trójgłos

Miłuj bliźniaka swego

Trójgłos, czyli trzy rozmowy na jeden temat

Miłuj bliźniaka swego
archiwa prywatne

Bliźnięta łączy wyjątkowa więź. Silna i trudna do zdefiniowania. Przez jednych postrzegana jako nierozłączna i wymagająca podwójnego zaangażowania ze strony rodziców. Inni widzą ją jako pole do eksploracji i dostosowywania rozwiązań do potrzeb. Jeszcze inaczej widzą ten proces same bliźnięta.

Bliźniacza więź intryguje mnie od zawsze. W głębokim dzieciństwie pojechałam z rodzicami nad morze, gdzie mieszkanie dzieliliśmy z bliźniaczkami i ich rodzicami. Nigdy nie zapomnę ciężkich piersi i podkówek pod oczami matki. W liceum do mojej klasy uczęszczały absolutnie różne bliźniaczki, więc miałam okazję przez 4 lata przyglądać się ich rozemocjonowanej, a chwilami zupełnie beznamiętnej relacji. Podczas studiów związałam się z bliźniakiem, którego brat wybrał studia zagraniczne i obaj stęsknieni, na różnych półkulach, wymieniali naszpikowane emocjami maile. Treść niektórych pamiętam do dziś. Nigdy nie użyłam podobnych sformułowań w stosunku do mojego, niebliźniaczego rodzeństwa.

W ostatnich tygodniach nie rozstawałam się z książką „Prezent dla dwojga” Mikołaja Łozińskiego, z wymownymi ilustracjami Janka Kozy. Jej oś fabularna zasadza się na historii wychowywania bliźniaczych braci, Romana i Emila, trudach i siły płynących z samego mierzenia się z nimi.

Jak sami widzicie, potrzeba zgłębienia zagadnienia jest tak silna, że zasługuje na to, by wybrzmieć. A Trójgłos wydaje mi się ku temu idealną, pakowną foremką. W czytelny sposób pokazuje trzy rozbieżne punkty widzenia na wychowanie bliźniąt. Dwa z nich pochodzą od rodziców, jeden jest od dzieci. Posłuchajcie.

*

Natalia Paszkowski wróciła do Warszawy 9 miesięcy temu. Wcześniej wraz z rodziną przez 8 lat mieszkała w San Francisco. Obecnie pracuje jako dyrektor finansowy dla polskiego startupu. Jest mamą 4-letnich bliźniaków dwujajowych: Mikołaja i Teodora. Chłopcy rozwijali się książkowo i szli w tym rozwoju łeb w łeb, za to jeśli chodzi o charaktery – są jak ogień i woda. Natalia mierzy się z decyzją o ich rozdzieleniu w pierwszej klasie szkoły podstawowej, czując podskórnie, że obaj potrzebują czasu bez siebie. Nie wie jeszcze, jaka będzie jej decyzja, ale na ten moment jest w stanie podzielić się z nami swoimi wątpliwościami. To już zbliża o kilka kroków do spokojnego finiszu.

Zacznijmy od początku. Jak przygotowywałaś się do myśli o tym, że zostaniesz mamą bliźniaków?

Kilka miesięcy przed narodzinami Mikołaja i Teodora spotkaliśmy się ze znajomymi, którzy mieli 6-miesięczne bliźniaki. Chcieliśmy zadać mi wszystkie ważne pytania. To był pierwszy krok, który nam otworzył oczy na to, co nas czeka. Znajomi pokazali nam specjalny zeszyt, w którym notowali wszystkie pory karmienia, zmiany pieluchy i godziny snu. Od razu po powrocie do domu zamówiłam taki sam zeszyt.

Jakie były wasze początki?

Przez pierwsze kilka tygodni po porodzie próbowaliśmy po prostu przetrwać. Byliśmy tak skrajnie zmęczeni, że nie było szans, by spamiętać, który syn o której jadł i ile, albo kiedy ostatni raz zmienialiśmy pieluchy, czy też kiedy ostatni raz odciągałam mleko. A musiałam to robić co 3 godziny. Najważniejsza była dla nas rutyna. Żeby przetrwać, próbowaliśmy ich karmić i kłaść spać o tej samej porze. Udało nam się to osiągnąć i to nam ułatwiło codzienne życie. Na szczęście mój mąż nie pracował przez pierwsze 4 miesiące po ich urodzeniu i mogliśmy dzielić się obowiązkami. Na przykład ja karmiłam piersią jednego z synów w nocy, a on karmił drugiego butelką.

Opowiedz, jak rozwijali się twoi synowie? Szli łeb w łeb czy każdy po swojemu? Jakie widziałaś między nimi podobieństwa na tamtym etapie?

Nasi synowie to bliźniaki dwujajowe i wyglądają zupełnie inaczej, ale rozwijali się w tym samym tempie. Gdy jeden zaczął się przewracać na bok, drugi nadgonił go kilka dni później. To samo było z chodzeniem. Obaj zaczęli chodzić w tym samym tygodniu.

A różnice?

