Ładne Bebe x Natuli psycholog współpraca reklamowa

Nie potrzebujemy rozwiązań instant! Niewiedza jest zdrową częścią rodzicielstwa

Shai Orr, izraelski terapeuta rodzinny dla czytelników Ładne Bebe

Nie potrzebujemy rozwiązań instant! Niewiedza jest zdrową częścią rodzicielstwa
materiały promocyjne

Jako pionierzy w słuchaniu swoich dzieci i podążaniu za ich potrzebami nierzadko czujemy się nie tylko osamotnieni czy nierozumiani, lecz także zwyczajnie zagubieni. Nie mamy pojęcia, czy postępujemy właściwie, nie znajdujemy oparcia w dawnych wzorcach, błądzimy po – często bolesnych – wspomnieniach z dzieciństwa, próbując zrozumieć postępowanie swoich rodziców. Tymczasem okazuje się, że odpowiedzi na wszystkie wątpliwości mamy… w sobie.

Kiedy uważnie słuchamy naszych dzieci, każdy konflikt zamienia się w okazję do rozwoju więzi, poprawienia czegoś – przekonuje Shai Orr, autor książek „Cud rodzicielstwa” i „Dzieciństwo rodziców”. – Zejście z piedestału Wszechwiedzącego Dorosłego wcale nie oznacza, że przestajemy pełnić rolę przewodnika rodziny, wręcz przeciwnie: to, że nie wiemy, jest integralną i najbardziej zdrową rodzicielską reakcją. W końcu nie hodujemy według odgórnych instrukcji, a bierzemy udział w procesie tworzenia się odrębnej, wyjątkowej istoty ludzkiej.

„Dzieciństwo rodziców. Jak nie tylko dorosnąć, lecz także dojrzeć” to kolejna już pozycja autora, wydana w Polsce przez Natuli. Opisuje w niej codzienne konfrontacje pomiędzy pragnieniem bycia dobrym rodzicem a utrudniającymi to wspomnieniami z własnego, pełnego braków dzieciństwa, ukazuje wielkie światopoglądowe zmiany ostatnich lat i wskazuje ścieżki na przyszłość.

Z izraelskim terapeutą rodzinnym i promotorem idei uważnego rodzicielstwa rozmawiamy o mierzeniu się z mitami własnego dzieciństwa, odważnym tworzeniu zupełnie nowych wzorców i dojrzewaniu do bycia czułymi liderami dla kolejnych pokoleń. 

Bycie dorosłym, zwłaszcza rodzicem, wiąże się z odpowiedzialnością, a przy tym wcale nie oznacza z automatu bycia człowiekiem dojrzałym. Często spada to na nas w momencie, gdy wewnętrznie wciąż jesteśmy dziećmi, które odczuwają jakieś braki, bo nie dostały od swoich rodziców tego, czego potrzebowały. Jak ruszyć z tego punktu? 

Bycie dorosłym jest rodzajem iluzji, do której dążymy, pretendujemy, ale w momencie, gdy zdamy sobie z tego sprawę i przestaniemy udawać, rozpocznie się w nas proces uzdrawiania. Nam rodzicom często wydaje się, że musimy działać w każdym momencie w dojrzały sposób, z dojrzałych powodów, ale to nieprawda. Przede wszystkim powinniśmy być szczerzy i uważni. Także na to dziecko w sobie. Jeśli kierują nami zranione dziecięce uczucia czy oczekiwania, trudno nam będzie wytrwać w pozorowaniu dojrzałości. Drogą do niej będzie jednak rozpoznanie w sobie tych mechanizmów, przyjrzenie się im – bo przecież to są bardzo zdrowe, naturalne mechanizmy dziecka, które szuka odpowiedzi na swoje prośby. W dojrzewaniu nie chodzi wcale o to, by to dziecko w sobie zagłuszyć, tylko właśnie je wysłuchać, być może po raz pierwszy w życiu. Jeśli zrozumiemy jego ból, przeżyjemy go (sami lub z pomocą terapeuty), zaakceptujemy, to finalnie jest szansa, że damy sobie sami wszystko to, czego nam wcześniej zabrakło. 

Czy to oznacza, że musimy najpierw niejako odrobić lekcje za naszych rodziców wobec siebie samego, żeby móc być dobrym rodzicem dla naszych własnych dzieci?     

Możemy być dobrym rodzicem niezależnie od tego, w jakim momencie naszego własnego procesu jesteśmy, o ile będziemy siebie świadomi i w prawdzie. Jeśli naprawdę uważnie słuchamy naszego dziecka, jesteśmy w stanie spełnić jego prośby, odpowiedzieć na jego potrzeby, bo te zasoby są po prostu w nas. W sytuacji konfliktu bywa, że zachowujemy się dziecinnie, bo sami szukamy uwagi czy docenienia, ale jeśli to zauważymy i znów wrócimy do słuchania, zobaczymy, że każde takie spięcie między nami a dzieckiem to okazja, by popracować nad relacją, poszukać lepszego sposobu na okazanie temu młodemu człowiekowi miłości tak, jak tego potrzebuje. Tylko musimy słuchać głęboko, nie słów, a tego, co naprawdę próbuje nam powiedzieć.       

