mama

Nie jestem mamą, której wszystko świetnie wychodzi

Ola Wołkowska o życiu, dzieciach i nowej książce

Nie jestem mamą, której wszystko świetnie wychodzi
Ula Małek

Jej luz inspiruje i zarazem uwalnia od wyśrubowanych standardów macierzyństwa. Jej profil na Instagramie demaskuje mity o wielodzietności, życiu na wsi i tradycyjnym domu. Właśnie ukazała się długo wyczekiwana książka, która zgrabnie łączy w sobie romantyczną powieść i poradnik początkującego… hodowcy drobiu. O czym opowie nam jej autorka, Ola Wołkowska?

Książka i „Kurza Mama. Jak ogarnąć kury, dzieci i życie na wsi” jest jak ciepły koc i kubek herbaty z cytryną – pozwala się dobrze czuć i uśmiechać w rozmarzeniu o czymś lepszym: totalnym wyluzowaniu, szczęśliwych dzieciach, domu na wsi, spełnieniu i miłości. Ale daje też nadzieję, że to „lepsze” jest w naszym zasięgu. Wystarczy tylko poczekać, zmienić nastawienie, spróbować czegoś nowego, a także pozwolić członkom rodziny trochę decydować. Dla tych, którzy nie mają domu na wsi, to lektura o rodzinnej historii i nieco innym pomyśle na życie. Dla tych, którzy mają wiejską działkę i marzą o ekologicznej jajecznicy ze świeżo zniesionych jajek, jest to dawka konkretnych informacji – o hodowli drobiu: od A do Z.

Rozmawiamy dziś z Olą Wołkowską o tym, jak to było mieć nieco mniej dzieci i dziurę w ścianie zamiast drzwi. O drodze do harmonii, szczęścia rodzinnego i ukochanych kurach, od których zaczęła się jej instagramowa popularność. Czym jeszcze zaskoczy nas Kurza mama?

Zdradź mi proszę: jak udało ci się znaleźć czas na pisanie książki z sześciorgiem dzieci i bobasem pod pachą?

Gdy pisałam książkę, miałam mniej dzieci (śmiech).

Ale nadal miałaś piątkę!

Tak, tylko po pierwsze, to były całkiem już duże dzieci. Chłopcy chodzili wtedy jeszcze do placówek, bo to było zanim zaczęliśmy edukację domową. No i bardzo pomagał mi mój mąż Piotrek. Nie dość, że jest autorem dużej części książki, to jeszcze wtedy jego praca polegała na byciu w pobliżu domu – warsztat stolarski miał tuż obok. Poza tym książkę pisałam dosyć długo, mimo że wykorzystywałam gotowe już fragmenty z mojego bloga.

Czyli nie powiesz mi, że wszystko da się zrobić i to tylko kwestia dobrej organizacji?

Nie, nie powiem tak: nie ma magicznej recepty. Ale powiem też, że wszystko da się zrobić, jeśli masz pomoc i jeśli dasz sobie odpowiednio dużo czasu.

Zastanawia mnie, jak radzisz sobie z obowiązkami domowymi w tak dużej rodzinie – z kurami, edukacją domową i pracą kreatywną?

Tak jak powiedziałam, bardzo wspiera mnie Piotrek. Dopóki był tu na miejscu, w warsztacie, radziliśmy sobie w zasadzie bez pomocy. Teraz zajmuje się kamperami, prowadzi firmę Boski Rydvan, więc często nie ma go w domu. Zatrudniliśmy nianię, która jest trzy razy w tygodniu, choć właściwie teraz ma urlop (śmiech). Czasem przychodzi też pani do sprzątania. Sytuacja w naszym domu się zmienia – właśnie poniekąd wychodzimy z najtrudniejszego okresu, gdy chłopcy byli mali. Najstarsze dzieci znów zaczęły chodzić do szkoły. Chłopcy są bardzo samodzielni, co pozwala mi nie zajmować się wszystkim.

Czy samodzielność przyszła twoim synom naturalnie, jak to w rodzinie wielodzietnej? Czy może to twoja zasługa?

Nigdy nie byłam mamą, której wszystko świetnie wychodzi. Nie umiałam robić prania czy perfekcyjnie sprzątać. Musiałam się wszystkiego nauczyć, bo gdy byłam dzieckiem, moja mama działała sama, nie wciągała mnie w obowiązki. Byłam najmłodsza i troszkę rozpieszczona. Do dzisiaj nie potrafię prać, to znaczy segregować ubrań przed włożeniem do pralki (śmiech). Tak serio, to postanowiłam sobie, że chcę, aby chłopcy, inaczej niż ja, wynieśli z domu samodzielność. Wszystko robią więc ze mną od małego. Mamy na przykład system, że każdego dnia tygodnia kto inny opróżnia zmywarkę. Każdy chłopiec ma też swój kosz na pranie. Starszaki zanoszą do pralni i piorą swoje rzeczy sami.

