pink no more współpraca

Nareszcie w domu, razem! Opowieść druga

Podglądamy pierwsze wspólne dni Korneli i Vivienne z marką Pink No More

Nareszcie w domu, razem! Opowieść druga
Ewa Przedpełska

„Do dziś są chwile, kiedy nie mogę w to uwierzyć. Budzę się w nocy , patrzę na nią nie mogę się nadziwić że  ją mam, że mogę ją przytulić. To było takie nierealne, a stało się prawdą. Po tych doświadczeniach wiem jedno – warto wierzyć w cuda i na nie czekać” – wyznaje Kornela, mama Vivienne.

W kolejnym odcinku naszego cyklu „Nareszcie w domu, razem” przedstawiamy historię, w której powrót do domu był happy endem bardzo trudnych przeżyć. Rozmawiamy z Kornelą Telką, mamą pięcioletiego Colina i małej Vivienne. Wiek córki nie jest tak prostą sprawą – miałą urodzić się w sierpniu, jednak metrykalnie ma już siedem miesięcy. Kornela opowiada, o tym, jak wygląda życie z wcześniakiem i jak ciężkie doświadczenia z tego roku wpłynęły na jej codzienne priorytety – jako mamy, kobiety, człowieka. Cykl współtworzy z nami marka Pink No More – polski producent akcesoriów, tekstyliów i ubranek tworzących idealną wyprawkę dla niemowlaka.

Jak się masz, mamo małej wojowniczki?

Wspaniale. Wstaję rano i czuję ogromną wdzięczność, a jednocześnie pokorę wobec życia. Te uczucia sprawiają, że latam nad ziemią. Cieszę się każdym dniem i za każdy jestem wdzieczna. Moja córeczka żyje, czego mogę chcieć wiecej? Tylko zdrowia. Jestem z nas strasznie dumna, że razem dałyśmy radę przetrwać te ciężkie miesiące. Teraz wiem, że możemy wszystko.

Córeczka urodziła się w 26. tygodniu ciąży. Dla noworodka i rodziców te 3 miesiące różnicy to jak wieczność. Jakie były te pierwsze dni, tygodnie, które miały się dziać później, inaczej, gdzie indziej – nie w szpitalu, a w domu?

Vivi miała urodzić się początkiem sierpnia. I ja miałam wszystko na ten czas zaplanowane. Wypad nad morze po wyjściu ze szpitala, by jeszcze nacieszyć się latem, Sesję noworodkową,  imprezki dla znajomych i rodziny na powitanie dzidziusia. Niestety los kolejny raz pokazał mi, że ja to sobie mogę planować… W najgorszych nawet snach nie śniło mi się, że ciąża będzie musiała zakończyć się wcześniej. Wszystkie plany wtedy legły w gruzach, ale liczyło się tylko to, by ona dała radę, by miała na tyle siły, żeby walczyć o życie. W tych pierwszych chwilach nawet nie miałam odwagi marzyć o jej wyjściu do domu, wtedy tylko modliłam się by, nikt nie dzwonił ze szpitala. Wiedziałam, że w naszej sytuacji najlepszą informacją jest brak informacji, więc bardzo się bałam dźwięku dzwonka w moim telefonie. Nie rozmawiałam wtedy przez telefon nawet z nikim z rodziny, żeby nie zajmować linii. To było straszne! Odetchnęłam tak naprawde dopiero po 3 miesiącach. Wtedy w miare normalnie spałam i nie wzdrygałam sie gdy ktoś dzwonił.

W maju, gdy Vivienne miała 12 dni, pisałaś: “Przed nami długa droga, ale oczyma wyobraźni widzę już jak idę do szpitala tylko po to by ją zabrać do domu”. Co wtedy w twoich myślach oznaczał dom?

Kiedy Vivi przyszła na świat wiedziałam, że będzie musiała zostać w szpitalu kilka miesięcy. Wtedy „dom” w moim odczuciu przestał być kompletny. To tak, jakby ułożyć puzzle, w których brakuje jednego elementu. Obrazek jest widoczny, ale nie jest on skończony, przez co traci swój urok. Taki był wtedy nasz dom. Czułam ogromną pustkę wracając do niego ze szpitala, mimo iż była w nim reszta mojej rodziny. Ten obrazek ułożył się dopiero gdy Vivienne otrzymała wypis i mogła opuścić szpital. Ona była moim brakującym puzzlem, kawałkiem mojego serca, który długi czas musiałam zostawiać w innym miejscu i z innymi ludźmi.

