być już właśnie tym naszym domem na zawsze, zrozumiałam że to nie sprawa materii, to nie dzieje się na zewnątrz, ale w środku. Ja chciałam to uczucie przyspieszyć, kupując, posiadając, chciałam się „zadomowić”, urządzając nasze codominium w bed bath, and beyond czy crete&barell, jak reszta Amerykanów w naszym wieku. Ale tego się nie da poczuć na zawołanie, to przychodzi z czasem. Najpierw człowiek musi dać sobie prawo do tego, żeby się czuć obcy, nie walczyć z tym, że jest nie stad, i że inni też to widzą, ja trochę z tym walczyłam, dziś widzę, że niepotrzebnie. Teraz już rzadko ktoś mnie pyta, skąd jestem, słysząc, jak mówię po angielsku… Mój akcent już jest trudny do zlokalizowania, wtapiam się w otoczenie, zwłaszcza po studiach graduate i dwóch długoletnich etatach w korporacjach wbiłam się w tłum, staje się incognito, naturalnie i bez przymusu czy chowania albo udawania kogoś, kim nie jestem. Chyba przyzwyczaiłam się do tego, że jestem stąd i nie stąd już na zawsze i jest to mój atut.

Twoje dzieci mają w sobie dwa światy?

Z dumą chcę wykrzyczeć, że tak! Ciężko nad tym pracowałam i dużo zawdzięczam ich przyjazdom do Polski i przebywaniu z polską rodziną, zbudowałam im polską tożsamość! Szczególnie widzę to u najstarszego, Szymka lat 7, mówi bardzo dobrze po polsku, przyjeżdża od małego, buduje już świadome wspomnienia z Polski, zwyczaje, ulubione jedzenie, zabawy, kolegów, filmy, sklepy, parki itd! Długo martwiłam się o Leo, ma prawie 4 lata, on długo nie mówił po polsku a i ja mniej do niego mówiłam niż do Szymka. W tym roku udało się nam, przyjechać do Polski na dwa miesiące, Leo przemówił i składa piękne zdania! Zadomowił się w Polsce, zżył bardziej z rodziną bo miał więcej czasu i szans. Nie wiem jak będzie z Zoe, naszą najmłodszą, ale będę się starać aby i ona mówiła i znała dobrze Polskę, przez to również znała lepiej mnie.

Jakby to było, gdybyś miała dziś na stałe wrócić do Polski? To byłby powrót, czy wyjazd w nieznane

Podchwytliwe pytanie… Często marzę, że wrócę, dużo rzeczy będzie prostsze, urlop macierzyński, żłobek, przedszkole, brak broni palnej w szkołach, brak tornad i tańszy dentysta, ach zalet by było sporo. Ale myślę też o dzieciach i mężu, chyba jeszcze nie czas na taką zmianę, może w przyszłości. Dla mnie byłby to powrót, tak mi się wydaję, do tego co znam, ale wiem że powroty to zwykle niespodzianki. To co zostawiamy nie stoi w miejscu, żyje bez nas, nie czeka, wiec wiem, że czekałoby mnie odbicie się od nieznanych już realiów. Myślę, że ja jako transplant (tak o sobie często mówię i piszę) po kilku „przesadzeniach z korzeniami” umiem już żyć wszędzie, już się trochę nauczyłam, że można żyć szczęśliwie z krótszymi korzeniami. Dla mnie Polska to teraz inna czasoprzestrzeń, jak wracam to szukam ciągle tych wspomnień o tym, co zostawiłam, z czasów liceum czy studiów, ale za każdym razem widzę, że to obrosło już w mech czasu, przeszłości, zapomnienia. To potęguje moją melancholię, a trochę daje mi do myślenia, że ja tak naprawdę nie jestem już stad, bo to skąd byłam tez już jest inne, więc jestem trochę znikąd, taki bezpaństwowiec trochę, a trochę obywatel świata, gdzieś nad oceanem zawieszony (śmiech).

Dziękuję za rozmowę. 

*

Berlin jest blisko. Ale nie tak, żeby wpadać do mieszkającej w Polsce rodziny na niedzielny obiad. Berlin jest w Niemczech, ale żyjąca tam Paulina przekonuje mnie, że mało jest o kraju, a mocno o wielokulturowości. Emigracja bywa o samotności, ale może jest to kwestią wyboru? Dzieci lubią place zabaw, ale bywa, że kultura zabawy też jest indywidualna kwestią miejsc. To i wiele innych zagadnień od 5 lat z bliska obserwuje moja rozmówczyni z mężem i trójką dzieci. 

Skąd decyzja o emigracji? Dlaczego akurat Berlin?

Decyzję o przeprowadzce podjęliśmy dlatego, że chcieliśmy pomieszkać w innym kraju i czuliśmy, że jeżeli nie podejmiemy tej decyzji w tamtym momencie, to później będzie nam dużo trudniej. dzieci były malutkie (Marcel miał 3 latka, a Roma 8 miesięcy) i wydawało nam się, że to był odpowiedni czas, oboje mieli czas na naukę języka i adaptację w nowym środowisku. A czemu Berlin? Obojgu nam bardzo to miasto się zawsze podobało i gdy zastanawialiśmy się gdzie, to była to nasza pierwsza myśl. Posunięcie było trochę szalone, bo nie mieliśmy w Berlinie żadnych znajomych, mieszkania, pracy a język też pozostawiał wiele do życzenia, no ale wszystko nam sprzyjało i fajnie się układało od samego początku.

Adaptacja w nowym miejscu to proces, jak przebiegał w waszym przypadku?