Różnice były na pewno w temperamencie. Jeden zawsze był spokojniejszy, a drugi bardziej płaczliwy, i tak jest do tej pory. Jeden może usiąść i być skupiony przez godzinę, a drugi po 5 minutach szuka nowej rozrywki. Tak więc jeśli chodzi o charakter, dostrzegam między nimi znacznie więcej różnic niż podobieństw.

Jaka metoda wychowawcza wydaje ci się w kontekście bliźniąt najwłaściwsza? 

Będąc rodzicem bliźniąt, trzeba pamiętać, że to są dwie różne osoby i trzeba ich tak właśnie traktować. Od urodzenia spędzają bardzo mało czasu osobno i dlatego czasami z mężem próbujemy ich rozdzielać.

I co wtedy robicie?

Przykładowo: mój mąż bierze jednego z chłopaków do sklepu, żeby choć przez chwilę pobyć sam na sam z jednym z nich. Ale szczerze mówiąc, jest to trudne do zrobienia i rzadko nam się udaje.

W czym tkwi trudność?

Przede wszystkim w logistyce, a poza tym oni sami nie lubią być rozdzielani.

Czy jesteś w stanie ocenić, kiedy było wam dotąd najtrudniej?

Zdecydowanie, gdy mieli 2-3 lata. Jak jeden zobaczył, że drugi się wygłupia i szaleje, to on też zaczynał i wzajemnie się nakręcali. To piękne, że mają siebie, bawią się  i śmieją, ale często nawet nie zwracają uwagi na nas, rodziców i bardzo trudno jest ich uspokoić. W takich chwilach najlepiej sprawdza się żelazna konsekwencja.

Jak patrzysz na więź pomiędzy synami? 

To coś absolutnie specjalnego. Myślę, że nie będąc bliźniakiem, trudno ją czasem pojąć i ogarnąć. Chłopcy mają swój własny język i czasami, gdy nie rozumiem jednego z nich, drugi staje się jego tłumaczem. Pewnie dopiero gdy nieco podrosną, opowiedzą mi więcej o tej więzi.

Jak wizualizujesz sobie przyszłość twoich synów i czy w ogóle to robisz? 

Najtrudniejsza decyzja, jaka stoi przed nami w tej chwili, to ta, czy chcemy ich rozdzielić w pierwszej klasie. Naczytaliśmy się różnych opinii i coraz bardziej skłaniamy się ku temu, by poszli do odrębnych klas.

Co cię przekonuje do rozdzielenia chłopców?

W przedszkolu często rozpraszają się nawzajem. Myślę, że warto, by poczuli swoją indywidualność i osobność. A najważniejsza rola rodzica w tej sytuacji to wspieranie ich i okazywanie miłości między sobą i w stosunku do innych. Zresztą, to się powinno dziać zawsze, kiedy w rodzinie są dzieci, niezależnie, czy są to bliźnięta, czy nie. A bliskość pomiędzy nimi jest wyraźna od urodzenia i z czasem tylko się pogłębia.

*

Maciej Lisowski jest samodzielnym tatą bliźniaczek, Małgosi i Magdy. Prowadzi profil @matataojciec oraz kanał na YouTube, na których dokumentuje zabawy z córkami, podróże i inne elementy codzienności. Uśmiech, opanowanie, dystans do rzeczywistości składają się na jasny i klarowny obrazek jego ojcostwa. Bycie tu i teraz, uważność i czas przeznaczony świadomie na to, co ważne. Proste.

„Będziesz tatą bliźniaczek” – usłyszałeś te słowa i co poczułeś?

Bardzo się wtedy ucieszyłem. Zawsze marzyłem o dwójce dzieci.

Nie poczułeś lęku czy przytłoczenia, że ta dwójka pojawia się naraz i od razu trzeba będzie wypłynąć na głęboką wodę?

Przeciwnie, myślę nawet, że przy bliźniakach jest łatwiej, bo wszystkie trudności dzieją się „za jednym zamachem” i nie trzeba po jakimś czasie wracać do pieluch i nieprzespanych nocy. Byłem naprawdę bardzo szczęśliwy. W mojej sytuacji, kiedy sam wychowuję dzieci, to błogosławieństwo. Three is a family!

Jak sobie radziłeś na samym początku ojcowskiej drogi? 

Znowu miałem bardzo dużo szczęścia. Dziewczynki były zsynchronizowane – budziły się o tych samych porach na jedzenie czy siusiu. Trzymałem się zasady, że dzieci lubią rutynę, stałe pory. Dlatego ten początkowy etap wspominam jako naprawdę mało męczący.

Kiedy zaczęły się trudności?

Dopiero wtedy, gdy dziewczynki postanowiły wyruszyć w świat, czyli w okolicy 11 miesiąca. Od tej chwili, gdy zaczęły chodzić, do 2,5 roku życia był naprawdę intensywny i trudny.

Jaka metoda wychowawcza wydaje ci się w przypadku bliźniaczek najwłaściwsza?

Myślę, że nie wolno się wstydzić słabości i nie bać się prosić o pomoc. Trzeba z powrotem stać się dzieckiem i czerpać z tego przyjemność. Tylko wtedy możemy być dobrymi rodzicami.