W waszym przypadku powrót do domu miał wyjątkowy wydźwięk. To nie był tylko powrót do normalności, ale też – marzenie? Główny cel?

To był cel, do którego codziennie skreślałam dni na kartkach kalendarza. W pierwszych momentach jej życia nierealny, później – tak bardzo odległy. Żeby nie zwariować, stawiałam sobie takie mini cele, przystanki, do których małymi kroczkami dochodziła Vivi i które zbliżały nas do tego upragnionego wyjścia do domu. Każdy jej kroczek naprzód był dla mnie jak wielki kamień z serca, a troche ich musiało spaść, bym w końcu poczuła spokój. Był też czas, gdzie za dwoma krokami w przód kolejny był w tył.

To znaczy?

Pojawiła się nadzieja na wyjście, potem zgasła. W pewnym momencie czułam, że tkwimy w miejscu i nic nie idzie po mojej myśli. Wtedy córeczka znów postanowiła mnie zaskoczyć. Na ostatnie 2 tygodnie pobytu w szpitalu przyjęłam się na oddział by móc nauczyć się w jakimś stopniu życia z wcześniakiem. Wtedy bardzo mocno poczułam, że jesteśmy jedną nogą w domu.

W końcu!

Do dziś są chwile, kiedy nie mogę w to uwierzyć. Budzę się w nocy , patrzę na nią nie mogę się nadziwić że  ją mam, że mogę ją przytulić. To było takie nierealne, a stało się prawdą. Po tych doświadczeniach wiem jedno – warto wierzyć w cuda i na nie czekać.

Udało się, po 138 dniach mogliście przywieźć córkę do domu. Jak wspominasz ten dzień? Jakie kadry z niego zostaną z tobą na zawsze?

To był piękny dzień. Piękny, bo tyle na niego czekałam. Wtedy wyszłyśmy razem. Tak, jakbym nigdy nie musiała jej zostawiać. Przyjechali po nas dziadek i tata, który pierwszy raz mógł zobaczyć córeczkę od czasu jej urodzenia. A miała już  4 miesiące! Mało brakowało, a przyjechałaby cała rodzina , wszyscy bardzo czekali na Vivi. Pewnie z boku wyglądało to tak, jakbyśmy po prostu wracali z noworodkiem do domu po szczęśliwych narodzinach. Standardowy obrazek spod szpitala, jednak nasza historia była inna i przez to emocje były jeszcze silniejsze.

Wasza codzienność mocno się zmieniła po wyjściu córki ze szpitala?

Każde dziecko zmienia życie rodzica o 180 stopni, a z wcześniakiem to dopiero jest zwrot. Uczucie radości miesza się z poczuciem lęku, niepewności. Z jednej strony – tyle na to czekaliśmy, z drugiej boję się że jeszcze będziemy musiały tam wrócić – do szpitala, do ciągłego strachu. Mimo wszystko staramy się, by każdy dzień był dla naszych dzieci szczęśliwy, by one nie odczuły naszych obaw.

Jak to wygląda w praktyce?

Żyjemy inaczej niż wtedy, gdy mała była w brzuszku. Nie zawsze jest porządny obiad, często robię coś na szybko. Bywa, że Vivi ma ochotę cały ranek być noszona. Nie zawsze też jest porządek w domu, bo szkoda mi czasu na codzienne bieganie z odkurzaczem i ścierką. Wole przytulanie, bujanie czy nawet patrzenie jak moje bobo słodko śpi. Zmieniły się priorytety.

Jak w tym wszystkim odnajduje się starszy brat?

Colin bardzo mnie zdumiał. Nie zdawałam sobie sprawy jaki jest mądry i dojrzały jak na swój wiek. Cały czas był dla mnie bardzo wyrozumiały. Nie miał pretensji czy żalu chociaż przez ten trudny czas nie poświecałam mu zbyt wiele uwagi. Od samego początku wykazał się ogromną wrażliwoscią . Pytał o siostrę codziennie, oglądał zdjęcia, filmiki. Kiedy zobaczył ją pierwszy raz na żywo nie mógł uwierzyć jaka jest malutka i że jest prawdziwa. To była miłość od pierwszego wjerzenia. Wszystkim w przedszkolu pochwalił sie siostrą. Na co dzień bardzo mi pomaga. Podaje pieluchy, siedzi z Vivi kiedy ja idę do kuchni zrobić mleko. Mówi, że jest moim pomocnikiem i obrońcą siostry. Jest szczęśliwy i dumny, a ja jestem dumna z niego. Kiedyś byłam cała do jego dyspozycji teraz, nie ukrywajmy, jednak większość czasu poświęcam córce, a on mimo to kocha ją całym serduszkiem i nie okazuje zazdrości. To będzie piękna relacja!