Skąd jednak brać narzędzia? Inspiracje? Mówi się przecież, że z pustego i Salomon nie naleje. Jeśli w zdecydowanej większości posiadamy dość słabe wzorce od poprzednich pokoleń, czy nadal mamy szansę sprawdzić się w rodzicielstwie? 

Oczywiście. Jesteśmy pierwszym pokoleniem zmiany, pionierami, i stąd na pewno jest to zadanie trudne, chociażby dlatego, że nie mamy – jak nasi przodkowie – oparcia w tradycjach, religiach czy jakichś systemowych przekonaniach, dotyczących dzieciństwa czy traktowania dzieci w ogóle. Ale to przecież dobrze, bo wiemy, że kiedyś dzieci się z założenia po prostu ignorowało lub uciskało, ich uczucia nie były brane pod uwagę, stanowiły własność rodziców. Zamiast takiego odgórnie przyjętego podejścia mamy dziś nasze wewnętrzne kompasy, ustawione na kochanie, na uważność, nawet w chwilach konfliktu, w obliczu trudności. Możemy po prostu pytać samego siebie: jak mogę jeszcze lepiej kochać to dziecko? Czy miłość, którą daję, jest tą, którą ono chce otrzymać? Jestem pewny, że w każdej wiosce jest co najmniej kilka takich kochających rodzin, które można i warto naśladować, ale nawet jeśli ich wokół siebie nie mamy, to w sytuacji wątpliwości, możemy się zawsze zatrzymać, zrobić krok w tył, jeszcze raz posłuchać siebie i naszego dziecka, a odpowiedź w końcu się pojawi – ta intuicyjna. Ona też wcale nie musi przyjść od razu. Zdarza się, że czekamy na nią bardzo długo, ale nie ma sensu przerażać się tym, że czegoś w danym momencie nie wiemy. Nie potrzebujemy rozwiązań instant, natychmiastowych. „Niewiedzenie” jest zupełnie normalną, zdrową częścią bycia rodzicem. Podobnie jak bycie zagubionym czy niepewnym, ale ostatecznie, pozostając w zgodzie ze sobą, znajdujemy naszą ścieżkę.  

Zaufanie sobie i swojej rodzicielskiej intuicji nie zawsze jest łatwe. Tym bardziej, że przecież nasi rodzice popełniali błędy, także wierząc, że postępują słusznie. Być może to, co my teraz uważamy za właściwe, w przyszłości okaże się mieć jakieś „skutki uboczne”. 

Przede wszystkim nie możemy usprawiedliwiać błędów swoich rodziców. Ten sposób myślenia nikomu nie pomaga. Mamy silnie zakorzenione przekonanie, że matkę i ojca należy wręcz czcić, ale jeśli zaczynamy ich tłumaczyć, wyjaśniać sobie, że skrzywdzili nas w imię miłości, zmuszamy się do wybaczenia im, to kolejny raz traktujemy niesprawiedliwie to nasze wewnętrzne dziecko, bo mówimy mu, że jego uczucia się nie liczą lub są nieadekwatne, że jest niemądre i nie powinno narzekać, bo rodzice je przecież kochali. W tym uznaniu nie chodzi przecież o to, by widzieć w naszych rodzicach potwory, ale jednak są osoby, które postrzegały dzieci w niewłaściwy, krzywdzący sposób, a to, co robiły, na pewno nie było miłością. Jeśli przyjmiemy tę prawdę, jeśli nie będziemy lojalni wobec nich, ale szczerzy ze sobą, to zrobimy ogromny krok właśnie w stronę ufania swoim emocjom i swojej intuicji.  

Zaciekawiło mnie to „niezmuszanie do wybaczania”. Dlaczego nie należy tego robić? Przyjęło się uważać, że wybaczanie to uwalniający proces.