Tak, jest to proces ale w naszym przypadku przebiegał raczej łagodnie i myślę, że jest to spowodowane tym, że przeprowadziliśmy  się do Berlina. Wszyscy powtarzają, że Berlin to nie Niemcy i myślę że jest w tym coś prawdziwego. Berlin jest tak różnorodny, a jednocześnie klimat, jedzenie, kultura i bliskość do Polski ułatwiały adaptację niezmiernie. Na początku bardzo często jeździliśmy do Polski, nawet nie do domu, tylko np. do Szczecina bo tęskniliśmy. Teraz jeździmy coraz rzadziej i coraz bardziej w Berlinie czujemy się jak w domu, ale serce chyba na zawsze pozostanie w Polsce.

Jest jakaś dziura nie do załatania w obcym miejscu, czy to raczej historia, o tym, że miejsce przestaje być obce?

Nam się zawsze trochę tęskni za Polską. Teraz już mniej intensywnie niż kiedyś, ale dla nas Polska to prawdziwy dom. Tam nigdy nie czujemy się obco.W Berlinie też nie czujemy się obco, ale trochę brakuje nam tych historii powiązanych z kształtowaniem się, dorastaniem i wspomnieniami.

Poczucie samotności to kwestia wyboru, czy punkt wpisany w życie na emigracji?

Moim zdaniem, na tym etapie na którym jesteśmy teraz, czyli mieszkania w Berlinie już 5 lat – samotność byłaby wyborem. Na początku rzeczywiście aktywnie szukałam towarzystwa i to najchętniej polskich rodzin, czasem jak słyszałam polski język na placu zabaw to zaczepiałam mamy i czułam się z tym jak wariatka (śmiech), ale z biegiem czasu, kiedy rozpoczęliśmy przedszkole, zajęcia dodatkowe, pracę, to nasz krąg znajomych naturalnie się powiększył. Teraz jak potrzebuję towarzystwa, to zerkam na couchsurfing i sprawdzam, czy ktoś nie potrzebuję noclegu – super opcja na wpuszczenie świata do swojego domu.

Jaki jest, twoim zdaniem, bilans zysków i strat twoich dzieci mieszkających poza krajem?

Zacznę od strat: mniejszy kontakt z rodzina, to strata największa i najbardziej nam doskwierająca. Dzieci po prostu tęsknią za dziadkami i babciami, wujkami i ciociami, a ze względu na odległość, nie jesteśmy w stanie spotykać się ze wszystkimi tak często jakbyśmy chcieli. I jeśli chodzi o straty, to uważam że to by było na tyle. Jeśli chodzi o zyski, to jednym z nich jest na pewno dwujęzyczność naszych dzieci. Oboje – Roma i Marcel, po niemiecku i po polsku mówią świetnie. Oglądają bajki, czytają książki, bawią się rozmawiają – na tym samym poziomie w obu językach. Oczywiście, trochę się martwiłam jak Marcel szedł do szkoły, jak sobie da radę, myślałam, że na pewno ma dużo mniejszy zasób słownictwa niż jego 100% niemieckojęzyczni koledzy i trochę było to prawdą, ale on szybko nadrobił różnice w szkole. Na pewno też pomogły wizyty u logopedki, która dużo energii wkładała w rozszerzanie słownictwa naszego syna. Pracowali również nad wymową i teraz już jest wszystko dobrze. Drugim zyskiem moich dzieci jest na pewno ogromna otwartość na szeroko rozumianą inność. Oni nie muszą uczyć się tolerancji, oni rosną w tolerancyjnym, różnorodnym środowisku. Berlin jest bardzo zróżnicowany kulturowo i tu nikogo nie dziwi inny kolor skóry, język czy ubranie. Nasze dzieci mają przyjaciół i kolegów z różnych zakątków świata i to jest dla mnie piękne i cieszy mnie niezmiernie.

Jedna rzecz, którą twoim zdaniem zyskaliście jako rodzina w Niemczech, o której my tu możemy nadal tylko marzyć to…

Ja kocham berlińskie place zabaw i zezwolenie rodziców na wolną zabawę na nich. Dzieci biegają na bosaka, latem często na golasa na wodnych placach zabaw, obcują dużo z naturą, drewnem, place zabaw są dla nich wyzwaniem i bardzo je rozwijają. Tutaj ciągle budują się nowe i niektóre są bardzo wymyślne – w postaci zamków czy twierdz, ale są też takie zupełnie proste, tylko bardzo dobrze przemyślane – są kamienie, góra piasku, woda, tunele z roślin, drzewo do wspinania, drewniana konstrukcja zachęcająca do sprawdzania swoich umiejętności. Mieszkając tu, zyskaliśmy właśnie taką ‚kulturę zabawy’ – dzieci na plac zabaw nigdy nie są wystrojone ale ubrane w wygodne, nieograniczające ruchów ubrania adekwatne do pogody. Chcą biegać na bosaka, to biegają, chcą pobrudzić się błotem – proszę bardzo. Do picia dzieci raczej dostają wodę, a jako przekąski – warzywa pokrojone w słupki. Wiem, że nie wszędzie tak jest, ale wiele osób tak postępuje i to również motywuje innych rodziców. Bardzo to wszystko lubię.

Dziękuję za rozmowę. 

*

Rozważaliście możliwość rodzinnej emigracji? Co was powstrzymało? A może co przesądziło o wyjeździe? Podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach.

Wcześniejsze trójgłosy, czyli trzy rozmowy na jeden temat znajdziecie tu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.