Jesteś zwolennikiem rozdzielania dziewczynek, czy przeciwnie?

Na co dzień zdarza mi się je rozdzielać, przykładowo: Madzia często jeździ sama do dziadków, a Małgosia zostaje ze mną. Natomiast rozdzielanie w szkole nie jest – moim zdaniem – dobrym pomysłem. Nawet logistycznie odbieranie ich o różnych godzinach byłoby trudne.

Co łączy Magdę i Małgosię? Powiedz kilka słów o ich więzi, o tym, jak ją postrzegasz.

Hmm, czyli o tym, jak się kochają i jak się tłuką (śmiech). Wystarczy, że Madzia pojedzie na kilka dni do dziadków, a Małgosia bardzo za nią tęskni. Po powrocie jest wybuch miłości, ale godzinę później… no, cóż. Zmiana nastrojów. Ale wiem, że mimo wszystko bardzo się kochają.

Czy snujesz plany dotyczące ich przyszłości? Jak kierunkujesz dziewczynki i czy w ogóle to robisz? 

Nie planuję, za to staram się być tu i teraz. Tylko w ten sposób możemy być szczęśliwi i zauważać szczęście, inaczej zgubimy bezpowrotnie wszystko, co najcenniejsze. Na szczęście składa się zdrowie, miłość, pieniądze, które dają poczucie bezpieczeństwa. Staram się wpoić to moim dzieciom i wierzę, że będą potrafiły odnaleźć swoje priorytety.

*

Antonina Kłudkiewicz pracuje w firmie farmaceutycznej i jest bliźniaczą siostrą Janka, pilota i ojca dziewczynki. Antonina mówi o tym, że w jej bliźniactwie „to samo” nie znaczyło „po równo”, że rodzice ich słuchali i dawali wsparcie. Że mimo rozluźnienia relacji na całą dekadę oboje z Jankiem skoczyliby za sobą w ogień i jako pierwsi przybiegli z pomocą.

Opowiedz o momencie, w którym zdałaś sobie sprawę, że więź z twoim bratem bliźniakiem ma kształtujące znaczenie.

Jako dzieci często się z Jankiem „tłukliśmy”, zwłaszcza że do 12 roku życia mieliśmy wspólny pokój. Po przeprowadzce konfliktów było zdecydowanie mniej, a najczęstsze dotyczyły gry brata na gitarze w sobotę o 7 rano lub mojego przesiadywania w łazience. Najlepszą relację mieliśmy w czasach licealnych, gdy choć w tej samej szkole, uczyliśmy się w innych klasach, o innych profilach. Brat podjął studia w innym mieście i choć obecnie mieszka znowu w Warszawie, to jednak tych prawie 10 dorosłych lat życia, gdy funkcjonowaliśmy oddzielnie, nie da się nadrobić. W zamian za to przywiózł ze sobą najlepszą bratową na świecie (śmiech).

Jak wspierali was rodzice i jak ten sposób dawania wsparcia oceniasz dziś z perspektywy czasu?

Rodzice jakoś naturalnie bardzo dobrze odnaleźli się w wychowywaniu bliźniaków. Nigdy nie było między nami zazdrości, poczucia niesprawiedliwości itp. Nie było tak, że wszystko było po równo, ale jakoś nigdy nam to nie przeszkadzało. Byliśmy zupełnie odmiennymi osobami i „to samo” nie byłoby dla nas „po równo”. Rodzice wspierali naszą różnorodność i dostrzegali różne potrzeby.

Co was najbardziej irytowało w bliźniactwie, a co radowało?

Takich poważnych irytujących rzeczy nie mogę sobie przypomnieć. Irytowało mnie, gdy brat pożyczał kredki i ich nie oddawał. Pewnej irytacji dostarczało też, gdy wywyższał się, np. lepszym wynikiem testu do klasy matematycznej. Najbardziej radujące było posiadanie „kompana w zbrodni” – do imprez, wyjazdów, nowej klasy. Zawsze był ktoś obok i np. w ciemną noc wracaliśmy do domu we dwoje. Brat też zawsze jako pierwszy był szczepiony (śmiech).

Czy czuliście się inni niż reszta rodzeństw, które znaliście? 

Nie widziałam takich różnic.

Jak patrzysz na tę więź, będąc dorosłą kobietą?

Zdecydowanie mogłaby być lepsza, ale z uwagi na inne zainteresowania nie dzwonimy do siebie na ploty. Niezależnie jednak od tego, jedno by za drugim skoczyło w ogień i nigdy nie zostawiłoby bez pomocy.

Jak dbać o bliźniaczą relację przez lata?

Najbardziej podczas spotkań rodzinnych i ze wspólnymi znajomymi.

*

Czy macie blisko siebie bliźniaków? A może sami posiadacie bliźniacze rodzeństwo i chcielibyście napisać kilka słów o mocy relacji i wychowaniu, jakie odebraliście od rodziców? Proszę bardzo. To jest odpowiednie ku temu miejsce.

Dodaj komentarz