Rzeczywiście istnieje teraz jakaś ogromna społeczna presja na wybaczanie, ale może to wyrządzić więcej krzywdy niż pożytku. Wybaczanie może być lecznicze pod warunkiem, że następuje samoczynnie, z wolnego wyboru, jako naturalna konsekwencja procesu terapeutycznego, który może trwać nawet kilka lat. Najpierw musi przyjść rozpoznanie i uznanie swojego bólu, tego, że się było ofiarą, trzeba przeżyć i wyrazić swój gniew, kolejne stadia i dopiero na końcu – ewentualnie – odnaleźć w sobie siłę do wybaczenia, które powinno być opcją, nie zobowiązaniem. Proces ten ma zasadnicze znaczenie także dla tego dorastania, o którym mówiliśmy na początku. Nie uda nam się być dojrzałym człowiekiem, jeśli nie poukładamy się z naszym gniewem, a będziemy go ukrywać. Wyrażanie złości jest potrzebne i sposób, w jaki to robimy, świadczy właśnie o tym, na jakim etapie naszego dojrzewania jesteśmy. Opracowałem prosty test, którym dzielę się w książce. Pozwala on sprawdzić stan naszego samostanowienia, lub – jak to nazwałem – wolności myślenia: należy sobie wyobrazić sytuację, w której nasz przyjaciel postępuje w raniący nas sposób i przeciwstawić się temu, mówiąc mu prosto w oczy, że zwariował, a następnie w analogicznej sytuacji powtórzyć to z rodzicem. Jeśli nam się to udaje i im spokojniej nam to przychodzi, tym bardziej jesteśmy dojrzali i niezależni.

Mam wrażenie, że to nowe rodzicielstwo zmierza właśnie w tym kierunku. Napisałeś, że coraz więcej rodziców słucha swoich dzieci i dlatego coraz więcej dzieci ośmiela się przeciwstawić rodzicom. Dlaczego właśnie takie podejście jest finalnie dobre dla naszych więzi?

Ponieważ nareszcie sobie uświadamiamy, że nie tresujemy zwierząt w cyrku czy nie hodujemy słoni w ZOO, ale bierzemy udział w procesie tworzenia się odrębnej, wyjątkowej istoty ludzkiej. W rodzinach, w których rodzice mają otwarte głowy, każdy dramat stanowi wyzwanie, środek do celu, do nauki, do zdobycia narzędzi. Dzieci, które mają odwagę się nam przeciwstawiać, robią to, bo czują, że będą wysłuchane, że ich zdanie ma znaczenie. To z kolei sygnał dla nas, że postępujemy właściwie, bo to my daliśmy im to poczucie. Słuchanie dzieci wcale nie sprawia, że tracimy pozycję przewodnika w rodzinie, że je rozpieszczamy czy że będą samolubne. Wręcz przeciwnie. Dziecko w naturalny sposób chce podążać za swoim rodzicem, chce widzieć w nim lidera i będzie to robić tym chętniej, im więcej zachowamy spokoju i pewności w naszych zachowaniach, im mniej będzie w tym walki. Ponadto wiemy przecież doskonale, że dzieci uczą się głównie przez naśladowanie. Stąd obserwując uważnego, troskliwego rodzica, który ich słucha, same także będą tak postępować, będą uważne na potrzeby i emocje innych ludzi, nie ze strachu, ale właśnie z własnej wrażliwości. Dodatkowo nauczą się ufać własnym uczuciom. Warto się w ogóle zastanowić, dlaczego tak bardzo się obawiamy konfliktów czy kryzysów w rodzinie. Przecież kiedy coś podobnego zdarza się np. w firmie, siadamy razem, robimy burzę mózgów, szukamy, próbujemy, na nowo ustalamy priorytety. Czemu w naszym rodzicielstwie nie działamy w ten sposób? 

Powiedziałeś, że dzieci chcą za nami podążać. Czy dzieje się to również wtedy, kiedy czujemy, że brakuje nam odpowiedzi? 

Po pierwsze Wszystkowiedzący Rodzic to bolesna i szkodliwa iluzja. Rodzic, który bierze udział w procesie kreowania człowieka, nie może wiedzieć wszystkiego, ponieważ każdy z tych procesów jest unikatowy, tak jak każda z tych osób jest unikatem, odrębnym uniwersum, galaktyką. Nikt nie wie, jak to się odbywa, nie ma żadnych obowiązujących reguł i właśnie na tym między innymi polega cała magia rodzicielstwa. Poza tym większość wątpliwości, które nas spotykają po drodze, to zazwyczaj stan przejściowy. Może w danym momencie nie wiemy, co zrobić czy powiedzieć, ale wiemy np. doskonale, czego nie chcemy. Z tego również możemy wyciągnąć wnioski. Im bardziej jesteśmy samoświadomi, tym szybciej przychodzi nam określenie naszych celów, naszej wizji. To, że je mamy, jest dla dzieci wzmacniające. Jak powiedziałem wcześniej: im więcej w nas cech czułego lidera – opanowania, otwartości i empatii – tym chętniej chcą iść naszymi śladami.   

Jako pierwsi w historii rodzice dajemy naszym dzieciom więcej niż nam kiedykolwiek dawano i nawet jeśli wiemy, że tak wygląda miłość, na pewnym poziomie wciąż trochę oczekujemy czegoś w zamian: wdzięczności czy lojalności. Bywa, że czujemy się zranieni, nie dostając jej. Czy można się uwolnić od tej potrzeby i nie obarczać nią naszych dzieci?  