Pamiętam, jak twój kilkuletni Kazio przewijał małego Rysia…

Tak, pokazałam to kiedyś na Instagramie. Jeśli chcesz, by dzieci się nauczyły robić pewne rzeczy, to musisz im pozwolić próbować. Oczywiście nigdy nie ogarną porządków czy innych obowiązków tak dobrze jak mama. Trzeba zaakceptować, że w szufladzie ze sztućcami coś może być pomylone, że w szafce z ubraniami nie będzie ładnie poukładane. Mnie to nie przeszkadza, za to cieszę się, że dzięki samodzielności dzieci mam czas dla siebie.

Potwierdzasz, że bez „me time” trudno być szczęśliwą i spokojną mamą?

Zawsze mówię, że szczególnie w wielodzietności, te przerwy to podstawa. Gdy przez 90% czasu zajmujesz się dziećmi i zaspokajaniem ich potrzeb, ciągle komuś podajesz jedzenie, w czymś pomagasz, ocierasz łzy – i ogólnie jesteś dla kogoś – tym bardziej potrzebujesz chwili dla siebie. Dla mnie strasznie ważne jest, by robić coś swojego, mieć własną przestrzeń. Gdybym nie miała momentów by się porozpieszczać – wyjść na kawę czy na zakupy do miasta, szybko bym zwariowała, zwłaszcza na wsi (śmiech).

No właśnie, czy życie na wsi daje cię ten charakterystyczny luz? W książce opisałaś kilka szokujących rzeczy, jak salon z folią zamiast okna balkonowego i spanie w jednym pokoju w osiem osób.

Nie wiem, czy to kwestia wsi, czy tego, jaki się ma charakter. Na pewno standard czystości, gdy mieszka się w bloku, jest inny. U nas, wśród zwierząt i z kilkorgiem dzieci, nawet gdy jest posprzątane, wielu osobom z miasta może wydawać się, że mamy brudno. Tutaj prędzej wdepniesz w kurzą kupę niż w mieście. Z drugiej strony nasza wieś nie jest taka typowa, mieszkamy pod Krakowem i sąsiedzi mają nieduże działki z eleganckimi domami, więc trochę mam tu obraz tego, jak wygląda wygodne miejskie życie. Nie potrzebuję pełnej kontroli i porządku dookoła siebie. Nie tęsknię nawet za tym, bo nigdy tego nie zaznałam. Może dlatego, że mój tata był bardzo wyluzowaną osobą – często mówił mamie: „Po co to prasujesz, po co układasz? Zostaw to!”. Tata pokazał mi, że można żyć na luzie, nie przejmując się drobnostkami, i że dużo więcej radości dają udane relacje z bliskimi.

Nie kusi cię perfekcyjny świat wirtualny? Stworzyłaś hasztag #kadrynieułożone, ale sama jesteś przecież postacią z Instagrama. Ciekawi mnie, czy czasem nie myślisz – patrząc na innych – o tym, co chciałabyś mieć i czego ci w życiu brakuje?

Tak, jestem influencerką i mam tysiące followersów, ale pamiętam czas, gdy miałam ich 150. I szczerze mówiąc, nie czuję, bym się jakoś od tamtego czasu zmieniła. Nigdy się specjalnie nie porównywałam do nikogo i nikomu nie zazdrościłam. Oczywiście lubię zakupy, lubię piękne przedmioty i ładne ubrania, ale jednocześnie nie myślę o tym, czego mi brakuje. W moim rodzinnym domu nigdy nie przywiązywało się wagi do dobrobytu, do pieniędzy. Raz byliśmy zamożniejsi, raz mniej, ale rodzice nigdy o tym nie rozmawiali. Po prostu jeździli autobusami, bo tak trzeba było, i tyle. Podstawą w odbieraniu influencerów jest pamiętanie o tym, że nie jest możliwe, by mieć wszystko, co oglądamy u innych.

Czy w takim razie jest cokolwiek, co cię frustruje?