Zakładam, że dużo czasu spędzacie u specjalistów, w domu pewnie za wiele was nie ma. Jakie uczucia towarzyszą ci w chwilach, gdy jesteście w domu we czwórkę i możecie po prostu być, razem, bez pośpiechu?

Prawdę mówiąc całą czwórką jesteśmy bardzo mało. Niedziela jest jedynym takim dniem i wtedy celebrujemy ten czas. Dopiero teraz, kiedy o tym myślę, to zdaję sobię sprawę, jaką mam wtedy spokojną głowę. Czuję, że wszystko jest takie jak powinno. Jaram się, że mogę leżeć godzinami z córeczką na brzuchu, tulić ją i śpiewać nasze piosenki, a obok bawi się mój synek. Moja głowa jest wtedy wolna od zmartwień. Właśnie weekend to taki czas regeneracji przed kolejnym tygodniem i kolejnymi wizytami u specjalistów.

Jaka jest Vivienne? Mimo szpitalnej rozłąki znacie się już całkiem nieźle.

Vivienne pokazała swój charakter już w pierwszych chwilach życia. To ona przywróciła mi nadzieję, którą straciłam leżąc na stole operacyjnym i jest mi za to wstyd.Pokazała, jaka jest silna, zawzięta i waleczna. Jej imię to nie przypadek. Co prawda wybrałam je będąc jeszcze w ciąży, ale znaczenie poznałam dopiero po jej narodzinach. Vivienne – spragniona życia. Taka jest właśnie moja córeczka. Dzielnie stawiała czoła wszystkim przeciwnościom losu, tak bardzo chciała żyć. Na co dzień Vivi to wyjątkowy przytulas. Śmieję się, że to taki mój miś koala. Są dni, kiedy cały czas musi być przy mnie. Jest kochanym dzieckiem, pięknie śpi i nie budzi mnie w nocy – jest śpiochem, ale to już kwestia genów. (śmiech)

Jaka będzie ta jesień dla was?

Ta jesień będzie piękna, zdecydowanie aktywna. Już jesteśmy wyposażeni we wszystkie niezbędne gadżety typu mufki, kalosze, kubek termiczny. Trafiły mi sie dzieci uzależnione od świeżego powietrza. Vivi zamyka oczy jak tylko wsadzam ją do wózka, natomiast Colinowi nie straszna żadna pogoda by pojeździć na rowerze . Ja jednak liczę na taką złotą jesień, na słońce i kolorowe liście w parku. To będzie ulubiona jesień ze wszystkich jakie miałam!

*

Maluchy potrzebują przede wszystkim miłości i bliskości rodziców. Obok tego, z bardziej prozaicznych kwestii, wymagają ciepła, miękkości i delikatności. Ten pełen pakiet zapewnią wyprawkowe ubranka i akcesoria Pink No More. Od strony technicznej ich finalny kształ konsultowany jest z położnymi. Dlatego też wszystkie rozwiązania są praktyczne dla mam i bezpieczne dla niemowląt. Jak podstawowy set wyprawkowy – pajacyk, body i czapeczki. Uszyte w Polsce z certyfikowanej bawełny, są przyjazne dla delikatnej  dziecięcej skóry. Rodzice docenią sprytne zapięcia pozwalające na bezproblemowe przebranie, nawet w środku nocy. Fanom radosnych wzorów poza wisienkowym patternem do gustu przypadnie też kocyk. Lekki, ale ogrzeje w chłodniejsze jesienne wieczory. A w muchomorkowy print wywoła uśmiech nie tylko w sezonie grzybobrania! Po pełnym emocji dniu najlepszym przyjacielem, mamy i niemowlaka, jest rożek. Subtelnie otula przy noszeniu malucha na rękach, sprawdzi się też w łóżeczku czy koszu Mojżesza.

*

Artykuł powstał we współpracy z marką Pink No More.

Dodaj komentarz