Warto sobie uświadomić, że walka o uznanie z zewnątrz jest zawsze groźna, niszcząca. Szukanie docenienia, porównywanie się z innymi prowadzi nas do stanu, w którym zaczynamy brać udział w walce o uwagę, zapętlać się w niej. To nie jest część ludzkiej natury. To jest element, który został nam wpojony, ale wcale się z nim nie rodzimy. Wręcz przeciwnie! Wystarczy poobserwować małe dziecko na placu zabaw. Ono się bawi, biega, podejmuje wyzwania, pokonuje trudności i nie robi tego wcale po to, żeby pozyskać czyjąś aprobatę. Robi to samo z siebie i znajduje w sobie swoje wewnętrzne docenienie. Na tym etapie rozwoju nie ma żadnych wątpliwości, że jest tego warte, że jest wyjątkowe, wystarczające, nie potrzebuje pochwał czy uznania z zewnątrz, po prostu to wie. To jest właśnie nasz naturalny stan umysłu: wewnętrzne poczucie bycia wyjątkowym, wartościowym bez robienia niczego nadzwyczajnego, tylko przez to, że istniejemy. Zatem jeśli to utraciliśmy, to musimy to w sobie odszukać i stamtąd czerpać. Zmuszanie dzieci do lojalności czy wdzięczności jest właśnie próbą zastąpienia tych brakujących zasobów. Ale to przecież nie ich odpowiedzialność. Jeśli z kolei nie odbierzemy im ich zasobów, nie będą musiały walczyć o uznanie, a przeznaczyć tę energię na samorozwój, dzielenie się swoim pięknem ze społeczeństwem, dokonywanie wolnych wyborów, podyktowanych tym, czego same chcą, a nie tym, co się spodoba innym.

Skoro mówimy już o nieprzekazywaniu dzieciom własnych braków: jak dbać o to, by nie burzyć ich poczucia bezpieczeństwa i wiary w dobry świat w sytuacji, w której – zwłaszcza w ciągu ostatnich dwóch lat – nasze lęki wydają się ziszczać? 

Zacznijmy od faktów. Faktem jest to, że niemal pod każdym względem jesteśmy w zdecydowanie lepszej sytuacji niż ludzie 100 lat temu. Jeśli mamy pełną lodówkę, dom, samochód, to możemy się czuć uprzywilejowani. Jeśli jesteśmy zdrowi, tym bardziej. To są nasze realia, których należy się trzymać i na nich się skupiać. Poczucie zagrożenia może wówczas wynikać nie z tego, że coś nam rzeczywiście zagraża, ale mówi nam o naszych głębokich przekonaniach lub emocjach, nad którymi może trzeba popracować. Może jest na przykład o tym, że nie ufamy ludziom wokół siebie. Takie zaufanie jest zaś często już wystarczające, by dziecko czuło się bezpiecznie. Bo ono tak się właśnie czuje, kiedy ufa rodzicom i kiedy obserwuje, że oni polegają na sobie nawzajem. Ale uwaga: widzi to na co dzień, a nie tylko o tym słucha, bo gdy snujemy przed dzieckiem piękne wizje, a w środku trzęsiemy się ze strachu, ono czuje, że to nieprawda, że zamiast prawdy dostaje gówno-prawdę. Nim przestraszymy czymś nasze dziecko, warto też sprawdzić, czy przypadkiem nie jest to tylko kwestia naszego punktu widzenia. Jeśli nie miałem jako młody człowiek kontaktu z psami, mogę się obawiać psów, bo ich nie znam, ale to przecież nie znaczy, że one są straszne. Jeśli mieszkam na wsi, gdzie jest nieduży ruch, widzę niebezpieczeństwa w dużym mieście, np. w przechodzeniu dziecka przez pasy, ale to nie oznacza, że przydarzy mu się wypadek. Trzymajmy się faktów, nie opinii, a kiedy tylko potrzeba – pozwólmy sobie na głębszy oddech.

Życzmy sobie zatem wzajemnie głębokiego oddechu. Bardzo dziękuję za rozmowę. 

 

Shai Orr – terapeuta rodzinny, nauczyciel, inspirator i autor książek parentingowych. Żyje i pracuje w Izraelu, wychował się w kibucu, przez wiele lat zajmował się tematyką rodzicielską, m.in. pisząc felietony, od ok. 2000 roku rozwija koncepcję Miraculous Parenting (pol. Cud Rodzicielstwa), która zrewolucjonizowała podejście do rodzicielstwa i spojrzenia na dzieci nie tylko w Izraelu. Obecnie jego idee stanowią wsparcie dla poszukujących rodziców na całym świecie.

Dodaj komentarz