Chyba to, że dzieci urosły i już nie radzę sobie z nimi tak sprawnie jak z maluchami. Jest dużo rzeczy, których nie da się przeskoczyć. Starsi chłopcy chcą chodzić na zajęcia dodatkowe, chcą czasu z kolegami. Dawniej zabierałam całą bandę na plac zabaw i było dobrze. Teraz ciężko dogodzić wszystkim, bo starszakom się nudzi. Czasem myślę, że jestem tak dobrym mediatorem, że nadawałabym się do pracy w jakiejś korporacji (śmiech).

Staś i Tadzio chodzą do szkoły, są już nastolatkami. Nie zdarza się, że zgłaszają potrzeby, które „podpatrzyli” u rówieśników z podstawówki?

Jak w każdej szkole i jak u wszystkich dzieci w tym wieku, oni też przejęli ochotę na posiadanie rzeczy, które mają ich rówieśnicy. Na przykład plecak Vansa. Stwierdziliśmy z Piotrkiem, że na wymarzony plecak dla syna jeszcze możemy wydać nieco więcej. Gorzej było z rowerem – Tadzio zażyczył sobie jakiś super, który kosztował sporo. Ale na to też znalazłam sposób. Zaproponowałam mu używany z OLX, ale dałam też wybór: jeśli chce nowy, to zaoszczędzimy na niego, dając wolne Pani od sprzątania. Tadek miał wykonywać jej obowiązki przez kilka tygodni. Oczywiście na początku nie sprzątał tak jak należy, ale z czasem nabrał wprawy i teraz idzie mu całkiem dobrze. Zaoszczędzone na sprzątaniu pieniądze odkładamy na konto, by mógł sobie ten wymarzony rower kupić.

Myślałam, że może sprzedawał jajka waszych kurek…

Nie, tego nie robimy, bo – jak ja to mówię w żartach – oboje z Piotrkiem mamy słabe głowy do biznesu.

Ale chyba wiesz, ile kosztuje jajko w Krakowie?

Ekologiczne, jak nasze, potrafi kosztować nawet 1,50 zł.

No to chyba wasza kurza ferma mogłaby być dobrym biznesem?

Prawdopodobnie tak, ale mam dużo dzieci, które kochają jeść jajka (śmiech). Szczerze mówiąc, planowaliśmy zająć się hodowlą komercyjną kurek rasy Silkie. Ale zawsze gdy mamy wybrać te, które sprzedamy, jakoś nie potrafimy. Za bardzo je kochamy po prostu.

Trudno uwierzyć, że kiedyś miałaś wątpliwości, czy w ogóle zgodzić się na budowę kurnika. Z książki wynika, że gdyby nie twój mąż, nie byłoby tych kur u was! 

To prawda, Piotrek najpierw chciał kanarki, potem kury, to on przywiózł pierwszą kurkę i zbudował nasz kurnik. Dziś myślę sobie, że takie otwarcie na zainteresowania partnera to podstawa udanego małżeństwa. Czasem wydaje nam się, że jak wchodzisz w związek, to dwie osoby stają się kulą. Tymczasem cały czas jesteśmy osobnymi bytami. Warto pamiętać o tym, gdy twój mąż ma pasję, którą niekoniecznie rozumiesz. Ja szybko zauważyłam, że kiedy Piotrek posiedzi z kurami chwilę, poopiekuje się nimi, to staje się szczęśliwy, jest lepszym mężem i ojcem. To samo było z jego nowym projektem – budową kamperów. Warto mieć w związku otwartość na to, że każdy potrzebuje robić „coś swojego” i pozwalać drugiej osobie na rozwój.

Czy jest cokolwiek w twoim życiu, co zmieniłabyś, gdybyś mogła?

Hmm… Gdyby to było możliwe, chyba wcześniej zrealizowałabym nasze marzenie o rodzinnym tripie po USA. To był piękny plan, zrobić prawko, wyjechać na pół roku, włóczyć się po Ameryce, odwiedzać rodzinę, zwiedzać. Teraz wiem, że chyba się już nie uda, nie gdy dzieci są takie duże. Starszaki się przywiązały do swoich spraw – piłka, koledzy. Teraz sobie myślę, że nie warto odkładać wielkich planów na później, gdy dzieci będą starsze.

Dzięki, Olu za rozmowę! A wam, drogie czytelniczki, serdecznie polecam książkę Oli – wzrusza i bawi do łez!

Książka „Kurza mama. Jak ogarnąć kury, dzieci i życie na wsi” ukazała się nakładem Wydawnictwa Kobiecego w sierpniu 2021 roku. Materiał powstał we współpracy z wydawnictwem.

Dodaj komentarz